Ukraiński dziennikarz: " Ostrzelali nas. Od tamtej pory nasza redakcja istnieje wirtualnie " [WYWIAD]

- Ostrzelali nas z kałasznikowów. Od tamtej pory nasza redakcja zaczęła istnieć wirtualnie - mówi redaktor naczelny portalu OstroV, Siergiej Harmasz. Redakcja liczy 15 osób. Dziennikarze i redaktorzy nie spotykają się; kontaktują się, gdy muszą. Wszyscy pochodzą z Donbasu. Informacje o swoich rodzinnych stronach zdobywają przez swoje źródła. Nie mogą tam wrócić.
Karolina Słowik, Gazeta.pl: Po co stworzyliście portal OstroV?

Siergiej Harmasz, redaktor naczelny: - Żeby informować o tym, co dzieje się w Donbasie. Pomysł powstał w 2002 roku, gdy mój ówczesny znajomy - Wiktor Janukowycz - oświadczył mi, że zostanie premierem. Dodał, że na tym nie poprzestanie. Ta rozmowa odbyła się dwa miesiące przed objęciem przez niego stanowiska szefa rządu. Wyszedłem z tego spotkania i pomyślałem, że na rzetelne informacje z Donbasu będzie duże zapotrzebowanie.

Dlaczego?

- Już wówczas administracja Janukowycza [od 1997 roku był przewodniczącym Donieckiej Obwodowej Administracji Państwowej - red.], realizowała politykę tzw. parasola informacyjnego. Jego zastępca - Aleksander Urbicz - kontrolował dziennikarzy, którzy pisali o Donbasie. Ja byłem wówczas korespondentem Radia Swoboda z Doniecka. Zacząłem szukać ludzi, którzy chcieliby stworzyć ze mną niezależny portal; którzy nie poddaliby się wpływom administracji.

Po założeniu portalu utrzymywałeś kontakty z Janukowyczem?

- Nie. Obraził się. W momencie, gdy mówił mi, że nie zatrzyma się na fotelu premiera, dawał mi do zrozumienia, że zaprasza mnie do swojej drużyny. Nie przyjąłem tego zaproszenia, wydało mi się to niebezpieczne. Poza tym uważałem Janukowycza za człowieka mądrego, ale niedostatecznie wykształconego, by przewodzić krajowi. On byłby dobrym dyrektorem fabryki, ale nie głową państwa. Nie rozumiał systemu politycznego swojego kraju.

Pamiętam naradę w administracji obwodowej w Doniecku, na której gubernator Janukowycz powiedział: "Demokracja to najlepszy sposób na uniknięcie odpowiedzialności, a jeśli koncentrujesz władzę w swoich rękach, to znaczy, że bierzesz za nią odpowiedzialność".

Janukowycz i jego "parasol" nie przeszkadzał wam w pracy?

- Nad nami nie było "parasola". Nikt z moich dziennikarzy nie poszedł na żadne układy. Byliśmy wówczas jedyną alternatywą dla informacji, które podawały portale rządowe. Nikt też nas specjalnie nie ruszał, bo - po pierwsze - władza nie doceniała jeszcze siły internetu, a po drugie - wiedzieli, że jestem znajomym Janukowycza. Nie wiedzieli tylko, w jakich jesteśmy stosunkach. Pewnie myśleli, że jeśli mogę sobie pozwolić na krytykę rządu, to stoi za mną ktoś większy, silniejszy i lepiej mnie nie ruszać.

A stał?

- Raz nam rzeczywiście pomogli. W 2003 roku jeden miejscowy doniecki oligarcha nas pozwał. Na jego życzenie sąd zablokował nam konta bankowe. Zwróciłem się wówczas o pomoc do znajomego z administracji Janukowycza i odblokowali nam konta.

Od tamtej pory wszyscy myśleli, że mamy nad sobą potężną "kryszę" [z ros. - "opieka" polityczna władz, tzw. plecy]. Tym bardziej że pochodzę z tej samej wioski co Janukowycz - z Jenakijewa. Poszły plotki, że jesteśmy spokrewnieni.

Najpierw wasza redakcja miała siedzibę w Doniecku. Teraz macie zakaz wjazdu do Donbasu.

- Wyjechałem po tym, jak ostrzelali moje okna. Wszystko zaczęło się w marcu w 2014 roku. Wróciłem właśnie z Kijowa, skąd relacjonowałem wydarzenia na Majdanie. A w Doniecku zaczynały się protesty proukraińskie. Zauważyliśmy, że ludzie się gromadzą, ale nie ma jednego centrum koordynacyjnego. Dlatego wraz z ponad dwudziestoma organizacjami pozarządowymi podpisaliśmy memorandum o utworzeniu Komitetu Patriotycznych Sił Donbasu. Organizowaliśmy protesty, pomagaliśmy naszej armii. Nasze twarze stały się rozpoznawalne: zapraszano nas do telewizji, udzielaliśmy wywiadów w prasie. Na początku maja 2014 roku członkowie naszej organizacji zaczęli znikać. Przepadać bez wieści. Zrozumieliśmy, że w końcu przyjdzie kolej na nas. Zeszliśmy więc do podziemia.

Wyjechaliśmy z Doniecka na przedmieścia. Żyliśmy na mojej daczy za miastem. Tydzień przeszedł spokojnie, my się rozluźniliśmy i pojechaliśmy do Doniecka po zakupy naszymi samochodami. Musieli nas wtedy zauważyć. Gdy wróciliśmy wieczorem na daczę, siedliśmy do stołu i ktoś otworzył w nas ogień. Strzelali w moje okna z kałasznikowa.

Na szczęście byliśmy przygotowani. Mieliśmy broń. Oni się nie spodziewali strzałów z naszej strony, i chyba się przestraszyli. Gdy upewniliśmy się, że przed domem nie ma już nikogo, wsiedliśmy w samochody i pojechaliśmy do Kijowa.

Od tamtej pory redakcja portalu OstroV istnieje jedynie wirtualnie.

- Zdecydowaliśmy się rozdzielić. Początkowo wszyscy pracowali z domu, jeszcze w Doniecku. Ja przyjeżdżałem nielegalnie. Gdy w lipcu zeszłego roku ze Słowiańska do Doniecka wkroczył Igor Striełkow, rozjechaliśmy się po całej Ukrainie. Część redakcji pracuje teraz w Kijowie, redaktor wiadomości jest w Winnicy, koledzy z Ługańska wyjechali do Iwano-Frankiwska, mamy też ludzi we Lwowie.

Nikt nie został w Donbasie?

- Są: w Doniecku, Kramatorsku, Mariupolu. Ale nie przyznają się, że pracują jako dziennikarze. Nie uczestniczą w konferencjach prasowych. Sprawdzają informacje w terenie, które podają w sieci separatyści.

Twoi dziennikarze mówili, że nie mogą wjechać do Donbasu, bo nie mają ważnych przepustek.

- Z przepustkami teraz jest problem. Ukraińskie władze postawiły na izolację tego regionu. Procedura jest bardzo długa, trzeba czekać po kilka miesięcy. Ale nie chodzi jedynie o akredytację. Jestem na czarnej liście. Jeśli tam pojadę, to mnie zabiją.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM