Radziszewska za aborcją!!

Kongres Kobiet, który właśnie zakończył swoje obrady jest wielkim sukcesem kobiet z całej Polski. Było nas 6 tysięcy! Dwa dni intensywnych debat, miesiące przygotowań, kontaktów, dyskusji. I udało się!
III Europejski (można powiedzieć - prezydencki) Kongres był sukcesem wielu tysięcy kobiet, które uznały, że mimo dzielących nas przekonań i sympatii politycznych jest wiele, wiele spraw, które powinnyśmy załatwić wspólnie. Nie chodzi tylko o promocję kobiet, ani - jak myślą niektórzy - o zastąpienie ról męskich kobiecymi. Chodzi o równowagę. Nie chodzi też o władzę, choć kobiety na Kongresie uznały, że bez silnej parlamentarnej reprezentacji nie da się zbyt wiele osiągnąć. Latami można walić głową w patriarchalny mur, by usłyszeć - co najwyżej - głupkowate komplementy. I niewiele więcej. Politycy dają nam czasem ładnie opakowane pudełeczko równościowych deklaracji, które - po jego zakupieniu - okazuje się puste. Jak mówi Agnieszka Graff - "ściema". Ściemą są bowiem obietnice wyborcze, ściemą są deklaracje obrony praw kobiet przez polityków. Ściemą są polityki równościowe pisane w gorącym przedwyborczym okresie. Tak jak kompletną ściema było powołanie przez Donalda Tuska, Elżbiety Radziszewskiej na funkcję pełnomocniczki do spraw przeciwdziałania dyskryminacji.

Nic się nie zmieni jeśli kobiety nie wezmą spraw w swoje ręce, czyli - jeśli nie wejdą do parlamentu i ciał decyzyjnych. Kongres okazał pełne poparcie dla nowelizacji ustawy kwotowej tak by zmierzała ona w kierunku "suwaka" czyli wymogu naprzemiennego umieszczania na listach kobiet i mężczyzn oraz by został uznany parytet. Z pełnym poparciem Kongresu spotkał się postulat uznania kwot w zarządach spółek, wyrównywania płac kobiet i mężczyzn (zajmujących te same stanowiska), dofinansowania przez budżet przedszkoli i żłobków, solidarności międzypokoleniowej, przeciwdziałania przemocy oraz wielu, wielu różnych spraw.

Przygotowania do Kongresu trwały miesiącami, co pozwoliło członkiniom Rady Kongresu i uczestniczkom zgrać się ze sobą i ustalić wspólne stanowisko w wielu sprawach. W przygotowaniach tych nie uczestniczyła minister Radziszewska, która mimo zajmowanej funkcji, z problematyką kobiet, emancypacji i równości szans nie ma nic wspólnego. Pani minister była przeciwko kwotom (wbrew Tuskowi), a z racji swoich tradycyjnych i religijnych przekonań zawsze była przeciwko prawom reprodukcyjnym kobiet. Jednak na Kongresie pojawiła się. Zniosła nawet jego "prostackie" zasady, to znaczy pogodziła się z tym, że nie skorzysta z uwielbianych przez nią przywilejów, ceremonii, obstawy i hołdów (czego domaga wszędzie się tam, gdzie raczy się pojawić, co w przypadku podróży zagranicznych sporo nas podatników kosztuje, zwłaszcza że pani minister bardzo lubi zwiedzać). Radziszewska znosiła jednak wszelkie wynikające z równości uczestniczek, niedogodności Kongresu, byleby tylko zrobić sobie zdjęcia z zagranicznym celebrytkami, konieczne jej do ozdobienia stron internetowych i światowego wizerunku w zbliżającej się kampanii. Uczestnicząc w Kongresie minister Radziszewska, tak jak wszystkie uczestniczki Kongresu - dała swoja zgodę na to, o co Kongres walczy od lat i w czym wspierają nas zagraniczni goście; a mianowicie: o prawo do aborcji, edukacji seksualnej, parytetów na listach wyborczych, kwot w zarządach spółek a także na konieczność powołania pełnomocniczki do spraw równego traktowania, która nie byłaby z rozdania partyjnego (ani kościelnego), lecz z konkursu kompetencji (to jeden z najważniejszych postulatów KK).

Radykalne zmiany poglądów w okresie przedwyborczym nikogo nie dziwią, jednak wolta minister Radziszewskiej starającej się o reelekcję jest naprawdę imponująca, by nie powiedzieć samobójcza. Bo co na to powie biskup z jej okręgu wyborczego?

DOSTĘP PREMIUM