Zmęczenie "mniejszym złem" PO

Wyznam, że jestem poważnie zmęczona taktyką "mniejszego zła", na którą liczy rządząca partia. Prawdziwą siłą PO jest dystrybucja strachu przed PiS, a pozorną - różnorodność oferty ideologicznej. W wyborczym pakiecie PO ofiarowuje bowiem nie tylko tych, na których warto zagłosować, ale i tych, którzy nowoczesność tego ugrupowania czynią powierzchowną i niewiarygodną. To trochę tak jakby ktoś zapraszał nas do korzystania z fotela, w którym tkwią gwoździe i przekonywał, że mimo gwoździ to jednak fotel lub zapewniał, że gwoździe można polubić.
Z codziennych sondaży dowiaduję się - pośrednio - że jeśli nie przestanę krytykować rządzącej partii, to będę miała za premiera Kaczyńskiego, a moje życie zostanie omotane tajnymi służbami zarządzanymi przez ludzi, których od dawna uważam za społecznie szkodliwych i psychologicznie niezrównoważonych. Niechęć do nich ma mnie zmotywować do złapania ostatniej deski ratunku, czyli PO - gwaranta normalności. W jej imię, powinnam zagłosować na fajnego Tuska i spokojnie przełknąć niesmak związany z jednoczesnym wspieraniem prawicowych poglądów i parafialnych zaangażowań Gowina czy Radziszewskiej, którzy są na liście tej samej partii.

Paradoksalnie moje zmęczenie PO wcale nie dotyczy twardej polityki (tak zwanej "polityki dystrybucji"), lecz polityki uznania.

Nie mam pretensji do Donalda Tuska o - na przykład - niedokończone autostrady czy inne niespełnione obietnice związane z dystrybucją środków. Rozumiem złożoność problemów zarządzania państwem, którego budżetowa kołderka jest zbyt krótka, by zaspokoić potrzeby wszystkich. Wbrew PiS-owi cieszy mnie hasło - "Polska w budowie", bo to optymistyczne, że w Polsce tyle rzeczy się zmienia. Drogi nie da się wybudować równie szybko jak pomników, którymi zasypie nas PiS po dojściu do władzy.

Są jednak dziedziny, w obrębie których partia może mieć sukcesy, uzyskać ideologiczną spójność oraz zaufanie wyborców, nie wydając zbyt wielu środków. W teoriach politycznych nazywa się to "polityką uznania". Dotyczy ona przede wszystkim praw kobiet, osób wykluczonych i mniejszości. Nie potrzeba szczególnych środków by rozpocząć procesy wyrównywania szans kobiet i mężczyzn. PO wpisuje sobie te cele w program, a później nadzór nad nimi przekazuje osobie, co do której ma pewność, że niewiele zrobi, bo uznaje konserwatywno-religijny model społeczny. Nie trzeba zbyt wielkiego budżetu, by wprowadzić refundację zapłodnienia in vitro. PO powierza jednak regulację tej kwestii politykowi, który wsłuchuje się bardziej w głos Watykanu niż w żale niepłodnych par. PO proponuje nowoczesną edukację, ale znów oddaje ją pod panowanie osobie, która ją konserwuje. Mózg partii Michał Boni pisze w swoim raporcie (2030), że rozwój gospodarczy jest większy w krajach, gdzie panują wartości postradycyjne, nowoczesne (indywidualizm, różnorodność, prawa mniejszości, równość w dostępie do rynków, kultury i władzy), ale jednocześnie PO wspiera (poprzez edukację, deklaracje polityczne) wartości tradycyjne i konserwatywne.

Nie jestem już pewna, czy taktyka "by wilk był syty i owca cała" jest wiarygodna na dłuższą metę a tym bardziej - skuteczna.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM