"Nadzór PKW to fikcja. To NIK powinna kontrolować finanse partii"

?Rzeczpospolita" sprawdziła, że w latach 2002-2015 do partii politycznych z budżetu państwa popłynęło ponad miliard złotych. Kwota może robić wrażenie, ale wg Andrzeja Stankiewicza, nie to jest w całej sprawie najważniejsze. Dziennika ocenia, że najpoważniejszym problemem jest to, że PKW nie radzi sobie z nadzorem nad finansami ugrupowań politycznych.

Chcesz wiedzieć szybciej? Polub nas

 "Urzędnicy z PKW ograniczają swą rolę do odbierania stert faktur od partyjnych skarbników. W praktyce partie mogą wrzucić w koszty swej działalności wszystko, co chcą" - ocenia dziennikarz "Rzeczpospolitej".

Najlepiej świadczy o tym to, że jeśli na światło dzienne wychodzą informacje dotyczące zaskakujących wydatków dokonywanych przez partie, pochodzą one z mediów. A nie od PKW. W ten sposób, jak przypomina Andrzej Stankiewicz dowiedzieliśmy się m.in. "o zakupach z partyjnej kiesy PO drogich alkoholi, cygar, ekskluzywnej garderoby dla Tuska czy o wizytach w drogich lokalach oferujących nawet striptiz" czy też o wydawaniu przez PiS ponad miliona złotych rocznie, na ochronę prezesa partii.

Kto jak nie PKW?

Dziennikarz nie jest zwolennikiem likwidacji finansowania partii z publicznych pieniędzy. Przekonuje, że lepiej zastanowić się, kto zamiast PKW ma nadzorować to, co partie robią z pieniędzmi.

Według Stankiewicza, najlepiej gdyby robiła to Najwyższa Izba Kontroli. "Izba ma takie możliwości merytoryczne (odpowiada za najbardziej skomplikowaną kontrolę finansową - tę dotyczącą wykonania budżetu państwa) oraz kadrowe (chronieni prawem kontrolerzy NIK są wyspecjalizowani w swych dziedzinach)" - argumentuje.

Publicysta "Rzeczpospolitej" proponuje też, by wprowadzić ograniczenia wydatków na marketing i "wymóc na politykach, aby więcej pieniędzy przeznaczali na tzw. fundusz ekspercki, z którego finansowane są prace programowe partii".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM