Gdzie jest Piotruś? Prof. J. zniknął z synem. Sąd dziecku odebrał matkę

Barbara L., opiekowała się 5-letnim synem od jego urodzenia do wczoraj. A teraz nie wie, gdzie jest Piotruś i kiedy go zobaczy. Ojciec, prof. J., zabrał go rano w eskorcie ekipy umundurowanych policjantów i zniknął. Gdański sąd, który wydał decyzję o przymusowym odebraniu chłopca, nie zagwarantował dziecku żadnych kontaktów z matką.
Kobieta jest zdruzgotana. Dziecko - chwiejne emocjonalnie i bardzo silnie z nią związane - panicznie bało się ojca przymuszane od dwóch lat do kontaktów z nim w towarzystwie kuratorki (drastyczny film, jak wyglądały takie kontakty jest tutaj; komentarz prof. Lidii Grzesiuk, autorytetu w dziedzinie psychologii i psychoterapii -tutaj ). Nie miało z nim więzi i od wielu miesięcy reagowało przerażeniem i rozpaczliwym krzykiem na sam jego widok. Kuratorzy przyzwalali, by kontakty ojca z dzieckiem tak wyglądały.

- Dzwoniłam kilkadziesiąt razy na numer ojca i nic - mówi Barbra L., matka chłopca. - Nie wiem gdzie są, jak mały się czuje, i czy czegoś mu nie potrzeba.

Kuratorka: Nie ma o czym rozmawiać. Dla mnie sprawa jest zakończona

Przypomnijmy, po Piotrusia przyszło wczoraj przed siódmą rano co najmniej osiem osób: umundurowani policjanci, trzech kuratorów i ojciec - profesor psychologii. Policjanci przytrzymywali domowników, a kuratorzy skulonego w łóżku Piotrusia zabrali w piżamie. Nie pozwolili, by matka dała mu coś do zjedzenia, czy spakowała jego rzeczy. Nie pozwolili jej się pożegnać z chłopcem. Dziecko rozpaczliwie płakało: - Mamuniu, ratuj! Nie oddawaj mnie!
Kuratorzy mówili, że nie są od dyskusji, tylko od realizowania postanowienia sądu.

Później, matka raz jeszcze próbowała zdobyć informację od kuratorów, obecnych przy tej interwencji. - Kurator Ewa Szyc powiedziała jedynie, że dla niej sprawa jest zakończona i nie ma o czym ze mną rozmawiać - mówi Barbara L. Kuratorka dodała, że w sprawie kontaktu matki z dzieckiem, mają się teraz dogadywać prawnicy stron.

Pełnomocniczka prof. J., Monika Piasecka, na pytanie reportera TOK FM, gdzie jest Piotruś, odpowiedziała: - Nie wiem gdzie teraz przebywa chłopiec, być może pojechał z ojcem do sanatorium. Z pewnością potrzebują czasu by się do siebie przyzwyczaić. Wszystko jest zgodne z prawem.

Według pełnomocniczki profesora J. matka powinna zwrócić się do sądu z prośbą o ustalenie warunków widywania chłopca.

Sędzia zadbała o dobro dziecka?

Sędzia Anna Pałkiewicz, która zdecydowała o odebraniu dziecka matce i przekazaniu go ojcu, szeroko argumentując to prawem dziecka do kontaktu z rodzicem, całkowicie zlekceważyła w tej sytuacji prawo dziecka do kontaktu z matką. Nie wzięła pod uwagę faktu, jak silnie dziecko związane jest z matką, i jak może wpłynąć na chłopca wyrwanie go siłą ze środowiska, które jest jedynym znanym mu światem, w którym czuje się bezpiecznie. Podejmując tak drastyczną decyzję, sędzia posiłkowała się opiniami biegłych psychologów sprzed ponad dwóch lat. W jej postanowieniu o przymusowym odebraniu dziecka matce, nie ma ani słowa o tym kiedy, gdzie, w jakich warunkach matka może się widywać z synem. Barbara L. nie ma odebranych, ani ograniczonych w tym zakresie praw rodzicielskich.

Przeciwko ojcu, któremu sędzia Pałkiewicz przyznała dziecko, toczy się od 2009 r. w Sądzie Rejonowym w Gdańsku proces karny o uszkodzenie ciała Barbary L. oraz jej matki, a także użycie gróźb karalnych wobec niej i jej ojca. W tej sprawie trzy razy zmieniał się sędzia.

Ojciec chce odebrać dziecku matkę

Postanowienie sądu, na mocy którego odebrano dziecko, jest efektem kilkuletniego konfliktu między rodzicami - ojcem profesorem psychologii i matką, również psychologiem, na co dzień pracującym z dziećmi.

Rodzice Piotrusia nie mieszkają ze sobą od 2007 r. Dzieckiem przez cały czas opiekuje się matka. Rozwód dostali w 2010 r. - sąd zdecydował, że dziecko zostaje przy matce, a ojciec ma prawo współdecydować o istotnych sprawach związanych z wychowaniem, leczeniem i edukacją. Zaraz po wyroku, ojciec składa do sądu pismo, by czasowo umieścić dziecko w rodzinie zastępczej lub przekazać pod jego opiekę. Później wycofuje się z rodziny zastępczej, ale domaga się pozbawienia matki władzy rodzicielskiej i przyznania dziecka jemu. Wyrok w tej sprawie nie zapadł, ale sędzia Pałkiewicz, w ramach zabezpieczenia wniosku ojca, podejmuje decyzję o przymusowym odebraniu Piotrusia matce.

Policja: poranną akcją kierował kurator sądowy

Matka, Barbara L., po rozwodzie z prof. J. wyszła ponownie za mąż. Jest w piątym miesiącu zagrożonej ciąży, stale przyjmuje leki na jej podtrzymanie. Wczoraj, gdy szukając informacji o zabranym Piotrusiu usłyszała od kurator Ewy Szyc, że "sprawa jest zakończona", zemdlała na schodach sądu, skąd zabrała ją karetka. W szpitalu udzielono jej pomocy na oddziale ginekologicznym oraz ortopedycznym (obdukcja po porannej akcji policji) i wróciła do domu.
Matka nie może zrozumieć, dlaczego tak wielkie siły zaangażowano do odebrania chłopca. Czemu policjanci wyciągnęli go z łóżka przed siódmą rano?
Policja tłumaczy, że działała na polecenie kuratora sądowego. W specjalnym oświadczeniu, rzecznik komendanta wojewódzkiego policji podinsp. Jan Kościuk pisze, że to nie policjanci realizując swoje zadania odbierają dziecko rodzicowi, a jedynie zgodnie z obowiązkiem, asystują organowi uprawnionemu, wyznaczonemu przez sąd.

Odpowiedzialny za przeprowadzenie akcji był Jerzy Szydłowski, kierownik zespołu kuratorów przy gdańskim sądzie rodzinnym. To on, według policji, zadecydował o wejściu do mieszkania przed siódmą rano. Usiłowaliśmy dowiedzieć się, czy zdawał sobie sprawę jak interwencja może odbić się na zdrowiu Piotrusia, matki i jej nienarodzonego dziecka - jego podwładna, Ewa Szyc wiedziała wcześniej o ciąży Barbary L.
Szydłowski unikał rozmowy. Żądał zgody prezesa sądu. Gdy prezes taką wydał - Szydłowski przestał odbierać telefon.

DOSTĘP PREMIUM