Koniec wojny o Damę? [WYWIAD TOK FM]

Nadszedł czas współpracy a nie walki - mówi Zofia Gołubiew, dyrektor Muzeum Narodowego w Krakowie. W ostatnich dniach książę Adam Karol Czartoryski fundator i prezydent Rady Fundacji Książąt Czartoryskich odwołał zarząd fundacji i powołał nowy, złożony główne z pracowników i współpracowników Muzeum Narodowego. Czy oznacza to koniec sporu o "Damę z gronostajem"? - między innymi o to Zofię Gołubiew pytał Łukasz Wojtusik, reporter Tokfm.
Nie jest tajemnicą, że do tej pory na linii Muzeum Narodowe w Krakowie - Fundacja Książąt Czartoryskich dochodziło do sporów. Chociażby ten najgłośniejszy, dotyczący tego, jak gospodarować "Dama z Gronostajem". Jest szansa na zakopanie topora wojennego i na współpracę?

Rzeczywiście konflikt był, ale od bardzo niedawna. Fundacja istnieje od roku 1991, konflikty zaczęły się mniej więcej między 2003 a 2005 rokiem. To wtedy rozpoczęły się działania przeciwko Muzeum - bo tak to trzeba nazwać. Przygotowano analizę prawniczą, zamówioną przez fundację: co zrobić, żeby się odłączyć od Muzeum Narodowego. I od tej pory zaczęły się też kłopoty. Co będzie dalej? Gdybym nie miała nadziei na dalszą współpracę, to byśmy dziś nie udzielili pomocy fundacji. Fundator (książę Adam Karol Czartoryski) zwrócił się do nas z prośbą o pomoc i jest absolutnie naturalną sprawą, że tego oparcia szukał i je znalazł. Mam nadzieję, że teraz nadszedł czas współpracy a nie walki. Bardzo mi na tym zależy, ponieważ w ostatnich latach Muzeum Narodowe było tylko wykonawcą poleceń zarządu.

Możemy więc założyć, że "Dama z gronostajem", kiedy już wróci do Krakowa na początku przyszłego, to z niego nie wyjedzie przez następnych 10 lat?

Ufam, że tak. Zwłaszcza, że memorandum, do którego Pan nawiązuje, podpisał właśnie sam Adam Karol Czartoryski. Sygnatariuszami tego dokumentu są jeszcze Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego i my. Mam nadzieję, że zarządzanie zbiorami będzie się teraz odbywało na zasadzie współpracy, a warunki zapisane w porozumieniu będą dotrzymane. Ale znam życie i wiem, że nie można z góry zakładać raju i sielanki. Liczymy na partnerstwo, co będzie - tego jednak na pewno nie wiemy.

Ta Pani nadzieja jest także związana z tym, co dzieje się w remontowanym oddziale Muzeum Narodowego, czyli w Muzeum Książąt Czartoryskich? Wiemy, kiedy oddział zostanie ponownie otwarty?

Nie mam zielonego pojęcia. Jako Muzeum Narodowe w Krakowie zwracaliśmy się wielokrotnie do Fundacji o podanie danych, terminów. Interesuje nas to podobnie jak media. Dostawaliśmy bardzo enigmatyczne i wymijające wypowiedzi i właściwie tego nie wiemy, a po wtorkowej rozmowie z fundatorem Czartoryskim wiemy, że i on nie wie.

Czyli sytuacja jest trudna, patowa?

Nie do końca, od środy są przecież nowi członkowie zarządu. W ramach pomocy Fundacji pozwoliłam obciążyć mojego wicedyrektora ds. technicznych, Leszka Bednarza, trudną misją, rozpoznania sprawy remontu. To człowiek, który prowadził remont Sukiennic, ale wtedy był w to od początku zaangażowany, znał każdy projekt, każdy szczegół. Teraz przychodzi tu na pewnym etapie remontu, musi wszystko, mówiąc kolokwialnie "odgrzebać". Ogromnie mu współczuję i trzymam za niego kciuki. Ale w ciągu kilku dni na pewno wszystkiego się dowiemy. A jak my się dowiemy, to na pewno dowiecie się i Państwo. Bo Muzeum działa transparentnie.

A jeżeli chodzi o transparentność - bo są różne odpowiedzi w mediach na ten temat - czy już wiadomo gdzie, po powrocie "Damy z gronostajem" do kraju, ją zobaczymy?

Decyzja musi być wspólna, ale ja mam dobre wiadomości już dziś. Uznaliśmy, że Pałac Erazma Ciołka będzie troszkę za ciasny i postanowiliśmy wrócić do naszego pierwotnego pomysłu sprzed dwóch lat, czyli wystawienia "Damy z Gronostajem" w Kamienicy Szołayskich. To jest świetne miejsce, w sercu miasta - zwłaszcza teraz, gdy pl. Szczepański nie jest już parkingiem, a placem miejskim. Znajduje się tam obecnie Muzeum Wyspiańskiego a to oznacza konieczność przeróbek, a to z kolei będzie nas sporo kosztować. Jeżeli tylko rada Fundacji i książę Adam Karol Czartoryski się zgodzą, to jak sądzę w lutym 2012 nie tylko "Dama", ale również dzieło Rembrandt'a i inne arcydzieła będą mogły zostać tam pokazane.

Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, mówiła Pani, że nie zdążyła jeszcze "wchłonąć" wystawy "Skarby Korony Hiszpańskiej". Wiem, że na otwarciu miała Pani trochę czasu, czy zatrzymała się Pani na chwilę przed sielankowym obrazem Goi?

Ja się zatrzymałam przed tym obrazem wcześniej, a w dniu otwarcia nie udało mi się absolutnie nic! Mieliśmy tak wielu gość, że muszę dziękować Panu Bogu za pogodę. Dzięki temu część wernisażu udało się wyprowadzić na zewnątrz. Była muzyka, wino i tapas. Stworzyło się takie żywe miejsce na parkingu przed gmachem, ludzie siedzieli do późnego wieczora.

Co zrobić, by w Polsce takich wystaw jak ta, było więcej? Jeżeli my nie chcemy, by "Dama" wyjeżdżała, to czy jest możliwe, żeby dzieła innych klasyków przyjeżdżały do nas? Jaki jest na to sposób?

Ale to pytanie powinien Pan zadać moim zwierzchnikom - Ministrowi Kultury, a także Ministrowi Finansów. Organizowałam wystawę Chagalla w Muzeum i wiem, jak małymi kosztami udało mi się to zrobić. Sporo zależy od wielkiej życzliwości wypożyczających. Teraz również przy organizacji "hiszpańskiej przygody" w obu kierunkach (Madryt-Kraków - przyp. aut) towarzyszyła nam ogromna życzliwość z obu stron. Ale bodajże w 1998 roku, organizowałam kuratorsko wystawę dzieł Andy'ego Warhola - i tam nie było zmiłuj. Była za to duża opłata za wypożyczenie. Zawsze chodzi o pieniądze. Jeżeli nasza inicjatywa i wysiłek poparte są finansami, to niemal wszystko jest możliwe do zrealizowania.

Kiedyś robiliśmy w Musee d'Orsay wystawę Mehoffera i pomyślałam, że oni w rewanżu nam dadzą coś ciekawego - nic nie wyszło z powodu braku pieniędzy. W Moskwie, z Muzeum Puszkina chciałam wybrać coś, co reprezentuje sztukę europejską, ale oni żądają niebotycznych sum za wypożyczenie. Załatwienie sprawy - to chwila. Tutaj są ludzie, którzy są świetnymi organizatorami, ale to są po prostu drogie rzeczy. Wróćmy do finansowania - na zachodzie dotacje są 30-40 razy wyższe niż u nas. I jak możemy tu mówić o sprowadzeniu wielkich dzieł? Mówię to z pewną goryczą, bo państwo powinno wiedzieć, jak ważna jest kultura. Ta wymiana wystaw pokazuje najlepiej jak jesteśmy europejscy. Ale potrzebne są pieniądze.

A gdyby miała pani pieniądze i możliwości i mogłaby Pani sprowadzić wystawę, o której zawsze marzyła - co by to było?

Jest taka wystawa (uśmiech). Edward Hopper, malarz amerykański. To artysta, którego obrazy, ogromnie proste, ogromnie nastrojowe, zawsze chwytają mnie za gardło - a to się rzadko zdarza. Oczywiście doceniam wielki kunszt Leonarda, ale to Hopper to jest dla mnie wyjątkowy.

Ale nie wiem, czy udałoby się zrobić taką wystawę. Ostatnio taka był chyba w Wiedniu.

Była na pewno w Lizbonie w ubiegłym roku, były tłumy a sama wystawa - świetna...

Do tej pory widziałam jedynie pojedyncze dzieła w różnych muzeach świata. Można by u nas zrobić taki hopperowski realizm. I do tego dodać moją ulubioną malarkę Georgia O'Keeffe. Malarstwo amerykańskie zawsze mnie fascynowało. A gdybym mogła (uśmiech) pokazałabym dwie wystawy: Hopper i sztuka rosyjska. Jestem z tego pokolenia, które nie miało dostępu do sztuki zachodnioeuropejskiej, tylko rosyjskiej. Ale w ramach sprzeciwu - nie interesowaliśmy się nią. A przecież to świetne malarstwo - chciałabym je pokazać.

DOSTĘP PREMIUM