Jak Barbara L. i prof. J. walczyli o Piotrusia [AKTA]

Dlaczego gdański sąd, powołując się na dobro dziecka, wybrał wariant najgorszy dla Piotrusia? Prześledziliśmy akta sprawy. Przez dwa lata chłopiec był przymuszany do kontaktów z ojcem, według tego samego, traumatycznego scenariusza. A na koniec zabrany matce siłą. Po naszych publikacjach o sprawie Piotrusia, minister sprawiedliwości zapowiedział właśnie, że zajmie się nią osobiście.
Przedwczoraj prof. J, pod eskortą ośmiu osób, w tym umundurowanych policjantów i trzech kuratorów, wkroczył do mieszkania matki i siłą odebrał jej syna.

Pisaliśmy o tym tutaj.

Ojciec Piotrusia, zanim jeszcze zniknął z dzieckiem odmawiał z nami wszelkich kontaktów. Reporter TOK FM dwukrotnie spotkał się z nim pod domem dziecka i próbował rozmawiać - prof. J. nie odezwał się ani słowem. Później nie odbierał telefonów, nie reagował na nagrania na poczcie głosowej ani maile. Podobnie jego pełnomocniczka.

Jego stanowisko znamy więc wyłącznie z akt tej sprawy.

Pełnomocniczka dopiero wczoraj odpowiedziała reporterowi: - Sprawa jest w toku, nie będę jej komentować. Nie wiem gdzie teraz przebywa chłopiec, być może pojechał z ojcem do sanatorium. Z pewnością potrzebują czasu by się do siebie przyzwyczaić. Wszystko jest zgodne z prawem.

To niedopuszczalne stwarzać dziecku tak traumatyczne doświadczenia

- Nie do zaakceptowania jest siłowe odebranie chłopca. Taka trauma może mieć bezpośrednie i odległe konsekwencje dla niego niszczące. Nie ma gwarancji, że uda się zniwelować doraźne negatywne skutki przeżytego stresu, nawet gdyby chłopiec po pewnym czasie mógł wrócić do matki. - oceniła prof. Lidia Grzesiuk z Uniwersytetu Warszawskiego, autorytet w dziedzinie psychologii i psychoterapii, po obejrzeniu filmu dokumentującego "spotkanie" prof. J. z Piotrusiem. - Nie mam podstaw do orzekania, czy dramat dziecka wynika wyłącznie z bezduszności jego ojca i Pani kurator. Na rodzaj czy siłę reakcji dziecka mogła także mieć wpływ matka, np. strasząc dziecko, wzbudzające lęk dziecka wobec ojca. Ale nawet gdyby tak było, niedopuszczalne jest stwarzanie dziecku tak traumatycznych doświadczeń jak przedstawione we fragmencie filmu.

Cały komentarz prof. Grzesiuk - tutaj>>

Ojciec i matka

On, akademicki profesor psychologii, kierownicze stanowisko na uczelni. Za rozprawę habilitacyjną dostał nagrodę Ministra Edukacji Narodowej i Sportu. W branżowych periodykach opublikował kilkanaście prac. Z opinii studentów: "kawał wiedzy, postrach, duże emocje; zaliczenie powoduje u niektórych rozstrój żołądka".

Ona, Barbara L., 30 lat, magister psychologii. Po studiach zaczyna pracę jako psycholog w szkole muzycznej, jest wolontariuszką w rodzinnym domu dziecka, pracuje z niepełnosprawnymi dziećmi w fundacji. Otwiera przewód doktorski na macierzystej uczelni, uczy studentów. Wkrótce zostaje pierwszą żoną niespełna 40-letniego profesora J. Razem publikują naukowe prace.

Współpraca i małżeństwo nie trwają długo. W 2007 r., półtora roku po urodzeniu syna, Barbara L. wraca z dzieckiem do rodziców, od tamtej pory dziecko mieszka z nią.- Wyglądała jak anorektyczka - wspomina jej matka. - Przy 177 cm wzrostu ważyła 50 kg. Oczy podkrążone, wycieńczona. Na początku, po powrocie do domu, mówiła wyłącznie szeptem.

Pozwany i powódka

Barbara L. o swoim małżeństwie: - Byłam ofiarą przemocy. Na początku myślałam, że to normalne, że ludzie muszą się "dotrzeć", byłam zakochana. Chciałam, żeby dziecko miało pełną rodzinę. Mówił, że będzie dobrze między nami, tylko ja się muszę "dostosować".

Prof. J. jest rozczarowany żoną. Z akt sprawy o rozwód: "Powódka, zdaniem pozwanego, była nieodpowiedzialna, egoistyczna i rozpieszczona. Okazała się zaborczą matką, izolowała dziecko od ojca. Zdaniem pozwanego miała zbyt silne, wręcz patologiczne relacje z rodzicami. Całą uwagę poświęciła dziecku. Przestała dbać o dom i siebie."
Z akt sprawy: "Powód okazał się osobą nerwową, wybuchową, konfliktową, miał wygórowane wymagania. Ignorował powódkę, nie odzywał się przez kilka dni. W ciąży nie otrzymała wsparcia, po urodzeniu dziecka sytuacja nie uległa poprawie. Pozwany, podczas wybuchów złości, nie kontrolował się, Obrażał powódkę, wyzywał, poniżał, rzucał przedmiotami, popychał, raz uderzył w głowę"
Z akt sprawy: "Zachowanie powódki po ślubie ujawniło, że jest osobą zmanierowaną, porywczą i wulgarną. Pozwany miał zastrzeżenia, co do sprawowania opieki powódki nad dzieckiem. Dziecko nie raczkowało, gdyż powódka cały czas nosiła go na rękach nie dając szansy samodzielnego chodzenia. Mimo, że syn sypiał, powódka budziła go 2-3 razy w nocy na karmienie."

Barbara L.: - Gdy wróciliśmy po porodzie z Piotrusiem okazało się, że dziecko mu przeszkadza w pracy, bo płacze, więc wyprowadził się z sypialni do gabinetu na dół, ja zostałam z dzieckiem na piętrze, na górze. Do końca małżeństwa mieszkaliśmy na oddzielnych piętrach. Dziecka nie kąpał, nie tulił, na ręce brał tylko do zdjęcia. Przy gościach potrafił być czarujący: obejmował mnie, przytulał, okazywał uwagę.

Rozwód, przemoc, Niebieska Karta

Rok 2008. Barbara L. występuje o rozwód i opiekę nad dzieckiem. Rezygnuje z pracy na uczelni. Konflikt z mężem pogłębia się. - Zapowiedział, że mnie zniszczy, zabierze mi dziecko, "pokaże moje miejsce w szeregu".

Wizyty prof. J w domu rodziców żony, gdzie mieszka ona z dzieckiem kończą się awanturami i szarpaniną. W marcu, po kolejnej interwencji policji w domu rodzinnym Barbary L., na III komisariacie w Gdańsku zostaje zarejestrowana Niebieska Karta, wskazująca na przemoc domową.

Z akt sprawy: "Były mąż przychodził do nas w wyznaczonych na kontakty datach, w towarzystwie różnych osób bez skrępowania nagrywając nas za pomocą kamery, aparatu fotograficznego i dyktafonu. Sytuacja ta nasiliła negatywne skojarzenia u dziecka, coraz bardziej bało się tych wizyt, płakało i krzyczało, że nie chce iść. Z czasem bało się nawet odgłosu dzwonka i nie chciało podejść do drzwi, musiałam zanosić go tam na rękach (...)"
Barbara L. też zaczęła dokumentować wizyty męża. To jedna z nich, zarejestrowana przez matkę:



Z akt sprawy: "Z uwagi na brak zaufania i nieprzewidywalne zachowania, strony nagrywały przebieg kontaktów, a pozwany dodatkowo nagrywał je kamerą, by uniknąć kolejnych, według niego niesłusznych oskarżeń"

Oskarżony prof. J - sprawa nadal w sądzie

W grudniu 2008 r. dochodzi do kolejnej scysji. W efekcie, Prokuratura Rejonowa w Gdańsku oskarża prof. J. o uszkodzenie ciała Barbary L. oraz jej matki, a także użycie gróźb karalnych wobec niej i jej ojca. Świadkiem zajścia jest niespełna 3-letni Piotruś: - Synek pamięta jak pchnięta przez męża spadłam ze schodów, pamięta jak szarpał jego babcię. - mówi Barbara L.

Sprawa karna przeciwko prof. J toczy się w Sądzie Rejonowym w Gdańsku od 2009 r. - trzy razy zmieniał się w niej sędzia.

Prof. J. powiązany z psycholog P.

Na polecenie sądu, rodzina poddaje się badaniom w RODK (Rodzinnym Ośrodku Diagnostyczno Konsultacyjnym). Pierwsze badanie (wrzesień 2008 r.) odbywa się w ośrodku w Elblągu. Pod badaniem widnieje pieczęć kierownika ośrodka. To psycholog P., żona profesora z tego samego wydziału na którym pracuje prof. J (ojciec Piotrusia)
W opinii jest napisane, że dziecko spontanicznie nawiązuje więź o ojcem i że ojciec może samodzielnie zajmować się dzieckiem. Matka jest zaskoczona, skąd biegli to wiedzą. Twierdzi, że do badania dziecka nawet nie doszło. - Opisy kontaktu Piotrusia z ojcem są nieprawdziwe! Biegli od razu poprosili o zabranie dziecka. Rozmawiali tylko z nami, rodzicami - mówi Barbara L.

Barbara pisze więc protest do sądu, wskazuje na nadużycia przy powstawaniu tej opinii, na powiązania psycholog P. z wydziałem prof. J.
Zarówno sędzia jak i ojciec do końca sprawy posługują się zakwestionowaną opinią jako wiążącą. Wniosków z tej opinii, jako argumentów przeciwko matce, używa również w pismach do sądu prof. J.

Sędzia kieruje rodzinę na ponowne badanie, do RODK w Chojnicach. W Chojnicach rodzinę Piotrusia badają dwie biegłe, które w opinii z sierpnia 2009 r. również powołują się na opinię z zakwestionowanego przez matkę badania w Elblągu. Uznają też, że winna lękowych zachowania Piotrusia jest matka. Zalecają objęcie nadzorem kuratorskim jej oraz spotkań ojca z dzieckiem.

Nie ma jednak w tej opinii nawet sugestii, że należy oderwać dziecko od matki.

Kuratorka przeprowadza "egzekucję praw rodzicielskich"

Wiesława Czerwińska mieszka nieopodal domu Barbary L, ukrytego za wysokim żywopłotem. Któregoś dnia wracała do domu, gdy usłyszała rozpaczliwe krzyki. - Nie można powiedzieć, że usłyszałam płacz. Dziecko płacze, kiedy się uderzy, a to było wołanie dziecka o pomoc. Zobaczyłam taką scenę: pani blondynka schowana za żywopłot, myślałam, że detektyw, pan pochylony nad syneczkiem, syneczek wtulony w mamę i krzyczący: "Ratuj, nie daj mnie, nie pozwól, żeby mnie dotykał." Pytam: Co się tutaj dzieje? Cisza. Pytam znów: Proszę państwa, dlaczego to dziecko tak strasznie krzyczy? Na to pani się odzywa: "To jest egzekucja praw rodzicielskich.". Pytam się: kto pani jest? "Ja jestem kuratorem.".

"Małoletni zawsze idzie do furtki z zamkniętymi oczami"

Kontakty ojca z dzieckiem - decyzją sądu - odbywają się w towarzystwie kuratorów; dwa razy z tygodniu po dwie godziny od 2009 r. Z pisma Barbary L. do sądu: "Przed kontaktem dziecko jest przeze mnie przygotowywane (ubrane, najedzone, poinformowane o tym, że pójdzie na spacer z ojcem i panią kurator, spokojne) i doprowadzone do granicy posesji zgodnie z życzeniem kurator i byłego męża".
Z relacji kuratorów: " Małoletni od wyjścia z domu do furtki zawsze idzie z zamkniętymi oczami prowadzony za rękę przez matkę i przez cały czas nie patrzy - w tym na ojca. Ojciec nie ma z nim kontaktu wzrokowego, małoletni nie podejmuje z ojcem rozmowy, w stosunku do ojca stoi bokiem, reaguje panicznym lękiem na osobę ojca - krzyczy na całą ulicę, wrzeszczy, nie pozwala się ojcu pogłaskać, dotknąć, głos ojca zagłusza krzykiem. Matka wraz z małoletnim, którego trzyma za rękę, stają na odległość ok. metra przed furtką i nie dochodzi do przekazania ojcu dziecka na kontakty, małoletni chce wracać do domu. Spotkania te trwają od kilku do 20 min i zawsze kończy je matka, która odchodzi z dzieckiem do domu. Małoletni ani razu choćby przez chwilę nie był z ojcem".

Kuratorzy kwitują te kontakty: "Matka nie pomaga nawiązać dziecku kontaktów z ojcem".

"To maltretowanie dziecka. Nie można mylić bólu i cierpienia z histerią"

Na tak przebiegające "spotkania" ojca z synem sędzia pozwala przez dwa lata, choć z każdą jego wizytą sytuacja się pogarsza. Matka alarmuje, jak dramatyczny przebieg mają kontakty i skarży się, że kuratorzy spotkań nie przerywają.

Ze skargi matki: "Dziecko po tych kontaktach przez resztę dnia nie może dojść do siebie. Płacze, trzęsie się, wymiotuje, ma trudności z oddychaniem. To zwyczajne maltretowanie dziecka. Pani kurator Ewa Szyc. mimo "wieloletniego doświadczenia" pomyliła cierpienie, ból i błaganie dziecka o pomoc, nawet po kilka godzin z rzędu, ze "zwykłą histerią". Będąca w zastępstwie kurator Ewa Bojko wręcz krzyczała na dziecko i na mnie, że mogą pozbawić mnie władzy rodzicielskiej i zabiorą mi małego. Po tym kontakcie dziecko bało się wychodzić z domu.".

Sąsiedzi Barbary L. coraz częściej interweniują, słysząc w każdy poniedziałek i środę rozpaczliwe krzyki i płacz dziecka - kilkunastu z nich podpisuje się pod skargami do sądu, proszą o interwencję. Są zdumieni, że to proceder, który odbywa się w majestacie prawa. Piszą też o pomoc do Biura Rzecznika Praw Dziecka.

Barbara L.: - Nie mogłam się zdobyć, by siłą wypchnąć syna za furtkę

Piotruś zaczyna moczyć się w nocy, cofa się w rozwoju, zaczyna seplenić. Diagnoza neurologa: "zaawansowana nerwica uwarunkowana sytuacyjnie znacznego stopnia pod postacią dolegliwości psychosomatycznych; podejrzenie osłabienia układu odpornościowego wskutek przewlekłego stresu".

Barbara L. czuje się jak w pułapce. Opisuje to detalicznie w skardze, którą kieruje do prezesa Sądu Rejonowego w Gdańsku: "Bardzo mozolna i trudna jest praca nad wytworzeniem pozytywnego wizerunku ojca w oczach dziecka, kiedy matka musi naprawiać błędy, które to on popełnił, ponosić tego konsekwencje i narażać się na opór dziecka. Dziecko potrzebuje czasu i cierpliwości. Obecne zachowanie J., niweluje moje dotychczasowe starania, gdyż dziecko nawet już nie chce słyszeć o ojcu. Metoda "na siłę" nijak nie licuje z prawdziwą potrzebą zmiany wizerunku ojca w oczach dziecka - w takiej sytuacji żadne moje oddziaływania nie będą miały efektu, jeśli ojciec czynami przeczy moim i własnym zapewnieniom."
Pisze też: "Zachowanie dziecka jest interpretowane jako moja wina, a fakt, że pisałam te skargi, został użyty przez sąd przeciwko mnie, potraktowany jako wyraz mojej "niewłaściwej postawy" .
- Nie mogłam się zdobyć, by siłą wypchnąć Piotrusia za furtkę - mówi.

Prof. J. wnioskuje o zabranie matce dziecka

Prawomocny wyrok sądu w sprawie rozwodowej zapadł we wrześniu 2010 r : dziecko zostaje przy matce, ojciec ma prawo współdecydować o istotnych sprawach zw. z wychowaniem, leczeniem i edukacją. Sąd stwierdza też, że więź uczuciowa między ojcem a dzieckiem ustała z winy matki i jej rodziców. Zleca matce psychoterapię, by zaakceptowała udział ojca w życiu dziecka, a obojgu rodzicom - terapię, by wypracowali właściwe relacje rodzicielskie.

W wyroku rozwodowym sąd podniósł także, że Barbara L. utrudniania kontakty Piotrusia z jej byłymi teściami. Ma to świadczyć o jej złej woli i chęci odseparowania dziecka od całej rodziny prof. J.

Barbara L. tłumaczy, że obawiała się powierzania dziadkom Piotrusia: - Kiedyś, gdy byli u nas z wizytą, Piotruś zaczął płakać w pokoju - opowiada Barbara L. - Teściowa przytrzymywała mnie w kuchni, mówiła, żebym nie szła do synka i poczekała "aż sam padnie". Opowiedziała mi wtedy, że gdy J. był małym dzieckiem i płakał, oni po prostu wychodzili z domu na spacer, bo na ulicy było ciszej niż w domu. Kiedy wracali po dwóch godzinach, chłopiec był już cicho.

Ojciec: dziecko jest wychowywane w nienawiści do mnie

Zaraz po wyroku o rozwodzie, prof. J. składa do sądu pismo, w którym prosi o czasowe umieszczenie dziecka w rodzinie zastępczej lub przekazanie pod jego opiekę. Później podczas rozprawy, prof. J modyfikuje wniosek. - Wycofał się z kompromitującego żądania umieszczenia dziecka w rodzinie zastępczej - komentuje Bolesław Senyszyn, pełnomocnik matki. - Wniósł natomiast o pozbawienie mojej klientki praw rodzicielskich.

Z wniosku ojca: "Dziecko jest wychowywane w nienawiści do mnie. Jest w nim umacniany lęk przede mną, którego w obecnej sytuacji nie mam nawet małej szansy przełamać. Moja była żona prezentuje postawę głęboko patologiczną, emocjonalnie mało zrównoważoną, która sprawia, że rozwój psychiczny naszego synka ulegnie jeszcze większemu zaburzeniu. Skutki będą nieodwracalne, obsesyjna nienawiść wobec mnie, brak dojrzałości i nieodpowiedzialność matki okaleczają dziecko psychicznie w sposób nieodwracalny"

Zawód ojca: "profesor psychologii"

Zdaniem matki, na niekorzystny dla niej przebieg sprawy w sądzie, ma wpływ pozycja zawodowa i naukowy autorytet byłego męża, który na pierwszej rozprawie pytany o zawód miał powiedzieć: - Profesor psychologii.

- Ojciec dziecka jest traktowany przez sąd jako strona w sprawie i jako biegły jednocześnie. To niedopuszczalne - mówi pełnomocnik matki, Bolesław Senyszyn. - Kiedy zwróciłem na to uwagę, sędzia omal nie wyrzuciła mnie z sali. Przecież nietrudno się domyślić, kto dla sądu ma większy prestiż: profesor czy była doktorantka.

Prof. J. wnioskując do sądu, by zabrać Barbarze L. dziecko, nim zakończy się sprawa o odebranie jej władzy rodzicielskiej (też przez niego wnioskowane) pisze:
"Oddzielenie dziecka od matki w tym przypadku - nawet wbrew jego woli - będzie naturalnie dla niego stresujące, ale jedynie początkowo. W ostatecznym rozrachunku korzystne, umożliwi bowiem dziecku wykształcenie samodzielności i psychicznej autonomii, której go całkowicie pozbawiono."
Przekonuje, że "nie tylko jako zrozpaczony ojciec, ale i jako psycholog kliniczny z wieloletnim doświadczeniem "wie, co jest dla dziecka dobre.
Prof. J. diagnozuje postawę matki jako "głęboko patologiczną" oraz "neurotycznie chorobliwą" i wiele razy przestrzega sąd, że jeśli nie będzie działał błyskawicznie, dojdzie do nieszczęścia:

"Brak radykalnych działań ze strony sądu spowoduje przyzwolenie na jeszcze większe pogłębianie się istniejącej patologii."
"Utrzymanie bez zmian obcnego stanu rzeczy, czyli pobytu dziecka tylko przy matce, zakończy się dla niego katastrofą".
"Na obecnym etapie życia dziecka niezbędna jest pilna interwencja Sądu Rodzinnego, wobec podejmowanych przez matkę działań powodujących naruszenie dobra dziecka w postaci poważnego zaburzenia rozwoju emocjonalnego."
"Pragnę jeszcze raz podkreślić, iż dalsze utrzymanie status quo spowoduje nieodwracalne szkody w psychice dziecka, konieczne jest zatem możliwie szybkie wydanie stosownych zarządzeń."

Prof. J. przekonał sędzię. Biegli byli już niepotrzebni

Sąd przychyla się do wniosku ojca. Uznaje, że szkoda jaką jest utrata więzi pomiędzy synem a ojcem [choć wcześniej stwierdza, że tej więzi już nie ma - red.] jest większa, niż "trud w przystosowaniu się dziecka do nowej sytuacji bycia pod opieką ojca".

Do zakończenia sprawy o pozbawienie matki władzy rodzicielskiej, dziecko ma być pod opieką ojca.

Sędzia Sądu Rejonowego Anna Pałkiewicz wydając to orzeczenie, posiłkowała się opiniami biegłych psychologów sprzed ponad dwóch lat. Sędzia - jak mówi pełnomocnik Barbary L., - nie uwzględniła wniosku matki o przeprowadzenie ponownych, aktualnych badań psychologicznych dziecka (które już chodzi do przedszkola, ale i leczy się u neurologa). Sędzia oceniła też, że terapia Barbary L. nie przyniosła efektów, ale nie uwzględniła wniosku matki o przesłuchanie jej terapeutki, która jednocześnie jest biegłą sądową.

Wnioski matki o stronniczość sędzi odrzucone

Barbara L. dwukrotnie wnioskowała o zmianę sędzi podnosząc jej stronniczość - bez skutku. - Ostatni wniosek w tej sprawie wpłynął do sądu odwoławczego w połowie maja. Niespełna dwa tygodnie później zapadła decyzja by go nie uwzględniać - mówi Bolesław Senyszyn, pełnomocnik matki. - Zaraz potem sędzia Pałkiewicz przychyla się do wniosku prof. J o przymusowe odebranie dziecka matce.

Na orzeczeniu widnieje data 21 czerwca. I Senyszyn i Barbara L. dostali ją jednak dopiero 4 lipca. Nie zdążyli się już od niej odwołać. Następnego dnia przed godz. 7. wkroczył po syna prof. J, z siedmioosobową obstawą kuratorów i umundurowanych policjantów. Zabrał Piotrusia i zniknął. Matka już drugi dzień próbuje odnaleźć prof. J. z synem. W jego domu ich nie ma.

W postanowieniu sędzi o przymusowym odebraniu dziecka matce, nie ma ani słowa o tym kiedy, gdzie matka będzie mogła zobaczyć dziecko.

Po naszych poprzednich publikacjach sprawą zajął się minister sprawiedliwości. - Poruszyła mnie ta sprawa. Zażądałem szczegółowej dokumentacji. W trybie natychmiastowym. Będę osobiście zapoznawał się z dokumentami i podejmował dalsze kroki - powiedział Krzysztof Kwiatkowski.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM