Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]

Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]

  • poniedziałek, 19 czerwca 2017
  • 4 czerwca niestety znów dzieli. Władze Puław (PiS) nie zgodziły się na wystawę plenerową poświęconą pierwszym wolnym wyborom w Polsce. Wystawę fotograficzną, na której są zdjęcia z tamtego okresu, a na nich m.in. Lech Wałęsa, ale też... Jarosław Kaczyński. Wystawę, zorganizowaną przez lubelski Teatr NN oraz Komitet Obrony Demokracji. Wystawę, która była prezentowana w Lublinie, na Placu Lecha Kaczyńskiego i nikomu nie przeszkadzała.

    W oficjalnej odpowiedzi, którą dostał KOD od wiceprezydenta Puław Tadeusza Koconia napisano, że wystawa nie ma charakteru edukacyjnego. W rozmowie ze mną prezydent podkreślił z kolei, że miasto nie zgadza się na upolitycznianie głównego placu w mieście i ustawianie tam politycznych wystaw. - To kompletny absurd - mówią mi działacze KOD - Wystawa absolutnie nie jest polityczna. Pokazuje naszą historię, naszą walkę o wolność - słyszę od moich rozmówców

    Wiceprezydent Tadeusz Kocoń w rozmowie ze mną zapewnia, że jego działanie nie ma podtekstu politycznego. W jego ocenie, polityczna - to miała być sama wystawa. Skąd takie informacje? Bo na planszach ze zdjęciami - jak słyszę - widnieje znaczek KODu. - W debacie politycznej, KOD jest wyraźnie odczytywany jako strona tej debaty. A my nie chcemy upolityczniania placu - mówi Kocoń.

    Arkadiusz Pisarski, członek zarządu regionu lubelskiego KOD napisał mi, że NA ŻADNYM ZE ZDJĘĆ przedstawionych w wystawie nie ma znaczka KOD. Jedyna informacja o udziale Komitetu Obrony Demokracji w tworzeniu wystawy znajduje się na podziękowaniu, co widać na zdjęciach przesłanych mi przez pana Arkadiusza.

    Zdaniem Czesława Rolli z puławskiego KOD, nie bez znaczenia jest fakt, że w Puławach rządzi PiS. - Dostaliśmy odpowiedź, że to nie jest materiał edukacyjny i że jest odmowa. Jakiż może być większy materiał edukacyjny dla młodzieży? - pyta Rolla.

    - Rozumiemy, że jedynym prawdziwym powodem odmowy jest to, że współorganizatorem wystawy jest KOD, występujący przeciw polityce partii, która dominuje w obecnym układzie rządzącym w Puławach. Być może ukrytą przyczyną tej decyzji jest także to, że władze Puław nie uznają 4 czerwca za datę ważną dla Polski - wbrew historycznym faktom, ale zgodnie z obowiązującą wykładnią - mówi Adam Kalbarczyk z lubelskiego KOD.

    Czy rzeczywiście?

    Wiceprezydent Kocoń powiedział mi, że dla niego jest to bardzo ważna data. - Pamiętam wszystko niemal godzina po godzinie, było bardzo dużo emocji. Uznawaliśmy, że jest to promyk wolności. Co prawda w tej chwili w debacie publicznej ta data jest różnie oceniana, natomiast wtedy byliśmy wolni, młodzi, pełni entuzjazmu, że pojawił się promyk zmian - mówi Kocoń.

    Dlaczego zatem dziś uznał, że wystawa jest polityczna? Bo jak mówi... były na niej znaki KODu. Tyle, że tych znaków tam wcale nie ma. Czesław Rolla nie ma wątpliwości, że to gorsze niż cenzura.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 08 czerwca 2017
  • Miejscy urzędnicy zapomnieli o chrześcijańskich wartościach - grzmią członkowie Społecznego Komitetu ''Lublin 700+'' . A chodzi o obchodzone w tym roku uroczystości związane z 700-leciem nadania Lublinowi praw miejskich. Miasto przygotowało z tej okazji bardzo bogaty program kilkuset najróżniejszych wydarzeń - są więc festiwale, konkursy, wystawy, pokazy, spektakle. Naprawdę, cała masa.

    Wszystko - co podkreśla dyr. Wydziału Kultury Michał Karapuda - przygotowywane we współpracy z mieszkańcami Lublina. Urzędnicy byli otwarci na każdą propozycję, w tym również środowisk związanych z Kościołem.

    Mimo otwartości miasta, pojawił się Społeczny Komitet obchodów 700-lecia Lublina pod nazwą ''Lublin 700+'' - uznano bowiem, że. urzędnicy z ratusza zapomnieli o chrześcijańskich wartościach. Dlatego komitet organizuje swoje obchody, w tym konferencję naukową na Zamku. Ale jak mówi jedna z założycielek komitetu, prof. Teresa Krasowska, trzonem działań jest nowenna. - Przez dziewięć miesięcy odprawiane są msze w różnych kościołach. Każdej mszy towarzyszy inna intencja. Początek, w kwietniu, to była intencja przebłagalna, za grzechy niewierności Bogu i ojczyźnie na przestrzeni 700 lat - mówi Krasowska. I dodaje, że wielka szkoda, że w miejskich obchodach nie znalazło się odniesienie do chrześcijańskich korzeni Lublina.

    Dyr. Wydziału Kultury odpowiada: miasto wcale nie zapomniało, że wśród mieszkańców są katolicy i dlatego starano się wszystko wyważyć. - Mam wrażenie, że obchody przygotowane przez nas i naszych mieszkańców - tych wierzących i tych niewierzących - są naprawdę bogate, a akcenty położone są na bardzo różne działania - mówi dyrektor. Dodaje, że są przewidziane uroczyste msze święte - choćby w Dniu Patrona Lublina, św. Antoniego czy 15 sierpnia - w urodziny miasta.

    - Poza tym, w ubiegłym roku przekazaliśmy m.in. parafiom około 700 tys. zł na przekazywanie dziedzictwa kulturowego, w szczególności pokazując osoby, które kształtowały charakter miasta. Choćby papież Jan Paweł II, który wykładał na KUL. W tym roku przekazaliśmy na to ponad 450 tysięcy zł - mówi Karapuda.

    Dlaczego ''Lublin 700+''?

    Pierwsze skojarzenie nawiązuje do rządowych programów PiSu ''500plus'' i ''MieszkaniePlus''. Jednak, jak mówi mi miejski radny PiS, prof. Mieczysław Ryba, tu chodzi raczej o nawiązanie do przyszłości Lublina. - Miasto się nie kończy. Chcemy pokazać pewną perspektywę, do czego sięgać, żeby się rozwijać. Korzeń chrześcijaństwa jest mocno osadzony - mówi M.Ryba.

    Cóż... poglądy można mieć różne, wiarę również - ważne jednak, by się porozumieć i dogadać. W specjalnej broszurze, wydanej z okazji 700-lecia, jest program obchodów, a w nim naprawdę kilkaset wydarzeń. Jak podkreśla dyr. M.Karapuda, gdyby ci, którzy dziś tworzą Społeczny Komitet się do niego zgłosili, na pewno udałoby się wypracować wspólne wydarzenia i wpisać je do oficjalnych obchodów. Tyle, że... nikt się do ratusza w tej sprawie nie zgłosił. A szkoda.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 26 maja 2017
  • Z wielu stron i z wielu ust - codziennie - słyszymy o niebezpiecznych uchodźcach i o tym, że Polska uchodźców nie przyjmie. Bo mogą być zagrożeniem. Dziś na moim blogu o projekcie, który pokazuje, że cudzoziemcy wcale nie są tacy straszni jak ich malują; że są tacy jak my, tylko mają inną kulturę, religię, zwyczaje. A przekonują się o tym... seniorzy z wielokulturowej Warszawy.

    Projekt wymyśliło i prowadzi Stowarzyszenie Interwencji Prawnej. Obcokrajowcy, w tym m.in. Czeczeni, Ukraińcy i Nigeryjczyk, wśród nich uchodźcy, odwiedzają domy i kluby seniora, by wspólnie z nimi gotować, rozmawiać, opowiadać im o innych kulturach.- Seniorzy są zachwyceni - mówi Olga Hilik ze stowarzyszenia. Wspólne gotowanie widać na zdjęciach autorstwa Marleny Talunas

    W ramach projektu obcokrajowiec spotyka się z osobami starszymi, opowiada im o swoim kraju, tradycjach, zwyczajach, kulinariach. Była więc kuchnia brazylijska, nigeryjska, ale też z Indii, Kurdystanu czy Uzbekistanu. Z Ukraińcem wspólnie gotowano barszcz ukraiński. - Seniorzy byli sceptyczni, mówili, że potrafią taki barszcz sami ugotować. Dali się jednak przekonać i okazało się, że ten prawdziwy barszcz zasadniczo się jednak różnił - mówi Olga Hilik. Na jednym ze spotkań pojawił się Nigeryjczyk. Gotował danie, w którym wędzoną makrelę łączy się z kurczakiem. - Seniorzy na początku byli bardzo sceptyczni, a okazało się, że danie jest pyszne - mówi koordynatorka projektu.

    Luiza, Czeczenka, od 13 lat mieszka w Polsce. Opowiadała seniorom, jak wyglądaj czeczeńskie pogrzeby i śluby. A że zasadniczo się różnią, opowieściom nie było końca. Nie mogło też zabraknąć tematu gotowania. - Mówiłam o naszych daniach, w tym o chałwie, która jest zupełnie inna od tej chałwy, którą znamy z Turcji. Robi się ją ręcznie, z jajka, mąki i miodu - mówi nasza rozmówczyni. Pani Luiza mówiła też o głównym daniu z jej kraju - to żiżik gałnysz, czyli kluski z mięsem, gotowane na specjalnym wywarze mięsnym.

    Koordynatorki projektu wielokulturowej Warszawy, wspólnie z cudzoziemcami zabierały też seniorów m.in. do cerkwii czy meczetu, by oprócz innych kultur mogli też poznać inne religie. Tu też pytaniom nie było końca. Zorganizowano też zajęcia artystyczne np. szycie ukraińskich lalek -motanek.

    Co ważne, seniorom tak spodobały się spotkania z cudzoziemcami, że poczuli się niejako zobligowani do rewanżu. W jednej z dzielnic Warszawy złożyli projekt do bużetu partycypacyjnego, dostali pieniądze i zorganizowali spotkanie dla cudzoziemców, na którym m.in. podzielili się swoimi przepisami na dania polskiej kuchni. Projekt sfinansowało miasto Warszawa. Będzie realizowany przez najbliższe 3 lata w róznych dzielnicach.

    Głównym założeniem projektu jest aktywizacja seniorów i integracja międzypokoleniowa i międzykulturowa. Nikt nie kryje, że chodzi również o wzajemne poznawanie się i uczenie tolerancji i wyrozumiałości dla każdego wieku i dla każdej kultury. Posiłki przy wspólnym stole sprzyjają też przełamywaniu istniejących po obu stronach stereotypów i obaw.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 03 lutego 2017
  • "Ukrainiec nie jest moim bratem'' - między innymi takie słowa pojawiły się na prowadzonej przez Związek Ukraińców w Polsce stronie ''Nasze słowo''. Jest to czasopismo, wydawane przez związek, w języku ukraińskim.- Mamy pierwszy atak hakerów na naszą stronę - mówi nam prezes związku, Piotr Tyma. Choć przyznaje, że mowy nienawiści skierowanej wobec naszych sąsiadów zza wschodniej granicy jest dużo więcej.

    Na stronie, po ataku hakerów, pojawiło się też zdanie ''Ukraińcy-mordercy i zbrodniarze''; do tego wulgaryzmy. - Byłem zaskoczony, bo dotychczas takiego zdarzenia nie było. Pierwszy raz ktoś zaatakował strony tygodnika, którego jesteśmy wydawcą, a który ukazuje się w Polsce od 1956 roku- mówi Piotr Tyma.

    Związek Ukraińców w Polsce przekazał sprawę prawnikowi, który zdecyduje, co dalej, czyli czy będzie zawiadomienie do prokuratury.

    Anna Rodziewicz-Maszlanka jest Polką. Wyszła za mąż za Ukraińca. Mają dwoje dzieci. Jak mówi, teraz, gdy w Internecie jest zalew antyukraińskich treści, jej dzieci tym mocniej podkreślają swoją tożsamość narodową. -Czuję coś takiego, że czym więcej jest tej agresji w mediach, czym więcej jest jej w Internecie, tym bardziej moje dzieci czują się Ukraińcami. Nie wiem, czy to forma protestu czy współodczuwania, ale po tych różnych atakach tym bardziej podkreślają, że są Ukraińcami- mówi pani Anna.

    Nie ma statystyk, dotyczących antyukraińskiej mowy nienawiści w sieci. Takie dane mogą się jednak niebawem pojawić - Związek Ukraińców w Polsce rozpoczyna bowiem specjalny projekt, w ramach którego chce te dane zbierać.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 04 listopada 2016
  • Gminne komisje rozwiązywania problemów alkoholowych - działają od lat i są sposobem na niezły zarobek, nawet do 2 tys. zł miesięcznie. A zarabiają... m.in. radni - obecni, ale także byli. Tak jest m.in. w Lublinie, gdzie jest kilku radnych i kilku byłych radnych w takiej właśnie komisji. ''Przecież ci radni nie są specjalistami od uzależnień. Czy w Lublinie brakuje specjalistów, osób, które pracują z takimi pacjentami? Czy nie ma u nas pracowników socjalnych, terapeutów, lekarzy? Dlaczego to muszą być radni? No wiadomo... chodzi o pieniądze'' - napisał mi jeden ze Słuchaczy TOK FM, pan Wojciech.

    Postanowiłam przyjrzeć się temu tematowi bliżej. A jako, że lubelska Fundacja Wolności właśnie przygotowała raport z informacjami o gminnych komisjach w 18 dużych miastach, więc tym bardziej warto napisać, co i jak. Zacznijmy od tego, czym zajmuje się taka komisja? Jej członkowie zbierają się w specjalnych zespołach na wyznaczonych posiedzeniach. Prowadzą kontrolę punktów sprzedaży alkoholu, podejmują działania zmierzające do wysłania konkretnych osób uzależnionych na przymusowe leczenie odwykowe, ale też opiniują kwestię usytuowania w konkretnym miejscu sklepu z alkoholem. Jest więc co robić, ale jest też jak sobie dorobić.

    Zasiadanie w komisji bynajmniej nie jest działaniem społecznym - wynagrodzenie ustala Rada Gminy. Ustawa nie przewiduje maksymalnej liczby członków komisji, więc... wszystko w rękach ułańskiej fantazji prezydentów czy burmistrzów. Z danych zebranych przez Fundację Wolności wynika, że np. w Warszawie jest 13 członków komisji, ale już w Katowicach - 42, w Krakowie - 31, w Poznaniu - 25. Podobnie w Lublinie.

    W komisjach są eksperci, ale są też radni. Formalnie przepis mówi o tym, że do komisji mogą wchodzić wyłącznie osoby przeszkolone w zakresie profilaktyki i rozwiązywania problemów alkoholowych. Ale np. w Lublinie... wystarczy kilkugodzinne szkolenie dla radnego, które przeprowadza przewodniczący komisji. Fakt, lekarz, ale też... jednocześnie radny. - Część tych osób to są naprawdę osoby, które jakby spadły z księżyca. W ogóle nie znają tematyki uzależnień. Nie ma się co oszukiwać, zielonego pojęcia o tym nie mają, żadnego doświadczenia w tym zakresie - mówi nam ekspert, członek komisji w Lublinie, który w komisji jest już od kilku ładnych lat.

    Lublin - niestety, a mówię to z żalem, bo to moje miasto - może się poszczycić największym odsetkiem radnych w składzie komisji (25 procent, ale do tego dochodzą też byli radni); w Olsztynie jest to 19 procent składu, w Szczecinie - 18 procent. CO WAŻNE, są jednak miasta, w których w komisjach alkoholowych W OGÓLE nie ma radnych - tak jest choćby w Gorzowie, Katowicach, Krakowie, Poznaniu czy Warszawie. Czyli jak się chce, to można...

    Wynagrodzenia? Niemałe...

    Z raportu Fundacji wynika, że w roku 2012 suma kosztów wynagrodzeń dla członków komisji z badanych 18 miast wyniosła 2 mln 986 tys. zł. W roku 2015 - już 3 mln 346 tys. zł. Dla przykładu w Lublinie - członek komisji dostaje za posiedzenie ok. 185 zł, a ma 7-9 posiedzeń w miesiącu. Nic tylko brać....

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • niedziela, 16 października 2016
  • Jedyny w Polsce hostel dla osób LGBT - przestaje działać. Bo nie ma pieniędzy na jego dalsze funkcjonowanie. Hostel pomagał osobom, które doświadczają przemocy ze względu na swoją orientację seksualną czy tożsamość płciową. Zapewniał im schronienie, gdy uciekały z domu, bo rodzina próbowała je zmieniać. Działał od lutego 2015 roku. Przez ten czas pomoc znalazło tu blisko 70 osób. Nie tylko schronienie i wyżywienie na czas kryzysu, ale też np. pomoc psychologiczną.

    Wiadomo, że w Polsce jest sporo ośrodków dla ofiar przemocy - fizycznej, psychicznej, ekonomicznej. Trafiają tu głównie kobiety z dziećmi. TO MIEJSCE, w Warszawie, było jednak jedyne w swoim rodzaju. Trafiali tu głównie panowie, w wieku do 25 roku życia. Wszyscy doświadczali przemocy ze względu na swoją orientację seksualną, przemocy głównie ze strony bliskich. By np. młody chłopak, który po ujawnieniu, że spotyka się z innym chłopakiem - został niemal wyklęty przez rodzinę. Chodził jeszcze do liceum. Był inny mężczyzna, któremu w domu rodzina zamknęła dostęp do lodówki, nie mógł wychodzić z domu, nie miał komputera, a nawet telefonu. Bo bliscy myśleli, że dzięki temu go zmienią i zacznie być ''normalny''. - Najbardziej klasycznym scenariuszem była sytuacja, gdy ktoś ujawniał swoją orientację seksualną czy tożsamość płciową i nagle pojawiały się ze strony najbliższych reakcje homofobiczne - mówi Agnieszka Duszyńska ze Stowarzyszenia LAMBDA Warszawa, koordynatorka hostelu.

    Do ośrodka trafiały osoby nie tylko z Warszawy, ale z naprawdę odległych miejsc w Polsce. - Osoby 19-to czy 20-letnie, gdzie następuje odrzucenie ze strony rodziny. Ludzie, którzy byli w stanie przejechać pół Polski, by dopiero w hostelu poczuć się bezpiecznie - mówi Duszyńska.

    Początkowo hostel utrzymywał się z pieniędzy z grantu, otrzymanego z Fundacji Batorego. Gdy grant się skończył, była zbiórka publiczna. Udało się uzbierać ok. 75 tysięcy złotych. To wystarczyło na jakiś czas - miesięczny koszt utrzymania hostelu to 20-25 tysięcy zł. Ale stowarzyszenie uznało, że na dłuższą metę taka działalność nie ma szans, potrzebne jest stałe wsparcie. - Funkcjonowanie z miesiąca na miesiąc, tylko przy pomocy zbiórki publicznej, jest bardzo trudne, zarówno dla mieszkańców, którzy tam przebywają, ale też dla kadry i całej organizacji pracy. Bo to jednak lokal, media do opłacenia. I takie funkcjonowanie z myślą ''nie wiadomo, czy się uda uzbierać'' było bardzo, bardzo trudne - mówi koordynatorka hostelu.

    Placówka prosiła o wsparcie Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, ale pieniędzy nie dostała. Stąd decyzja o zawieszeniu działalności od połowy października. Stowarzyszenie ciągle liczy na wsparcie ze strony samorządu Warszawy - wsparcie stałe, regularne, by móc pomagać osobom LGBT - ofiarom przemocy.

    To smutne, że ośrodek, który niósł pomoc osobom, które są w kryzysie przez swoją orientację seksualną - zostaje zamknięty tylko dlatego, że nie ma pieniędzy. Bo nie ma innego takiego miejsca w Polsce. A trudno się spodziewać, by ofiara takiej przemocy - ze względu na obawy, stereotypy czy wstyd - zgłosiła się do ''normalnego'' ośrodka wsparcia, do którego trafiają głównie kobiety. Czyli takie ofiary... zostają na lodzie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 13 października 2016
  • Na 24 października szykowany jest kolejny Czarny Poniedziałek i strajk kobiet. Czyli protest przeciwko planom naszych władz, dotyczącym zmiany ustawy aborcyjnej. Bo projektu w sejmie nie ma, ale... Mamy chociażby wczorajszą wypowiedź prezesa PiS. ''PiS będzie prowadził prace nad nowelizacją prawa o aborcji. Będziemy dążyli do tego, by aborcji w Polsce było dużo mniej niż w tej chwili' - powiedział w wywiadzie dla PAP. ''Będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię''.

    Wojewoda lubelski o zachowaniach satanistycznych

    Kobiety, ale i mężczyźni ponownie wyjdą więc na ulice. Tymczasem zdaniem wojewody lubelskiego, Przemysława Czarnka, na poprzednim poniedziałkowym czarnym marszu - pojawiły się "zachowania o charakterze satanistycznym". Takie słowa miały paść na spotkaniu w Klubie Inteligencji Katolickiej w Lublinie, na wykładzie pana wojewody.

    Był tam m.in. jeden z lubelskich dziennikarzy, Sebastian Białach z serwisu OnetWiadomości. - Wojewoda wspomniał o tym, że Polska jest krajem jednolitym pod względem kulturowym, jak i wyznaniowym. Jednak są pewne wyjątki - i tutaj jako przykład podał zachowania, które jego zdaniem były satanistyczne podczas ostatniego poniedziałku, czyli chodziło mu o czarny protest - mówi mi Sebastian. I dodaje, że przekaz - w jego ocenie był jednoznaczny. - Nawet, jeżeli wojewoda użył skrótu myślowego, to jednoznacznie by to dla mnie oznaczało, że część ludzi, którzy wzięli udział w proteście, mogłaby być nazwana satanistami - dodaje dziennikarz.

    Co na to wojewoda lubelski, Przemysław Czarnek, profesor KUL?

    Dziś w rozmowie ze mną mówi, że został źle zrozumiany. Przyznaje jednak, że słowa o zachowaniach satanistycznych rzeczywiście padły. Wojewoda dowodzi, że tak może oceniać osoby, które były na wiecach i miały obraźliwe transparenty, które wojewoda... widział w telewizji. - Był na przykład transparent z palcem wskazującym wciśniętym w narządy rozrodcze kobiety i skrzyżowanym na znak krzyża. To symbole nie do przyjęcia i mogą mieć charakter satanistyczny - mówi Czarnek.

    Wojewoda dzisiaj zapewnia, że mówiąc o zachowaniach satanistycznych nie miał na myśli protestujących kobiet jako ogółu. - Każdy w demokratycznym, wolnym państwie może manifestować swoje poglądy i wypowiadać je publicznie. Natomiast w sytuacji, w której dochodzi do formułowania poglądów obraźliwych, jest to nie do przyjęcia w normalnych krajach. Mam na myśli też plakat, na którym widniał wizerunek dziecka w łonie matki i napis "Rest in PiS" - widać było to w telewizji. Ten charakter wiecu oceniam jako satanistyczny wręcz - dodaje polityk PiS.

    Gdy dopytuję, czy nie uważa jednak, że słowa o satanistycznym charakterze były nie na miejscu, wojewoda odpowiada: "Ja już wyjaśniłem. Satanistyczny charakter mają sposoby wyrażania poglądów, które są obraźliwe dla innych, którzy mają przeciwne zdanie".

    Wojewoda użył słów, jakich użył. I sam to potwierdza. Próbuje się tłumaczyć, choć mnie te tłumaczenia nie przekonują. A Was?...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 05 października 2016
  • Czarny protest. Tysiące kobiet, ale i mężczyzn na ulicach. Nawet policja (której szefowie zostali powołani przez obecną władzę) podała, że w całej Polsce na ulice wyszło ok. 100 tysięcy osób. Myślałam, że po słowach ministra W.Waszczykowskiego - m.in., że były to wydarzenia marginalne - nic mnie już nie zdziwi. Czy po słowach jednego z radnych z Rady Dzielnicy Wieniawa w Lublinie, który na FB nadawał relację na żywo, a w niej uczestniczki protestu nazwał m.in. ''prostytutkami''.

    Ale jest kolejny kwiatek. Dostałam informację od słuchaczki, że w Radzyniu Podlaskim burmistrz w trakcie sesji Rady Miasta - to była uroczysta sesja z okazji 1050 rocznicy chrztu Polski - był łaskaw nawiązać do poniedziałkowego protestu nazywając go "buntem pogan". O szczegółach napisał jeden z lokalnych portali, a link do tekstu podesłała mi pani Elżbieta PRZECZYTAJ

    Szanowny Panie Burmistrzu!

    Trzeba wiedzieć, co się mówi. Zgodnie z definicją słownikową, poganie to pogardliwe określenie używane przez chrześcijan wobec wyznawców innych religii.

    @Naprawdę wierzy Pan w to, że w ramach Czarnego Poniedziałku protestowali tylko ateiści czy muzułmanie?

    @Naprawdę jest Pan pewien, że katoliczek tam nie było?

    @Naprawdę nie ma Pan wśród znajomych osób, które też wyszły na ulicę, by pokazać swój głos?

    @Naprawdę? Naprawdę? Naprawdę?

    Otóż nie, było tam naprawdę wiele pań, które same, jawnie deklarowały, że chodzą do kościoła, przyjmują w domu księdza, a ich dzieci chodzą na religię. Co nie zmienia faktu - że chcą mieć wybór. I chcą, by państwo nie wchodziło z butami w ich życie. Wiem, że tam były, bo z niektórymi rozmawiałam.

    Można zaklinać rzeczywistość, ale takie są fakty. Nazywanie uczestniczek protestu poganami czy używanie innych epitetów - to plucie kobietom w twarz i mówienie, że deszcz pada...

    Radzyń Podlaski, drodzy internauci, to ta sama miejscowość, o której nie tak dawno pisałam. Miejscowość, w której w lokalnym KRUS odbywały się przed pracą codzienne modlitwy. Dziś już ich nie ma, ale były. PRZECZYTAJ

    Radzyń to też to miasto, w którym burmistrz Jerzy Rębek (były poseł PiS) zawierzył miasto Jezusowi. To ten sam burmistrz, który jeszcze będąc posłem, w sprawie in vitro, grzmiał z sejmowej mównicy: ''Niech to usłyszy najmłodsze pokolenie: żeby siostrzyczka lub braciszek narodzili się z in vitro, kilkoro spośród nich musi umrzeć. To narusza piąte przykazanie, które mówi: "Nie zabijaj"''.

    Cóż, świeckie państwo...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 28 września 2016
  • Dziś u mnie o RADNYM dzielnicy, który w maju kupił jedną z kamienic w Lublinie - przy ul. Skibińskiej 5 - i chce z niej eksmitować lokatorów. Jak twierdzi, kamienica jest w zrujnowanym stanie i nie nadaje się do użytku, bo zagraża życiu i zdrowiu ludzi. Mariusz Kasprzak kupił kamienicę w maju (nieoficjalnie wiadomo, że za stosunkowo niewielkie pieniądze), a zażądał od mieszkających tam od kilkudziesięciu lat ludzi odszkodowań za 10 lat wstecz (np. od jednej z lokatorek ponad 400 tysięcy złotych). - Pierwszy raz w Lublinie mamy do czynienia z kimś, kto działa jak tak zwany ''czyściciel kamienic'' - usłyszałam od przedstawicieli Lubelskiej Akcji Lokatorskiej.

    Nowy właściciel kamienicy był do tej pory przewodniczącym zarządu dzielnicy Kośminek. Ale we wtorek wieczorem jednogłośnie został odwołany. Rada Dzielnicy uznała, że nie chce, by ktoś taki ją reprezentował. Nie wywiązywał się z obowiązków przewodniczącego (choćby nie sporządzał protokołów z posiedzeń), ale - jak usłyszałam - czarę goryczy przelała sprawa eksmisji. - Dostaliśmy setki telefonów, maili, różnych sygnałów od mieszkańców, że taka osoba, która powinna działać na rzecz innych - zajmuje się wyrzucaniem ludzi z mieszkań - mówi mi Tomasz Aftyka z Rady Dzielnicy.

    - Ja zagłosowałem za odwołaniem i przede wszystkim wziąłem pod uwagę sprawę eksmisji, która jest nagłośniona. Bo robi ludziom krzywdę, będąc przewodniczącym zarządu dzielnicy. Zawiodłem się po prostu na nim. Wyszło szydło z worka - mówi radny, Andrzej Mazur. Padały też argumenty finansowe. - Przez 7 miesięcy Kasprzak wziął 13 tysięcy diety i nie stać go było na to, by napisać cztery protokoły - dowodzi radny, T.Aftyka.

    - Osoba, która reprezentuje naszą dzielnicę, powinna mieć nieposzlakowaną opinię - można było usłyszeć z ust Magdaleny Kowal ze Stowarzyszenia Przyjaciół Kośminka. Radni dowodzili, że sprawa o eksmisję odbiła się w dzielnicy i w całym mieście szerokim echem, stawiając ich w bardzo złym świetle. - Bardzo źle się czuję z tym, jak jesteśmy napiętnowani przez tą sytuację, bo to sytuacja bardzo trudna. Poza tym być może ta sprawa o eksmisję, która jest jego prywatną sprawą, tak go zaabsorbowała, że zaczął zaniedbywać też inne obowiązki, działania w radzie dzielnicy - mówi Joanna Jabłońska, przewodnicząca Rady Dzielnicy Kośminek.

    Sam Mariusz Kasprzak na posiedzeniu się nie pojawił. Przyszedł za to radny z PiS, Eugeniusz Bielak, który wcześniej... nie był tu widziany. Próbował zablokować podjęcie uchwały o odwołaniu przewodniczącego zarządu. Udowadniał, że nie ma odpowiedniego uzasadnienia i że uchwała będzie nieważna. - Jesteś pan u nas gościem, siedź pan cicho - usłyszał od mieszkańców

    Ruszył też proces w sądzie

    Przed sądem ruszył też proces o eksmisję lokatorów. M.Kasprzak, jako właściciel, pojawił się w sądzie, ale... przeszkadzali mu dziennikarze. - Ja nie mogę się skupić - stwierdził. Chciał, by proces toczył się za zamkniętymi drzwiami, na co nie zgodził się sąd. - W takim razie ja wyjdę, a państwo będą obradować sobie sami. I rzeczywiście wyszedł, ale za chwilę wrócił. Nie znał odpowiedzi na część pytań sądu. Ostatecznie żadne decyzje nie zapadły - kolejna rozprawa w listopadzie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 26 sierpnia 2016
  • Tylko w 20 procentach wniosków o 500plus, złożonych przez rodziców, z których jeden pracuje za granicą - wydano decyzję o przyznaniu pieniędzy. Pozostałe rodziny wciąż czekają. Czeka też pani Zofia, słuchaczka TOK FM, która do mnie napisała.

    Jest mamą trzech córek, w tym jednej niepełnosprawnej, mąż pracuje na Węgrzech. Pani Zofia wydaje bardzo duże pieniądze na rehabilitację córki, która jest po leczeniu onkologicznym i wielu zabiegach. Pieniądze są rodzinie bardzo potrzebne, zwłaszcza teraz przed początkiem roku szkolnego. Słuchaczka wniosek o 500plus złożyła na początku czerwca w swoim urzędzie gminy. Wie tylko tyle, że został niezwłocznie przekazany do podległego marszałkowi ośrodka polityki społecznej. I dalej CISZA...

    Okazuje się, że w całej Polsce w takiej sytuacji jak pani Zofia są wciąż tysiące rodzin. W samej Małopolsce jest ok. 11 tysięcy wniosków złożonych przez rodziny, w których rodzic pracuje za granicą, a na Mazowszu - prawie 4 tysiące.

    Pracownicy Urzędu Marszałkowskiego w Warszawie: ''Jest wiele powodów tej sytuacji. Należą do nich m.in. opóźnienia w udzieleniu dotacji samorządom przez administrację rządową na realizację nowego zadania jakim jest program 500+ (lub udzielenie tej dotacji w mniejszym wymiarze niż wynika to z faktycznych potrzeb), składanie niekompletnych wniosków przez wnioskodawców (np. we wniosku brakuje niezbędnych danych takich jak adres członka rodziny za granicą)''. I dalej: ''Jeśli chodzi o sprawę Pani Zofii jest ona w toku, i zostanie do niej wystosowana odpowiedź''. No, trudno, żeby było inaczej. Pytanie tylko, KIEDY??? ale tu odpowiedzi już nie ma.

    Co na to Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej?

    Dyr. Michał Drozdowicz z jednego z departamentów przyznał w rozmowie ze mną, że podobna sytuacja jest w całej Polsce. Ministerstwo twierdzi, że przekazało samorządom pieniądze na obsługę programu. Kto więc zawinił? Zdaniem dyrektora, w dużej części gminy, które zbyt późno, jedną falą - przekazały wnioski o 500plus do urzędów marszałkowskich.

    Poza tym, jak podkreśla dyrektor, w Warszawie większość wniosków to wnioski nowe (czyli rodzina nigdy nie korzystała ze świadczeń, nie ma jej w systemie). Urzędnicy marszałka muszą pisać do instytucji w państwie, w którym rodzic pracuje z pytaniem o świadczenia ewentualnie pobierane już w tym kraju, czyli np. w Niemczech czy na Węgrzech. A to trwa. Tym bardziej, że obowiązuje tradycyjna, papierowa korespondencja.

    Zagraniczny urząd ma 3 miesiące na odpowiedź. Ale i to może się przedłużyć. Np. najdłużej czeka się w tej chwili na odpowiedzi z Niemiec. A odpowiedź jest konieczna, bo polski urząd musi wiedzieć, czy Kowalski albo Nowak nie pobiera świadczeń w kraju, w którym pracuje, bo wtedy 500plus może mu sie nie należeć.

    - Miałam kupić najmłodszej córce nowy plecak do szkoły, ale na razie nie mam za co - mówi pani Zofia. Ma też zapłacić wpisowe za specjalny kurs wiolonczelowy dla chorej córki - kurs na który została wybrana, jako jedna z nielicznych w Europie. - Bardzo czekamy na te pieniądze. I nikt nie jest w stanie powiedzieć, kiedy je dostaniemy - mówi słuchaczka TOK FM.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 16 sierpnia 2016
  • ''Pani redaktor!!!

    Bardzo proszę o wyjaśnienie i podanie do publicznej informacji, czemu ma służyć końcówka 99 gr prawie przy każdej cenie towaru.

    Wiem, że nie wynika to z kalkulacji cenowej'' - napisał do mnie pan Wojciech, słuchacz TOK FM.

    Niestety, rzeczywiście wielokrotnie jest tak, że w sklepie dużą czcionką jest podana pierwsza część ceny np. 8 zł, a mniejszym drukiem - 99 gr. I klient daje się skusić, złapać w pułapkę. Chwyt marketingowy - bo tak trzeba to nazwać - działa. I koło napędowe naszego handlu się kręci. Myślimy: ach, zawsze to parę groszy taniej, 89,90 to jednak nie to samo co np. 100.

    Postanowiłam - trochę na pocieszenie:-) - napisać, jak jest w Czechach, gdzie ostatnio byłam. Otóż tam, ceny też są z takimi właśnie końcówkami 3,90 korony czy 78,90 korony. I nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że nikt nie wydaje tam klientowi 10 czy 40 halerzy. W ogóle ich nie ma w obiegu.

    Przy kasie jest więc tak, że gdy w rachunku wychodzi np. do zapłaty 100,70 - to kasjer przyjmie od nas 101 koron. Po prostu. W Czechach obowiązuje bowiem zaokrąglanie do pełnej kwoty. Mimo, że ceny najczęściej zawierają halerze (1 korona to 100 halerzy).

    U nas przynajmniej w sklepach sprzedawcy wydają nam grosze... Choć wiem, że nie każdy je lubi, bo trochę w portfelu ważą. Ale - zawsze - lepsze to niż nic. A poza tym, dobrze jest przecież mieć choć grosik na szczęście.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 05 sierpnia 2016
  • Nastrój żałoby zapanował w gimnazjach po zapowiedzi reformy. Zgodnie z tą zapowiedzią, gimnazja mają być zlikwidowane (wygaszone). Cały czas dostaję sygnały od zdenerwowanych, a powiedziałabym nawet zrozpaczonych nauczycieli.

    - Te wszystkie debaty, organizowane w ostatnich miesiącach przez MEN, zbieranie podpisów za pozostawieniem gimnazjów, prośby - wszystko na nic. Przez ostatnich kilkanaście lat zrobiliśmy wiele, by dorastający uczniowie gimnazjów mieli szansę się rozwijać, uczyć, pomagać innym - mówi pani Ewa, nauczycielka gimnazjum. Jest rozgoryczona zwłaszcza tym, że swoją decyzję minister edukacji ogłosiła praktycznie już w czasie wakacji. - Chodziło chyba o to, by temat wakacyjnie zamknąć, by nie było dyskusji i sporów. Bo wiadomo, że część osób miała już poplanowane urlopy, wyjazdy, niektórzy dorabiają na koloniach - mówi mi inna z nauczycielek. I dodaje, że odkąd dowiedziała się o zmianach, ma problemy ze snem. - Siedzę i myślę, co będzie. Jak można jednym ruchem zniweczyć tyle lat naszej pracy? - zastanawia się pani Beata (prosi o niepodawanie nazwiska).

    Nauczyciele boją się o pracę i mówią o tym otwarcie. Bo pomysł MEN wiąże się m.in. z tym, że prawdopodobnie skróci się o rok obowiązkowa nauka. Dziś podstawówka i gimnazjum to 9 lat, a po zmianach - sama podstawówka - to 8 lat. - Wiadomo, że część uczniów nie będzie się dalej uczyć, więc wypadną z systemu. A przez to będzie mniej godzin dla nauczycieli - słyszę.

    Dyrektor Gimnazjum nr 18 w Lublinie, Marek Krukowski zgodził się porozmawiać pod nazwiskiem. Nie kryje, że na ostatniej radzie pedagogicznej, tuż po szumnej zapowiedzi pani minister, że gimnazja znikną - wśród nauczycieli zapanował nastrój żałoby. - Odbyła się krótka dyskusja, bo uznałem, że nie możemy udawać, że nic się nie dzieje. My tak do końca nie rozumiemy tych zmian, które zapowiedziała pani minister - mówi dyrektor. Podkreśla, że od wielu nauczycieli słyszał pytanie: "Co ja mam teraz robić? Już szukać pracy?". - Ale przecież ja też niewiele wiem. To są zapowiedzi, nie ma ustawy, nie ma rozporządzeń. Trudno mówić o jakichś działaniach, jeżeli nie ma chociażby projektów aktów prawnych - mówi Krukowski.

    - Rozpoczęły się wakacje i pozostawiono nas samym sobie. Z jednej strony, wakacje to czas kiedy nauczyciel może skorzystać z urlopu, a z drugiej - jak tu odpoczywać? - zastanawia się dyrektor osiemnastki.

    Z moich informacji wynika, że w Lublinie, a zapewne i w innych miastach są nauczyciele gimnazjów, którzy już teraz szukają pracy w podstawówkach. Szukają i znajdują. A robią to, by mieć pewność, że wcześniej czy później nie zostaną bez pracy. Przez reformę.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 04 sierpnia 2016
  • Urząd wie lepiej od matki, kto jest ojcem jej dziecka - czy to możliwe? Okazuje się, że tak. Dziś u mnie o przepisie, który jest... co najmniej dość dziwny. Pewnie większość z Was o tym nie wie, ja też nie miałam zielonego pojęcia. Chodzi o przepis, który wywołuje awantury w Urzędach Stanu Cywilnego - czyli domniemanie ojcostwa. Ale po kolei.

    Załóżmy, że pani Kowalska jest już prawomocnie po rozwodzie. Po 8 miesiącach rodzi dziecko, którego ojcem jest jej nowy życiowy partner - pan Nowak. Gdy ojciec malucha zgłasza się do urzędu by zarejestrować swoją pociechę i odebrać akt urodzenia, okazuje się, że w dokumencie widnieje nazwisko... kogoś innego. Byłego męża pani Kowalskiej.

    Nowak tłumaczy, że to jakiś żart, bo przecież to on jest tatą, jest w szczęśliwym związku i chce, by w dokumentach była prawda. Przychodzi do urzędu nawet z partnerką, która też to potwierdza. Ale to nic nie zmienia. Zgodnie z art. 62 Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego, urzędnik MUSI wpisać jako ojca dziecka - byłego męża kobiety, jeśli nie minęło 300 dni od daty uprawomocnienia się wyroku rozwodowego. - Nie mamy innej możliwości. Musimy działać zgodnie z prawem - mówi mi Dariusz Janiszewski, zastępca kierownika Urzędu Stanu Cywilnego w Lublinie.

    W urzędach są o to awantury, bo prawdziwi rodzice niemowlaka mają pretensje do urzędników. - Często słyszę, że to ja nie chcę wpisać w akt urodzenia właściwego nazwiska. A przecież ja nie mam na to wpływu - mówi Janiszewski. Nie kryje, że kłótni, żalu, a nawet niecenzuralnych słów jest wiele, bo ludziom - po chwili zaskoczenia i szoku - puszczają nerwy. Jest to dla nich oczywiste, że urzędnik powinien wpisać dane taty, a nie kogoś obcego.

    Czy sprawę można odkręcić?

    Można, ale tylko przed sądem - trzeba złożyć pozew o zaprzeczenie ojcostwa. I to w określonym terminie. Przepis mówi tak: ''Mąż matki może wytoczyć powództwo o zaprzeczenie ojcostwa w ciągu 6 miesięcy od dnia, w którym dowiedział się o urodzeniu dziecka przez żonę, nie później jednak niż do osiągnięcia przez dziecko pełnoletności''.

    Sprawy są niejako jeszcze bardziej skomplikowane, gdy dziecko rodzi się za granicą, np. w Anglii. Wtedy akt urodzenia trzeba umiejscowić w Polsce. W akcie jest wpisana matka i biologiczny ojciec, czyli tak jak być powinno. Tyle tylko, że w Polsce i w tym przypadku obowiązuje art. 62. Zgodnie z nim, nawet jeśli w tzw. umiejscowionym akcie urodzenia jest wspomniany już wcześniej pan Nowak (czyli tak jak być powinno), to formalnie w myśl polskich przepisów - ojcem wciąż pozostaje były mąż matki.

    Spirala problemów się nakręca. Bo to może być kluczowe w takich codziennych życiowych kwestiach - np. sprawach o alimenty, spadek czy przy innych czynnościach urzędowych. Czyli mówiąc krótko, każdy z nas przepisy powinien mieć w głowie, by nie wpaść na minę. Tyle tylko, że to nierealne...

    PS. Napisał do mnie pan Andrzej, który przechodził całą procedurę. Jak twierdzi, jeśli strony (matka, były mąż) potrafią się porozumieć, cała procedura naprawienia ''pomyłki'' trwa 4-5 miesięcy. Gorzej, jeśli pojawiają się nerwy, emocje, kłótnie...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 28 lipca 2016
  • Duża polska firma chce sfinansować zabiegi in vitro dla grupy kobiet - ujawnił w rozmowie ze mną szef jednej z warszawskich klinik. Nazwy firmy zdradzić nie chce, bo ta - postanowiła pozostać anonimowa. Nieoficjalnie wiadomo, że chce wyłożyć na zabiegi kwotę około 100 tysięcy złotych.

    Jeden z internautów spytał mnie - co firma chce w zamian? Otóż, nic w zamian nie chce. Chce pomóc kobietom, a w zasadzie parom, które bardzo chcą mieć potomka, a biologia na to nie pozwala. Przedstawiciel firmy zgłosił się do kliniki z taką propozycją. Dyr. Tomasz Rokicki z kliniki Invimed był początkowo zaskoczony, ale rozmowy były bardzo merytoryczne.

    Decyzja właściciela firmy ma być odpowiedzią na cofnięcie przez rząd finansowania zabiegów in vitro. Finansowania nie ma od lipca - cały czas refundowane są jeszcze leki, choć nie wiadomo, jak długo.

    - Firma chce pokryć koszt leczenia dla grupy pacjentów. Określi koszt czy liczbę cykli, mniej więcej tak to wygląda. Coś w tej dziedzinie się dzieje - mówi dr Rokicki. I dodaje, że jego zdaniem to początek. - Na razie to niewielkie kwoty, nie da się ich porównać z programem rządowym. Natomiast ja mam wrażenie, że ta inicjatywa się rozwinie - dodaje szef kliniki.

    Niewykluczone, że aby móc przyjąć ofertę firmy klinika założy fundację. Na razie rozmowy trwają. To, że prywatny przedsiębiorca chce wyłożyć pieniądze na zabiegi to nowość - chce to zrobić, by choć grupa kobiet mogła poczuć się matkami.

    Ale nie jest tajemnicą, że po cofnięciu finansowania - zabiegi in vitro chcą finansować samorządy. Już robi to Łódź, Częstochowa czy Sosnowiec. Inne miasta się zastanawiają, jak np. Dąbrowa Górnicza czy Poznań. Pomysł pojawił się też w Warszawie.

    Rząd wycofał się z finansowania in vitro, zapowiadając Narodowy Program Prokreacji. Mówi się o kompleksowej diagnostyce, badaniach, otwarciu w Łodzi specjalnej kliniki (takie same mają też powstać w innych miastach wojewódzkich). Tyle, że to nie zastąpi in vitro.

    - Słucham tego z zażenowaniem, smutkiem i ze zdziwieniem, że ludzie są w stanie snuć takie wizje. Bo trzeba podkreślić, że nawet, jeżeli będzie nie wiem ilu specjalistów, wykona się nie wiem ile badań i testów, to przychodzi taki moment, gdy ci pacjenci - para - siedzą przed nami i trzeba im coś zaproponować. Nie mając możliwości działania w obszarze wspomaganego rozrodu, u 90 procent z tych par będziemy musieli powiedzieć, że to wszystko, że nie mamy możliwości im pomóc - mówi dr Tomasz Rokicki. Smutne, ale prawdziwe. Niektórzy jakby tego nie widzą... Albo widzieć nie chcą.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 26 lipca 2016
  • ''Błagam o pomoc'' - napisała do mnie mama dorosłego już mężczyzny z cukrzycą. Chodzi o brak leku, bez którego nie da się normalnie funkcjonować. Pacjenci, którzy powinni przyjmować refundowany testosteron w kapsułkach są w kropce, bo leku nie ma ani w aptekach, ani w hurtowniach.

    Pani Jadwiga, słuchaczka, która do mnie napisała, obdzwoniła wiele hurtowni i aptek praktycznie w całej Polsce. I nic. Na pytanie, dlaczego leku nie ma, usłyszała m.in. odpowiedź, która ją zmroziła. - Że leki są wykupowane na pniu - to cytat, bo nawet sobie go zapisałam. Leki są oczywiście refundowane, kosztują 13,40 i są ponoć wywożone za granicę. A tam mają podobno kosztować 40 euro - mówi pani Jadwiga. Po co preparat może być wywożony? - Być może do siłowni. Dla mojego syna to niezbędny lek, dla innych - być może testosteron na przyrost masy mięśniowej - mówi słuchaczka.

    Ministerstwo Zdrowia nie potwierdza, by miało sygnały o wywożeniu tego konkretnego leku za granicę, ale potwierdza, że leku rzeczywiście w aptekach brakuje. ''Zgodnie z informacją otrzymaną od producenta firmy MSD Polska Sp.z o.o., produkt leczniczy Undestor Testocaps, testosteroni undecanoas, kapsułki, 40mg, jest czasowo niedostępny. Planowane wznowienie obrotu tym produktem jest planowane na IV kwartał 2016 roku''- napisała mi Milena Kruszewska, rzecznik ministra zdrowia.

    Pan Krzysztof, 30-latek choruje na cukrzycę. Lek, o którym mowa, przyjmuje od ponad 10 lat. Raz zrobił przerwę, postanowił spróbować. Jak mówi, skończyło się depresją, lękami i wizytą u psychiatry. - Boję się, co teraz będzie, bo mam już resztki tego leku. Nie chcę znów mieć tych samych problemów - mówi. Jak dodaje, depresja to nie wszystko - mogą się pojawić i inne problemy, w tym osteoporoza, a potem złamania.

    Dr Szymon Bakalczuk, androlog, podkreśla, że pacjenci mają ogromny problem. I to nie tylko ci z cukrzycą, ale i inni, u których występuje niski poziom testosteronu, choćby panowie z andropauzą. - Lek jest lekiem refundowanym i powinien być w ciągłej sprzedaży, a w tej chwili nie ma go wcale. I w zasadzie nie ma zamienników - mówi lekarz. Dodaje, że jest jeden lek, który można byłoby zastosować w zastępstwie, ale... przeszkodą dla wielu pacjentów jest cena. - Jest to lek iniekcyjny, a jego koszt kształtuje się między 470 a 550 zł. I nie jest to lek refundowany. W związku z tym pacjenci mają bardzo poważny problem - mówi dr Bakalczuk.

    Co radzi Ministerstwo Zdrowia? Resort poprosił konsultanta krajowego w dziedzinie endokrynologii o wskazanie odpowiedników leku, o którym mowa. ''Z informacji przekazanej przez Pana Profesora wynika, że nie ma możliwości kontynuowania terapii testosteronem za pomocą preparatu doustnego, istnieją natomiast możliwości zastąpienia terapii doustnej terapią domięśniową (...)'' - napisała rzeczniczka ministra. O kwestii refundacji i o cenie ani słowa.

    To co najmniej dziwne, że leku, który jest refundowany i powinien być dostępny, po prostu nie ma. I tyle. Pacjencie - martw się sam...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 19 lipca 2016
  • Ostatnio w wypowiedzi jednego z ministrów pojawiły się kolorowe kredki i słowa o LGBT. W kontekście zamachów terrorystycznych, czyli - jakby na to nie patrzeć - w negatywnym świetle. Taki przekaz poszedł w świat. I dziś u mnie na blogu właśnie o LGBT.

    Moim gościem w TOK FM była Agnieszka Duszyńska, koordynatorka hostelu interwencyjnego dla osób LGBT w Warszawie. Działający od ponad roku hostel miał problemy finansowe, groziło mu zamknięcie, ale wciąż działa i pomaga. M.in. ofiarom przemocy.

    Postanowiłam o tym napisać, bo osoby o innej orientacji seksualnej/ tożsamości płciowej spotykają się z brakiem zrozumienia nie tylko ze strony polityków, ale również - nawet swoich najbliższych. Do hostelu trafiali np. mężczyźni, którzy byli w swoich domach zamykani na klucz po tym, gdy rodzina dowiedziała się, że ich syn czy brat jest gejem. Bywa, że rodzina liczy/ jest przekonana, że Jacek czy Wojtek - jak posiedzi w domu, nie będzie nigdzie chodził i z nikim się spotykał, to mu ''głupoty wyjdą z głowy'' i o żadnym homoseksualizmie nie będzie już mowy.

    Błędne myślenie rodzi konflikty, frustracje, stres. I niestety, również przemoc. Czasami fizyczną, ale jednak najczęściej psychiczną czy ekonomiczną - chodzi o zabieranie pieniędzy, komputera czy komórki, byle tylko spowodować, że nasz bliski się zmieni.

    A.Duszyńska mówi mi, że najbardziej klasyczny scenariusz dotyczy sytuacji po ujawnieniu swojej orientacji seksualnej w gronie najbliższych osób. - Wtedy zaczynają się pojawiać homofobiczne komentarze, ale też wyzywanie, prześladowanie, poniżanie. Często przemoc psychiczna powoduje poczucie beznadziei - mówi.

    Do hostelu trafiają ci, którzy uciekają przed przemocą i upokorzeniami. Uciekają z małych wiosek, ale też dużych miast. Szukają schronienia choć na chwilę - miejsca, gdzie ktoś ich zaakceptuje. Najczęściej to mężczyźni, dość młodzi, w wieku 19-21 lat. - Są w stanie przejechać pół Polski, żeby dopiero u nas w hostelu poczuć się bezpiecznie - słyszę.

    Moja rozmówczyni pamięta chłopaka, który miał ograniczany dostęp do lodówki - tylko dlatego, że jest gejem. Rodzina chciała go ''wziąć głodem''?... Brzmi absurdalnie, ale historie są różne, również i właśnie takie. Był też młody chłopak, z liceum, z dobrze sytuowanej rodziny, dobrze się uczył. Gdy ujawnił rodzicom, jak jest - zaczęły się problemy w domu. Też uciekł do hostelu.

    Lambda wspólnie z Kampanią Przeciw Homofobii przygotowuje raport na temat przestępstw motywowanych uprzedzeniami, do których doszło w 2015 roku. - To, co odróżnia przemoc wobec osób LGBT od przemocy na tle rasizmu czy ksenofobii, to to, że rasizmu czy ksenofobii raczej nie doświadczymy u siebie w domu. A jeśli jestem osobą LGBT, to może być tak, że rodzina mnie nie akceptuje - mówi Piotr Godzisz, specjalista do spraw przestępstw motywowanych uprzedzeniami w Lambda Warszawa.

    W Polsce brakuje odpowiednich przepisów. -Trzeba wpisać orientację seksualną i tożsamość płciową jako przesłanki chronione w kodeksie karnym. Chodzi o to, by takie przestępstwa, mowa nienawiści wobec osób LGBT były traktowane jak rasizm czy ksenofobia - mówi Godzisz.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • niedziela, 26 czerwca 2016
  • 500plus - tylko do 1 lipca można złożyć wniosek, by dostać pieniądze z wyrównaniem od kwietnia. Większość rodzin już wnioski złożyła, ale nie wszyscy już dostali to finansowe wsparcie. Są gminy w Polsce, które pieniądze wypłacają z opóźnieniem, a nie od razu po rozpoznaniu wniosku. Są i takie, w których urzędnicy są wyjątkowo nadgorliwi i wymagają dokumentów, które -w konkretnych sytuacjach - nie powinny być wymagane. Na przykład PIT-ów, ale nie tylko.

    Nasza słuchaczka, pani Agnieszka spod Białegostoku jest mamą dwójki dzieci. Ma je z drugiego, nieformalnego, związku. Z pierwszym mężem jest około 10 lat po rozwodzie, nie miała z nim dzieci. I co się okazało? Złożyła wniosek o 500plus na drugie dziecko (na pierwsze jej się nie należy, bo ma za duży dochód). A urzędnicy zażądali wyroku rozwodowego. Na nic zdały się tłumaczenia, że to przecież nie ma znaczenia, bo dzieci urodziły się przecież już po rozwodzie.

    - Nasuwa mi się takie spostrzeżenie, czy faktycznie prawdziwe są zapewnienia naszego rządu, że każdy otrzyma 500 zł na drugie dziecko w rodzinie, czy jednak trzeba spełniać jakieś warunki? Bo tak by wynikało z tego, jak zachowuje się MOPR w Supraślu - mówi nasza rozmówczyni.

    Andrzej Kozłowski, dyr. Wydz. Polityki Społ. Urzędu Wojewódzkiego w Białymstoku mówi, że ustawodawca określił, jakie dokumenty mogą być przedmiotem postępowania dowodowego, jeśli są określone wątpliwości. - Trudno mi się jednak wypowiadać w konkretnej wyrok sprawie - słyszymy.

    Ja dzwoniłam do różnych urzędów w Polsce i wiem, że taka sytuacja, w jakiej znajduje się pani Agnieszka - to sytuacja jasna i klarowna i żaden wyrok rozwodowy nie powinien być potrzebny. To samo usłyszałam w MOPR w Lublinie. - W sytuacji, gdy dwie osoby są po rozwodzie, tworzą nowy związek, wychowują swoje wspólne dzieci, a nie z poprzednich związków, w takim przypadku nie ma potrzeby składania dokumentów, wskazujących na to, że poprzednie związki małżeńskie zostały rozwiązane - mówi Magdalena Sudół, rzecznik MOPR w Lublinie.

    Przeczytałam ostatnio, że minister rodziny, pracy i polityki społecznej wystosowała pisma ponaglające do gmin, które nie wypłacają 500plus. Nie wypłacają z różnych powodów, np. właśnie wymagania od ludzi niepotrzebnych dokumentów. Bywa i tak, że gmina wydaje decyzję, ale nie realizuje wypłat albo nie wydaje decyzji, choć ma wszystkie dokumenty w sprawie danej rodziny.

    Nasza słuchaczka zna prawo i wie, że wyroku nikt od niej żądać nie powinien. Ja prawnikiem nie jestem, ale - logicznie rzecz ujmując - co urzędnika obchodzi wyrok rozwodowy, jeśli przed rozwodem małżonkowie nie mieli dzieci? Co ma piernik do wiatraka?...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 08 czerwca 2016
  • Miejsca w rodzinach zastępczych tylko dla ''swoich'' dzieci - ten temat dzisiaj u mnie w ramach powrotu do historii prawie półtorarocznego dziś Marcysia, chłopca, o którym pisałam już wcześniej. HISTORIA_MARCELKA Marcyś przebywa w pogotowiu rodzinnym, prowadzonym przez Ewę Gajownik, bo jego rodzice - m.in. ze względu na alkohol - nie mogli się nim zajmować.

    Lekarze nie dawali mu większych szans, ale maluch zaczął się rozwijać: gaworzyć, stawać, potrafi już trzymać w rączce chrupka czy biszkopta. Sporo rozumie, reaguje na głos pani Ewy, uśmiecha się, przestaje płakać. Miał trafić do Domu Pomocy Społecznej, ale po nagłośnieniu sprawy ta decyzja została zmieniona. Zaczęliśmy szukać dla niego rodziny zastępczej. - Bo w rodzinie byłoby mu najlepiej, miałby najlepszą opiekę i miłość - mówiła kilka miesięcy temu pani Ewa.

    Po moim tekście i po tym, jak pani Ewa zamieściła ogłoszenia o Marcelku na portalach społecznościowych, skontaktowało się z nią kilka rodzin. M.in. dwie rodziny zastępcze ze Śląska. - Mówiły, że mają warunki i odpowiednie kwalifikacje. Ale Powiatowe Centrum Pomocy Rodzinie się nie zgadza, by wzięły ''obce'' dziecko. Obce, czyli z innego powiatu niż ich miejsce zamieszkania. Urzędnicy trzymają miejsce dla ''swoich''. Mimo, że na razie nie ma takich dzieci i miejsce w rodzinie zastępczej jest wolne - mówi pani Ewa - To jest oburzająca i chora sytuacja. Bo skoro jest rodzina, która chce się podjąć opieki nad takim chorym dzieckiem, to miejsce jej zamieszkania w ogóle nie powinno mieć znaczenia. A jak się okazuje, ma.

    Do pani Ewy dzwoniła też mieszkanka Kraśnika, tworząca rodzinę zastępczą specjalistyczną (dla niepełnosprawnych dzieci). - Rozmawiałyśmy długo. Ale potem poszła do PCPR w Kraśniku i tam miała usłyszeć, że nikt się nie zgodzi na wzięcie dziecka z Lublina. I ostatecznie przysłała mi SMS-a, że nie może Marcysia wziąć - opowiada pani Ewa.

    Rozmawiałam z osobą, która złożyła tę wstępną deklarację. Jak się okazuje, gdy była w centrum pomocy rzeczywiście od jednej z pracownic usłyszała, że są wobec niej inne plany - trafi do niej inne dziecko, ale z powiatu kraśnickiego. Tyle tylko, że sąd wcale nie podjął jednoznacznej decyzji w tej sprawie (bo to dziecko ma rodzeństwo i nie było decyzji sądu, czy zdecyduje się je rozdzielić). - Szkoda, że takie są decyzje urzędników - nie kryje żalu pani Ewa - bo gdyby nie to, Marcyś na pewno znalazłby już rodzinę.

    Odwiedziłam kraśnicki PCPR. Dyr. Marek Klimek nie znał historii Marcysia. Ale przyznał, że mają w Kraśniku tylko jedną rodzinę specjalistyczną i są wobec niej konkretne plany. - Powiatowe Centrum z każdego powiatu w pierwszej kolejności jest odpowiedzialne za zabezpieczenie opieki w stosunku do dzieci ze swojego terenu - mówi Klimek.

    Marcyś cały czas jest więc u pani Ewy, ale jest już decyzja sądu o umieszczeniu go w ośrodku dla niepełnosprawnych dzieci. Jeśli rodzina zastępcza się nie znajdzie, tam właśnie trafi. Rozumiem PCPRy, że muszą dbać o ''swoje'' dzieci, ale... Jeśli jest rodzina, która chce wziąć dane dziecko, czy powiat, w którym to dziecko mieszka, naprawdę musi mieć znaczenie?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 06 czerwca 2016
  • ''Panie przedszkolanki, z panią dyrektor na czele, robiły wszystko, żeby się dziecka pozbyć'' - napisała mi pani Jadwiga, babcia sześciolatka, u którego zdiagnozowano cukrzycę. Dziecko chodzi do przedszkola w małej gminie pod Wrocławiem (na prośbę rodziny, nie ujawniam jaka to gmina, bo sześciolatek dalej tam uczęszcza). Pani Jadwiga, nauczycielka, odezwała się do mnie po cyklu moich materiałów o problemach i dyskryminacji dzieci z hemofilią, o czym pisałam już wcześniej PRZECZYTAJ

    Słuchaczka TOK FM opowiada, że problemy zaczęły się praktycznie zaraz po tym, jak okazało się, że wnuk jest chory i musi mieć pompę insulinową. - Panie nie chciały pomóc Michałowi (imię zmienione), robiły problemy. A przecież on sam obsługuje pompę, potrafi sobie podać insulinę, trzeba tylko sprawdzić, czy wpisał odpowiednią liczbę na wyświetlaczu - mówi moja rozmówczyni. Rodzina słyszała i od nauczycielek, i od dyrekcji przedszkola, że nie mają uprawnień do ordynowania dziecku leków. - Panie od samego początku były nastawione bardzo na ''nie'', szukały dziury w całym - mówi słuchaczka. Jak dodaje, nauczycielki wielokrotnie dzwoniły do mamy Michała, proponowały, aby zabrała dziecko i siedziała z nim w domu.

    Pomogła dopiero interwencja wójta - dzięki temu sześciolatek dalej może chodzić do przedszkola. Wójt zadeklarował, że zatrudni pielęgniarkę, która pomagałaby Michałowi. Rodzina chłopca dała ogłoszenie w internecie i pielęgniarka się znalazła.

    - Problem jest i na pewno nie jest to problem jednostkowy. Jestem przekonana, że jest więcej takich rodziców, którzy się z tym spotykają. Wszystko zależy od ludzi, od podejścia do dzieci, od otwarcia na pomoc - mówi pani Jadwiga.

    To, że przypadek nie jest odosobniony potwierdza w rozmowie ze mną Marzena Kierzkowska, dyr. Przedszkola nr 58 w Warszawie. Dzieci z cukrzycą są tu od ponad 10 już lat i nie ma z tym problemu. Bywa, że w jednym roczniku jest ich kilkoro, a nawet kilkanaścioro. Nauczycielki wiedzą, co robić, a przedszkole podpisuje z rodzicami specjalne umowy. - Te dzieci świetnie sobie radzą, uczestniczą we wszystkich wycieczkach, występach - mówi dyrektorka.

    Z jej doświadczenia wynika jednak, że problem dyskryminacji istnieje. - Do mojego przedszkola trafiają dzieci z cukrzycą typu pierwszego, które - brzydko powiem - są wyrzucane z placówek państwowych. Nie dość, że są pokrzywdzone przez chorobę, to jeszcze są karane zmianą placówki edukacyjnej - mówi dyr. Kierzkowska.

    Rzecznik Polskiego Stowarzyszenia Diabetyków Małgorzata Marszałek podkreśla, że takie przypadki są, ale na szczęście w mniejszości. Większość placówek sobie radzi, nauczyciele przechodzą szkolenia. I to jest dobra informacja.

    Ale nie zmienia to faktu, że wciąż są w Polsce przedszkola i szkoły, które boją się cukrzycy. I zamykają przed nią swoje drzwi. A to już dyskryminacja. Z którą można i trzeba walczyć. Bo w Polsce jest około 25-30 tysięcy dzieci z cukrzycą.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 03 czerwca 2016
  • Pisałam ostatnio o napiętej sytuacji w Geofizyce Kraków, gdzie około 500 osób boi się o pracę po zmianach w zarządzie firmy. Jako, że dostałam odpowiedź z Biura Prasowego PGNiG w tym temacie, słów kilka właśnie o tym.

    Biuro Prasowe potwierdza, że nowy zarząd wycofał dwie złożone wcześniej przez poprzednia ekipę oferty. ''Jedną złożoną dla PGNiG Pakistan, ponieważ taką sama ofertę złożyła wcześniej Geofizyka Toruń, także należąca do Grupy Kapitałowej PGNiG. Wynikało to z konieczności wyeliminowania ryzyka związanego z konfliktem interesów (aby nie składały ofert dwie spółki z tej samej grupy kapitałowej) i dochowaniem zasad uczciwej konkurencji. Druga dotyczy prac w Polsce. Wycofano ją ze względu na złą sytuację ekonomiczną Geofizyki Kraków. Spółka obecnie nie ma możliwości samodzielnego wykonania przedmiotowego kontraktu'' - napisano w odpowiedzi. To potwierdza informacje od pracowników o wycofywaniu ofert.

    Potwierdzono też, że pozostałe analizowane przetargi były na etapie rozpoznania i ewentualnie wniosków o przystąpieniu do przetargu. ''Spółka ze względu na złą sytuację finansową utraciła zdolność bieżącego finansowania realizacji kontraktów i regulowania zobowiązań dla podwykonawców.'' - czytamy w odpowiedzi z PGNiG.

    Pytałam też m.in. o to - o czym mówili pracownicy - z ilu kontraktów spółka po zmianie zarządu się wycofała. ''Geofizyka Kraków nie wycofuje się z żadnego realizowanego obecnie kontraktu. Żaden pracownik Geofizyki Kraków nie wrócił z zagranicy z tego powodu. Obecnie Geofizyka Kraków S.A. realizuje dwa kontrakty zagraniczne: w Maroku oraz w Pakistanie''.

    Na moje pytanie dotyczące planów właściciela względem spółki dostałam odpowiedź, że w związku ze spadkiem cen ropy naftowej i gazu ziemnego, zmniejszył się popyt na usługi geofizyczne. ''Dlatego na bazie Geofizyki Toruń S.A. i produktywnych zasobów Geofizyki Kraków S.A., powstanie jeden silny podmiot, który będzie skutecznie konkurował na krajowym i zagranicznym rynku usług geofizycznych. Dzięki temu jest szansa na uratowanie części potencjału i miejsc pracy Geofizyki Kraków S.A. Działania restrukturyzacyjne w Geofizyce Kraków S.A. zostały podjęte bezzwłocznie. Alternatywą jest złożenie wniosku o ogłoszenie upadłości''.

    Zwolnienia? Będą, ale na razie trwają analizy. Czy Toruń przejmuje prace specjalistów z Krakowa? '''W aktualnej sytuacji finansowej Geofizyka Kraków nie jest w stanie regulować przeterminowanych i bieżących zobowiązań, między innymi finansować wynajmu sprzętu ani personelu. W takiej sytuacji to Geofizyka Toruń S.A. korzysta z własnego sprzętu i bierze na siebie całe ryzyko finansowania realizacji kontraktu, w tym rozliczeń z firmą wynajmującą pracowników''.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 01 czerwca 2016
  • ''Mamy wrażenie, że obserwujemy kolejną emanację "dobrej zmiany"- napisali do mnie pracownicy Geofizyki Kraków, dużej krakowskiej spółki, której właścicielem jest PGNiG. Firma, jak można przeczytać na jej stronie, oferuje bardzo szeroki zakres usług, związanych z badaniem wnętrza ziemi. Chodzi o poszukiwania złóż węglowodorów, wód geotermalnych oraz monitorowania złóż i zbiorników gazu. Jak czytam, ma wysoko wykwalifikowaną kadrę i nowoczesne technologie. - Ma też 60-letnią tradycję. I to wszystko może być zaprzepaszczone - alarmują pracownicy.

    W czym rzecz? 16 maja został odwołany stary zarząd firmy i powołany nowy. Szefami zostali ci, którzy zarządzają dotychczasowym konkurentem Geofizyki Kraków, czyli Geofizyką Toruń. Spółki do tej pory ze sobą konkurowały o kontrakty. Firma z Krakowa prowadzi m.in. zakrojone na dużą skalę badania sejsmiczne pod Lublinem. Ma też (a przynajmniej miała) kontrakty na rynkach zagranicznych.

    Pan Wojciech (imię zmienione) przyznaje, że firma miała problemy finansowe. Ale po zwolnieniach sprzed kilkunastu miesięcy (pracę straciło ponad 100 osób), zaczęła wychodzić na prostą, zawierała nowe kontrakty, składała nowe oferty. - Zarząd podejmował szereg skutecznych działań, by sytuację spółki poprawić - słyszę od pana Adama (też imię zmienione) - Rozwijaliśmy się, a teraz się nas zwija.

    Rozmawiałam też z tymi, którzy trafili na badania pod Lublin. Jak mówili, nie dostali oficjalnej informacji o zmianach, ale tylko to, co przekazali im - nieoficjalnie - koledzy. Że nowi szefowie wycofują się z kontraktów, że z miejsc badań ściągani są ludzie, że wycofywane są złożone wcześniej oferty, że do prac prowadzonych do tej pory przez Geofizykę Kraków wysyłani są specjaliści z Torunia. - Odbieramy to jako działania na naszą szkodę - słyszę od ludzi.

    Pracownicy, z którymi rozmawiałam nie kryją, że są zdeterminowani, niektórzy pracują tu po kilkadziesiąt lat. - Jest nam żal, bo widzimy, co się dzieje. W naszej firmie pracuje około 500 osób. Boimy się zwolnień - mówią. Jak dodają, nie wykluczają protestów. Owszem, po prawie 2 tyg. od zmiany zarządu, jak słyszę, mieli spotkanie z nowymi szefami, padła zapowiedź połączenia Geofizyki Kraków z Geofizyką Toruń, ale padły też słowa o tym, że wiele osób straci pracę. Ile dokładnie, kto, z których działów? To wciąż zagadka. - Rozumiemy, że firmy mają się połączyć i to jest decyzja właściciela. Ale czy takie powinny być działania prezesów? - pytają.

    Rzeczniczka Geofizyki Kraków odesłała mnie do Rafała Pazury, rzecznika PGNiG. Wysłałam szczegółowe pytania, chciałam też zaprosić kogoś do studia. Od ponad tygodnia - żadnej odpowiedzi. A pytałam m.in., z ilu złożonych wcześniej ofert, ale też kontraktów nowy zarząd Geofizyki Kraków się wycofał, jakie są plany właściciela wobec spółki, a także ile osób i na jakich zasadach może stracić pracę?

    ''Zrozumienie tych wydarzeń jest tym trudniejsze, że rządzący tak dużo mówią o ochronie polskich spółek oraz o osiągnięciu niezależności i bezpieczeństwa energetycznego. Wydaje się, że trudno zapewnić bezpieczeństwo bez poszukiwania nowych zasobów, zarówno geotermalnych jak i naftowych'' - napisał mi pan Krzysztof, jeden z pracowników (też imię zmienione). A PGNiG - milczy.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 23 maja 2016
  • Mama pilnie poszukiwana. Szuka jej Stowarzyszenie SOS Wioski Dziecięce. Rysopis? Nie musi być wysoka, nie musi mieć niebieskich oczu, ani czerwonej sukienki i nie musi być idealna.

    O co chodzi?

    O kampanię, które patronują Natalia Kukulska i Anna Dereszowska - kampanię, w ramach której poszukiwani są opiekunowie do wiosek SOS do opieki nad samotnymi, niejednokrotnie osieroconymi dziećmi. Dziećmi może zająć się kobieta, ale też małżeństwo, bo takie przypadki również już w tej chwili są.

    SPOT AKCJI - WARTO ZOBACZYĆ

    Odwiedziłam wioskę w Kraśniku, jedną z czterech takich wiosek w Polsce. Wioska to osiedle domków jednorodzinnych. W każdym domu mieszka rodzina SOS, którą tworzą rodzice (małżeństwo lub osoba samotna) oraz gromadka powierzonych im dzieci.Wspólnie mieszkają, gotują, odrabiają lekcje. Robią grilla, pieką pizzę. Tak jak w domu. I baaaardzo dużo czasu spędzają w kuchni

    Małgorzata Dydo przez lata była w wiosce asystentem - pomagała innym wioskowym mamom. W końcu zdecydowała, że też tak chce. Ma już dwóch dorosłych synów i męża, który zaakceptował jej wybór. Teraz we własnym domu jest gościem, bo na co dzień jest w wiosce, z dziećmi. - Mam ich pięcioro - mówi z dumą. Podkreśla, że serce domu to kuchnia. - Pieczemy pizzę, ciasta, robimy desery, sałatki owocowe, naleśniki z różnymi nadzieniami - opowiada. Ma czworo gimnazjalistów i Jagódkę, która chodzi do podstawówki. - Nawet Jagódka przy śniadaniu przygotowuje kubeczki, talerzyki - słyszę. W kuchni bardzo dużo pomaga też gimnazjalista, Kacper. To on smaży kotlety do hamburgerów. - Jak zaczynam je smażyć, to dużo tych kotletów musi być, żeby każdy się najadł - opowiada.

    Trudne rozmowy? - Oczywiście, że są, jak w każdej rodzinie. Ale staram się rozmawiać z nimi o wszystkim. Chłopcy wiedzą, że mogą przyjść do mnie w każdej sprawie - mówi. Dzieci mówią do niej ''ciociu''. Jak dodaje, tak jest lepiej, bo dzieci mają swoich biologicznych rodziców, których czasami odwiedzają.

    Pani Małgosia bardzo dba o porządek, widać to zresztą w całym domu. - Wszyscy wiemy, że trzeba po sobie umyć, sprzątnąć. Chłopcy wiedzą, że trzeba wyjść z dwoma psami, które mamy - mówi. Na lodówce wiszą specjalne kropki, za dobre zachowanie. Gdy kropek jest dużo, wspólnie idą na wycieczkę czy do pizzerii.

    Jasna sprawa, nie jest idealnie. Bywają problemy. Ale na miejscu w wiosce są psycholog i pedagog. - Dzieci wiedzą, że najpierw odrabiają lekcje, a potem jest czas na przyjemności. Na początku był opór, ale w tej chwili nie ma z tym żadnego problemu - mówi pani Małgorzata.

    Moja rozmówczyni to osoba niezwykle pozytywna, ciepła, energiczna. - Mam ogromną satysfakcję, że daję sobie ze wszystkim spokojnie radę, czuję się w swoim żywiole - mówi.

    Pytam, dlaczego warto zostać ''wioskową mamą''? - Bo warto tym dzieciom pomóc. Jest ogromna radość, gdy widzę, że moja praca nie idzie na marne, że dzieci zmieniają się na lepsze, dojrzewają. Wtedy tym bardziej dostaję skrzydeł do pracy - mówi Małgorzata Dydo.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 19 maja 2016
  • Czy kierowca może zamknąć pasażera w autobusie i nie pozwolić mu wysiąść? Przykład pani Aleksandry z Warszawy, która do mnie napisała, pokazuje, że owszem, tak. A poszło o... rower jej 9-letniego syna. Ale, co ważne, ten przykład pokazuje, że nie można nikogo "więzić" bezkarnie, bo kierowca za swoją nadgorliwość już dostał naganę.

    Ale zacznijmy od początku. Pani Ola w jeden z ostatnich weekendów wracała autobusem nr 167 z Mokotowa na Bielany. Rower stał na miejscu dla niepełnosprawnych przypięty pasem. Żadnego niepełnosprawnego nie było. Był matka z wózkiem, która spokojnie jechała obok. W pojeździe było niewielu pasażerów. - Rower naprawdę nikomu nie przeszkadzał - przekonuje słuchaczka.

    Na jednym z przystanków do autobusu wsiadła pani z drugim wózkiem - mniejszą spacerówką. - Skręciłam koło roweru i wózek swobodnie zaparkował przodem do szyby. Kierowca wyskoczył krzycząc, że mam wysiadać - odmówiłam mówiąc, że jest prawie 20.30, mam do domu 2 przystanki i trudności z chodzeniem - opowiada pani Aleksandra.

    Kierowca wypuścił wszystkich pasażerów i zadzwonił po Straż Miejską. W autobusie pozostała pani Aleksandra z synem oraz dwie panie z wózkami. Pani Ola też sama zadzwoniła po policję.

    Kierowca ostatecznie wypuścił dwie kobiety z wózkami. Syn naszej Słuchaczki też wysiadał, ale przy wysiadaniu został przytrzaśnięty drzwiami. Mama musiała pozostać w środku. Sytuacja była nieprzyjemna, dziecko - nie wiedząc, co się dzieje - dostało histerii. - Cały ten problem został stworzony przez pana kierowcę, bo ten mój rower naprawdę nikomu nie przeszkadzał - tłumaczy słuchaczka. Pani Ola mogła wyjść z autobusu dopiero po interwencji policji.

    Co na to wszystko przewoźnik? Czy kierowca nie złamał prawo?

    Kobieta złożyła skargę na kierowcę. Miejskie Zakłady Autobusowe w Warszawie uznały, że rzeczywiście zachował się niewłaściwie. ''Chcielibyśmy serdecznie przeprosić za zaistniałe zdarzenie z udziałem naszego pracownika'' - napisano w piśmie, które trafiło do słuchaczki. MZA zapoznało się z zapisem monitoringu i potwierdziło całe zajście. Jak czytamy w odpowiedzi na skargę, ''przytrzaśnięcie drzwiami i szarpanie za rower są niedopuszczalne i nie mieszczą się w przyjętych w spółce standardach''.

    Jednocześnie jednak i MZA, i warszawski ZTM informują, że rzeczywiście jest tak, że to kierowca decyduje, czy rower może jechać w autobusie czy też nie. I kierowca ma prawo pasażera z rowerem z pojazdu wyprosić. Tak mówi regulamin i takie są zasady. Rower może jechać tylko wtedy, gdy nikomu nie przeszkadza. - Pierwszeństwo w zajmowaniu miejsc wydzielonych w pojazdach komunikacji miejskiej mają osoby na wózkach inwalidzkich oraz osoby z wózkami dziecięcymi. Rower można przewozić, ale w sytuacji, gdy te miejsca nie są zajęte. Tak mówi regulamin - mówi Igor Krajnow, rzecznik warszawskiego ZTM.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 06 maja 2016
  • Dziś u mnie o decyzjach odmownych w sprawie 500 plus. Rzesza Polaków złożyła już wnioski o to świadczenie od państwa. Większość oczywiście zasadnie, bez większych problemów - osobiście, przez internet czy przez e-konto. Część rodzin już nawet pierwsze wypłaty dostała.

    Przy pierwszym dziecku, jak wiadomo, obowiązuje kryterium dochodowe w wysokości 800 zł - gdy dziecko jest niepełnosprawne 1200 zł. Niektórzy próbują to jakoś obejść - nie mnie oceniać, czy świadomie i celowo czy też omyłkowo. Ale takie przypadki są. Urzędnicy je wyłapują, choć zapewne nie wszystkie.

    Lubelski MOPR dostał zapytanie z innej gminy w sprawie państwa - nazwijmy ich - Kowalskich. Bo pan Kowalski w gminie pod Lublinem złożył wniosek o pieniądze na dzieci. I teraz pytanie, czy pani Kowalska - formalnie zamieszkująca w Lublinie - przypadkiem również wniosku o 500plus nie złożyła? MOPR sprawę zbadał i okazało się, że i owszem, wnioski są dwa: jeden od ojca w jednej gminie, drugi od matki - w innej gminie. Ktoś myślał, że się nie wyda? Być może...

    W Lublinie był też przypadek ojca, który ma już drugą rodzinę. Jakby nigdy nic złożył wniosek - w ramach tego nowego związku - na nowe dziecko, wpisując do wniosku także dziecko z pierwszego małżeństwa. Choć sam płaci na to dziecko alimenty. System to wyłapał.

    Bywa również, że do wniosku wpisywane są dorosłe dzieci, rodzice utrzymują, że są na ich utrzymaniu (więc wychodzi mniejsza kwota na osobę w rodzinie), tyle, że - jak się to sprawdzi - okazuje się, że dorośli ludzie utrzymują się już sami, bo np. pracują. - To też wyłapujemy - słyszę w lubelskim MOPR-ze.

    Decyzje odmowne - a tych w Lublinie było blisko 60, a więc niewiele jak na ok. 20 tys. wniosków - najczęściej dotyczą jednak sytuacji zupełnie innych. Sytuacji, gdy rodzina z jednym dzieckiem czy samotna matka składają wniosek, licząc, że przy niewielkim przekroczeniu ktoś jednak okaże serca i 500plus przyzna. Są więc przypadki wniosków, w których dochód na osobę jest przekroczony np. o 40 zł albo o 100 zł czy 200.

    W przypadku 500plus nie ma jednak mowy o dobrym sercu urzędników i przymknięciu oka nawet na przekroczenie dochodu o 40 zł czy nawet o 1,50 zł. - W takiej sytuacji musimy wydać decyzję odmowną. Nie mamy możliwości dowolności w ocenie sytuacji danej rodziny. W ustawie nie ma określonej żadnej tolerancji w przypadku niewielkiego wzrostu dochodowego. Także nawet przekroczenie o tak zwane grosze może skutkować decyzją odmowną - mówi mi Magdalena Sudół, rzecznik MOPR w Lublinie. Dodaje, że przy Ustawie o pomocy społecznej jest inaczej. - Są określone progi dochodowe, ale jest wskazana tolerancja. Jeśli dochód rodziny przekracza próg dochodowy, ale nie więcej niż o 10 procent, to mamy możliwość jeszcze przyznania świadczenia - dodaje.

    Przy 500plus niestety. Jest próg, są grosze ponad próg. I klamka zapadła. Chyba, że pracodawca obniży pensję...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 19 kwietnia 2016
  • Komisje się nie sprawdziły, czas na ZUS? Dziś u mnie o pracach nad zmianą prawa w zakresie rekompensat dla pacjentów za tzw. zdarzenia medyczne (to nazwa ustawowa). Chodzi oczywiście o pozasądową drogę, gdy dojdzie do zakażenia w szpitalu czy błędu przy operacji.

    Komisje działają od 2012 roku, w ich skład wchodzą lekarze i prawnicy. Orzekają, czy doszło do zdarzenia med.(błędu), ale nie wskazują wysokości odszkodowania. Pacjent zwraca się z tym bezpośrednio do szpitala. Wnosi np. o 100 tys. zł (maksymalna kwota za uszczerbek na zdrowiu), a szpital proponuje 5 czy 10 tys. zł, a nawet o wiele mniej.

    Założenie? Było proste

    Część pacjentów zamiast drogich i długich procesów sądowych - miała wybierać komisje. Tylko, że... Co robi pacjent, gdy szpital proponuje mu rażącą niską kwotę? Oczywiście, idzie do sądu. Teraz ma się to zmienić - nad zmianami pracuje specjalny zespół powołany przez ministra zdrowia. Jak ustaliliśmy, prace nad założeniami do projektu są bardzo zaawansowane i lada moment powinny trafić do konsultacji społecznych.

    Z wcześniejszych zapowiedzi ministra zdrowia wiadomo, że chce, by odszkodowania za błędy były wypłacane na podobnej zasadzie, jak odszkodowania za wypadki przy pracy, gdzie decydują lekarze orzecznicy ZUS.

    Ewa Borek, prezes fundacji ''My pacjenci'' uczestniczy w pracach ministerialnego zespołu, który opracowuje projekt zmian. Jak mówi, zmiany są konieczne. Od 2012 roku, odkąd działają komisje, przyjęły one ok.3,5 tys. spraw. Ale tylko w 98 przypadkach pacjenci dostali ostatecznie od szpitali jakieś odszkodowania.

    Problemem komisji jest to, że nie mają mocy sprawczej w zakresie wysokości odszkodowań. Na początku obowiązywania ustawy szpitale musiały się obligatoryjnie ubezpieczać od zdarzeń medycznych. Ale składki były za wysokie i z tego zrezygnowano. Dziś obowiązku ubezp. nie ma. - Bardziej nam się chyba opłaca pokryć ewentualną szkodę ze środków własnych niż płacić ogromne składki ubezpieczeniowe - mówi mi Marta Podgórska, rzecznik Szpitala Klinicznego nr 4 przy ul. Jaczewskiego w Lublinie.

    - Zaangażowanie ZUS to nie jest zły pomysł. Odpowiedzialność budżetu państwa powinna istnieć i wspierać system - mówi Ewa Borek. Ale zaraz dodaje, szpitale też powinny płacić. - Nie rozwiniemy bezpieczeństwa jakości w opiece zdrowotnej, jeśli świadczeniodawcy nie będą ponosili pewnych opłat, nie będą płacili swojej składki - dodaje Borek.

    Innego zdania jest mec. Piotr Sendecki, przewodniczący dziś działającej komisji przy wojewodzie lubelskim. Jego zdaniem, obecny system (podobny jest np. w Skandynawii) się sprawdza - trzeba byłoby go tylko dopracować. Choćby w tym zakresie, by szpitale nie mogły proponować pacjentom rażąco niskich kwot. - Ja jestem zwolennikiem tej formuły rozwiązywania sporów. Ona jest o wiele lepsza od pomysłu oddania tej kwestii w ręce urzędników ZUS, bez procedur zbliżonych do sądowych. No chyba, że cel zmian jest zupełnie inny, np. pozyskanie od szpitali środków dla Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Bo myślę, że taka idea przyświeca tym pomysłom, które chcą zlikwidować działające dziś komisje - mówi mec. Sendecki.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 04 kwietnia 2016
  • Wciąż są w Polsce szkoły, w których to katecheci prowadzą lekcje etyki. Etyki katolickiej, a nie neutralnej światopoglądowo. M.in. właśnie to wyszło z badań przeprowadzonych przez krakowską Fundację na Rzecz Różnorodności ''Polistrefa''.

    Fundacja, w ramach programu Obywatele dla Demokracji, realizowała projekt ''Obecna? Równość wyznaniowa i światopoglądowa w edukacji publicznej''. Przeprowadzono m.in. 390 wywiadów - w tym z uczniami, jak i ich rodzicami na temat dostępności etyki w szkole. Po zmianie przepisów w 2014 roku, teoretycznie nie powinno być z tym problemu. Nie powinno, ale wciąż jest.

    Wyszło np., że ciągle zdarza się, że nauczyciel zbierając deklaracje, które z dzieci będzie chodzić na religię - pyta o to publicznie na zebraniu i prosi, by podnieść rękę. Albo ''puszcza'' po klasie listę, w której trzeba się wpisać pod rubryką ''uczęszcza na religię'' i odpowiedzi TAK lub NIE.

    Jak mówi mi Joanna Balsamska z fundacji, w dalszym ciągu jest problem z przekazywaniem i rodzicom, i uczniom informacji, że jednocześnie mogą chodzić i na religię, i na etykę. - Że te przedmioty wzajemnie się nie wykluczają i nie są alternatywne - mówi Balsamska. Rodzice przyznawali w czasie badania, że nie byli tego świadomi. Jak słyszę, wielokrotnie brakuje też jasnego przekazu, że etyka w szkole być powinna, choćby chciał jej tylko jeden uczeń.

    Kolejna rzecz - co robią dzieci, które nie chodzą na religię w czasie, gdy te lekcje trwają? W wielu szkołach religię wstawia się w środek planów zajęć, choć tak być nie powinno - powinna być pierwszą lub ostatnią lekcją. Jako, że tak nie jest dzieci - jak mówili sami rodzice - ''szwędają się'' w tym czasie po szkole. W jednym z przypadków dziecko z klas młodszych zostało zaprowadzone do świetlicy, tyle, że po religii... nikt po nie nie przyszedł, a ono było za małe, by wiedzieć, że ma wrócić w danym momencie na kolejne lekcje. - Problem powinien być systemowo rozwiązany, by takie sytuacje się nie powtarzały - mówi Balsamska.

    Fundacja przygotowała rekomendacje dla dyrektorów szkół, ale też dla MEN. Chodzi m.in. o precyzję w przepisach prawa. By jasno wynikało z nich np. to, w jakim terminie rodzic ma składać oświadczenie o uczestniczeniu dziecka w lekcjach religii/etyki albo co w sytuacji, gdy szkoła oświadczenia rodzica nie uwzględni. Fundacja prosi też o wyraźne określenie w przepisach, że można chodzić i na religię, i na etykę jednocześnie. Jest też rekomendacja dotycząca tego, by nie można było łączyć funkcji nauczyciela religii i nauczyciela etyki przez tę samą osobę, ''z uwagi na konieczność zachowania niezależności światopoglądowej nauczyciela etyki''.

    REKOMENDACJE zostały wysłane do MEN, fundacja czeka na odpowiedź.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 31 marca 2016
  • Trwa wielkie wyczekiwanie w blokach startowych - czy wszystko wypali, czy nie będzie wpadek? Dziś u mnie o programie ''Rodzina 500 plus''. Program dosłownie za chwilę rusza. Wnioski będziemy mogli składać wirtualnie, za pośrednictwem bankowości elektronicznej (czyli przez swoje internetowe konto), ale też w formie tradycyjnej w urzędach gmin czy MOPS-ach. Jednak nie tylko. Dla przykładu, w Lublinie wnioski będą przyjmowane w 25 szkołach podstawowych i gimnazjach.

    Mają je przyjmować pracownicy szkolnych sekretariatów, ale też np. szkolni pedagodzy, a nawet... nauczyciele. Pani Monika uczy języka angielskiego w Gimnazjum nr 18. Ma pół etatu, więc gdy padła propozycja, by przyjmowała wnioski, zgodziła się praktycznie od razu. Liczy, że coś sobie dorobi, choć o konkretnych kwotach nikt na razie nawet nie wspomniał.

    Pani Monika, podobnie jak inni pracownicy szkół była na jednym szkoleniu. Wie, co ma być we wniosku, choć oczywiście odpowiedzi na każde pytanie nie zna, bo na co dzień nie siedzi w tym tak, jak pracownicy lubelskiego MOPR-u. W tej chwili, tuż przed wejściem w życie programu, jest ''zasypywana'' mailami z instrukcjami, na co zwrócić uwagę, gdzie zwracać się o pomoc i w jaki sposób postępować z interesantami. - Ja nie będę od weryfikacji wniosków. Ja mam je tylko przyjąć i sprawdzić czy są wypełnione odpowiednie rubryki - mówi nauczycielka.

    Będzie siedzieć w sekretariacie i tam czekać na rodziców z wnioskami o przyznanie 500 plus. Obawy? Takie jakie mają też urzędnicy. - Nie wiemy, czy zaleje nas lawina tych wniosków, czy wszyscy przyjdą jednego dnia czy też rozłoży się to w czasie - mówi pani Monika.

    W sprawie 500 plus słyszymy zapewnienia, że będzie dobrze. Choć... największe obawy budzi system komputerowy Empatia. Nawet jeden z wiceministrów rodziny, pracy i polityki społecznej, Bartosz Marczuk, cytowany na Twiterze przez ministerstwo powiedział: ''Robimy wszystko, aby system Empatia wytrzymał. Mamy go po poprzednikach. Nie był przygotowany na taki program".

    - Organizacyjnie gminy są przygotowane - mówił Krzysztof Żuk, prezydent Lublina, jednocześnie współprzewodniczący Komisji Wspólnej Rządu i Samorządu. Ale pytanie właśnie o Empatię jest teraz pytaniem kluczowym. Empatia to dostęp do baz danych m.in. bazy PESEL, ale też baz skarbówki czy ZUS-u. Urzędnik wprowadza dane np. dziecka i system sprawdza choćby datę urodzenia. Nie robi tego jednak na bieżąco, w czasie rzeczywistym, co byłoby kolosalnym krokiem naprzód. Tak jednak nie jest - urzędnik musi wysłać ''zapytanie'' i na odpowiedź czeka 2-3 dni. - To i tak lepiej niż było, bo wcześniej trwało do nawet 7 dni - słyszymy w MOPR w Lublinie.

    Co, jeśli Empatia nie wytrzyma napływu tysięcy wniosków? Wtedy będzie obowiązywać procedura tradycyjna, papierowa - trzeba będzie pisemnie pytać poszczególne urzędy o potwierdzanie danych - choćby skarbówkę o dochody Kowalskiego czy Nowaka. To oczywiście wydłuży procedurę. Ale urzędnicy mimo wszystko powinni wyrobić się w terminie - na wypłatę 500 plus mają przecież 3 miesiące. Zgodnie z założeniami programu.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 16 marca 2016
  • Kamil ma dopiero 8 lat, a konstruuje bardzo skomplikowane elektronicznie pojazdy i roboty. W tej chwili np. pracuje nad robotem, który będzie w stanie sam wydostać się z labiryntu. Do tej pory - rozwijać pasję pomagał mu głównie tata, teraz ma się to zmienić, bo pomogą wyższe uczelnie. W Lublinie - będzie to po raz pierwszy w historii. Politechnika Lubelska, Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej, lubelskie Kuratorium Oświaty i Szkoła Podstawowa nr 21 w Lublinie właśnie podpisały porozumienie. O pomocy niezwykłemu chłopcu.

    Decyzja o porozumieniu szkoły Kamila z uczelniami pokazuje, że można wyjść naprzeciw wyjątkowym zdolnościom dziecka. Tu chęcią pomocy wykazała się najpierw szkoła, potem dowiedziało się Kuratorium i to ono wystąpiło z pomysłem do Politechniki. - Jesteśmy otwarci, dlatego się zgodziliśmy. I będziemy robili wszystko, by w naszej uczelni czuł się dobrze i by poznawał kolejne tajniki wiedzy technicznej i inżynierskiej - mówi rzecznik uczelni, Iwona Czajkowska-Deneka.

    Prodziekan Wydziału Mechanicznego, Paweł Droździel przekonuje, że uczelnia zaproponuje Kamilowi wszystko to, co proponuje swoim studentom. Chodzi m.in. o możliwość udziału w wykładach, indywidualne konsultacje z wykładowcami, a przede wszystkim możliwość korzystania z uczelnianych laboratoriów. - Na Politechnice będzie mógł robić swoje roboty z użyciem prawdziwych, specjalistycznych laboratoryjnych urządzeń, których w domu nie ma - mówi tata.

    Oprócz Politechniki, do porozumienia przyłączył się Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej. Bo cała rzecz w tym, by chłopcu pomóc, ale mądrze. Wszak ma dopiero 8 lat, więc przed nim jeszcze sporo dzieciństwa. Dlatego pomogą mu psycholodzy i pedagodzy z uniwersytetu. - Bo sama wiedza, jak wiemy dobrze, nie wystarcza, zwłaszcza w tak młodym wieku - mówi prorektor UMCS, prof. Barbara Chlibowicka-Węglarz.

    Kamil zaczął interesować się elektroniką i robotami już jako 2-3-letnie dziecko. - Skręcał i rozkręcał. Zawsze zadawał pytania, jak to działa i dochodził do tego, by zrobić coś podobnego. Nie byłem tym zdziwiony, bo to był mój pierwszy syn, nie miałem porównania do innych dzieci - opowiada tata, Patryk Wroński. Podkreśla, że na co dzień syn jest otwartym uśmiechniętym chłopcem, który bardzo dobrze się uczy. - Zaskakuje mnie najbardziej niebywałą umiejętnością logicznego myślenia - mówi pan Patryk.

    Chłopiec konstruuje roboty, maszyny, pojazdy. Jeżdżące, z pilotami, działające m.in. na podczerwień. Bardzo dużo czyta, zna fachowe, specjalistyczne słownictwo. Potrafi zadać bardzo profesjonalne pytanie. Z opinii psychologów wynika, że ma niezwykłe zdolności m.in. matematyczne, które warto i trzeba rozwijać.

    Naukowcy z Lublina sami będą się uczyć pracy z 8-latkiem. To dla nich też ogromne wyzwanie. Ale pokazują, że jak się chce to można. By Kamil mógł rozwijać swoje umiejętności, wiedzę i pasję. Bo może w przyszłości będzie sławnym konstruktorem?

    (Zdj. udostępniła Politechnika Lubelska.)

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 08 marca 2016
  • Godność - słowo, które wiele znaczy, ale o którym część z nas zapomina. I właśnie o godności dzisiaj u mnie. O poszanowaniu godności i intymności pacjentów w szpitalu. Bo okazuje się, że jest z tym różnie, a do biura Rzecznika Praw Pacjenta (RPP) systematycznie wpływają skargi w tym temacie.

    Marzanna Bieńkowska, kierownik zespołu interwencyjno-poradniczego w biurze RPP przyznała w rozmowie ze mną, że skargi dotyczą m.in. kwestii opieki okołoporodowej. Wciąż zdarza się, że pacjentki muszą rodzić przy drzwiach otwartych, gdy po korytarzu chodzą obcy ludzie. Bywa, że już po porodzie intymne badanie pacjentki na kilkuosobowej sali odbywa się przy innych chorych. - Musimy pamiętać, że jest to sytuacja dla kobiet bardzo krępująca. Na sali są na przykład cztery kobiety, niby po takich samych przejściach, w tym po porodzie, ale przecież każda może mieć inny próg wstydu czy inną wrażliwość - mówi M.Bieńkowska.

    - Zawsze można postawić parawan. Każdy podmiot leczniczy powinien go mieć, by móc odizolować pacjentkę - wyjaśnia M. Bieńkowska. Niby niewiele, a jednak nie wszyscy o tym pamiętają. Po kontroli pracowników biura RPP - sytuacja z reguły zdecydowanie się poprawia.

    W tej sprawie napisało też do mnie kilka słuchaczek TOK FM, po mojej cotygodniowej audycji (niedziela tuż po godz. 12.00).

    Pani Monika: ''To jest coś niesamowitego, aby w XXI wieku istniał problem niezamkniętych drzwi sali porodowej! Aby istniała praktyka badania kobiety w połogu w obecności innych pacjentek itp. (...) Warto byłoby sprawdzić, ile kobiet, po takiej traumie nie zdecydowało się na urodzenie kolejnego dziecka".

    Pani Gabriela opisała z kolei swoje doświadczenie, jak w szpitalu klinicznym, będąc w ciąży, była badana w obecności kilku studentów (mężczyzn). ''Rozumiem wszystko, jestem tolerancyjna, wiem, że młodzi się uczą. Ale żeby nawet nie zapytać mnie, czy nie mam nic przeciwko? Gdzie tu mowa o mojej godności? A może to dla mnie bolesne i trudne? Może nie chcę? Bałam się jednak odezwać, a potem godzinami o tym myślałam''.

    Problem nieposzanowania godności czy intymności w szpitalu nie dotyczy jednak tylko porodów. Dotyczy też innych szpitalnych oddziałów, w tym zwłaszcza sytuacji związanych z chorobą osoby starszej. Np. mówienie do kogoś per ''ty'', mycie czy przebieranie na wieloosobowej sali przy innych pacjentach czy wreszcie pytania o kwestie drażliwe też zadawane przy innych chorych.

    Zdaniem psychologa, dr Anny Siudem nieposzanowanie prawa kobiety do intymności np. przy porodzie może rodzić urazy psychiczne i traumę. Podobnie jak traktowanie bez szacunku pacjenta w podeszłym wieku. - Zawsze jak prowadzę szkolenia czy warsztaty radzę, aby każdy spróbował odpowiedzieć sobie na pytanie, jak sam chciałby być traktowany. I by tak traktował innych - mówi dr Siudem.

    Z danych Rzecznika Praw Pacjenta wynika, że w ubiegłym roku RPP wszczął ponad 100 postępowań wyjaśniających dotyczących przestrzegania prawa pacjenta do poszanowania intymności i godności.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 02 marca 2016
  • Dziś u mnie o pewnym formularzu, który wypełniają rodzice starający się o przyjęcie dziecka do przedszkola. Formularzu, w którym - jak przekazali mi rodzice z Lublina - pojawiło się nietypowe kryterium naboru. Brzmi tak: ''Rodzice propagują w procesie wychowawczym wartości religii katolickiej''. I trzy odpowiedzi: ''tak'', ''nie'' oraz ''odmawiam odpowiedzi''. - Po co to komu? Dlaczego ktoś mnie pyta o mój światopogląd? To moja sprawa jakie wartości preferuję w życiu - mówi nam jedna z mam.

    Była mocno zaskoczona, gdy wypełniając całą internetową procedurę - doszła do formularza, w którym były pytania o posiłki, o to czy rodzeństwo kandydata na przedszkolaka chodzi do tej samej placówki czy o miejsce pracy rodziców (czy jest blisko przedszkola). I na koniec - pytanie o wartości religii katolickiej. - Dziwne to bardzo - słyszymy od jednego z ojców.

    Co na to miasto?

    Jak słyszę, takie pytanie - pytanie o wartości religii katolickiej - może się pojawić przy naborze do przedszkola prowadzonego przez inny podmiot. I jak tłumaczy rzeczniczka prezydenta Lublina, Beata Krzyżanowska, tak właśnie jest w tym przypadku. - Są to placówki, które prowadzą rekrutację publiczną, ale są to podmioty prawne - Parafialne Przedszkole im. H.Koźmińskiego, a drugie Przedszkole Katolickie im. św. Franciszka z Asyżu - mówi Krzyżanowska. Jak dodaje, zgodnie z ustawą o systemie oświaty, takie placówki mają prawo wybrać swoje własne kryteria naboru, a wśród nich może się pojawić wątek związany np. z religią.

    Zdaniem rzeczniczki, pytanie o propagowanie wartości religii katolickiej może się pojawić w systemie elektronicznego naboru wtedy, gdy rodzic stara się o przyjęcie dziecka do przedszkola samorządowego, ale jednocześnie również składa wniosek o miejsce w placówce katolickiej. - Ja wybrałam pięć przedszkoli samorządowych, żadnego katolickiego, a mimo to i tak miałam pytanie o wartości religijne - odpowiada nasza słuchaczka.

    Miasto twierdzi, że system sprawdziło i nie powinno być takich sytuacji. Jeśli są, to jest to błąd. - W trakcie naszego sprawdzania systemu takie pytanie się nie pojawia, ale będziemy to dalej sprawdzać - dodaje Krzyżanowska.

    Prawniczka mec. Paulina Lipińska mówi mi, że pytanie o wartości nie byłoby na miejscu ,a mówi o tym Konstytucja. - Jest art. 53 ustęp 7 Konstytucji, który mówi, że nikt nie może być obowiązany przez władze publiczne do ujawniania swojego światopoglądu, przekonań religijnych albo wyznania. Tutaj co prawda nie mamy do czynienia z władzą publiczną, bo mówimy o przedszkolach, ale jednak przedszkole jest prowadzone przez samorząd - mówi adwokatka.

    NAJWAŻNIEJSZE dla mnie jest jedno - że słyszę jasną deklarację - jeśli takie pytanie w formularzu się pojawia, to jest to błąd. Nikt nie brnie w kozi róg i nie próbuje przekonywać, że dwa plus dwa równa się osiem, czyli że formularz jest OK, a pytanie jak pytanie - jak każde inne. Co niestety - w innych sprawach - dość często ostatnio ma miejsce.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 17 lutego 2016
  • Coraz rzadziej stajemy na kopertach dla niepełnosprawnych, coraz mniej jest za to mandatów. Ale to nie znaczy, że jest tak różowo i pięknie, że w ogóle nie zajmujemy miejsc przeznaczonych dla osób niepełnosprawnych. Pisałam o tym ostatnio PRZECZYTAJ

    Postanowiłam wrócić do tego tematu, bo przejrzałam komentarze pod tekstem - komentarze, które z reguły umykają, a czasami warto się przy nich zatrzymać. Te dwa, które wybrałam, mówią wiele.

    1/ Komentarz forumowicza o nicku ''kochaj.forumowicza.jak.siebie''

    Mój znajomy na wózku inwalidzkim, bezwładne nogi wraca na parking do swojego samochodu na kopercie dla niepełnosprawnych. Obok dostawiony samochód tak blisko, że nie ma szans podjechać wózkiem, żeby wsiąść do auta.

    Czeka siedząc na wózku. Pada deszcz. Po pewnym czasie przychodzi zdrowym krokiem kierowca feralnego auta:

    - przystawił Pan mój samochód, tak, że czekam na Pana 15 minut, bo nie mogę wsiąść do auta. Tu są miejsca dla niepełnosprawnych.

    - Proszę Pana, ja też jestem chory, tylko się z tym jak Pan nie obnoszę.

    ''Równie smutne co i autentyczne'' - pisze forumowicz i trudno się nie zgodzić. Poruszanie się na wózku to obnoszenie się z chorobą? Chyba ktoś, kto to mówi - schował swoją tolerancję głęboko do kieszeni.

    2/ Komentarz kogoś, kto nazwał się ''pajak_tez_krzyzak''

    Nie wiem jakie są kary za zajmowanie miejsc dla niepełnosprawnych w Anglii, ale praktycznie nie spotkałem się z sytuacją by na takim miejscu stanął ktoś nieuprawniony. Parking (na ulicy czy pod marketem) może być pełny- poza kopertami- ale nikt nawet nie pomyśli by tam stanąć bez uprawnień.Ludzie jeżdżą tak długo aż znajdą wolne miejsce.Kwestia różnic kulturowych (kulturalnych)?

    Niestety, kwestia różnic. W podejściu, empatii, ale też tolerancji właśnie

    Kwestię różnic w podejściu widać też było w Kolbuszowej - tam urzędnicy postanowili zabrać 6-letniej, niepełnosprawnej Julce dowóz do przedszkola, bo... są ferie. Pisałam o tym w moim poprzednim blogowym wpisie, czyli nieco niżej.

    Uznali, że 1500 zł (tyle warte są 2 tygodnie dojazdów) to dla budżetu gminy zbyt wiele. Po interwencji, udało się pomóc. Z informacji, które dostałam wynika, że Julka do przedszkola jednak dojeżdża. Super! Tak trzymać! Tylko po co były rodzicom i samej dziewczynce te wszystkie nerwy???

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 12 lutego 2016
  • Na czas ferii, czyli od najbliższego poniedziałku gmina cofnęła dowóz niepełnosprawnej dziewczynki do przedszkola, bo... ruszają ferie. Tyle, że dziecko jest przecież objęte obowiązkiem przedszkolnym, a w przedszkolu... ferii nie ma.

    6-letnia Julka z okolic Kolbuszowej nie mówi, nie chodzi, potrzebuje pomocy niemal we wszystkim. Jest przy tym bardzo ruchliwa - jak mówi mi jej mama - potrafi np. bardzo szybko raczkować. Julka codziennie jest dowożona do przedszkola w Ośrodku Rehabilitacyjno- Edukacyjno- Wychowawczym w Mielcu. To ok. 30 km od jej domu. W środę mama dostała z Urzędu Miasta w Kolbuszowej informację, że przez dwa tygodnie dowożenia nie będzie, bo... są ferie.

    Burmistrza nie ma, ale udało mi się porozmawiać z szefem gminnego Zespołu Oświatowego w Kolbuszowej, Ryszardem Haptasiem. Powiedział mi, że taka zapadła decyzja i burmistrz jest o niej poinformowany. Dlaczego Julki w czasie ferii dowozić nie można? - To są koszty - mówi Haptaś. Jak wyliczył, chodzi o kwotę 1500 zł za dwa tygodnie wożenia dziecka na zajęcia (koszty paliwa plus opłacenie pracownika). - Konsultowałem sprawę z prawnikiem. Pani prawnik dała mi podstawę prawną - mówi dyrektor. Wygląda to trochę tak, że trzeba było znaleźć odpowiedni paragraf, znaleziono... i uda się dzięki temu zaoszczędzić.

    Mama Julki jest zaskoczona, ale też zdesperowana i załamana. - Nie mam z kim dziecka zostawić, bo oboje pracujemy. Nie mogę wziąć na dwa tygodnie urlopu - mówi pani Barbara. Żadna niania też nie zgodzi się, by z dnia na dzień zostać z niepełnosprawnym, bardzo ruchliwym dzieckiem. - Jesteśmy w kropce - przyznaje moja rozmówczyni.

    Agnieszka Niedźwiecka z Projektu "Wszystko jasne" mówi wprost - gmina nie powinna tak postąpić. Jest obowiązek przedszkolny, a Julka go realizuje. Skoro gmina na co dzień dowozi dziewczynkę do przedszkola, ferie nie powinny mieć tutaj nic do rzeczy. Sprawa jest do wyjaśnienia na drodze prawnej: można złożyć wezwanie do usunięcia naruszenia prawa, a potem skargę do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. Tyle tylko, że to trwa. A w poniedziałek zaczynają się ferie.

    Co na to kuratorium w Rzeszowie? Od starszego wizytatora, Marka Zaleśnego w piątek po południu dostałam tylko krótką informację zwrotną: ''Ze względu na wagę sprawy (...) musimy pozyskać dodatkowe informacje i wyjaśnienia. Proszę oczekiwać odpowiedzi w poniedziałek''. Tyle, że w poniedziałek są już ferie.

    Gmino! Zareaguj pozytywnie na potrzeby dziecka

    Zapytałam dyrektora Ryszarda Haptasia, czy są szanse na ruch z ich strony. Powiedział, że rozmawiał z burmistrzem, a ten miał się zgodzić na zwrot kosztów za dowóz 6-latki do placówki w Mielcu. - Ale kto ją dowiezie? - pyta mama. Można byłoby wynająć taksówkę, ale z dzieckiem musiałby ktoś jechać, bo w gminnym busie zawsze jest opiekun.

    Sytuacja jest patowa, ja mam nadzieję, że gmina pójdzie rodzicom na rękę - w imię nie pieniędzy i oszczędności, ale jednak dobra dziecka. Bo ono powinno być tu kluczowe. Patrząc na to tak zwyczajnie, po ludzku. Bo przedszkole dla Julki to m.in. zajęcia z logopedą, psychologiem, ćwiczenia na koncentrację i skupienie uwagi, a także oczywiście codzienna, żmudna rehabilitacja. A dwa tygodnie bez tego - to naprawdę bardzo wiele.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 02 lutego 2016
  • Pobicie ciemnoskórego czy muzułmanina - to mowa nienawiści. Atak na geja - już nie. Bo w polskim kodeksie wśród przesłanek świadczących o mowie nienawiści nie ma orientacji seksualnej czy innej tożsamości płciowej. Czyli mówiąc inaczej, w tym kontekście można wszystko?

    Pisałam kilka tygodni temu o tym, że były prowadzone prace nad zmianami w kodeksie tak, by sprawca przemocy wobec osoby LGBT był traktowany tak samo, jak ten, który zaatakuje np. osobę o innym kolorze skóry. Ale Ministerstwo Sprawiedliwości tych prac nie kontynuuje. ''Uprzejmie informuję, że nie trwają i nie są planowane prace nad zmianami dotyczącymi tematyki mowy nienawiści''- napisali mi urzędnicy z resortu sprawiedliwości. PRZECZYTAJ

    Kampania przeciw Homofobii chce to zmienić

    Stąd ich akcja: Wyślij mailem apel do Ministerstwa Sprawiedliwości. Pokaż, że nie zgadzasz się z traktowaniem osób LGBT jako ludzi gorszej kategorii.

    STRONA Z APELEM

    Nie mam zwyczaju wchodzić w cudze życie. Nie interesuję się tym, kto się z kim całuje, spotyka, przytula. To jego sprawa i jego wybór. Nie mnie to oceniać czy komentować. Wiem jedno - atak na osobę LGBT to mowa nienawiści, z którą trzeba walczyć. Tak samo jak z agresją wobec kobiet, osób niepełnosprawnych czy bezdomnych. Różnice między ludźmi były, są i będą. Jednym to pasuje, innym nie. Język mowy nienawiści do niczego dobrego jednak na pewno nas nie zaprowadzi.

    Z danych Kampanii przeciw Homofobii wynika, że przemocy fizycznej doznaje co najmniej jedna na dziesięć osób LGBT. Przemocy psychologicznej - gróźb, znieważenia, szantażu - już niemal co druga. ''Nienawiść obecna w naszej przestrzeni publicznej to przyzwolenie na przemoc i wprawianie osób LGBT w poczucie zagrożenia'' - pisze prezes kampanii, Agata Chaber.

    W apelu do ministra sprawiedliwości czytamy m.in :''Uważam, że polskie państwo powinno otoczyć opieką prawną wszystkich obywateli i obywatelki, w tym osoby LGBT''. Dlaczego zmiany w Kodeksie Karnym są potrzebne? Kampania podaje trzy powody z którymi się w pełni zgadzam:

    1/ Gdyż sprawcy, którzy nawołują do nienawiści i przemocy wobec osób LGBT są dziś bezkarni.

    2/ Bo przestrzeń publiczna (media, internet, ale także np. Sala Plenarna Sejmu) musi być wolna od nienawiści.

    3/ Ponieważ mowa nienawiści sprawia, że groźby, wyzwiska, a w końcu przemoc fizyczna zaczynają być postrzegane jako norma.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 25 stycznia 2016
  • Władze Lublina we wrześniu chcą ściągnąć do szkół jak najwięcej 6-latków, dlatego chcą dać też rodzicom gwarancję - jeśli poślecie dzieci do szkół, to...

    Samorządy szukają sposobu, by od września przyciągnąć jednak sześciolatki do szkół. Główny argument, który słyszę? By znalazło się miejsce w przedszkolach dla najmłodszych, 3-letnich dzieci. Zgodnie z wolą rządu, dzieci 6-letnie mają pozostać w przedszkolach - chyba, że rodzice zdecydują inaczej. Jeśli zostaną, jak przekonuje wielu samorządowców, miejsc dla 3-latków w większości przedszkoli NA PEWNO zabraknie.

    Jak przekonać rodziców?

    W Lublinie, jeśli 6-latki zostaną w przedszkolach, może zabraknąć pracy dla nauczycieli w szkołach. Miasto wyliczyło, że w grę wchodzi 70 etatów. - Uczę w tej chwili w klasie trzeciej. Kocham dzieci, bardzo chcę dalej uczyć. Boję się, co będzie po wakacjach. Byłam u dyrektorki, ale powiedziała mi, że na razie jest za wcześnie, że będą próbowali zrobić tak, by było dobrze. Ale jak będzie? To taka tykająca bomba. Nikt nie wie, co się wydarzy - mówi mi pani Ewa, nauczycielka z jednej z podstawówek.

    Praca dla nauczycieli? W świetlicach, które muszą się zmienić

    Władze Lublina mówią wprost - nauczyciele ze szkół będą mogli zacząć pracę w przedszkolu, ale też... w świetlicach szkolnych. Bo świetlice skontrolował sanepid i wyszło, że nie jest za wesoło. Jest za mało sal, przez to panuje tłok, brakuje sal do odrabiania lekcji i skupienia się (w których byłoby cicho), brakuje też sal do dziecięcych szaleństw (czyli pomieszczeń do zabaw ruchowych). Od września zapewne będą wolne sale, które szkoły przeznaczą na świetlice. A w tych dodatkowych świetlicach będą potrzebni nauczyciele.

    Świetlice to jedno, ale głównym pomysłem są zerówki. Mają powstawać w szkołach niemal masowo: jedna, dwie, a nawet trzy zerówki w jednej placówce. Jak ściągnąć do nich dzieci? Trzeba zagwarantować rodzicom, że zarówno w szkolnej zerówce, jak i w klasach I-III będzie ten sam nauczyciel. - Chcemy zagwarantować taką kontynuację, że nauczyciel się nie zmieni - mówi dyr. Mirosław Jarosiński z Wydziału Oświaty. Na tym nie koniec - miasto chce dać też inną gwarancję. Że zerówkowicze w szkole - tak jak w przedszkolu - będą mieć zapewnione normalne zajęcia w ferie, w wakacje czy w czasie przerw świątecznych. - To wyjście w stronę potrzeb rodziców - słyszę.

    Szkoły na utworzenie zerówek są przygotowane. Jak mówią nauczyciele, kilka miesięcy temu przygotowując klasy dla 6-latków , trzeba było zadbać o odpowiednie pomoce, zabawki czy np. o dywan, na którym dzieci siedzą, rozmawiają, słuchają bajek.

    Lublin przygotuje kampanię informacyjną - właśnie w tej chwili urzędnicy pracują nad plakatem namawiającym rodziców do tego, by jednak wybrać szkołę. Kampania informacyjna ma być też w innych miastach Polski, m.in. w Warszawie.

    "Przedszkola nie są z gumy"

    - Prawda jest taka, że my na razie czekamy na rekrutację, ale nasze prognozy nie są dobre. Jeśli 6-latki do szkół nie trafią, miejsc dla 3-latków będzie jak na lekarstwo. I nie ma co opowiadać bajek, że będzie inaczej. Budynki przedszkoli ie są z gumy - przekonuje pani Agnieszka, przedszkolanka.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 15 stycznia 2016
  • ''Jak można podawać pacjentom w szpitalu zimną zupę'' - napisała do mnie pani Małgorzata z Małopolski. Kwestia posiłków w służbie zdrowia budzi emocje. Podobnych maili miałam już wcześniej kilka. Takie skargi to także niemal codzienność w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta. W ubiegłym roku było ich blisko 500. A pracownicy biura zauważają, że ich liczba dalej rośnie. Dlatego rzecznik interweniuje w tej sprawie w sanepidzie.

    Krystyna Barbara Kozłowska proponuje, by szef sanepidu zlecił swoim podwładnym w powiatach kontrole we wszystkich szpitalach w Polsce - kontrole żywności i jakości żywienia.

    Marek Cytacki, główny specjalista w Wydziale Interwencyjno-Poradniczym w Biurze Rzecznika Praw Pacjenta mówi mi, że dość często odbiera telefony z prośbą o pomoc. - Chodzi przede wszystkim o zastrzeżenia pacjentów odnośnie zaniżania porcji. Pacjenci chodzą niejednokrotnie głodni - mówi Cytacki.

    Rzecznik Praw Pacjenta poprosił Głównego Inspektora Sanitarnego o kontrole w szpitalach - czeka na raport do 30 czerwca.

    Pismo poszło też do pani premier, ministra zdrowia oraz dyrektora Instytutu Żywności i Żywienia. I dyrektor odpisał: że konieczne jest uregulowanie tego problemu w jednolitym akcie prawnym wydanym przez resort zdrowia. Po drugie, zdaniem szefa instytutu, konieczne jest zatrudnianie w szpitalach odpowiednio wyszkolonego personelu, który ''zapewni właściwą organizację żywienia i stałe elementy kontroli jego jakości''.

    Nie wszędzie jest źle, są szpitale, w których wyżywienie jest naprawdę smaczne. Ale cała rzecz w tym, by TAK SAMO było wszędzie. Smacznie, zdrowo, na czas. I by zupa czy pulpet w sosie pomidorowym - zanim trafią do chorego - nie zdążyły już wystygnąć.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 11 stycznia 2016
  • Dziś u mnie religia w środku lekcji - religia, która zrodziła problem. 16-letni Tomek czy 17-letnia Natalia (imiona przykładowe) na religię nie chodzą. Mieszkają tuż obok szkoły, chcieliby więc w tym czasie pójść do domu np. coś zjeść. Chcieliby, ale nie mogą. Choćby rodzice napisali sto próśb do dyrektora -nic to nie zmieni. Z takim problemem zetknęli się m.in. rodzice, którzy próbowali interweniować w Fundacji "Wolność od religii". Przesłali do fundacji m.in. zdjęcie wywieszone przez dyrekcję szkoły.

    Zgodnie z założeniami, lekcje nieobowiązkowe dla wszystkich uczniów, czyli etyka i religia, powinny być umieszczane w planie zajęć na początku lub na końcu. To teoria, bo praktyka pokazuje, że w wielu szkołach jest zupełnie inaczej. Nikt nikomu wcale nie idzie na rękę. I powstaje problem, bo dzieci czy młodzież mają ''okienko''.

    O ile w przypadku młodszych dzieci sprawa wydaje się oczywista (trudno sobie wyobrazić, by wychodziły ze szkoły), o tyle w przypadku 17-letnich czy nawet już pełnoletnich uczniów rzecz tak oczywista nie jest. Rodzice argumentują, że przecież - na czas religii - chcą wziąć za syna czy córkę odpowiedzialność, ale nie mogą. Szkoły tłumaczą to względami bezpieczeństwa. Uczeń ma iść w tym czasie do biblioteki. Czytanie wyjdzie mu oczywiście na dobre, ale jeśli wcale nie chce?

    Fundacja pisała w tej sprawie m.in. do kuratorium i dostała odpowiedź, że wszystko jest w porządku i tak być powinno. Teoretycznie rodzic może zwolnić dziecko z lekcji religii, ale w praktyce... No właśnie. ''Jeśli rodzic pisze oświadczenie, że w danym czasie odpowiada za dziecko, a szkoła dopuszcza się przymusu opieki pomimo, iż są to lekcje nadobowiązkowe to czy celem nie jest wywarcie presji i skłonienie do uczęszczania na religię?'' - pyta Dorota Wójcik z Fundacji ''Wolność od religii''.

    Zdaniem nauczyciela etyki, Tomasza Kalbarczyka, jednego z twórców portalu etykawszkole.pl, można to uznać za działanie w formie nacisku. - Może chodzić o to, aby wywrzeć jakiś nacisk, żeby rodzice przemyśleli jednak kwestię i zapisali dziecko z powrotem na religię. A wiemy, że takie naciski się pojawiają - mówi Kalbarczyk.

    Rozumiem, że szkole zależy na bezpieczeństwie uczniów. Ale... Jeśli z jednej strony religia nie jest obowiązkowa, a z drugiej strony - rodzic przedkłada dyrektorowi oświadczenie, że zgadza się, by syn czy córka w czasie lekcji religii szli do domu (który jest obok) i rodzic bierze za to pełną odpowiedzialność, to kto powinien mieć rację?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 04 stycznia 2016
  • "Masz prawo nie wierzyć" - na taki billboard się natknęłam i o nim dzisiaj u mnie. To nowa kampania billboardowa organizowana przez Fundację "Wolność od religii". Fundacja od kilku już lat stara się pokazywać, że Polska to nie tylko katolicy, ale też inne wyznania i ateiści. Że nasz kraj jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań. A przynajmniej tak być powinno.

    Hasło ''Masz prawo nie wierzyć'' pojawiło się na tle polskiej flagi, a billboardy zawisły/ zawisną w blisko 30 miastach w Polsce, m.in. w Lublinie, Krakowie, Katowicach, Olsztynie czy Łodzi. Również w Warszawie czy w Słupsku. Kampania jest możliwa dzięki wpłatom, dokonanym właśnie na Fundację z Lublina, w ramach 1 procenta podatku. Wpłat dokonało ponad pół tysiąca osób, na prawie 50 tysięcy złotych.

    Kampania - jak informuje Dorota Wójcik, prezeska fundacji, ma charakter edukacyjny - chodzi o pokazanie, że Polacy - ateiści mają takie same prawa jak inni i nie mogą być w żaden sposób dyskryminowani. Działacze Fundacji sprzeciwiają się stereotypowi Polaka- katolika i liczą, że dzięki billboardom wywołają publiczną refleksję na temat polskiej tożsamości.

    O tym, że religia wtapia się w nasze życie, przekonujemy się na każdym kroku. Mimo, że część z nas tego nie chce.

    Dzieci, które nie chodzą na lekcje religii, są zabierane na msze święte do kościoła. Bo idzie cała klasa.

    Dzieci, które nie chodzą na religię, biorą udział w jasełkach. Bo tak zdecydował nauczyciel.

    Dzieci, które chciałyby chodzić na etykę, nie mogą, bo - mimo zmiany przepisów, wciąż jest w tym problem.

    Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar opublikował niedawno swój raport na temat etyki w szkole. PRZECZYTAJ

    RPO zwraca uwagę, że wyniki badania - dotyczącego dostępności lekcji religii dla mniejszości wyznaniowych i lekcji etyki - wskazują, że przyjęte rozwiązania prawne, choć przyczyniły się do poprawy sytuacji, nie chronią poszczególnych grup wyznaniowych i społecznych w wystarczającym stopniu. Wciąż są szkoły, które nie chcą organizować etyki zasłaniając się zbyt małą liczbą chętnych.

    ''Osoby starające się o zorganizowanie lekcji spotkały się z lekceważeniem ich próśb, ignorowaniem zgłoszeń czy wywieraniem presji na udział dziecka w lekcjach religii z pozostałą częścią klasy''. Zdaniem RPO, niejednokrotnie dochodzi do niezgodnej z prawem dyskryminacji bezpośredniej ze względu na religię i światopogląd w obszarze edukacji.

    Jest więc, zdecydowanie jest, nad czym pracować i o czym przypominać. Tak jak te billboardy.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • sobota, 02 stycznia 2016
  • Po prawie pięciu latach Urząd Skarbowy przypomniał sobie, że... trzeba wyegzekwować podatek od spadku. Dzisiaj u mnie historia pana Wojciecha (imię zmienione) z Krakowa. W grudniu 2010, na mocy postanowienia sądu, dostał spadek po zmarłej mamie. Pieniądze w kwocie nieco ponad 25 tysięcy złotych plus - na papierze - również część mieszkania (tyle, że tam wciąż mieszka jego rodzina) i część samochodu (z 1991 roku).

    Pieniądze były oszczędnościami życia mamy pana Wojciecha. Składała niemal grosz do grosza, by coś po sobie zostawić.

    Słuchacz nie był świadomy, że darowiznę po osobie najbliższej trzeba w ciągu pół roku zgłosić fiskusowi. Jeśli tego terminu dopełnimy, obojętnie, jaka to kwota - żadnego podatku nie zapłacimy. Ale to jest warunek: dokonanie zgłoszenia, na odpowiednim druku. Tutaj tego zabrakło.

    Pan Wojciech na miesiąc ma z żoną około 3 tys. zł na życie. Mają dziecko, a na głowie kredyt hipoteczny. Byli zszokowani, zdziwieni i załamani, gdy po prawie 5 latach od śmierci mamy, w lipcu 2015 roku dostali pismo ze skarbówki, że mają do zapłaty prawie 6 tysięcy zł podatku.

    "Urząd skarbowy miłosiernie zaproponował nam, by napisać prośbę do urzędu miasta i poprosić o rozłożenie na raty tego haraczu. Ale miasto się nie zgodziło i nakazało nam zapłacić całość. Moje poczucie sprawiedliwości jest ściśnięte i pogniecione dławi mnie w dołku. Po prawie 5 latach urząd nas ściga - dlaczego dopiero teraz?" - pyta rozkładając ręce pani Ewa (imię zmienione), żona pana Wojtka.

    Wiedzą, że nieznajomość prawa szkodzi i stąd te problemy - tyle tylko, że nawet na wyroku sądu w sprawie spadku nie było ani słowa o konieczności zgłoszenia tego w skarbówce. ''Skorzystanie ze zwolnienia jest jednak możliwe pod warunkiem zgłoszenia urzędowi skarbowemu nieodpłatnego nabycia'' - przekazał mi Konrad Zawada, rzecznik Izby Skarbowej w Krakowie.

    Smutna ta nasza urzędnicza rzeczywistość, bo: niby powinno się stać po stronie obywatela i brać pod uwagę jego racje, a bywa zupełnie odwrotnie. Skąd ktoś, kto w życiu nie dostawał spadku ma wiedzieć, że po latach może go ścigać skarbówka? Szczerze? Ja bym nie wiedziała.

    Słuchacz wie, że gdyby spadek w urzędzie zgłosił, tematu by nie było. Stało się inaczej; pogodził się z faktem, że zapłacić musi. - Nie ma wyjścia. Ale nie mam tych 6 tysięcy złotych do wyłożenia od ręki. Bo my naprawdę żyjemy skromnie - słyszę.

    Poproszono Urząd Miasta w Krakowie (to on podejmuje decyzje w tym zakresie) o rozłożenie podatku na raty. I co? I nic. ''W opinii tut. organu rozłożenie zaległości podatkowej na 36 rat miesięcznych stanowiłoby zbyt daleko idące wsparcie". Nikt nie wziął pod uwagę, że pan Wojciech owszem dostał po mamie nieco ponad 25 tysięcy, ale to było 5 lat temu !! Pieniądze wydał na życie, bo na co dzień brakowało.

    Jak przekazał mi Jan Machowski z Biura Prasowego krakowskiego ratusza, sytuacja finansowa podatnika sama w sobie nie stanowi przesłanki wystarczającej do udzielenia ulgi w spłacie zobowiązania (za ulgę uznaje się też rozłożenie na raty).

    - Gdzie tu logika? Chcemy to spłacić, bo wiemy, że musimy. Ale nie jesteśmy w stanie zapłacić jednorazowo - słyszę od pani Ewy. Smutne...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 17 grudnia 2015
  • Pierwszo czy drugoklasista poszarpie się na przerwie z kolegą i problemem musi zająć się sąd. Dziś u mnie o takich właśnie sprawach szkolnych, które trafiają do Sądu Rejonowego Lublin Zachód - do Wydziału Rodzinnego i Nieletnich. W grę wchodzi szarpanie na korytarzu, bójka między uczniami drugiej klasy czy wyzwiska na przerwie. Psycholodzy biją na alarm - od reagowania w takich sytuacjach jest szkoła.

    Szefowa Wydziału Rodzinnego i Nieletnich sędzia Wiesława Stelmaszczuk-Taracha mówi mi, że kłótnie między dziećmi są rzeczą naturalną, również w klasach I-III. - A ostatnio coś takiego się zrobiło, że bardzo często do szkoły wzywana jest policja i później sprawa 9-cio czy 10-latka trafia do sądu i sąd musi sprawdzać, czy faktycznie takie dziecko wykazuje przejawy demoralizacji. A dziecko w trakcie przerwy pokłóciło się z kolegą i tak naprawdę poza tym działaniem, nie było żadnych skutków - mówi sędzia Taracha. Jej zdaniem, w takich sytuacjach szkoła sama powinna próbować sobie radzić, a nie zawiadamiać sąd. Porażka szkoły? - Powiedziałabym raczej, że są to obawy przed zarzutami rodziców, że szkoła nie działa - dodaje sędzia Taracha.

    Oficjalnie sądy nie chcą podawać konkretnych przykładów, zasłaniając się tajemnicą postępowań. Nieoficjalnie wiem, że w grę wchodzą sprzeczki, gdy jeden uczeń drugiego popchnął czy uderzył, ale też wyzwiska. Podobno był przypadek, gdy dziecko nazywało nauczycielkę czarownicą i ta sprawa też była w sądzie. Trudno powiedzieć, o ile wzrosła liczba takich spraw, bo nikt tak dokładnych statystyk nie prowadzi, ale przewodnicząca wydziału mówi mi, że ich przybywa.

    Rzecznik Sądu w Lublinie D.Abramowicz potwierdza, że są sprawy, gdy dyrektor szkoły zawiadamia sąd o negatywnych zachowaniach ucznia. - Sędziowie przyznają, że w ich ocenie część tych spraw mogłaby się zakończyć na poziomie dyrektora szkoły. Sędziowie bywają zaskoczeni wagą niektórych z tych spraw - mówi rzecznik.

    Jak słyszę, gdy sprawa trafia już do sądu, nie ma możliwości, by zostawić ją bez rozpatrzenia. - Kończy to się różnie. Od nagany czy upomnienia po nadzór kuratora, gdy sprawy są dużo poważniejsze - wyjaśnia Abramowicz.

    W lubelskim kuratorium słyszę, że jest wiele zawiadomień od rodziców, którzy są dziś bardziej otwarci niż kiedyś, nie boją się interweniować. Być może to jeden z powodów, że szkoły działają niejako asekuracyjnie. - Jeśli rzeczywiście pierwszą instancją, do której zgłasza się szkoła jest sąd rodzinny, to jest to nieporozumienie. Szkoła ma inne możliwości, choćby poradnia psychologiczno-pdeagogiczna czy placówki doskonalenia nauczycieli - mówi dyr. Jolanta Misiak z Kuratorium.

    Psycholog Małgorzata SItarczyk nazywa rzecz po imieniu: zawiadamianie sądu to błąd. - Niestety, nie kształcimy odpowiednio nauczycieli do kompetencji wychowawczych. Tutaj nie są winne dzieci. Przyczyną jest bezradność nauczycieli - mówi dr Sitarczyk. Pedagog prawdopodobnie nie zna odpowiednich metod pracy z dziećmi i stąd problemy. - Często w gabinecie psychologicznym okazuje się, że dzieci się naturalnie rozwijają, a objawy, o których mówi nauczyciel, są czymś normalnym. I powinniśmy umieć sobie z nimi poradzić - dodaje Małgorzata Sitarczyk.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 07 grudnia 2015
  • Hejt z sieci przenosi się na ulice. Były przypadki pobić, a na porządku dziennym są też agresywne zaczepki, wyzwiska, pełne mowy nienawiści komentarze. I trudno się dziwić, że cudzoziemcy w Polsce zaczynają mieć obawy i lęki. Niektórzy mieszkają w Polsce po kilka, a nawet kilkanaście lat i teraz zastanawiają się nad wyjazdem/ ucieczką. By nie bać się ''inności'' - ze względu na kolor skóry, religię, ale też np. język, którym mówią.

    Ola mieszka w Polsce od 8 lat. Zadomowiła się, pracuje, choć jest obywatelką Ukrainy. I nie chce tego zmieniać. Przyznaje jednak, że w Polsce - emocjonalnie - od kilku miesięcy jest coraz trudniej. - Zdarza się, że słyszę, że zabieram komuś miejsce pracy. I że powinnam jechać do siebie - mówi. I podkreśla, że gdy przyjechała było w Polakach więcej otwartości i gościnności. - A dziś nawet na portalu społecznościowym musiałam usunąć część ''znajomych'', bo jacy to znajomi, jak publicznie naśmiewają się z Ukraińców? - pyta Ola.

    Wiktoria Herun też jest Ukrainką, w Polsce od kilkunastu lat. Tu skończyła studia, świetnie mówi po polsku. Kilka miesięcy temu mówiła mi w reportażu, że bardzo dobrze dogaduje się z Polakami. Dziś zauważa różnicę. - Bardzo bym chciała mówić optymistycznie, jak wcześniej, ale rzeczywiście jest dziwna atmosfera. Nienawiść przenosi się na ulice. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe - mówi pani Wiktoria.

    Na co dzień pracuje w urzędzie i pomaga studentom-obcokrajowcom odnaleźć się w naszym kraju. W tej chwili dostaje dużo sygnałów od studentów, że boją się ze względu na swoją odmienność. - Wiem, że słyszą np. takie wypowiedzi ''Jesteś muzułmaninem, terrorystą. Dlaczego tu przyjechałeś, dlaczego nie studiujesz w swoim kraju'' - mówi moja rozmówczyni. Dodaje, że studenci zwracają też uwagę, że w wielu sytuacjach wolą nie mówić w swoim języku, by nie ''wkładać kija w mrowisko''.

    Studenci o innym kolorze skóry, m.in. studiujący medycynę (tych w Lublinie jest ponad 1000) starają się chodzić grupami, a nie w pojedynkę. Często jeżdżą taksówkami. - Bywa, że wiozę kogoś z bloku do bloku. Albo mają prośbę, by im zrobić zakupy, choć sklep jest w pobliżu. Wcześniej to nie było tak nasilone. Teraz takie kursy są na porządku dziennym. Chyba jest jakiś lęk - mówi taksówkarz, pan Zbigniew.

    O tym, że cudzoziemcy mają obawy i że - mimo wielu lat w Polsce - zastanawiają się, czy jednak nie wyjechać słyszałam m.in. od jednej z pracownic Amnesty International. Ale też od Karoliny Mazurczak ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. - Rzeczywiście, wiele osób mówi nam, że zaczynają się bać choćby posyłać swoje dzieci do szkoły - mówi pani Karolina. Bo mowę nienawiści widać też w szkołach. - Koledzy czy koleżanki śmieją się z tych dzieci, czego wcześniej nie było. Zaczynają zwracać większą uwagę na ich odmienność - dodaje K.Mazurczak.

    Każdy z nas jest inny, ale czy to źle? Czy wolelibyśmy mieszkać w miejscu, gdzie wszyscy są identyczni, tak samo ubrani, tak samo się zachowujący, z tymi samymi zasadami, tradycją, kulturą? Nikt z nas nie wybrał tego, gdzie i kiedy, w jakim miejscu na świecie się urodził. Ale może wybrać, gdzie chce mieszkać. Wybór jest - choć dla wielu niestety, czysto teoretyczny.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 02 grudnia 2015
  • Dlaczego bierze się pod uwagę tylko kwestie światopoglądowe, a nie nasz ból i cierpienie? - pytają pary, które dowiedziały się, że tylko do czerwca 2016 roku będzie finansowany rządowy program in vitro. Potem z tym koniec - ogłosił to właśnie nowy minister zdrowia. Szef jednej z klinik w Lublinie, dr Szymon Bakalczuk mówi mi, że się tego spodziewał. - To nie było pytanie ''czy'', tylko raczej ''kiedy'' przestaną program finansować - dodaje.

    Pary, które właśnie się dowiedziały, że program w połowie przyszłego roku się skończy, a chciałyby do niego jeszcze przystąpić, nie mają na to szans. W Lublinie "limity" na in vitro są już wyczerpane, klinika podpisała tyle umów, na ile miała zagwarantowane pieniądze. - Mamy w kolejce kilkadziesiąt par, które czekają na możliwość przystąpienia do programu. Będziemy musieli przekazać im informację, że takiej możliwości nie będzie - wyjaśnia dr Bakalczuk.

    Jedna ze słuchaczek, z którymi rozmawiałam mówi mi, że ma dość patrzenia na temat starania się o potomstwo przez pryzmat polityki i światopoglądu. - Czy tak trudno zrozumieć, że my strasznie chcemy mieć dziecko? Staramy się o nie od kilku lat, podporządkowaliśmy niejako temu nasze życie. I zabiera nam się jedyną możliwość, bo ktoś sobie tak postanowił - mówi rozżalona pani Agata.

    Lekarze zajmujący się leczeniem niepłodności nie mają wątpliwości - wrócimy do tego co było wcześniej, czyli m.in. wyjazdów za granicę, by zarobić na możliwość sfinansowania in vitro. Dr Bakalczuk pamięta pary, które przeszły u niego całą diagnostykę i wiedziały, że ich jedyną nadzieją jest in vitro. Ale nie miały na to pieniędzy. - I zniknęły z pola widzenia. Ale gdy tylko wszedł rządowy program, były jednymi z pierwszych. I dziś są szczęśliwymi rodzicami - mówi lekarz.

    Współtwórca rządowego programu in vitro prof. Rafał Kurzawa podkreśla, że dzięki rządowemu programowi urodziło się ponad 3,5 tysiąca dzieci - będą się rodzić kolejne z tych zarodków, które są przechowywane. - Dzięki programowi przybędzie w granicach 10 tysięcy dzieci, więc to jest małe miasto. Warto było - nie ma wątpliwości profesor. - Szkoda, że w Polsce decyzje w tym zakresie są decyzjami politycznymi - dodają lekarze.

    Małe miasto dzieci dzięki in vitro. Dzieci szczęśliwych, uśmiechniętych, kochanych i wyczekiwanych przez rodziców. Co dalej? Od niektórych fachowców słyszę, że zapewne na drugi ogień pójdzie wprowadzona niedawno ustawa o in vitro. - Myślę, że ta ustawa na pewno jest zagrożona - mówi prof. R.Kurzawa.

    ''Po kilkuletnim okresie leczenia wypełnia mnie poczucie osamotnienia, niezrozumienia i wrzucania do bezsensownego worka za lub przeciw in vitro'' - fragment maila, który przyszedł do mnie kilka tygodni temu od jednej z naszych słuchaczek.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 20 listopada 2015
  • Lawina interwencji straży miejskiej i policji, liczne mandaty, a nawet sprawy w sądzie. I nic. Od ponad dwóch lat klub w centrum Warszawy nocami nie daje mieszkańcom żyć. I jakby ''grał na nosie'' wszystkim, którzy chcą w tym jakoś przeszkodzić. - To jest absurdalne, żeby w środku Warszawy, przy ul. Kredytowej nie można było nic z tym zrobić - mówi pan Stanisław, jeden z mieszkańców. PRZECZYTAJ TEKST SPRZED ROKU Wspólnota (chodzi o ok. 100 osób) pisała już chyba wszędzie, ale imprezy w klubie dalej odbywają się w najlepsze. - Ile ma jeszcze trwać nasz horror? - pytają mieszkańcy. Dziś pojawiło się jednak światełko w tunelu.

    Interwencje są praktycznie non stop, klub bardzo głośno puszcza muzykę, a gdy ścisza - to jak mówią mieszkańcy - tylko na chwilę, by niebawem w środku nocy znów ją podgłośnić. - Nie daje się żyć. Nie ma mowy o jakimś odpoczynku, otwarciu okien - mówi pan Andrzej. Inna z mieszkanek, matka trójki dzieci, w akcie desperacji napisała nawet do rzecznika praw dziecka, bo dzieci w nocy się budzą, nie mogą spać. - Najstarszy syn jest maturzystą, jak ma się uczyć? - mówi pani Katarzyna.

    Zdaniem mieszkańców, w Polsce jest luka prawna dopuszczająca do tego, by klub mógł działać bez żadnych problemów. Co z tego, że są interwencje, przyjeżdża policja, są nakładane grzywny? Skoro od wielu miesięcy niewiele to zmienia. - My widzimy, że jest chęć pomocy nam, ale służby i instytucje jakby nie mają środków, by skutecznie zmusić klub do przestrzegania prawa - dodaje moja rozmówczyni. Urząd dzielnicy już dawno zrobił pomiary hałasu, wyszły przekroczenia, wydano decyzję administracyjną. I niestety dalej nic.- Wiemy, że w innych krajach policja może zabrać sprzęt nagłaśniający, a u nas nie ma takich uprawnień - słyszę od mieszkańców, a potwierdzają mi to urzędnicy.

    Wiem, że podobnej historii urzędnicy nie mieli - by ktoś, kto prowadzi obiekt rozrywkowy w ogóle nie reagował na upomnienia/uwagi/kary. Po dotychczasowych interwencjach, mieszkańcy napisali teraz do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska; również ja skontaktowałam się z WIOŚ-em.

    Po mojej rozmowie z wiceszefem inspektoratu, Miłoszem Jarzyńskim, doszło do kontroli w klubie i ponownych pomiarów hałasu, przeprowadzonych przez fachowców z WIOŚ i już wiadomo, że przekroczenia są duże.

    Norma nocna dla tego terenu to 45 decybeli, a wskaźnik hałasu wyniósł ponad 65 decybeli. Jak przekazał mi M. Jarzyński, w tej chwili formalnie trwa jeszcze kontrola, która powinna się zakończyć ostatecznie w przyszłym tygodniu. - Wtedy będzie wszczęte postępowanie w sprawie wymiaru kary - mówi inspektor. A kara może być dotkliwa, bo będzie liczona za każdy dzień od dnia wykonania pomiarów - aż do momentu ustania dokuczliwego dla mieszkańców hałasu. Ustania na stałe, a nie tyko doraźnie. Niewykluczona jest też decyzja w sprawie ''wstrzymania użytkowania instalacji nagłaśniającej''.

    Mam nadzieję, że uda się w końcu pokazać, że WCALE nie jest tak, że na klub NIE MA MOCNYCH.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 18 listopada 2015
  • Przybywa skarg na nauczycieli - jak sie dowiedziałam, do rzecznika dyscyplinarnego w Lublinie w tym roku wpłynęło prawie 60 takich spraw, a to blisko dwa razy tyle, co przed rokiem. Piszą dyrektorzy szkół, ale też w wielu sprawach - rodzice, którzy uważają, że ich dzieciom dzieje się krzywda. Mniej więcej dwie trzecie zarzutów się potwierdza - wtedy rzecznik kieruje sprawę do komisji dyscyplinarnej z wnioskiem o ukaranie danego pedagoga.

    Czego dotyczą te sprawy? Niestety, są to m.in. kwestie przemocowe, gdy nauczyciel szarpał dziecko, a nawet je uderzył. Jest np. historia z jednej z burs, gdzie wychowawca miał uderzyć wychowanka w twarz, a wszystko nagrała kamera. Bywa, że dochodzi do przemocy psychicznej - nauczyciel znęca się nad uczniem słowami, dokucza mu, wyzywa. Rzecznik Krzysztof Grudzień nie podaje przykładów, bo obowiązuje go tajemnica, ale przyznaje, że takie przypadki są. Zdarza się też mobbing ze strony dyrektora szkoły wobec nauczyciela, bywają historie związane z molestowaniem dziecka przez osobę dorosłą. Większość spraw rzecznik kieruje do komisji dyscyplinarnej, która może ukarać nauczyciela - najczęściej są to kary nagany z wpisem do akt. Choć teoretycznie w grę może wchodzić nawet wydalenie z zawodu.

    Coś, czego wcześniej nie było na taką skalę, jak jest w tej chwili - to alkohol. Nauczyciele po kilku głębszych siadają za kółkiem i mają w związku z tym sprawy karne, ale też przychodzą do szkoły ''pod wpływem'' i chcą w tym stanie prowadzić lekcje. - Tych spraw przybywa, to prawda. Zastanawialiśmy się nad tym, z czego to wynika. Być może wcześniej była pewna tolerancja na takie zachowania, a dziś częściej reagujemy? To może być jedna z przyczyn - mówi kurator Krzysztof Babisz.

    Podkreśla, że wcześniej w sprawach dyscyplinarnych w sposób bezpośredni częściej reagowali dyrektorzy, którzy też mają uprawnienia np. do zastosowania kary nagany z wpisem do akt. Dziś korzystają z tego rzadziej - w zamian kierują sprawy do rzecznika dyscyplinarnego.

    Sprawy dyscyplinarne nie są proste. Bywa, że na korytarzu w kuratorium kłębi się tłum. Bo są postępowania, w których do przesłuchania jest nawet kilkadziesiąt osób (świadków). Rzecznik dyscyplinarny i jego zastępcy to z wykształcenia nauczyciele. Naprzeciwko nich niejednokrotnie stają zawodowi adwokaci. Bo nauczyciele, którzy - w myśl zarzutów - mieli stosować przemoc czy być w pracy pijani - wynajmują profesjonalnych prawników. By uniknąć odpowiedzialności albo by kara była jak najniższa. - Nie jest łatwo - przyznaje rzecznik K.Grudzień - ale takie jest prawo. Musimy sobie radzić - dodaje.

    W niektórych sprawach trzeba przesłuchać dziecko. A przepisy są jakie są i nie jest wymagana obecność psychologa. Prawo ma się jednak zmienić (a przynajmniej miało się zmienić za poprzedniego rządu), tak by psycholog był obligatoryjny. I by przy przesłuchaniu dziecka nie mógł być obecny obwiniony nauczyciel. Dzisiaj może. A to dodatkowy stres dla dziecka.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 13 listopada 2015
  • Do pieczenia chleba potrzebne jest "boże błogosławieństwo", a jednym z ważniejszych wydarzeń miesiąca czerwca są narodziny Jana Chrzciciela. To treści BYNAJMNIEJ nie z podręcznika do religii, ale do nauczania zintegrowanego w klasie trzeciej szkoły podstawowej - podręcznika, którego wycofania ze szkół domaga się od MEN Fundacja ''Wolność od religii''. Chodzi o ''Radosne odkrywanie świata''.

    O podręczniku do fundacji napisali rodzice. - Wiem, że interweniowali też u wychowawczyni. Byli oburzeni, bo nie chcą, by ich dziecko uczyło się z książki tak mocno nacechowanej światopoglądowo, przedstawiającej jeden, katolicki światopogląd - mówi Dorota Wójcik, prezeska Fundacji ''Wolność od religii''. I dodaje, że podręcznik, z którego trzecioklasiści uczą się języka polskiego czy przyrody - przypomina katechizm na lekcję religii. Fundacja napisała do MEN z wnioskiem o natychmiastowe wycofanie podręcznika.

    Opinię w sprawie książki napisał Adam Kalbarczyk, polonista, nauczyciel, doktor w Instytucie Filologii Polskiej UMCS w Lublinie. ''Stwierdzam, że podręcznik w wielu fragmentach narusza konstytucyjne prawo rodziców niewierzących do wychowywania dzieci zgodnie z przekonaniami (Art. 48 ust. 1 Konstytucji RP) oraz łamie wolność sumienia dzieci niewierzących (Art. 53 ust. 1 Konstytucji RP)''.

    Kalbarczyk zwraca uwagę m.in. na wpis o narodzinach Jana Chrzciciela czy na ''boże błogosławieństwo'' przy pieczeniu chleba. Ale nie tylko. Również na to, że jako przykład czasopisma dla dzieci podaje się ''Małego gościa niedzielnego'', nie wspominając, że to czasopismo katolickie. Podręcznik - zdaniem wykładowcy - przedstawia polską kulturę jakby była ona jednorodna - wyłącznie katolicka, ''wyrażając i upowszechniając zarazem stereotyp Polaka-katolika''.

    - Autorka tego podręcznika zamieszczając w nim pewne teksty daje do zrozumienia, jakby świat był jednowymiarowy, jakby miał tylko jedną powierzchnię, jakby w Polsce żyli tylko ludzie o jednym światopoglądzie i jednym wyznaniu. Tymczasem przecież tak nie jest - mówi mi dr Adam Kalbarczyk. Zwraca uwagę choćby na stwierdzenie, że ''Ojcze nasz'' jest ''odwieczną modlitwą człowieka''. - To napisał ktoś, kto jakby w ogóle nie zwracał uwagi na to, że nie tylko Europa istnieje, nie tylko tradycja chrześcijańska, ale są też przecież inne kultury, inne modlitwy. Są też duże grupy ludzi, którzy nie wyznają żadnej religii. Takie uniwersalizacje są dużymi uproszczeniami - uważa Kalbarczyk.

    Rozmawiałam z jedną z nauczycielek, która korzysta z tego podręcznika. Nie chciała jednak wystąpić przed mikrofonem ani pod nazwiskiem. Powiedziała mi tylko, że jej zdaniem podręcznik jest dobry i nie ma mu nic do zarzucenia.

    O sprawę podręcznika pytałam też MEN - czy rzeczywiście podręcznik dla klas młodszych powinien zawierać tego typu nacechowane światopoglądowo informacje? Pytania wysłała przed tygodniem, odpowiedzi nie dostałam. Być może już się pakowali, nie mieli jak odpisać. A szkoda...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 10 listopada 2015
  • Rząd: lepszy czy gorszy, bardziej czy mniej odpowiedzialny, sympatyczny czy może mniej sympatyczny? Dyskusja o nazwiskach, dyskusja o funkcjach, kompetencjach (czy ich braku) trwa i jeszcze pewnie trochę potrwa. Ale polityka polityką i czas na przerwę :-)

    Dziś u mnie historia czwórki dzieciaków z domu dziecka w Lublinie - rodzeństwa, którego wychowawcy nie chcieli rozdzielać. Tym bardziej, że jest też dziadek, który co prawda nie mógł wziąć dzieci do siebie, ale cały czas u nich bywa. - To byłby cud, gdyby znaleźć dla nich rodzinę, bo kto chciałby wziąć czwórkę dzieci? - takie głosy słyszałam.

    Ale pełna wiary, że a nuż (widelec) się uda, napisałam tekst o Natalce, Kindze, Weroniczce i Mariuszku. PRZECZYTAJ

    Okazało się, że tekst został powielony na jednej ze stron poświęconych rodzicielstwu zastępczemu. Przeczytała go pani Renata spod Chełma. Razem z mężem mają swoją rodzoną córkę, ale byli też już wcześniej rodzicami zastępczymi dla dwójki maluchów, które poszły do adopcji. - Po przeczytaniu artykułu opowiedziałam mężowi, chwilę się zastanawiał i ostatecznie zadzwoniliśmy do domu dziecka, a później nawiązaliśmy też kontakt z dziećmi - mówi pani Renata. Rodzina na razie została rodziną zaprzyjaźnioną (czyli dojeżdżającą, która znajduje czas dla rodzeństwa, zabiera je do siebie), ale dokumenty są już w sądzie, by ostatecznie jak najszybciej stworzyć rodzinę zastępczą.

    Dzieci, gdy rozmawiałam z nimi parę miesięcy temu mówiły jednym głosem o marzeniach: że każde chce mieć swój własny pokój. Pani Renata i pan Leszek mają dom, ale nie aż tak duży, by móc to marzenie spełnić. Okazało się jednak, że z perspektywy czasu i sytuacji priorytety się zmieniają. Dziewczyny już wiedzą, że mają pokój razem, a Mariusz oddzielnie. - My mamy większy, z takimi ładnymi różowymi ścianami- opowiada Natalka. Weronika (najmłodsza) dodaje, co dla niej jest szczególnie ważne. - Jest tam pies, przychodzą koty, jest trampolina mała i duża, i huśtawka i kwiaty.

    Pan Leszek nie kryje, że jako mężczyzna początkowo patrzył na całą sytuację bardziej od strony praktycznej - czy dadzą sobie radę z rozbrykaną czwórką, a w sumie z ich własną 8,5-letnią córką - to nawet z piątką dzieci? - Doszliśmy jednak do wniosku, że podołamy zadaniu. Mamy do pomocy babcię, ciocię-mówi.

    Jak będziemy do nich mówić?

    W trakcie rozmów z dziećmi pojawiła się chyba jedna z najważniejszych wątpliwości - jak my będziemy do was mówić? - I Mariusz od razu: no jak to jak? Mama i tato. Dla niego to było jakby oczywiste - mówi pani Renata. Na pytanie, czy jest coś czego się obawia odpowiada: Cały czas chodzą mi po głowie pytania, czy uda nam się tak zapanować nad tą całą czwórką, by poszła w dobrym kierunku, wyszła na ludzi. - To trudne zadanie, ale tego nie jesteśmy w stanie przewidzieć nawet w stosunku do naszego biologicznego dziecka - dodaje.

    Jest wielka polityka, narzekania, dyskusje i spory. I jest życie, które dla fantastycznej czwórki może się bardzo, bardzo zmienić. Kinga mówi mi do mikrofonu, że to ''fajna rodzina'' i że chciałaby z rodzeństwem jak najszybciej do niej trafić. Decyzja w rękach sądu.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 05 listopada 2015
  • W trakcie jednej z ostatnich rozmów ze słuchaczami moją rozmówczynią była pani Joanna. Bezrobotna, która regularnie stawia się w Urzędzie Pracy. Skarżyła się bardzo na to, że urząd jest instytucją, w której głównie - tu cytat - ''podbija się pieczątki''. Że spotyka się z niezrozumieniem, arogancją, bywa, że brakiem uprzejmości. Że ofert pracy nie ma. Była jedynie na szkoleniu. Dodam, że ma wykształcenie wyższe.

    Czy tak jest w rzeczywistości? Jak działają urzędy pracy, czyli popularne pośredniaki? Jest teraz coś, czego jeszcze nigdy nie było. Otóż, ministerstwo zdecydowało się na poznanie prawdy i zbadanie tematu. Wojewódzki Urząd Pracy w Lublinie nadzoruje program przeprowadzania ankiet w urzędach w całym kraju. Co szczególnie istotne, nie ma mowy o tym, by pracownik takiego pośredniaka miał wgląd w to, co napisał dany bezrobotny i by mógł np. coś wykreślić czy zmienić. Pierwszy raz ankiety - profesjonalnie - przeprowadzają specjalnie zatrudnieni w tym celu ankieterzy. Z boku, nie przy pracownikach pośredniaka - wypełnienie ankiety to kilkanaście minut.

    Ankiety są przeprowadzane w całej Polsce. Cała rzecz w tym, by ocenić jakość obsługi klienta, tak jak się to robi w profesjonalnych, nowocześnie zarządzanych firmach w biznesie. Zgodnie z założeniem "Badania satysfakcji klienta" przepytanych ma być nawet 10 procent osób, które odwiedzają urzędy pracy. - To jest dużo, więc te wyniki będą na pewno wiarygodne - mówi Grzegorz Gach z Wojewódzkiego Urzędu Pracy w Lublinie. Oprócz bezrobotnych, przepytywani są także pracodawcy, a wyniki ankiety - w skali kraju - mamy poznać na przełomie listopada i grudnia.

    Zaglądam do ankiety. Pierwsza część to metryczka (oczywiście bez danych osobowych), czyli wiek, płeć, wykształcenie. Do tego pytanie o oczekiwania od urzędu pracy - czy Kowalski w trakcie wizyty w urzędzie miał oferowaną np. pracę, staż, szkolenie, studia podyplomowe, czy stawił się tylko po ubezpieczenie zdrowotne albo zasiłek (choć pytanie czy tu rzeczywiście ktoś się przyzna?).

    Druga część to pytania właśnie o satysfakcję klienta. Pojawia się więc m.in. zaangażowanie pracowników (np. indywidualne traktowanie), ale też komunikacja (w tym rozmowy przez telefon czy maile). Czy urzędnik pomaga w rozwiązaniu problemu i doprowadzeniu danej sprawy do końca i w obiecanym terminie? Jest też punkt dotyczący czasu obsługi i oczekiwania na nią (czy nie ma słynnych kolejek w pośredniaku) czy o przystępność - odległość urzędu od miejsca zamieszkania danej osoby. Ale też o dostęp do toalety (bezpłatnie), xera, drukarki. Ankieta stawia nawet pytanie o porządek i czystość w pomieszczeniach.

    Odpowiedzi przeanalizują specjaliści socjologii i wyciągną wnioski. Powstanie raport, który urzędy pracy będą musiały wziąć sobie do serca, by było profesjonalnie, na poziomie i na miarę XXI wieku. - Chcemy szeroko te wyniki przekazać, także będzie czas by je omówić - mówi G.Gach.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 13 października 2015
  • Dziś u mnie o ludziach, którzy boją się mieszkać we własnym domu. Ze względu na sąsiada, który mieszka obok. To historia, która na pewno nie jest jednostkowa i pokazuje niestety, że nie wszystko działa tak, jak powinno. - Zawiodłem się na prokuraturze - mówi pan Dariusz, którego sprawa dotyczy. To młody, mężczyzna, mieszkaniec obrzeży Lublina, który zajmuje się - jak słyszę z pasją - m.in. swoim gospodarstwem. Ma maszyny rolnicze, ziemię. Ma też sąsiada, który - prawdopodobnie - trochę mu zazdrości.

    Problemy zaczęły się mniej więcej 3 lata temu. Pan Darek został przez sąsiada zaatakowany nożem. Były wyzwiska, groźby. Owszem, zgłosił na policję. I co? Niewiele. Sąsiad nie zmienił się ani trochę. Zaczął być jeszcze bardziej agresywny, regularnie szkaluje pana Darka i jego rodzinę: rozwiesza plakaty m.in. na przystanku i na słupach oświetleniowych. - Wypisuje np., że ukradłem z kościoła Tabernakulum- mówi mój rozmówca. Zarzuty z plakatów są też o wiele poważniejsze - nie nadają się do cytowania.

    Pan Darek nie kryje, że się boi. - Na przykład w nocy trzeba być bardzo czujnym, bo groził nam wielokrotnie - mówi. Ma żal do prokuratury: że przez wiele miesięcy nie można było skierować agresywnego sąsiada na badania. - Dostałem nawet takie pismo, że nie mogą go przebadać, bo się nie stawia, a policja nie może go namierzyć. A on przecież cały czas jest w domu - mówi mój rozmówca.

    Kilka tygodni temu doszło do kolejnego ataku - na podwórku pana Darka ktoś poprzebijał opony w kilku pojazdach - straty ok. 20 tysięcy zł. I co? Pies tropiący doprowadził do mieszkania agresywnego sąsiada, ale i tym razem - po 24 godzinach - wrócił do domu. I znów groził. To samo potwierdza pan Marcin (imię zmienione), kuzyn agresywnego mężczyzny. - On jest niebezpieczny i dla siebie, i dla innych. Moim zdaniem, on jest chory, potrzebuje umieszczenia w ośrodku - mówi pan Marcin.

    Rodzina myślała nawet, by pójść do sądu, aby go ubezwłasnowolnić, ale mężczyzna ma spory majątek. - Usłyszeliśmy od prawników, że to się prawdopodobnie nie uda; że to będzie wyglądać tak, jakbyśmy chcieli pieniądze , a nie o to chodzi.

    Dlaczego wszystko tak długo trwa? Prokurator Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie potwierdza, że były problemy z ustaleniem miejsca pobytu mężczyzny, by móc go przebadać. Ale po wrześniowym incydencie już się to udało - w tej chwili śledczy czekają na wyniki badań. Wiadomo, że już wcześniej miał postawiony zarzut stalkingu i dostał zakaz zbliżania się do sąsiada. Jednak co z tego, skoro i tak go złamał?...

    Jak mówi mi prokurator, po otrzymaniu wyników badań będzie można zakończyć postępowanie. - Jeśli jest osobą niepoczytalną, to w grę wchodzi umorzenie i ewentualne np. umieszczenie w jakimś zakładzie. Jeśli zaś jest osobą zdrową, to sprawa trafi do sądu - mówi Syk-Jankowska.

    - Może wreszcie ten nasz koszmar się skończy? Ile można tak żyć, w ciągłym strachu i lęku? Dzieci boją się wychodzić na dwór. Najbardziej boli, że to tak długo trwa, że ktoś może robić co chce i nie ma na niego mocnych - mówi pan Dariusz. Sąsiad śmieje mu się w twarz. I kropka.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 06 października 2015
  • ''Tykająca bomba epidemiologiczna'' - to jedno z najnowszych określeń, które usłyszałam w kontekście uchodźców. Chodzi o Białą Podlaskę na Lubelszczyźnie, gdzie do ośrodka dla uchodźców mają w przyszłym roku trafiać migranci z Syrii. Już teraz słychać głosy związanego z PiS prezydenta miasta, jak też senatora PiS Grzegorza Biereckiego: że może być groźnie i może dojść do epidemii SENATOR_INTERWENIUJE Prezydent Białej zwołał nawet sztab kryzysowy, aby przygotować pismo do wojewody z wyrazami oburzenia. ZAJRZYJ

    Nie jest tajemnicą, że w ośrodku w Białej Podlaskiej są montowane filtry epidemiologiczne, m.in. właśnie po to, by epidemii nie było. Poza tym, dlaczego z góry zakładamy, że ci, którzy do Polski trafią (jeśli trafią), będą od razu z cholerą, AIDS czy czymkolwiek innym. I że od razu nas zarażą. Ktoś powie - wszystko trzeba przewidzieć. Tak, i przewidujemy: pomyśleliśmy o filtrach, ale też o badaniach dla tych, którzy przyjadą. Tak na wszelki wypadek.

    Temat uchodźców wszedł do kampanii i rozgrzewa do czerwoności. Że jak, po co, dlaczego? A postawmy inne pytanie: czy oni tak bardzo chcą do nas przyjechać? Czy z własnej woli opuszczają swój kraj? Czy Polska to dla nich wymarzony świat? Przecież wejdą w nowe środowisko, nową kulturę, nowe obyczaje, nowy język. Tak na chwilę, oczami wyobraźni, pomyślmy proszę: co by było, gdybym to ja znalazł się/ znalazła się na ich miejscu? Co byśmy czuli i czego byśmy chcieli?

    Rozmawiałam ostatnio z Hamidą, obywatelką Polski, która praktycznie całe swoje życie spędziła w Syrii - wyjechała z mamą, polską lekarką, gdy była maleńkim dzieckiem. Jej ojciec jest Syryjczykiem PRZECZYTAJ

    Hamida od dwóch lat jest w Lublinie, uciekła przed wojną, tak jak teraz uciekają inni. Znalazła pomoc na KUL, skończyła studia, właśnie podjęła pracę. Żyje w miarę normalnie, ale wciąż myśli... Bo dostaje pytania od znajomych z Syrii - jak jest w Polsce? co zrobić, by móc tu zamieszkać? Bo inni też chcą z tej strasznej wojny uciec - z dziećmi i całymi rodzinami.

    Wiara? Tu nie ma znaczenia. Liczy się chęć życia, ratowania siebie i najbliższych. Hamida była w tej sytuacji, że miała - po mamie - polskie obywatelstwo. Mogła bez problemu rozpocząć życie od nowa. Nie była w ośrodku dla cudzoziemców. Inni - muszą tam trafić. Przejdą badania, będą się uczyć polskiego i integrować.

    W ośrodkach w Polsce jest ok. 1500 miejsc, musi też być 500-700 miejsc rezerwowych. Jak usłyszałam od Ewy Piechoty, rzeczniczki Urzędu do spraw Cudzoziemców, możliwe, że będą przetargi na kolejne ośrodki. Gdzie? To zależy od ewentualnych złożonych ofert, ale lokalizacji i tak lepiej nie ujawniać. Bo mogą zacząć się protesty i głosy o ''tykających bombach''.

    Mogę zrozumieć obawy, emocje, lęki. Nie rozumiem nienawiści, zajadłości, agresji.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 02 października 2015
  • U mnie dziś drożdżówki, batoniki, słodkie napoje, czyli wszystko to, czego nie ma już w szkolnych sklepikach. Choć... drożdżówki mają ponoć wrócić, takie są przynajmniej zapowiedzi. Młodzież dopytuje, czy wrócą wszystkie - te z toffi i z budyniem, czy może tylko z serem i z makiem?

    Ministerstwo Edukacji poprosiło kuratoria oświaty, by zasięgnęły w szkołach informacji na temat zmian w funkcjonowaniu stołówek i sklepików szkolnych - cała rzecz dotyczy tzw. ''śmieciowego jedzenia''. Do samego tylko Kuratorium Oświaty w Lublinie wpłynęło ponad 650 sygnałów/wątpliwości ze szkół.

    Tak swoją drogą, czy te wszystkie uwagi rzeczywiście ktoś przeczyta? Hmmm...

    W każdym razie, postanowiłam zajrzeć, co dyrektorzy napisali w swoich uwagach do nowego rozporządzenia. Oto kilka wpisów:

    ''Zabrakło zdrowego rozsądku. Idea wprowadzenia do szkół zdrowej żywności jest słuszna, ale jeśli te potrawy będą niesmaczne, dziecko nauczy się, że zdrowe odżywianie to ''przykrość''. Niestety nie ma okresu przejściowego, przepisy już obowiązują''.

    ''Nie ma kampanii medialnej wspierającej zalecenia Ministerstwa Zdrowia w związku z nowym rozporządzeniem. Szkoła zostaje z problemem sama. Reklamowane przez znanych aktorów, w porze największej oglądalności w TV ''ulubione'' przez dzieci i młodzież środki spożywcze nie ułatwiają realizacji zadania''.

    Kolejne uwagi zgłoszone przez szkoły?

    ''Brak w sklepiku wybieranych przez uczniów artykułów powoduje, że młodzież podczas przerw wychodzi ze szkoły do oddalonego o ok. pół km sklepu. Gimnazjaliści spóźniają się przez to na zajęcia, a nawet opuszczają całe godziny lekcyjne''

    ''Brak jednoznacznej interpretacji przepisów - rozporządzenie z jednej strony niejasne, z drugiej - zawiera bardzo szczegółowe normy, a kary za ich nieprzestrzeganie sięgają kilku tysięcy złotych''

    "Wprowadzone zmiany zwiększają koszty wyżywienia np. różnica pomiędzy kg cukru a litrem miodu to ponad 20 zł; wymagana sól o niskiej zawartości sodu kosztuje ponad 7 zł za kg, a normalna - mniej niż złotówkę"

    ''Uczniowie przynoszą z sobą na stołówkę przyprawy i sami przyprawiają potrawy. Zdecydowana grupa uczniów rezygnuje z obiadów w szkole''

    ''Problemem jest reklamowanie w mediach słodyczy jako zdrowych np. ''pełnych mleka'' przekąsek które są znakomite na drugie śniadanie''

    ''Zmiany wprowadzono zbyt radykalnie, społeczeństwo nie jest na nie przygotowane''

    ''Radykalne nakazy budzą sprzeciw młodych ludzi- kierując się przekorą kupują poza szkołą, przynoszą i spożywają więcej słodkich napojów (szczególnie coli) niż w latach ubiegłych, narzekają, że ''przez rozporządzenie ministra muszą dźwigać o wiele cięższe plecaki''

    Zdrowe żywienie? Jestem za, podpisuję się obiema rękami. Tyle tylko, że niekoniecznie tak, jak to zostało wprowadzone. Bo zakazy i nakazy to nie wszystko. Dorośli powinni pokazać, że liczą się ze zdaniem młodzieży - zabrakło rozmowy, dyskusji, argumentów. Wyszło, jak wyszło. Nie po raz pierwszy.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 25 września 2015
  • "Może uda się pani sprawić, aby mój syn miał się z czego uczyć"- napisała do mnie pani Dorota spod Warszawy. I właśnie o problemach z podręcznikami dzisiaj u mnie. Otóż, słuchaczka TOK FM jest mamą niepełnosprawnego chłopca, licealisty, dla którego 3 września zamówiła książki przez internet. Kilkanaście pozycji, za prawie 200 zł. Zależało jej na czasie, bo może się ubiegać o zwrot wydatków na podręczniki, ale musi w odpowiednim czasie (do 10 września) dostarczyć fakturę.

    Zamówiła więc książki na stronie Nowej Ery, zapłaciła z góry przez internet licząc, że przesyłka dojdzie szybko, wraz wraz z fakturą, którą musi dostarczyć do podania o zwrot poniesionych wydatków. Nic bardziej mylnego. Mamy 25 września, a książek brak.

    Pani Dorota wielokrotnie próbowała się dodzwonić na podaną na stronie infolinię, ale tylko raz udało jej się połączyć, bo infolinia jest bardzo oblegana (ja też dziś próbowałam się dodzwonić); słuchaczka wysłała też kilka maili, bardziej i mniej uprzejmych. Syn chodzi do szkoły - a to liceum, więc o luźnym podejściu do nauki nie ma mowy. Na razie korzysta z książek kolegów i z xerówek. Ale ile można???

    Kontakt z wydawnictwem do łatwych nie należy, bo na stronie jest tylko infolinia. Ale udaje mi się dodzwonić do jednego z dyrektorów. Marcin Wojtyński przyznaje, że mogą być opóźnienia w realizacji zamówień, przeprasza i sprawę wyjaśni. A skąd opóźnienia? Stąd, że kiedyś w przepisach było zapisane, że do 15 czerwca szkoły miały podać listy podręczników, z których w nowym roku szkolnym będą korzystać. Tyle, że zapis z przepisów wykreślono, a szkoły bardzo często zwlekają nawet do końca sierpnia. W efekcie - rodzice o wiele później dowiadują się, jakie książki mają kupić. W hurtowniach nakłady są więc mniejsze, bo wydawnictwa obawiają się, że książek nie sprzedadzą - owszem, dodrukowują konkretne tytuły, ale dopiero w ostatniej chwili. A to trwa.

    Jest i drugi powód, jak słyszę od wydawców - szkoły zbyt późno składały zamówienia na ''darmowe'' podręczniki i na skutek tego dopiero w pierwszych tygodniach września do szkół dostarczane były miliony książek. Wydawnictwa robiły co mogły, by zrealizować jak najszybciej hurtowe zamówienia ze szkół. W efekcie klient indywidualny musiał i musi czekać.

    Jak słyszę, u pani Doroty nałożyło się jeszcze nieporozumienie - słuchaczka dzwoniła do wydawnictwa, by dowiedzieć się co i jak, raz udało jej się dodzwonić; ktoś zrozumiał, że rzekomo rezygnuje z zamówienia. Książek nie dostała, mimo, że status zamówienia na stronie w internecie cały czas brzmiał i brzmi ''w realizacji''.

    Rozumiem, że wydawnictwo ma problem, rozumiem, że się nie wyrabia, bo ktoś za późno złożył gigantyczne zamówienie, ale przecież mnie jako klienta to w ogóle nie powinno interesować. Zamawiam książki, płacę z góry i oczekuję rzetelnej i fachowej obsługi. Tym bardziej, że pani Dorota nie dostała nawet pół informacji, że przyjdzie jej czekać tygodniami. Nic, żadnych wyjaśnień.

    Po mojej interwencji wydawnictwo obiecało, że książki już wysyła i być może już w poniedziałek dotrą. Oby. Pytanie tylko, ile dzieci dalej na książki czeka, z takich samych czy podobnych powodów? A rok szkolny trwa w najlepsze, oceny lecą...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 17 września 2015
  • Latarnik cyfrowy - czy wiecie kto to taki? Ktoś, kto pomaga osobom 50+ obchodzić się z internetem. I nie chodzi tylko o przeszukiwanie zasobów sieci. 50-cio, 60-cio czy 70-latki uczą się np. mailowania, zgrywania zdjęć z telefonu czy aparatu, korzystania z bankowości elektronicznej, robienia zakupów w sieci, ale też zakładania blogów czy odbywania wirtualnych spacerów np. po miastach, w których nigdy nie byli (choćby Rzym czy Barcelona). - To jest niesamowite, naprawdę, jakby odkrywanie świata na nowo - mówi mi pani Ewa, czynna zawodowo urzędniczka, która komputera używała do tej pory praktycznie tylko w pracy, do wklepywania danych. - Teraz np. specjalizuję się w gotowaniu oglądając kanały na You Tube'ie. Coś cudownego - opowiada.

    Latarników jest w kraju ponad 2,5 tysiąca, nie wiedzą, czy w dalszym ciągu będą mogli prowadzić szkolenia dla osób 50+. Wcześniej były pieniądze unijne w ramach programu Polska Cyfrowa Równych Szans, ale w tej chwili program dobiega końca. Prezes odpowiedzialnego za latarników Stowarzyszenia ''Miasta w internecie'' zapowiada, że zrobi wszystko, by szkolenia kontynuować. Szuka źródeł finansowania, rozmawia z przedstawicielami ministerstw, ale jak przyznaje - przedwyborczo - rozmowy nie są łatwe.

    Owszem, pojawił się pomysł, by stowarzyszenie mogło się ubiegać o pieniądze z konkursów, ale zdaniem prezesa Krzysztofa Głomba, nie wróży to niczego dobrego. Bo konkurs to określone zasady, ale przede wszystkim ograniczenia. Np. internetowe szkolenia tylko dla osób o określonych zarobkach, które wcześniej w nich nie uczestniczyły, tylko dla miejscowości o określonej liczbie mieszkańców. W efekcie projekt obejmie np. 300 czy 400 gmin, a nie całą Polskę, jak jest obecnie. A jak słyszę od latarników, cała idea projektu to upowszechnienie szkoleń, by były dla każdego, nieważne ile zarabia i nieważne gdzie mieszka.

    Po co seniorom internet? Warto zajrzeć na kanał prowadzony przez latarnika cyfrowego z Zamościa, Barbarę Kolbus - to m.in. rozmowy z samymi uczestnikami szkoleń:

    ZAJRZYJ

    - Największy sukces jest wtedy, gdy wiem, że osoby z moich szkoleń siadają w domu do komputera i świetnie sobie radzą bez mojej pomocy - mówi Robert Jurek, latarnik roku 2015. Barbara Kolbus ma ''uczennicę'', która na zajęciach poznała możliwości Google Translator. Dzięki temu koresponduje z rodziną w Kanadzie. - Wcześniej wiele razy prosiła wnuczkę o pomoc w tłumaczeniu, ale wnuczce brakowało czasu. Teraz jest bezproblemowo - mówi pani Basia.

    Czy latarnicy przetrwają i czy Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji znajdzie pieniądze na projekt? Dostałam odpowiedź z resortu, długą i skomplikowaną -wynika z niej m.in., że owszem pieniądze na rozwijanie umiejętności cyfrowych są, będą konkursy, ale projekt ma dotyczyć TYLKO gmin do 100 tysięcy mieszkańców. Co więcej, 75 procent szkolonych będzie musiało pochodzić z gmin do 20 tys. mieszkańców. MINISTERSTWO ODSYŁA NA STRONĘ Czyli to, czego obawiają się latarnicy.

    Szkoda byłoby zaprzepaścić ostatnie 4 lata...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 10 września 2015
  • Jak rozmawiać z dziećmi o niepełnosprawności? Jak nie czuć się zakłopotanym tematem? Dziś u mnie o Fundacji "Oswoić los" z Lublina, która najpierw przygotowała bajki o chorych zwierzętach, a teraz także specjalne kolorowanki - rymowanki dla dzieci. Mają trafić m.in. do przedszkoli i do szkół, by łatwiej było oswoić temat niepełnosprawności i choroby. Kolorowanki ukazały się pod patronatem rzecznika praw dziecka.

    Fundację "Oswoić los" założyli w 2010 roku Katarzyna i Karol Łukasiewiczowie, rodzice niepełnosprawnej Hani z porażeniem mózgowym. Na co dzień spotykali się m.in. z tym, że i dorośli, i inne dzieci wielokrotnie nie wiedzieli, jak się przy Hani zachować. Na przykład gdy na spacerze znajomi witali się z rodziną, Hani jakby nie zauważali.

    Najpierw pojawił się więc pomysł na fundację, potem na bajki m.in. o pajączku Czarusiu z zespołem Aspergera czy niesłyszącym Słoniku Olusiu. Chodziło o to, by dzieci np. z przedszkoli mogły lepiej zrozumieć, że nie każdy w życiu jest taki sam. Bajki zostały wydane w formie autiobooka, a . wśród osób czytających przygody niepełnosprawnych zwierząt byli m.in. prezydentowa Anna Komorowska czy muzyk, Olek Klepacz.

    Teraz Fundacja idzie jeszcze dalej - właśnie wydała kolorowankę -rymowankę "Pomalujmy świat na FOLorowo" - bo FOL to skrót od nazwy Fundacji "Oswoić los". Przewodnikiem po kolorowance jest pies FOLek.

    Książeczka do korowania, zawierająca krótkie rymowane wierszyki autorstwa Marzeny Niepogodzińskiej, podobnie jak bajki oswaja z tematem niepełnosprawności i choroby. "Oto moja koleżanka: uśmiechnięta zawsze Hanka. Hania wózek ten ma nowy, ale małokolorowy" - brzmi jeden z wierszyków, zachęcający do pomalowania wózka niepełnosprawnej dziewczynki. Jest też wierszyk o jeżdżącym na wózku Mikołaju, który "nie uczesał się do szkoły, więc już nie jest tak wesoły" - dzieci mogą stworzyć "odlotową" fryzurę dla Mikołaja.

    - Nasza kolorowanka przeznaczona jest dla najmłodszych i pokazuje, że można się wspólnie fajnie bawić - mówi Katarzyna Łukasiewicz. I zapowiada, że książeczka ma trafić do jak największej liczy dzieci w całej Polsce. Chodzi o to, by dzieci zdrowe dzięki oswojeniu z tematem - w przyszłości były bardziej tolerancyjne i otwarte również na chorobę i niepełnosprawność.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 26 sierpnia 2015
  • MEN na razie nie wie, ile dzieci 6-letnich od września nie pójdzie do szkoły. Oficjalnie podaje jedynie dane z końca marca - gdy tylko niespełna 4 procent miało opinie o odroczeniu obowiązku szkolnego. Tyle, że do dziś te dane zmieniły się kolosalnie. W Polsce te liczby są różne, ale przekraczają 10, 20, a nawet 30 procent. Ponad 30 procent sześciolatków nie pójdzie do szkoły m.in. w Lublinie, Krakowie czy w Kielcach. Co więcej, w wielu poradniach badania wciąż trwają.

    Do mnie odezwała się mama 6-letniej Zuzi. Mówi wprost, że jej córka nie idzie do szkoły na znak protestu, bo mama nie chce by 6-latki w ogóle, generalnie, chodziły na lekcje.- Są za małe, mają potem wiele problemów - mówi pani Ewa. Jak dodaje, Zuzia bez problemu dostała odroczenie w poradni i na ten rok zostaje jeszcze w przedszkolu.

    Problem zostawiania dzieci na znak protestu zna Danuta Giletycz, dyrektorka SP 2 w Lublinie. - Wcale nie zawsze przyczyną odroczeń było to, że dziecko jest niedojrzałe. Czasami, przeciwko czemu się buntowałam, słyszałam od rodziców, że nie poślą dzieci do szkoły, aby zaprotestować przeciwko odgórnym decyzjom w sprawie obowiązku szkolnego dla 6-latków.

    W części miast w Polsce badania 6-latków wciąż trwają, tak jest np. w Lublinie czy w Łodzi. W Bydgoszczy, jak ustaliłam, na badanie czeka aż ok. 80 dzieci. W Krakowie odroczonych zostało 34,5 procent dzieci, choć jak podkreśla Paulina Kowalczyk z Urzędu Miasta, część rodziców pomimo opinii o odroczeniu jednak pośle dziecko do szkoły (bo opinia była np. ze stycznia i wiele się zmieniło).

    Sytuacje bywają też odwrotne - w Szkole Podstawowej nr 30 w Lublinie są przypadki, gdy dziecko było już do szkoły zapisane, przyszło nawet z rodzicami na pierwsze spotkanie, a teraz pod koniec wakacji okazuje się, że jednak chodzić nie będzie. Dlatego, jak mówi mi dyr. Elżbieta Satowska, trudno podać ostateczną liczbę uczniów.

    PSYCHOLOGOWIE MÓWIĄ

    Wielokrotnie słyszałam, że dzieci sześcioletnie odnajdują się w szkole i sobie radzą. - Bywa z tym różnie - mówi tymczasem Grażyna Soszyńska, dyr. poradni. Do psychologów trafiają dzieci, które np. już w pierwszych tygodniach łapią w szkole jedynki (choć oficjalnie ocen stawiać nie można). - I mamy dzieci, które po miesiącu, dwóch czy trzech dostają takie oceny, np. za lepienie z plasteliny. I te dzieci emocjonalnie bardzo to przeżywają - słyszę od psychologów.

    A zostawienie 6-latka w pierwszej klasie na drugi rok? Niestety, są i takie przypadki. W SP 2 w Lublinie w czerwcu zostało dwoje dzieci. Owszem, szkoła mogła je cofnąć z powrotem do przedszkola - ale mogła to zrobić do grudnia, tymczasem na badanie psych. trzeba było czekać do lutego. Aha, i jeszcze problemy logopedyczne. Bardzo dużo 6-latków mówi źle, a w szkołach brakuje logopedów. - U nas nauczycielka ze świetlicy, która jest logopedą, prowadziła zajęcia. Ale to było łatanie dziury, nie była to systematyczna pomoc - mówi dyrektorka SP 30.

    Żeby nie było, nie jestem przeciwnikiem posyłania 6-latków do szkół, mój syn (dziś nastolatek) poszedł w wieku 6 lat, ale... Szkoły muszą być przygotowane, a na badania w poradniach nie można czekać miesiącami. Bo chodzi przecież o dobro dzieci.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 21 sierpnia 2015
  • Strach i przerażenie w oczekiwaniu na wynik badania - o tym dzisiaj u mnie. Ile można czekać na opis mammografii w sytuacji, gdy jest np. podejrzenie przerzutów? ''Wynik dostaje się w miarę od ręki'' - odpowie pewnie część z Was. Hmm... Nic bardziej mylnego.

    Napisała do mnie pani Ewa (imię zmienione). ''W Centrum Onkologii w Warszawie czeka się na opis wyniku badania mammograficznego około 6 tygodni. Wiele osób jest po operacji piersi i badania są niezbędne do stwierdzenia, czy nie ma przerzutów. Długie czekanie jest straszne, bo trzyma się nas w niepewności i strachu'' - pisze słuchaczka.

    Pani Ewa przed rokiem przeszła operację wycięcia guza, o którym dowiedziała się przy okazji badań przesiewowych. Teraz powtórna mammografia i pytanie, co dalej? Owszem, wielokrotnie dzwoniła do Centrum Onkologii w sprawie wyniku, numer znalazła na stronie, tyle, że nikt nie odbierał. Gdy w końcu odebrano, usłyszała, że przecież.... są urlopy. Sama zmieniła swoje plany urlopowe, aby - jak mi napisała - ''być na miejscu, kiedy już będą wyniki...''.

    Rzeczniczka Centrum Onkologii Joanna Komolka napisała mi, że problemy pojawiły się w związku ze zbyt małą liczbą lekarzy do opisywania badań. ''Ze względu na liczbę badań wykonywanych w ramach pakietu onkologicznego pracownicy nie byli w stanie opisywać wszystkich badań na bieżąco w przypadku badań kontrolnych u pacjentek, które już miały wcześniej zdiagnozowany nowotwór'' - napisała mi pani rzecznik twierdząc, że w tej chwili czas oczekiwania uległ skróceniu. ''W tej chwili opisywanie badań jest nadrabiane''. Czyli zawinił pakiet? Rzeczniczka przyznała, że zanim go wprowadzono- czekało się zdecydowanie krócej.

    Zdaniem Elżbiety Kozik, szefowej Stowarzyszenia Polskie Amazonki Ruch Społeczny, tak długie oczekiwanie na wynik badania jest niedopuszczalne. - Takie sytuacje nie powinny się zdarzać. Zwykle mówimy, że winny jest system, a tak naprawdę winni są ludzie. I powinny być z tego wyciągnięte konsekwencje, bo to nie jest w porządku. Tym bardziej, że mówimy, że diagnostyka jest ''number one''. A ten przypadek temu przeczy - mówi E. Kozik. Jak dodaje, najważniejsze jest podejście do pacjenta. - Kobieta nie może czekać jak na szpilkach i bać się o wynik badania - mówi szefowa Amazonek.

    O tej sprawie rozmawiałam też z Markiem Cytackim z Biura Rzecznika Praw Pacjenta. Podkreślił, że do rzecznika trafiały sygnały od pań, którym w tym samym Centrum Onkologii w Warszawie kazano tygodniami czekać na wynik badania. Szpital tłumaczył - tak samo jak i nam - że brakowało personelu do opisywania badań.

    - Mam jednak zapewnienie dyrekcji szpitala, że zawsze w sytuacji, gdy jest to sytuacja pilna, można się zwrócić o pilniejsze przygotowanie opisu badania - mówi M. Cytacki. Tyle, że w przypadku nowotworów słowo ''pilny'' staje się pojęciem bardzo względnym.

    Przyznaje, że pacjenci nie powinni cierpieć z takiego powodu, że lekarze się nie wyrabiają. M. Cytacki radzi, by w każdej sytuacji ''trudnej'', swoje zastrzeżenia do danej placówki zgłaszać w niej na piśmie. By był dowód. Bo bywa, że Rzecznik Praw Pacjenta próbuje sprawę zbadać, a nie ma żadnych dowodów, że był jakiś problem.

    ''Cierpliwość-najtrudniejsza forma rozpaczy'' - powiedział jeden z pisarzy. Rozpaczliwe jest czekanie i niepewność - jakie będzie jutro?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 13 sierpnia 2015
  • Dziś u mnie o pewnym absurdzie, o którym opowiedzieli mi słuchacze i który sama zaobserwowałam, czyli nocnym oświetlaniu dużego boiska, na którym... praktycznie nie ma meczów. Od kilku dni ciągle słyszymy o ograniczeniach w dostawach prądu dla dużych firm (w tej chwili już ich nie ma, ale były); słyszymy apele do nas wszystkich, by teraz w upały - w miarę możliwości- oszczędzać energię elektryczną.

    Tymczasem jedno z boisk w Lublinie - takie orlikowe - jest oświetlane także w nocy. Reflektory paliły się tam np. wczoraj o północy. Zapytałam miasto, kto za to odpowiada i jaki jest cel takiego oświetlania murawy wtedy, gdy wszyscy - a przynajmniej większość z nas śpi.

    Jak ustaliłam, boiskiem przy rondzie Lwowska-Andersa administruje dyrekcja Gimnazjum nr 2. ''Ze względu na panujące wysokie temperatury powodujące susze, w nocy boisko jest podlewane''- napisała mi Joanna Bobowska z lubelskiego ratusza. ''Nawadnianie jest niezbędne do zapewnienia odpowiedniego utrzymania nawierzchni trawiastej'' - co do tego nikt nie ma wątpliwości, że trawę w czasie suszy podlać trzeba. Ale... no właśnie. ''Do wykonania tej czynności włączanych zostaje jedynie pięć jupiterów, tak aby zapewnić pracownikom widoczność podczas zraszania'' - napisała pracownica Urzędu Miasta. Pomijam fakt, że lampy paliły się długo, a pracowników nie widziałam. Poza tym wkoło jest co najmniej kilka zwykłych, ulicznych latarni.

    Postanowiłam sprawdzić, jak to jest na boiskach zarządzanych przez lubelski MOSIR. I co się okazuje? Jak przekazał mi Karol Adamaszek, MOSIR ''Bystrzyca'' administruje obecnie boiskami trawiastymi przy ul. Judyma i zespołem boisk przy ul. Husarskiej. Te obiekty nie są nawadniane, nie ma tam doprowadzonej wody w tym celu.

    Podlewany jest natomiast, TEŻ NOCAMI, ALE PRZY WYŁĄCZONYCH REFLEKTORACH stadion przy Alejach Zygmuntowskich. ''Mamy tam studnię głębinową, dlatego nie pobieramy wody z miejskiej sieci'' - informuje K. Adamaszek. Czyli światło WCALE nie jest potrzebne.

    Zdecydowanie inaczej jest na Stadionie Arena Lublin - wszystkie trzy boiska trawiaste (dwa naturalne: płyta główna i jedno z boisk bocznych oraz jedno z nawierzchnią syntetyczną) mają własny układ zraszający sterowany komputerem oraz kanalizację drenażową. ''Murawa główna posiada 15 zraszaczy, a boiska boczne mają ich po 12.Nawadnianie jest uruchamiane przez system komputerowy, który odpowiednio dobiera porcję do podlewania. Przy obecnej pogodzie odbywa się to w nocy, po to, aby zminimalizować utratę wody''-napisał mi rzecznik MOSIRu.

    Rozumiem, że trawę trzeba nawodnić, rozumiem, że jest susza. Naprawdę, jestem wyrozumiała. Ktoś powie - to tylko jedno oświetlone w nocy boisko. Zgoda, ale takich przykładów - włączania prądu niekoniecznie w danej chwili niezbędnego - zapewne jest więcej. Może macie podobne przykłady ''oszczędzania'' energii?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 10 sierpnia 2015
  • Sport kobiecy a sport męski - równouprawnienie tylko w teorii? Dostałam maila w sprawie dyskryminacji kobiecej piłki nożnej w Kraśniku na Lubelszczyźnie. Drużyna ''Stella'' z klubu MUKS Kraśnik awansowała w lidze, ostatni sezon przeszła jak burza, praktycznie bez przegranego meczu, ale miasto nie znalazło dodatkowych pieniędzy na wyjazdy na mecze na drugi koniec Polski, a m.in. z tym wiązałby się awans w lidze. Piłkarki nie kryją żalu, bo jak mówią, dla męskiej drużyny - która odnotowała w lidze spadek - z pieniędzmi nie ma i nie było problemu.

    Drużyna ''Stella'' istniała od 2006 r. Założył ją Rafał Tomiło, trener, pasjonat, absolwent m.in. AWF, który na co dzień fizycznie pracuje w fabryce, bo innej pracy nie ma. Przez lata drużyna rosła w siłę, część zawodniczek gra nawet w kadrze województwa. W ostatnim sezonie wywalczyły awans z III do II ligi. To jeszcze nie ekstraklasa, ale jednak coś.

    Klub wyliczył, że pieniędzy, które na początku roku dostał od miasta (ok. 30 tys. na cały sezon, na działalność kilku sekcji, nie tylko piłki dziewcząt) nie wystarczy na wyjazdy dziewczyn na drugi koniec Polski (mecze m.in. w Krakowie) czy na organizację spotkań u siebie. Dlatego trener (na zdjęciu poniżej) poprosił miasto już w czerwcu o dodatkowe 20 tys. na kolejny sezon. Rozmawiał z burmistrzem, złożył w urzędzie kosztorys-prośbę o wsparcie.

    Ale miasto twierdzi, że do urzędu nie wpłynęło żadne OFICJALNE pismo w sprawie dodatkowej kwoty. Owszem, był jakiś ''świstek'', ale... - Pismo nie spełniało wymogów formalnych - mówi mi P. Członka z Urzędu Miasta. Na moje pytanie, czy ktoś próbował skontaktować się z klubem, słyszę odpowiedź ''nie''. Zdaniem urzędników, klub sam powinien wiedzieć, co ma robić. I pewnie po części tak jest. Ale z drugiej strony... Urzędnicy też przecież przecież mogli wyciągnąć rękę. Nawet nie dopytali, w czym problem; nie pokazali, że zależy im na drużynie.

    Stanowisko miasta jest dość dziwne z jeszcze innego powodu - usłyszałam np., że klub dostał pieniądze na trzecią ligę i dziewczyny dalej mogły w III lidze grać (sic!! ). Powiedziano mi również, że drużyna i tak by się sama rozwiązała, bo niektóre dziewczyny chciały odejść. - To nieprawda - mówią tymczasem one same. - Ja w ubiegłym roku pracowałam w Anglii i specjalnie wróciłam - mówi Dominika. Inne pozdawały maturę i specjalnie wybrały Lublin (a nie np.Warszawę) jako miejsce do studiowania, by móc na treningi dojeżdżać do Kraśnika.

    Nie jest tajemnicą, że inne kluby w Kraśniku dostają większe pieniądze, a wśród nich drużyna męska, która spadła w rozgrywkach ligowych. - To jest dyskryminacja żeńskiej piłki nożnej - mówi Dominika. Inna z zawodniczek, Magda: Na ostatnim, pożegnalnym meczu wiele z nas płakało. Szkoda, że pieniądze wzięły górę.

    Zawodniczki są rozżalone, nie wiedzą co będzie dalej. Pokochały sport, pokochały piłkę, w drużynie czuły się jak w rodzinie. - Pokazano nam, że na nas się nie stawia - słyszę. Przykre. W sieci pojawiła się nawet petycja w spr. sytuacji z Kraśnika. Podpisać może się każdy - jak dziś zaglądałam, było prawie 400 podpisów. A ''Stella''? Na jej miejsce w II lidze wskoczył już ktoś inny.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 31 lipca 2015
  • Dziś u mnie o systemie ''Źródło'', który w marcu, gdy wszedł, narobił sporo zamieszania. Teraz skontaktowali się ze mną urzędnicy z jednej z gmin, które pracują w ''Źródle''. - Co z tego, że my pracujemy, skoro wiele gmin w ogóle tego nie robi? - napisali.

    Wprowadzenie aplikacji ''Źródło'' i Systemu Rejestrów Państwowych to krok milowy. W chwili, gdy większość aktów stanu cywilnego będzie już w bazie skończą się problemy. Przyjdziemy do urzędu w dowolnym miejscu w Polsce i dostaniemy np. swój akt urodzenia. Ale na razie wprowadzenia aktów, jak słyszę, idzie wolno.

    Nie chodzi wcale o problemy techniczne z aplikacją ''Źródło''. Aplikacja działa dobrze, nie ma takich potknięć jak na początku. Chodzi jednak o ogrom pracy przy wprowadzaniu starych aktów sprzed lat, które były w formie papierowej. Jak ustaliłam, przed zmianami, jeśli dorosły pan Nowak zgłaszał się do urzędu po odpis swojego aktu urodzenia - dostawał go od ręki. Dzisiaj jest inaczej i musi przyjść do urzędu raz jeszcze. Bo akt trzeba wprowadzić do systemu, nanieść ewentualne zmiany, wydrukować. A to trwa.

    Co jest zatem problemem?

    Po pierwsze, zbyt mało rąk do pracy. USC przejęły dużo zadań działów ewidencji ludności, ale - w bardzo wielu przypadkach - nie przejęły pracowników. W efekcie np. w Lublinie urzędnicy USC biorą nadgodziny, by nadrobić pracę przy aktach stanu cywilnego. Ale aktów jest tak dużo, że końca wprowadzania ich do bazy nie widać.

    Po drugie, część urzędów wciąż nie pracuje w systemie "Źródło", tylko dalej w wersji papierowej. Ustawodawca dał im półroczny okres przejściowy. W efekcie, jedni pracują tak, a inni inaczej i robi się w pewnym sensie bałagan.

    Załóżmy, że Kowalski urodził się np. w gminie X pod Lublinem, a w tej chwili mieszka na Pomorzu i tam zgłasza się do urzędu, że jest mu potrzebny akt urodzenia. I bez problemu powinien go tam dostać, bo wszystko powinno być w systemie. I tak będzie, ale to kwestia czasu. Na razie, urzędnik z Pomorza musi wprowadzić w systemie tzw. "zlecenie" do gminy X pod Lublinem z prośbą o wprowadzenie aktu urodzenia Kowalskiego do systemu. Tyle, że jeśli urząd w systemie nie pracuje to jest kłopot, bo zlecenie ''wisi'' - trzeba dzwonić i ponaglać. W efekcie, urząd z gminy X wysyła na Pomorze wersję papierową aktu urodzenia naszego Kowalskiego. A nie tak to ma wyglądać.

    Od września koniec ''wolnej Amerykanki''-wszyscy muszą pracować w ''Źródle''. Ile na dziś nie pracuje? MSW: ''tylko 19 gmin w Polsce''. Co oznacza jednak to ''tylko''? To są gminy, które nie wykonały żadnej operacji.

    Tyle, że jest też wiele gmin, które tych operacji zrobiły nie za dużo - dla przykładu, około 200 gmin wykonało od marca do dziś do 200 operacji w Systemie Rejestrów Państwowych. A 200 operacji to bardzo niewiele. Oczywiście część z nich to gminy małe, ale w systemie na bieżąco nie pracuje też kilka większych miast.

    By znów we wrześniu nie było kłopotów, MSW właśnie stworzyło specjalny zespół, który przez cały sierpień ma jeździć do gmin. -Chcemy na miejscu wspierać te gminy, pomagać im włączyć się do systemu czy efektywniej z niego korzystać - mówi mi rzeczniczka MSW, Małgorzata Woźniak

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • sobota, 18 lipca 2015
  • Dziś u mnie historia z życia wzięta. Postanowiłam ją opisać, bo pokazuje, z czym nasze nastolatki - poza zagrożeniami w komputerze - mogą mieć na ulicy do czynienia.

    Zakopane, środek sezonu, wieczór, na Krupówkach pełno turystów, również z dziećmi. Jedni siedzą w ogródkach, jedzą kolację, inni spacerują, robią zdjęcia. Jeszcze inni kupują lody, gofry, ciastka. Dostępne na każdym kroku. Para młoda przyjechała z fotografem, uwiecznia swój - chyba - najważniejszy dzień w życiu właśnie tutaj, na Krupówkach.

    12-letni Paweł i 13-letni Staszek przyjechali do Zakopanego m.in. z mamą jednego z nich. Też wybrali się tego wieczoru na Krupówki. Połazić, coś zjeść, porobić zdjęcia. Tak jak inni. Jest tuż po godz. 21.00, idą dwa kroki przed mamą, rozmawiają o filmie, który niedawno obejrzeli. Nagle podchodzi do nich jakaś kobieta - niska, w charakterystycznych złotych, krótkich spodenkach i czarnej bluzce. Coś do nich mówi, po chwili odchodzi.

    Mama Staszka wszystko widzi z tyłu, szybko pojawia się przy chłopcach, pyta, o co chodziło. Ci - widać, mocno zaskoczeni, chyba nawet zszokowani - spoglądają po sobie. Powiedzieć? Nie powiedzieć? Bo jak mama zareaguje? Mówią. ''Ta pani podeszła do nas i zaproponowała striptiz. Powiedziała, że tu obok jest klub, że można tam pójść i ten striptiz jest za darmo. Podziękowaliśmy''- mówi Staszek. Hmm, zachowali się kulturalnie... Przynajmniej tyle.

    Proponowanie striptizu 12-to i 13-latkowi? Na samym środku Krupówek, wśród tłumu turystów?

    ''Jak to możliwe''- mama jest zbulwersowana i zła. Natychmiast reaguje. Podchodzi do kobiety w złotych spodenkach. - Jak pani może? Dzieciom proponować striptiz? Mało ma tu pani dorosłych facetów? - krzyczy. Zatrzymują się też inni. ''Striptizerka'' nie jest jednak ani na jotę zaskoczona. Jakby to nie było po raz pierwszy, jakby takie rozmowy z rodzicami miała już za sobą. - Ale przecież nic się nie stało. Są wyrośnięci, wysocy, myślałam, że może mają po 21 lat - odpowiada bez emocji. - Przepraszam i nie było tematu - dodaje. - Co mi po pani przeprosinach? Zaczepia pani nastoletnie dzieci, które dopiero idą do gimnazjum i takie propozycje? Nic tylko wezwać policję - krzyczy mama. - To proszę wzywać - słyszy w odpowiedzi.

    ''Wkurzona'' mama odchodzi, ale za chwilę dzwoni na policję. Dosłownie po kilku minutach w tej okolicy pojawia się radiowóz. Policjanci rozmawiają z kobietą w charakterystycznych złotych krótkich spodenkach. Czy coś z tego wyniknie? Czy więcej nie zaczepi takich chłopców, np. kolonistów? Czy zniknie z odwiedzanych przez turystów Krupówek? Oby...

    Staszek i Paweł wrócili do pensjonatu. - Ciociu, ale przecież ona do nas podeszła, patrzyła nam w twarz. Czy po nas naprawdę widać, że mamy 20 czy 21 lat? Już tacy starzy jesteśmy? - przeżywali przez cały wieczór. Niekoniecznie temat striptizu.

    A, i jeszcze coś. Zagrożenia czają się wszędzie, nawet w miejscach pełnych ludzi - uważam, że trzeba z dziećmi jak najwięcej rozmawiać, trzeba uważać i mieć oczy dookoła głowy. Ale mimo wszystko, w góry i tak będziemy chyba wszyscy powracać. Bo są piękne.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 03 lipca 2015
  • Pomagają dzieciom, a ich skuteczność jest bezsprzeczna. Chodzi o "przyjazne patrole" w Lublinie. ''Mam za ścianą sąsiadkę, która bardzo dużo piła. W tej chwili praktycznie nie widzę jej pijanej, ma czas dla dzieci, nawet chodzi do psychologa. Wiem, że się wystraszyła, że jej zabiorą dzieci. Bo jak przyjeżdża patrol, to widzi, co się w domu dzieje'' - napisała mi ani Ula.

    Jak to działa?

    Patrole jeżdżą od lutego: psycholog, pracownik socjalny i policjant - nieumundurowany i w nieoznakowanym radiowozie. Główny cel: dobro dzieci, by nie działa się im krzywda. Jeżdżą w piątki do godz. 24.00 i tak samo w soboty. Nikogo nie uprzedzają o swojej wizycie. Odwiedzają rodziny, o których wiadomo, że może się w nich źle dziać (lista z MOPR), a także domy z interwencji policyjnych. Jeśli rodzice są pijani, a nie ma też możliwości, by dziecko zawieźć do babci - maluch jest zabierany. Tak było do tej pory w 8 przypadkach. Sprawa w konsekwencji trafia do sądu. I tego rodzice zaczęli się bać. Patrole - co już ewidentnie widać - zaczęły działać profilaktycznie. Oczywiście, nie na wszystkich. Ale nawet dla jednego dziecka - warto.

    Beata Bednarczyk, pracownik socjalny: Rodzice po naszych wizytach się pilnują. Mieliśmy na przykład przypadek, że przy drugiej czy trzeciej wizycie wchodzimy do mieszkania, w którym był straszny bałagan i pani była bardzo pijana. A teraz pani jest trzeźwa, mieszkanie jest zadbane, widać, że dobrze opiekuje się dzieckiem. I jeszcze słyszymy od tej mamy, że to dzięki patrolowi i tym wizytom zrozumiała, że robi źle. Większej motywacji do pracy nie ma.

    Kamila Murat-Rycek, Centrum Interwencji Kryzysowej: W jednym z domów, gdzie mama nadużywa alkoholu, raz odebraliśmy jej dziecko. I jaki jest efekt? Mama rozpoczęła terapię. Powiedziała, że dziękuje, że to zrobiliśmy, bo to nią potrząsnęło. To nie jest groźba, że my przyjedziemy. To jest pewien punkt zaczepienia, że ona będzie trzeźwa w następny piątek, bo wie, że może wpaść patrol. Miałam też sytuację, gdy w jednym z domów dziecko nie miało na czym spać. Nie było dla niego łóżka, spało na podłodze. W takich sprawach też interweniujemy.

    Kamila Pałkowska, psycholog: Rola psychologa w patrolu jest taka, że rozmawiam z dziećmi, biorę je do drugiego pokoju, żeby dzieci się nie denerwowały, rozmawiam na dziecięcy sposób, tłumaczę. Bywa, że musimy takie dziecko z domu zabrać, dlatego ta rozmowa jest tak ważna. Dzieci reagują różnie: niektóre są spokojne, inne płaczą.

    Beata Matejczuk, Centrum Interwencji Kryzysowej: Są środowiska, w których nasze działania już odniosły sukces. Bo mama podjęła terapię uzależnieniową, ale zmieniło się też w domu, dom został pomalowany, odświeżony, dziecko uzyskało miejsce do spania czy do nauki. Na jednym patrolu odwiedzamy od 1 do 7 rodzin, w zależności od tego, co zastajemy na miejscu.

    Kamila Murat-Rycek: W jednym z domów, gdzie mama nadużywa alkoholu, raz odebraliśmy jej dziecko i musieliśmy przewieźć je do babci. I jaki jest efekt? Mama rozpoczęła terapię. Powiedziała, że dziękuje, że zabraliśmy jej dziecko tamtego wieczoru. To nią potrząsnęło. Bo to nie jest groźba, że my przyjedziemy. To jest pewien punkt zaczepienia, że ona będzie trzeźwa w następny piątek, bo wie, że może wpaść patrol.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 26 czerwca 2015
  • Dziś koniec roku szkolnego, więc i u mnie szkoła i znany na pewno rodzicom Konkurs Matematyczny ''Kangur'', w sprawie którego napisała do mnie mama Stasia (imię zmienione) z Wielkopolski. Pani Anna napisała mi o absurdzie, którego doświadczyło jej dziecko z trzeciej klasy gimnazjum. O co chodzi? o wyróżnienie w konkursie i nagłą zmianę zasad punktowania, ustalaną przez Kuratorium Oświaty. A takie punkty m.in. za konkursy, są niezwykle istotne przy rekrutacji do liceum - zwłaszcza przy naborze do najbardziej obleganych klas.

    Staś dostał wyróżnienie w międzynarodowym ''Kangurze'', nie zdobył tytułu laureata, ale miał bardzo dużo punktów i za to właśnie wyróżnienie. - Nauczyciel matematyki pogratulował mu na lekcji, przy innych dzieciach i dodał, że jest to dodatkowe 8 punktów za wyróżnienie w konkursie międzynarodowym zgodnie z zasadami rekrutacji w Wielkopolsce - mówi mi mama Stasia.

    Zresztą punktacja znana była już od grudnia, kiedy to na stronie Kuratorium pojawiło się odpowiednie zarządzenie z załącznikiem. A w nim informacja o ''sposobie punktowania innych osiągnięć kandydata'' - gdzie jest jasno napisane, że w konkursie wiedzy (a do takich zalicza się ''Kangura'') - o zasięgu międzynarodowym - 8 punktów dostaje się za tytuł laureata, miejsca 1-3 oraz właśnie za WYRÓŻNIENIA.

    Staś się cieszył, wszyscy mu gratulowali, wybiera się do renomowanej szkoły, więc te 8 punktów to wielka sprawa. Aż do czerwca, kiedy to na stronie kuratorium w Poznaniu pojawił się niezwykle istotny komunikat. O tym, że za wyróżnienie w konkursie ''Kangur" dostaje się jedynie 3 punkty. Kubeł zimnej wody. - Bo przecież 3 punkty to nie 8. Ktoś mu wcześniej gratulował, informował, przekazywał. A tu nagle taka zmiana. Jak mam mu to wytłumaczyć? Cieszył się, był z siebie dumny i tu nagle coś takiego. Jak tak można? - mówi słuchaczka. Nie rozumieją tego także nauczyciele. - Rzeczywiście, dziwne to bardzo - mówi jeden z nich.

    CO NA TO KURATORIUM OŚWIATY W POZNANIU?

    Zacznę od tego, że nie miałam możliwości rozmowy, bo przyjęli -dość zaskakującą - zasadę komunikacji z dziennikarzami w formie pisemnej. ''Rozmawiałam'' więc za pośrednictwem maila. Pytałam m.in. o to, z czego wynikała zmiana stanowiska kuratorium i dlaczego nie wzięto pod uwagę nastawienia/emocji dzieci? (bo przecież nie dotyczy to tylko Stasia). B. Zatorska z kuratorium nie odpowiedziała na moje pytania wprost. Napisała, że w zarządzeniu kuratora jest mowa o tym, że ''w konkursach wiedzy i artystycznych nie uwzględnia się wyróżnień za uczestnictwo w konkursie''.

    Szanowna Pani, przecież nie w tym rzecz - Staś nie dostał wyróżnienia za SAM UDZIAŁ,ale za to, że był dobry i zdobył bardzo dużą liczbę punktów. Przecież NAWET na stronie ''Kangura", w regulaminie, na który sama się Pani powołuje jest mowa m.in. o ''nagrodach za wyróżnienie''.

    Piszę o Stasiu jako pewnym anonimowym uczniu, bo nie chcę zaszkodzić Jemu i Jego mamie (znam powody, dla których muszą pozostać anonimowi). Przeanalizowałam jednak kuratoryjne zapisy i zgadzam się z argumentem, że nie zmienia się zasad w trakcie gry. Pani Zatorska pisze, że nie zmieniono tych zasad. Tylko jak to inaczej nazwać?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 23 czerwca 2015
  • ''Rok szkolny ciągle trwa, a nauczyciele z Kraśnika pojechali na pielgrzymkę do Częstochowy'' - taki sygnał dostałam od rodziców uczniów z Gimnazjum nr 2 w Kraśniku na Lubelszczyźnie. ''Co z tego, że uczniów w tym czasie w szkole jest mniej? To niczego nie zmienia. Plan lekcji przecież obowiązuje, nauczyciele powinni być'' - mówi mi pan Wojciech i kilku innych.

    Co się okazuje? Rzeczywiście, w poniedziałek z Kraśnika był zorganizowany duży wyjazd do Częstochowy - jak ustaliłam, był to wyjazd związany z 70 rocznicą męczeńskiej śmierci ks. Stanisława Zielińskiego. Ks. został zamordowany w 1945 roku w niewyjaśnionych okolicznościach.

    Dyrektor Gimnazjum nr 2 w Kraśniku (gimnazjum wchodzi w skład zespołu szkół, w którym jest ponad 800 uczniów) przyznał w rozmowie ze mną, że wyjazd był wcześniej zaplanowany, że wzięło w nim udział ok. 20 nauczycieli z jego szkoły. Ale jak twierdzi, to nie kolidowało z zajęciami dla dzieci. W szkole był zorganizowany ''Dzień dla bezpieczeństwa'' - były pogadanki, spotkania, przyjechali strażacy z pokazami.- Każdy uczeń był objęty opieką - słyszę zapewnienia.

    Dyr. Artur Domański zwraca uwagę, że frekwencja w szkole w ostatnich dniach roku szkolnego, już po klasyfikacji, jest niezbyt duża (w poniedziałek na 400 uczniów gimnazjum zdaniem dyrektora było tylko kilkudziesięciu), więc wyjazd nauczycieli niczemu nie przeszkadzał. - Miał się kto zająć uczniami - usłyszałam.

    Do Częstochowy pojechali zresztą nie tylko nauczyciele, ale też urzędnicy i samorządowcy z Kraśnika. Była m.in. uroczystość zawierzenia miasta Matce Boskiej.

    Kto zapłacił za wyjazd nauczycieli i czy na ten dzień wzięli urlopy?

    Dyrektor Domański tłumaczy mi, że na pewno nie będzie to finansowane z kasy miasta czy szkoły, ale prawdopodobnie z Funduszu Socjalnego. A urlopy? Nauczyciele ich nie brali; niektórzy przed wyjazdem ponoć byli jeszcze chwilę w szkole.

    Co na to lubelski kurator oświaty? - Też jestem człowiekiem wierzącym, ale gdybym chciał jechać na pielgrzymkę czy inny wyjazd religijny, to wziąłbym bezpłatny urlop albo pojechał w sobotę czy niedzielę - mówi Krzysztof Babisz, kurator. Przypomina też, że cały czas trwa jeszcze normalny rok szkolny. - I nauczanie powinniśmy kontynuować - słyszę w kuratorium. - Nie bardzo znajduję wytłumaczenie dla tego wyjazdu w czasie roku szkolnego, gdy są zajęcia. Przecież można taki wyjazd zorganizować np. w weekend - mówi kurator.

    Nikt nikogo do wyjazdu nie zmuszał. Nauczyciele sami się wpisywali na listę - to stanowisko szkoły. Z tej konkretnej - była największa grupa, ale byli też pedagodzy z innych kraśnickich szkół.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 19 czerwca 2015
  • Czy dostawca energii może nam wystawić rachunek za prąd, z którego korzystaliśmy np. pięć lat temu? Może - pokazuje to przykład naszej słuchaczki. Dziś u mnie historia z życia wzięta. Napisała do mnie w tej sprawie pani Małgorzata z Wrocławia. "Otrzymałam korektę faktur za zużytą energię po pięciu latach. Są to faktury za okres 20010-2013 z wykonalnością zapłaty w ciągu 2 tygodni, z ewentualną możliwością rozłożenia na raty" - napisała mi słuchaczka. Rzekoma zaległość? Niebagatelna kwota prawie tysiąca złotych.

    Pani Małgorzata płaciła rachunki regularnie - chodziło o rachunki wystawiane na mały zakład usługowy zarejestrowany na jej syna (syn jest zagranicą). - Dostawałam fakturę i robiłam przelew. Nie miałam zaległości - opowiada. - Nigdy się w te faktury jakoś szczególnie nie wczytywałam. Była wytłuszczona kwota do zapłaty, to ją płaciłam - mówi. I dodaje, że gdyby ona jakiemuś klientowi za jakąś usługę wystawiła rachunek po 5 latach, to zapewne by ją wyśmiał. - Ale mnie do śmiechu nie było.

    W całej sprawie chodzi o dużą firmę energetyczną TAURON, której oczywiście nie omieszkałam zapytać, w czym tkwi problem i dlaczego klient dostaje faktury za coś, co - przynajmniej teoretycznie - już zapłacił. Początkowo firma stała na stanowisku, że takie są przepisy. Że wcześniej był inny dostawca, którego Tauron przejął, że pojawiły się problemy z odczytami, że pani Małgorzata częściowo płaciła rachunki z faktur szacunkowych, a szacunki były nieprawidłowe. Wszystko może i prawda, ale jaka w tym wina klientki?

    Tauron, a dokładniej reprezentujący go Tomasz Topola przyznał w mailu do mnie, że ''Był to błąd częściowo ze strony naszego pracownika bowiem weryfikacja mogła wcześniej wykazać ten stan rzeczy. Skutkiem tego powstała niedopłata(...)''. Czyli pracownik się pomylił, ale klient ma ponieść konsekwencje? Dalej napisano mi, że ''Przepisy wskazują jednoznacznie, że za pobraną czyli zużytą energię należy zapłacić (nawet jeśli nastąpiło jej nieprawidłowe rozliczenie wcześniej)''.

    Udałam się do miejskiego rzecznika konsumentów w Lublinie. Lidia Baran-Ćwirta nie miała wątpliwości, że coś jest nie tak. Po pierwsze, zwróciła uwagę, że roszczenia takie jak w tym przypadku po trzech latach się przedawniają. Tauron powoływał się jednak na przepisy podatkowe i 5-letni okres przedawnienia. - Zdumiewa mnie to tłumaczenie - mówi Baran-Ćwirta.

    W stanowisku dostawcy energii zdumiewające było coś jeszcze. ''Zaznaczamy, że warto również samemu kontrolować zużycie energii analizując wskazania licznika i porównując je z fakturą'' - napisał mi w mailu Tomasz Topola. To też mocno zdziwiło panią rzecznik - że klient ma kontrolować kontrolera/inkasenta, który dokonuje odczytu stanu liczników. - Przecież to nie my wystawiamy faktury za zużytą energię, tylko dostawca i to on wysyła do nas inkasenta- profesjonalistę. My nie musimy sie znać na zapisach z faktur i na tym, jak je odczytywać - mówi Lidia Baran -Ćwirta.

    Ile było podobnych przypadków? To będą sprawdzać. A sprawa pani Małgorzaty? Mimo informacji, że musi zapłacić, ostatecznie finał będzie inny - Tauron idzie klientce na rękę. W piątek, po mojej interwencji, dostałam telefon, że bardzo przepraszają i cała kwota zostaje umorzona. Czyli jednak można.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 16 czerwca 2015
  • Co za dużo, to niezdrowo - tak mogłabym podsumować list, który dostałam od pani Anny, mieszkanki okolic Powązek, a chodzi o hałas przy Kościele św. Karola Boromeusza w Warszawie. Słuchaczka mieszka w tej okolicy ok. 10 już lat, nigdy hałas jej nie przeszkadzał, ale od kilku miesięcy stał się nie do wytrzymania. Odkąd przy kościele, na zewnątrz, pojawiły się nowe głośniki. Skarży się na to nie tylko pani Ania, ale też ini mieszkańcy, którzy się ze mną w tej sprawie skontaktowali.

    ''Jako dziecko chodziłam na lekcje religii, jako studentka chodziłam do kościoła w stanie wojennym, księża i kościół kojarzyłam z dobrem i skromnością, teraz kojarzy mi się z bezczelnością'' - napisała pani Anna. Cały problem w nagłaśnianych mszach, nabożeństwach, regularnych modlitwach i śpiewach.

    - Okna nie daje się otworzyć. Zresztą przy zamkniętym oknie też mamy rano pobudkę - mówią mieszkańcy. Jak dodają, nieważne czy to dzień powszedni czy weekend. - Najgorsze jest to, że tam na mszy jest na przykład zaledwie kilka osób - a wiem to, bo kilka razy sprawdzałem, a mimo to msza jest nagłaśniana - mówi pan Piotr (imię zmienione). Próbował rozmawiać z księżmi, ale na pytanie, po co nagłośnienie, usłyszał m.in.,, że być może ktoś, kto jest w tym czasie na cmentarzu, chciałby wysłuchać mszy świętej. - Tylko dlaczego w takim razie głośniki są skierowane w stronę naszego bloku, a nie w stronę cmentarza? - pyta słuchacz.

    - Muszę uczestniczyć we wszystkich mszach, które odbywają się w tym skądinąd przepięknym kościele, przy starym cmentarzu na Powązkach. A wszystko dlatego, że na zewnątrz kościoła wystawione są głośniki wielkiej mocy - mówi pani Anna. - Jednej mszy może z przyjemnością bym wysłuchała, ale nie kilku - dodaje. Wysłała do proboszcza maila, ale nie dostała odpowiedzi. - Trudno sobie wyobrazić, jak głośno to może być, jeśli ktoś tego nie słyszy - twierdzi pan Piotr.

    Próbowałam skontaktować się z parafią, ale nie jest to proste- dlatego też wysłałam maila z prośbą o interwencję. Chciałam zaprosić do studia rzecznika archidiecezji, by zapytać m.in. o to, jak często podobne historie się zdarzają, ale nie odpowiedział na moje zaproszenie. Od Straży Miejskiej w Warszawie wiem, że do strażników trafiają podobne interwencje. Nie są zbyt częste, ale się zdarzają - że dzwony biją za głośno czy msze są nadawane właśnie przez głośniki. - DO każdej sprawy podchodzimy indywidualnie i ją sprawdzamy. Zawsze jedziemy na miejsce, by sprawdzić jak bardzo hałas może być uciążliwy i czy stanowi problem dla jednego mieszkańca czy np. dla całej grupy - słyszę od strażników. Każdorazowo pomiary hałasu może też przeprowadzić ochrona środowiska.

    Nie jest tak, że kościoły za hałas nie odpowiadają. Jeśli jest dokuczliwy, mogą ponieść konsekwencje. W grę wchodzi mandat, ale też sprawa w sądzie. Głośna była historia spod Łodzi. Proboszcz miejscowej parafii zamontował specjalny elektroniczny dzwon, który hałasował m.in. w nocy. Wygrywał też kościelne pieśni. Sąd w pierwszej instancji skazał miejscowego proboszcza na karę 30 godzin prac społecznych, w drugiej instancji wyrok utrzymano.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 12 czerwca 2015
  • Dziś u mnie temat hałasu, po mailach od Państwa. A chodzi m.in. o jeden z klubów w Śródmieściu Warszawy - klub, o którym już kilka miesięcy temu pisałam, ale niewiele się od tego czasu zmieniło. PRZECZYTAJ . Okazuje się, że przepisy są takie, że klub tak naprawdę wszystkim może ''grać na nosie''. I wygląda na to, że ''gra''.

    Mimo bardzo wielu interwencji, nałożonych mandatów, rozmów, próśb - klub dalej puszcza głośno muzykę w godzinach nocnych. ''Wszyscy są bezradni. Panuje zasada : wolność Tomku w swoim domku'' - napisał mi ostatnio jeden z mieszkańców, pan Stanisław. Ludzie pisali już niemal wszędzie, ale to niewiele zmienia. Prawdziwa WALKA Z WIATRAKAMI.

    Mieszkańcy wiedzą, że mieszkają w centrum miasta, że ten rejon rządzi się swoimi prawami, ale puszczanie muzyki przez wystawione na zewnątrz głośniki i wielogodzinne głośne imprezy w nocy, to jak mówią, zdecydowanie przesada. I nic nie można zrobić, a winne są - jak słyszę - przepisy...

    Straż Miejska temat tego klubu, jak i kilku podobnie działających i uciążliwych dla mieszkańców zna doskonale. Naczelnik Wydziału Profilaktyki i Prewencji Grzegorz Staniszewski w rozmowie ze mną przyznaje, że z takimi klubami jest problem. - Nasze przepisy niestety daleko odbiegają od rozwiązań, które są na Zachodzie, gdzie służby mundurowe mogą już po pierwszym ostrzeżeniu zamknąć lokal czy skonfiskować sprzęt nagłaśniający, który powoduje hałas- mówi naczelnik. I dodaje, że u nas takiej możliwości nie ma. Kończy się na mandatach, do 500 złotych. Naczelnik przyznaje - kluby czują się bezkarne. Płacą mandat, ale działają nadal, na tych samych zasadach. - Na pewno wykorzystują różne luki prawne - mówi Staniszewski.

    Teoretycznie, sprawę można skierować do sądu (też takie wnioski są). Sądowi przydałby się jednak wynik pomiaru hałasu - jak bardzo klub jest dokuczliwy. Ale pytanie jak hałas zmierzyć? Zgodnie z przepisami, Wojewódzki Inspektorat Ochrony Środowiska zanim rozpocznie kontrolę i pomiar musi... uprzedzić o tym właściciela lokalu (klubu). - Musimy go poinformować, że w danej chwili będziemy dokonywać pomiarów hałasu - przyznaje Grzegorz Uliński z WIOŚ w Lublinie.

    Co robi właściciel, gdy wie o kontroli? To chyba oczywiste - przekręca gałkę w sprzęcie nagłaśniającym i po prostu muzykę wycisza. W efekcie... z pomiarów nici. I kółko się zamyka, a na nasilający się problem hałasu nie ma mocnych.

    Warszawa wprowadziła co prawda Kodeks Dobrych Praktyk dla właścicieli klubów - tylko co komu po kodeksie jak są tacy, którzy notorycznie go łamią? A ludzie czują się całkowicie bezradni.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • niedziela, 07 czerwca 2015
  • ''Nie mamy lękać się w życiu niczego, kiedy otwarte są drzwi Chrystusowi. ''Bóg i Ojczyzna'' hasłem każdego, kto krzyżem pierś swą odważnie zdobi''. Publiczna szkoła, która ma w swoim szkolnym hymnie takie właśnie słowa planuje przeprowadzić w sprawie hymnu referendum. - Nietrudno przewidzieć jego wynik - słyszę od jednego z rodziców - Przecież to absurd. Nie robi się referendum w sprawach światopoglądowych, dotyczących wiary i religii -mówi. A chodzi o sprawę, o której już pisałam i Zespół Szkół w Łazach na Mazowszu. PRZECZYTAJ

    Dyrektorka szkoły, Zofia Doktorska nie zgodziła się być gościem w studiu TOK FM, ale przysłała mi maila. Napisała m.in., że gdy w szkoła planowała przyjąć imię Jana Pawła II, cała społeczność szkolna przyjęła hymn szkoły. ''Czasy się zmieniają, żałuję, że nikt z rodziców nie przyszedł i nie zgłosił mi sprawy hymnu. Planuję wspólnie z Samorządem Uczniowskim i Radą Rodziców przeprowadzić referendum''. Pytanie - chyba jednak tylko retoryczne - kto w takim referendum ma większe szanse? Większość (która chodzi na religię) czy niewierząca mniejszość?

    Wiele wskazuje na to, że po referendum niestety nic się nie zmieni - dzieci, które nie chodzą na lekcje religii, dalej będą musiały ''zaliczać'' na lekcji muzyki słowa hymnu, choć ich rodzice są przeciw. - Dowiedziałam się o tym hymnie z TOK FM- napisała do mnie pani Ewa, matka ucznia. Nie kryje, że religijności jest w szkole stanowczo zbyt wiele. Choćby ścienne tablice. - Na pierwszym zebraniu naliczyłam dosłownie kilkadziesiąt tablic dotyczących religii i Jana Pawła II (szkoła nosi imię Papieża Polaka) i ANI JEDNEJ tablicy o etyce - napisała słuchaczka. Ani ona, ani inni rodzice, którzy w tej sprawie się ze mną skontaktowali, nie chcą interweniować bezpośrednio w szkole. Obawiają się, że to zaszkodzi ich dzieciom. Zresztą trudno się dziwić, bo takie przypadki w innych miastach były.

    A szkoła w Łazach? Po mojej interwencji, jedna z dyrektorek napisała do MEN. I dostała odpowiedź. Dla mnie, dość zaskakującą. Naczelnik z Departamentu Jakości Edukacji MEN, Emilia Różycka napisała m.in. : ''W nauczaniu szkolnym osoba Jana Pawła II nie jest ukazywana wyłącznie w aspekcie religii katolickiej, ale przede wszystkim w kontekście historycznym i społeczny''. Co do tego chyba nikt nie ma i nie miał wątpliwości.

    Ale z drugiej strony pani dyrektor z MEN przytacza zapisy ustawy o systemie oświaty. ''Nauczanie i wychowanie -respektując chrześcijański system wartości-za podstawę przyjmuje uniwersalne zasady etyki (...). W świetle powyższego, wydaje się zasadne, aby hymn szkoły, jako element przyjętego ceremoniału, był znany całej społeczności szkolnej''.

    Czy zgodne z uniwersalnymi zasadami etyki jest zmuszanie dzieci (tak to nazywają m.in. rodzice) - dzieci, które są z rodzin niewierzących - do nauki hymnu ze słowami o ''otwieraniu drzwi Chrystusowi'' czy z apelem do Jana Pawła II - patrona szkoły: ''Patronie nasz, my Twoim śladem chcemy się piąć, aż po zwycięstwo. Tyś dla nas jest żywym przykładem, ślij z nieba nam błogosławieństwo''. - Nie rozumiem, dlaczego moje dziecko ma się uczyć tak typowo religijnej pieśni? Przecież to jakiś absurd-mówi jeden z rodziców.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 05 czerwca 2015
  • ZUS nie będzie już rozsyłał do polskich emerytów mieszkających za granicą pytania o to, czy żyją. Takie pytanie znajdowało się wcześniej w rozsyłanych formularzach. Napisał o tym do mnie pan Jacek z Ottawy. PRZECZYTAJ TEKST

    Druk rozsyłany do emerytów np. w Kanadzie, USA czy w Niemczech jest jak najbardziej zasadny - by sprawdzić, czy ktoś ZUSu nie naciąga. - Ale chodzi o sformułowanie. Pytanie starszej osoby ''czy Pani jeszcze żyje'' jest po prostu niegrzeczne - mówił nasz słuchacz. Interweniowałam w ZUSie w tej sprawie i już wiele miesięcy temu obiecywano, że formularz zmienią. I w końcu jest !

    Z druku rozsyłanego do emerytów znika niezręczne sformułowanie "Niniejszym oświadczam, że pozostaję przy życiu i zamieszkuję pod adresem...'' Druki, które teraz trafią do emerytów nazywają się już ''OŚWIADCZENIE EMERYTA / RENCISTY ZAMIESZKAŁEGO ZA GRANICĄ O ISTNIENIU DALSZEGO PRAWA DO POBIERANIA ŚWIADCZENIA''. Można? można. Niby to samo, ale jednak - jakby na to nie patrzeć - brzmi inaczej.

    Jak przekazał mi naczelnik Departamentu Rent Zagranicznych w ZUS, Tomasz Szabliński, Zakład Ubezpieczeń Społecznych idzie jeszcze dalej. Chce, by nie trzeba było w ogóle wysyłać do emerytów żadnych pism potwierdzających prawo do emerytury.Takie informacje chce dostawać od swoich zagranicznych odpowiedników, w innych krajach. Umowa z Niemcami już jest, w dalszej kolejności ma to być Anglia, USA, Chorwacja czy Kanada (tam gdzie jest najwięcej Polaków). - Na mocy porozumień z instytucjami ubezpieczeniowymi innych państw chcemy w międzyinstytucjonalnym zakresie przeprowadzać tego rodzaju akcje kontroli uprawnień - mówi Szabliński.

    Dlaczego na zmianę druku trzeba było czekać aż kilka miesięcy? Jak słyszę, cała rzecz w tym, że formularze są wysyłane do emerytów za granicą raz w roku, właśnie w czerwcu, dlatego druki są zmienione dopiero teraz. Nie powinny już nikogo zdenerwować czy zestresować. A tak swoją drogą, na pytanie, ''czy pani jeszcze żyje'' - można byłoby np. odpisać ''Nie, mnie już nie ma. Ale może wrócę?".

    PS. Nie mam wątpliwości, że sprawdzanie prawa do emerytury jest niezbędne - ZUS rocznie w kilkunastu procentach przypadków stwierdza nieprawidłowości w zakresie wypłacania świadczeń osobom przebywającym za granicą. Ale styl sformułowanego pytania pozostawiał wiele do życzenia.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 21 maja 2015
  • Napisał do mnie pan Wojciech (imię zmienione), który ma dziecko w Zespole Szkół w Łazach pod Warszawą. Konkretnie w podstawówce. Jak mówi, odważył się ujawnić problem po moim tekście w sprawie szkolnego hymnu w jednej ze szkół na Lubelszczyźnie TEKST JEST TUTAJ

    W szkole w Łazach, noszącej imię Jana Pawła II - nadmienię, że to publiczna i duża szkoła- też jest hymn, który jest częścią szkolnego ceremoniału. Hymn w bezpośredni sposób nawiązujący do postaci patrona, Papieża-Polaka.

    Refren: ''Patronie nasz, my Twoim śladem chcemy się piąć, aż po zwycięstwo. Tyś dla nas jest żywym przykładem, ślij z nieba nam błogosławieństwo''.

    Pierwsza zwrotka: Nie mamy lękać się w życiu niczego, kiedy otwarte są drzwi Chrystusowi. ''Bóg i Ojczyzna'' hasłem każdego, kto krzyżem pierś swą odważnie zdobi.

    - W szkole bardzo dużo dzieci nie chodzi na religię(...). Do szkoły chodzą również dzieci innych wyznań niż katolickie. A hymn, z którym powinni identyfikować się wszyscy uczniowie, a nie tylko uczniowie - katolicy jest jaki jest - mówi pan Wojciech, rodzic. Nie kryje też, że każdy uczeń musi nauczyć się tego hymnu na pamięć i szkoła sprawdza jego znajomość.

    Na stronie szkoły jest informacja, że słowa i muzykę hymnu napisał ks. prof. Hieronim Chamski. ''Znajomość słów hymnu to ważny obowiązek uczniów. Podczas wykonywania tego utworu uczniowie zachowują się podobnie, jak w czasie wykonywania hymnu państwowego, tzn. stoją na baczność'' - informacja ze strony internetowej Zespołu Szkół Publicznych im. Jana Pawła II w Łazach.

    Co na to szkoła?

    Początkowo rozmawiałam z panią wicedyrektor, ale ostatecznie informacji w sprawie hymnu udzielił mi jeden z wychowawców klas młodszych, Waldemar Dymek. Hymn, jak mi przekazał, powstał w 2006 roku, gdy Rada Pedagogiczna, Rada Rodziców i Samorząd Szkolny podjęły decyzję o nadaniu szkole imienia właśnie Jana Pawła II. Wtedy też pojawił się hymn. Jest śpiewany na wszystkich szkolnych uroczystościach.

    W. Dymek potwierdził mi również, że każde dziecko musi zaliczyć znajomość słów hymnu - na lekcjach muzyki. Z reguły dostaje kartkę ze słowami pieśni, z lukami do wypełnienia. Szkoła twierdzi, że nigdy nikt się w tej sprawie nie skarżył, nie było żadnych niepokojących sygnałów.

    Co ważne, Zespół Szkół w Łazach to szkoła duża, ponad 500 uczniów. Jak mnie poinformowano, około 85 procent z nich chodzi na lekcje religii. Pozostali jednak na te lekcje nie chodzą, są wśród nich również przedstawiciele innych wyznań. - Jesteśmy szkołą wielokulturową - mówi mi nauczyciel.

    Pan Wojciech, rodzic który się ze mną skontaktował, nie był jedyną osobą, z którą rozmawiałam, miałam też kontakt z innymi rodzicami, którzy odbierają hymn publicznej szkoły jako pieśń typowo religijną.

    Co na to MEN? Przy poprzednim hymnie, o którym pisałam, Justyna Sadlak napisała mi, że szkoła publiczna powinna być neutralna światopoglądowo. Z drugiej zaś strony, że ''kwestie ceremoniału(...) są sprawą dyrektora, rady rodziców, rady pedagogicznej i uczniów''.

    Czy w szkołach Waszych pociech też są hymny?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 19 maja 2015
  • Dziś u mnie temat wyborczy, bo dostałam maila od pani Małgorzaty z Wybrzeża. Miała wypadek i operację nogi, od końca kwietnia nie rusza się z domu, leży, bo musi, tak kazali lekarze. ''W I turze wyborów nie uczestniczyłam, bo nie mam możliwości dobrnąć do lokalu wyborczego, a ja nie mieszczę się w systemie, bo nie jestem inwalidą i nie mam powyżej 75 lat'' - napisała pani Małgorzata. W tym przypadku chodzi o głosowanie przez pełnomocnika (głos mógłby oddać np. ktoś z rodziny), ale tu właśnie są te ograniczenia.

    Słuchaczka chciała zagłosować korespondencyjnie, bo w końcu w tych wyborach taki sposób głosowania wybrać może każdy z nas. Ale i tu się nie udało. - Jak zadzwoniłam do urzędu, to mi powiedzieli, że aby głosować korespondencyjnie i dostać kartę do głosowania, muszę mieć stały meldunek, a ja jestem zameldowana czasowo. I jestem w kropce - powiedziała mi pani Małgorzata.

    Sprawdziłam, i rzeczywiście, przez pełnomocnika zagłosować nie może, korespondencyjnie też w zasadzie nie. Teoretycznie mogłaby, ale pod warunkiem, że wcześniej dopisałaby się do stałego rejestru wyborców. Tyle, że nikt jej tego nie doradził, nie powiedział, nie wiedziała. Co będzie z wyborami? - Bardzo chcę zagłosować, zaczęłam już chodzić po operacji. Może jakoś uda mi się jednak dotrzeć z pomocą rodziny? - zastanawia się nasza słuchaczka.

    Ile jest osób w podobnej sytuacji? Jeśli leżą jeszcze w szpitalu, problemu nie ma, bo w szpitalach są komisje. Urna może nawet zostać doniesiona do chorego, który chce oddać swój głos. Ale ci, którzy są po operacji w domu? - Jest problem - usłyszałam nieoficjalnie od jednego z urzędników.

    A jeśli już o wyborach mowa, dziś mija termin na dopisanie się do spisu wyborców przed II turą głosowania. W urzędach kolejki - w Lublinie głównie studenci. Przed pierwszą turą dopisało się do spisu 2200 osób, teraz - ponad 600 kolejnych. W Łodzi w I turze dopisanych było ponad 3,5 tysiąca wyborców, a teraz - nieco ponad 500; z kolei dla przykładu w Szczecinie - w I turze 1300 osób, przed II - prawie 700.

    Cały czas można także zgłaszać się po zaświadczenia do głosowania w innym miejscu,z dala od domu. I tu zainteresowanie - w niektórych miejscach w Polsce - jest bardzo duże, bo np. w Gdańsku, jak przekazał mi Dariusz Wołodźko z Biura Prasowego, przed I turą wydano 1736 zaświadczeń, a przed drugą turą - już ponad 3 tysiące kolejnych.

    W Krakowie z kolei - I tura to prawie 3 tysiące wydanych zaświadczeń o prawie do głosowania, a teraz przed II turą - już ponad 2 tysiące. Zainteresowanie jest więc spore, a zaświadczenia będą wydawane do piątku.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 08 maja 2015
  • Napisała do mnie pani Ewa z Dolnego Śląska, która właśnie zatrudniła nianię. Na etacie. - Niania mojego syna była zdziwiona, że tak można, bo wcześniej nikt jej takiej umowy nie zaproponował. A to praktycznie nic mnie jako rodzica nie kosztuje - pisze pani Ewa.

    Przepisy dotyczące tak zwanych umów uaktywniających dla niań obowiązują od drugiej połowy 2011 roku. Od tego czasu zawarto ponad 41 tysięcy takich umów. Ktoś powie ''mało'', ktoś inny ''sporo'' - zależy jak na to patrzeć.

    Najwięcej w Warszawie i okolicach, ale też Gdańsku, Poznaniu czy Krakowie. Co ciekawe, nianiami w części przypadków są panowie - w tej chwili jest ich w całej Polsce około 300. Nianią na etacie może być nie tylko osoba obca, ale też ciocia dziecka, babcia, a nawet dziadek. I takie przypadki też są.

    Pani Beata zaczęła być nianią jeszcze na studiach. Dzieci ją wprost kochają, ona kocha dzieci, dlatego taka praca stała się dla niej sposobem na życie. Tyle, że po studiach była to praca na czarno. Nikt nie proponował umowy, ona też nie pytała, bo zależało jej na jakichkolwiek zarobkach. - Miałam stres i niepokój, że to przecież nie jest praca oficjalna. Bałam się, co będzie jak zachoruję - przyznaje.

    Dziś tego problemu już nie ma. Rodzice małego Maksia, którym się zajmuje zaproponowali jej umowę uaktywniającą. Zarabia poniżej średniej krajowej (praca tylko w określonych godzinach), więc praktycznie całość składek za panią Beatę jest opłacana z budżetu państwa. Ona sama płaci za siebie tylko chorobowe. - Oczywiście, zarobki nie są duże, ale jak mam składki, to jednak jest to jakieś odkładanie na przyszłość - mówi niania.

    Gdy dostała od rodziców Maksia propozycję umowy, była zaskoczona, a jednocześnie szczęśliwa. Ale zaskoczony był też urzędnik z Urzędu Pracy, gdzie poszła to zgłosić. - Przyniosłam panu umowę, a on w ogóle nie wiedział o co chodzi. Musiałam mu wytłumaczyć, na czym to polega.

    A to znaczy, że nie ma chyba wielu takich umów - mówi pani Beata, na co dzień mieszkająca w małym miasteczku na Lubelszczyźnie.

    Pani Karolina, która zatrudniła nianię, mówi prost: to dobra polityka prorodzinna. - Zawsze mi było szkoda tych osób, które często poświęcają się dzieciom, a były niewidoczne dla państwa, niewidoczne dla swoich przyszłych emerytur czy zasiłków. A wiadomo, że życie to życie. I takie przyziemne sprawy też są niezwykle ważne - mówi młoda mama.

    Większość niań, jak wynika z danych ZUS, zarabia najniższą krajową. Wtedy - składki na ZUS opłaca państwo. Warunkiem jest to, że pracować muszą oboje rodzice. Pani Karolina, która nianię zatrudniła mówi, że wniosek do ZUS nie jest prosty - choć początkowo wydawało się, że nie stanowi problemu. Razem z mężem go wypełniła, ale okazało się, że nieprawidłowo - na miejscu w ZUS trzeba było wypełnić od nowa, ale pomogli urzędnicy.

    ZUS nie stwierdza większych nieprawidłowości w zatrudnianiu niań: jak informuje Radosław Milczarski z Biura Prasowego, ''na podstawie informacji z oddziałów, na 14 tys. przypadków w stosunku, do których prowadzone były postępowania, wobec niecałych 4 tys. stwierdzono nieprawidłowości w zakresie zgłoszeń do ubezpieczeń oraz ustalania podstawy wymiaru składek''.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 07 maja 2015
  • Przed nami wybory - otwieramy przysłowiową lodówkę, a tu jeden kandydat, czy drugi. I właśnie w sprawie wyborów napisała do mnie pani Justyna, która mieszka w Stanach Zjednoczonych. Chciała obejrzeć debatę prezydencką, słynną już niejako, nadawaną w TVP. Chciała, ale wyszły z tego ''nici''. Weszła do internetu, chciała ściągnąć audycję, lecz audycja jest niedostępna - ''ze względu na ograniczenia licencyjne film jest niedostępny w twoim kraju''.

    ''Tok FM mogę słuchać online, ''Kropkę nad i'' i wiele innych, nie bardzo rozumiem, czemu debata prezydencka jest zagranicą niedostępna.Czytałam, ze ta debata to nic ciekawego, ale chciałabym obejrzeć i wyrobić sobie własne zdanie. Nie opłacam abonamentu, żeby mieć dostęp do polskich kanałów, ponieważ prawie nie oglądam telewizji, korzystam głównie z internetu'' - pisze pani Justyna. I zaznacza, że wybory u niej są w sobotę, dzień wcześniej niż w Polsce.

    Co na to Telewizja Polska? Odpowiedź, którą dostałam:

    ''Uprzejmie informujemy, że firma Spański Enterprises Inc. jest wyłącznym dystrybutorem treści programowych TVP Polonia, również za pośrednictwem Internetu dostępnych na terenie Ameryki Północnej tj. w USA i Kanadzie. Dystrybutor umożliwił dostęp do TVP Polonia po opłaceniu abonamentu, m.in. za pośrednictwem strony internetowej" - pisze Centrum Informacji TVP.

    I przekonuje, że OCZYWISTYM jest, że ograniczenia mogące wynikać z licencjonowania filmu/audycji nie pozwalają na udostępnienie treści np. w USA. Oczywistym? Cóż... Nie chodzi przecież o super film czy oglądane codziennie wiadomości, nie chodzi o teleturnieje czy programy kabaretowe, ale o jedną debatę - dla wyrobienia sobie poglądu /opinii/ zdania. Może to rzeczywiście przekonałoby panią Justynę (być może również innych) na kogo zagłosować...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 05 maja 2015
  • W poniedziałek, 4 maja minął termin na odebranie pakietów wyborczych przez osoby, które zdecydowały się na głosowanie korespondencyjne. To nowość, która wcześniej dotyczyła tylko niepełnosprawnych - teraz w ten sposób głosować może każdy. Warunkiem było odebranie pakietu. Ja - przyznam szczerze - odebrałam, choć nie bez problemów.

    Urząd Miasta w Lublinie za pośrednictwem poczty przesłał mi przesyłkę wyborczą. Listonosz w czwartek, w czasie długiego weekendu włożył do mojej skrzynki awizo z adnotacją PILNE, bo nie było mnie w domu. Nie zdążyłam podjechać na pocztę, w piątek, sobotę i niedzielę była nieczynna, więc mogłam to zrobić dopiero w poniedziałek, a dodam, że był to ostatni dzień - zgodnie z przepisami - na jej odebranie. Inaczej nie mogłabym oddać swojego głosu.

    Przesyłkę odebrałam na poczcie ostatecznie w poniedziałek, było z tym trochę zamieszania, bo była nie na tej poczcie, na którą się udałam. Na druku awizo były bowiem dwa adresy: jeden na pieczątce, drugi napisany odręcznie. Byłam na poczcie tuż przed zamknięciem. I udało się! Co prawda padło pytanie z ust pani w okienku "A pani jeszcze tego pakietu nie odebrała? Listonosz pani go nie dał?". Ale cóż, i tu jakby pewne niedoinformowanie. Nie, listonosz pakietu mi nie dał. Przecież nie szukałabym go tak gorączkowo na poczcie.

    Ja już wypełniłam kartę do głosowania, postawiłam krzyżyk przy nazwisku kandydata i tym samym oddałam swój głos. Wszystko włożyłam do dwóch kopert - zgodnie z dość skomplikowaną instrukcją (prawie 2 strony formatu A4) i do czwartku mam czas na nadanie tej przesyłki, też na poczcie.

    Przyznam, że jest to dość skomplikowane, ale przede wszystkim czasochłonne - musiałam raz odstać w kolejce, prawie pół godziny. Teraz, by nadać pakiet z powrotem do komisji wyborczej też pewnie chwilę będę musiała zaczekać.

    I tu też miałam wątpliwości, co z tym pakietem tak naprawdę zrobić? Bo w instrukcji jest napisane, że trzeba go ''nadać w dowolnej placówce Poczty Polskiej'' - nadać czyli co? Wrzucić do skrzynki? Wypełnić druk na list polecony? Wysłać priorytetem? Czy muszę stać w kolejce do pocztowego okienka? Nie było to dla mnie do końca jasne.

    Zadzwoniłam do pełnomocniczki prezydenta Lublina do spraw wyborów i w tej chwili już wiem, że ''nadanie'' pakietu oznacza, że muszę oddać go pracownicy poczty, która powinna mnie wylegitymować, sprawdzić tożsamość i wziąć ode mnie pakiet wyborczy.

    A, i jeszcze coś. Kto nie głosuje korespondencyjnie, a chciałby się dopisać do spisu wyborców w danym obwodzie głosowania, ten ma na to czas jeszcze tylko dzisiaj - czyli we wtorek 5 maja. Jutro będzie już za późno.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 30 kwietnia 2015
  • Złożenie wniosku o dowód czy wymiana prawa jazdy w sobotę? Tak, to możliwe. Dowiedziałam się o tym od mieszkańców Gdyni i nie kryję, było to coś, co mnie zaskoczyło. Pozytywnie, rzecz jasna. Bo wiemy, w jakich czasach żyjemy, wiemy, że często wielu z nas brakuje chwili, by załatwić sprawy w urzędzie w ciągu tygodnia. Więc sobota to w pewnym sensie wybawienie.

    Jest w Polsce urząd, który właśnie w soboty pracuje od wielu już lat. Owszem, na początku były opory urzędników - że jak to, w sobotę do pracy zamiast na działkę czy na pogaduchy do przyjaciół? Ale w tej chwili, jak słyszę od sekretarza miasta Jerzego Zająca, wszyscy się przyzwyczaili.

    Sprawy urzędowe załatwimy tu w każdą sobotę: i w sobotę wielkanocną, i również teraz, w czasie długiego weekendu, w sobotę 2 maja- czynna będzie Sala Obsługi Mieszkańców. Dyżury w niej pełni w soboty 11 urzędników, a średnio zgłasza się ponad 300 osób.

    - Dziś w wielu firmach nie ma takiego obyczaju, jak to bywało kiedyś, że idę coś załatwić i jak wychodzę, to wychodzę, dziś są pewne utrudnienia. A urzędy powinny być dla ludzi, dlatego rozszerzyliśmy czas pracy. I widzimy, że to się sprawdza - mówi Jerzy Zając. I dodaje, że mamy nowe czasy, nowe formuły i nowy system pracy urzędu.

    W soboty mieszkańcy Gdyni, ale nie tylko, bo także innych miast, zgłaszają się, by np. złożyć wniosek o dowód osobisty czy wyrobić prawo jazdy, załatwiają sprawy meldunkowe, ale nie tylko. W tej chwili w sobotę 2 maja można przyjść, by dopisać się do rejestru wyborców czy pobrać zaświadczenie umożliwiające głosowanie w innej części Polski.

    W Gdyni jest wyłożona dla mieszkańców Księga Skarg i Wniosków, ale tych nie ma. Mieszkańcy wpisują za to coś zupełnie innego. - Jest nam miło, bo są tam wpisywane takie jakby listy pochwalne, w których petenci wyrażają uznanie wobec pracowników za szybkie załatwienie merytoryczne sprawy. A to, że pracujemy w soboty to już u nas pewien standard - mówi Marzena Umławska, naczelnik Wydziału Spraw Obywatelskich. Jak dodaje, w kwestii dyżurów w soboty są ustalane harmonogramy - średnio wypada 1-2 takie dyżury na pracownika w miesiącu.

    Większość urzędów w Polsce w soboty jest zamknięta na cztery spusty. Gdynia jest wyjątkiem, choć nie jedynym. W soboty czynny jest też Punkt Obsługi Mieszkańca w Krakowie - ale 2 maja spraw urzędowych tu nie załatwimy. Podobnie jak w Łódzkim Centrum Kontaktu z Mieszkańcami - tu też urzędnicy w soboty pracują (jest 6 stanowisk, średnio przychodzi po kilkadziesiąt osób). Ale 2 maja i tu jest nieczynne. A w Gdyni - jednak tak. Może warto, by inni poszli tym śladem?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 23 kwietnia 2015
  • Dużo pytań i coraz więcej wniosków wpływa do urzędów w sprawie głosowania korespondencyjnego. W majowych wyborach prezydenckich właśnie w ten sposób zagłosować może każdy. Specjalne zgłoszenie trzeba wysłać do swojego urzędu gminy - tam gdzie jesteśmy zameldowani - do poniedziałku 27 kwietnia.

    Można to zrobić za pośrednictwem poczty, można mailowo, ale też np. telefonicznie. Jak ustaliłam, w kilku miastach w Polsce, zgłoszeń przybywa - dla przykładu w Krakowie do 10 kwietnia było ich zaledwie 7, teraz jest już 140. - Wnioski zaczęły gwałtownie wpływać od początku zeszłego tygodnia - poinformował mnie Filip Szatanik, zastępca dyrektora ds. informacji. W Krakowie dziennie jest od kilkunastu do kilkudziesięciu pytań w sprawie nowej formuły głosowania (wcześniej dostępnej tylko dla niepełnosprawnych).

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • Dużo pytań i coraz więcej wniosków wpływa do urzędów w sprawie głosowania korespondencyjnego. - Jest duży wzrost - przyznają urzędnicy w większych miastach. W majowych wyborach prezydenckich właśnie w ten sposób zagłosować może każdy. Specjalne zgłoszenie trzeba wysłać do swojego urzędu gminy - tam gdzie jesteśmy zameldowani - do poniedziałku 27 kwietnia.

    Można to zrobić za pośrednictwem poczty, można mailowo, ale też np. telefonicznie. Jak ustaliłam, w kilku miastach w Polsce, zgłoszeń przybywa - dla przykładu w Krakowie do 10 kwietnia było ich zaledwie 7, teraz jest już 140. - Wnioski zaczęły gwałtownie wpływać od początku zeszłego tygodnia - poinformował mnie Filip Szatanik, zastępca dyrektora ds. informacji. W Krakowie dziennie jest też od kilkunastu do kilkudziesięciu pytań w sprawie nowej formuły głosowania (wcześniej dostępnej tylko dla niepełnosprawnych).

    Wniosków przybywa też np. w Olsztynie, w tej chwili jest ich 25 i też widać tendencję wzrostową; podobnie w Katowicach - ok. 50. Lublin również widzi wzrost - jest ok. 40 zgłoszeń, głównie od mężczyzn. Pakiety wyborcze zostaną im dowiezione m.in. do Zakopanego czy do Warszawy, bo tam mieszkają, choć w Lublinie są zameldowani.

    Wiadomo, ze z głosowania korespondencyjnego chcą m.in. skorzystać osoby chore, ''uziemione'' w domu np. z powodu złamanej nogi. - Mamy takie głosy - przyznaje Dorota Pedrycz-Guzek, kierownik Referatu Ewidencji Ludności w Wydziale Spraw Administracyjnych Urzędu Miasta Lublin.

    Jak dodaje, przychodzą też zgłoszenia z zagranicy - np. z Wielkiej Brytanii czy Stanów Zjednoczonych (bo wyborca mimo, że tam mieszka, to na stałe jest zameldowany w Lublinie). Ale tu zasady są inne - też można głosować korespondencyjne, jednak trzeba to zgłosić w odpowiednim konsulacie.

    W Warszawie dwa tygodnie temu zgłoszeń o chęci głosowanie korespondencyjnego było 25, w ubiegłym tygodniu 135, a teraz - już 350. Justyna Michalak przekazała mi, że liczba zgłoszeń rośnie, ale jest też bardzo dużo pytań do urzędników w tym zakresie. - Faktycznie w ostatnich dniach obserwujemy szybko rosnącą liczbę składanych zgłoszeń dotyczących głosowania korespondencyjnego - napisała mi Halina Chorzempa z Wydziału Spraw Obywatelskich we Wrocławiu - tu zgłoszeń jest już 120. W mniejszych gminach takiego zainteresowania głosowaniem korespondencyjnym nie widać.

    Bywa i tak, że niektórzy myślą, że głosowanie korespondencyjne polega na tym, że ktoś nam dostarczy przesyłkę - pakiet wyborczy i ją od nas odbierze. Tak nie jest. Pakiet rzeczywiście dostaniemy ( dostarczy go urzędnik z gminy lub poczta), ale już po zagłosowaniu - to my musimy taką przesyłkę ''odesłać''. Albo na poczcie, bezpłatnie albo zanieść do urzędu gminy i tam ją przekazać. Urzędnik może się zgłosić po wypełniony pakiet wyborczy, ale tylko i wyłącznie do osób niepełnosprawnych.

    Niektórzy wyborcy dzwonią i pytają, czy można głosować wirtualnie/zdalnie, przez internet. Było łatwo, szybko, bez wychodzenia z domu. Tak dobrze na razie jednak nie ma. Ale to pewnie tylko kwestia czasu.

    PS. Sama też zgłosiłam chęć głosowania korespondencyjnego - zobaczymy ''w praniu'' jak to działa.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 14 kwietnia 2015
  • Lawety nie było, ale karę zapłacić trzeba. A gdy słuchaczka wystąpiła o anulowanie czy chociaż zmniejszenie opłaty, urzędnicy wypytują o dochody, wydatki, rachunki, faktury. - Czułam się upokorzona - mówi moja rozmówczyni. Czy urzędnik ma prawo pytać?

    Dziś u mnie historia jednej ze słuchaczek - pani Magdaleny (imię zmienione) z Poznania. Jakiś czas temu zostawiła samochód w miejscu niedozwolonym, choć była pewna, że tu akurat parkować można. Co więcej, kupiła nawet bilet parkingowy i włożyła go za szybę. Gdy wróciła na miejsce, przy aucie byli strażnicy miejscy. Dostała mandat. - Należał mi się - nie ma wątpliwości.

    Tyle, że do zapłaty ma jeszcze coś - opłatę za wezwanie lawety przez Straż Miejską, czyli ponad 420 złotych. Jest samotną matką, dla niej to duży wydatek. Co podkreśla, laweta w ogóle nie była potrzebna, bo sama zabrała swój samochód i odjechała. Tyle, że przepis jest taki, że płacimy za samo wezwanie lawety. Pani Magda potwierdziła to u urzędników. - Faktycznie jest taka uchwała, która legitymuje to, że zarejestrowany telefon od strażnika miejskiego z prośbą o przysłanie lawety, jest równoznaczny z kosztami, pomimo tego, że laweta mogła nigdy nie wyjechać do miejsca zdarzenia - mówi o absurdzie.

    Moja słuchaczka napisała do urzędu z prośbą o umorzenie nałożonej opłaty. I częściowo ją umorzono - opłatę jak sama ją nazywa - za ''lawetę widmo''. Ale wcześniej musiała się szczegółowo rozliczyć.

    Po pierwsze, by w ogóle urzędnicy wniosek o umorzenie należności rozpatrzyli, słuchaczka musiała wnieść opłatę skarbową. Po drugie, Zarząd Dróg Miejskich poinformował ją, że ''zastosowanie ulgi uwarunkowane jest sytuacją ekonomiczną dłużnika''. To wydaje się oczywiste. Ale samo opisanie sytuacji nie wystarczy. ''Prosimy o udokumentowanie w terminie 7 dni aktualnej sytuacji materialnej (np. dochodu, kopii zeznania podatkowego, zaświadczenia z Urzędu Pracy oraz dokumentów potwierdzających rozchody np. kopie rachunków)'' - czytamy w piśmie z poznańskiego ZDM. -Dla mnie było to poniżające i uwłaczające, że muszę komuś pokazywać, jak wygląda moja sytuacja materialna, bo przecież niczego złego nie zrobiłam - mówi słuchaczka - Oczywiście mogłam nie pokazywać, odpuścić i zapłacić, ale to jednak dla mnie duże pieniądze. Dlatego złożyłam wszystkie dokumenty.

    Czy urzędnicy mają prawo żądać/prosić o rachunki, paragony, PITy, gdy chodzi o taką historię jak ta naszej słuchaczki?

    Rzeczniczka ZDM w Poznaniu, Dorota Wesołowska napisała mi, że zgodnie z uchwałą Rady Miasta, ZDM może udzielać ulgi w spłacie należności, w trybie przewidzianym w Ordynacji Podatkowej, w przepisach o pomocy publicznej lub w uchwałach Rady Miasta. Pytałam, na jakiej podstawie ZDM pyta o rachunki czy faktury? Tu konkretnego przepisu/paragrafu mi jednak nie wskazano.

    Co na to GIODO? Rzeczniczka Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, Małgorzata Kałużyńska-Jasak przekazała mi, że do konkretnej sytuacji się nie odniesie, bo jej nie zna, ale jak mówi - podmiot, który żąda udostępnienia danych powinien wskazać uprawniającą go do tego podstawę prawną. A tu tego zabrakło.

    Domowy budżet to nasza prywatna sprawa? Tak by się mogło tylko wydawać.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 10 kwietnia 2015
  • W ostatnim czasie dostawałam od słuchaczy sygnały, od rodziców głównie z małych miejscowości o tym, że szkoły do których chodzą Państwa dzieci mają być likwidowane albo ma je przejąć fundacja czy stowarzyszenie. I że się tego obawiacie.

    To jest tak, że wiele takich szkół bardzo dobrze sobie radzi, osiągają dobre wyniki. Ale nie są to już szkoły prowadzone przez samorząd. I właśnie w tej sprawie Rzecznik Praw Obywatelskich (RPO) napisała do minister edukacji, Joanny Kluzik-Rostkowskiej.

    Wszystko dlatego, że sygnały od zaniepokojonych rodziców, jak też nauczycieli trafiają również bezpośrednio do biura rzecznika - sygnały o tym, że coraz więcej szkół jest przejmowanych. A przejęcie - na co zwraca uwagę RPO - może rodzić, choć oczywiście nie musi, określone konsekwencje. ''Takie zmiany, jeżeli dotyczą znaczącej części placówek oświatowych na terenie gminy lub powiatu, mogą zagrozić realizacji konstytucyjnych praw i wolności obywateli'' - twierdzi rzecznik.

    Zdaniem RPO, ustawa o systemie oświaty, która pozwala na przekazywanie szkół podmiotom prywatnym w znacznej części nie jest dostosowana do zmieniającej się rzeczywistości. - Ustawodawca nigdy nie zakładał, że przekazywanie szkół ma być pewną zasadą. To znaczy, miała to być sytuacja wyjątkowa - mówi dyr. Mirosław Wróblewski z biura RPO.

    Jakie mogą być konsekwencje upowszechnienie tej praktyki? Szkoły prowadzone przez samorząd mają obowiązek mieć ustalony obwód. Dziecko nie może mieć do szkoły dalej niż 3 czy 4 km. - Natomiast w przypadku szkół, które nie są prowadzone przez jednostki samorządu terytorialnego, obwód szkolny może zostać ustanowiony, ale wcale nie musi - tłumaczy Wróblewski. Zdaniem RPO, co wynika z listu do MEN, ''kwestia braku obwodu może mieć decydujące znaczenie dla realizacji konstytucyjnych praw i wolności''.

    Do RPO wpływają skargi, że w sytuacji, gdy nie ma obwodu szkolnego, bywają problemy z dowożeniem dzieci, bo podmiot prywatny niekoniecznie się poczuwa do takiego obowiązku. Zdaniem Mirosława Wróblewskiego, w gminach, w których większość szkół, a nawet wszystkie są przejęte przez prywatne podmioty, może być łamana zasada równości- i w stosunku do uczniów, i nauczycieli. ''Szkoły publiczne, w zależności od prowadzącego je organu, oferują różne warunki pracy i płacy zatrudnionym w nich nauczycielom. Różne traktowanie nauczycieli (...) może budzić wątpliwość ze względu na zgodność z konstytucyjną gwarancją równości''- czytamy w liście do szefowej MEN.

    Nie jest wykluczone, że sprawa trafi do Trybunału Konstytucyjnego, by to on rozstrzygnął, czy samorządy mogą - coraz częściej i chętniej - przekazywać szkoły, pozbywając się tak naprawdę finansowego ''balastu''.

    Pytałam MEN, co ministerstwo na to. Rzeczniczka resortu Joanna Dębek napisała mi, że pismo od RPO jest analizowane i analizowane są zawarte w nim argumenty. Od tego, jak odniesie się MEN, czy podejmie jakieś działania, zależy to, co zrobi Rzecznik Praw Obywatelskich.

    ''Szkoła to nie sklep. Tu są dzieci, nauczyciele, administracja. Nie powinni odczuwać, że jak szkołę ktoś przejmuje, to coś się zmienia. A niejednokrotnie odczuwają'' - napisała jedna ze słuchaczek.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 26 marca 2015
  • Rzecznik praw pacjenta może nakładać kary, wysokie, bo nawet do pół miliona złotych. Ale w sprawie protestów lekarzy rodzinnych z pierwszych dni tego roku kar finansowych nie będzie. Choć, jak przyznała w rozmowie ze mną pani rzecznik, Krystyna Barbara Kozłowska, działanie lekarzy było niezgodne z prawem.

    Jak ustaliłam, pani rzecznik prowadziła około siedemdziesięciu postępowań, z czego pięć właśnie się zakończyło. - Zakończyły się potwierdzeniem, że stosowane były praktyki naruszające zbiorowe prawa pacjentów - mówi Krystyna B. Kozłowska. Jak słyszę, reszta postępowań jest w toku (zbieranie dokumentacji), ale można się spodziewać takich samych rozstrzygnięć.

    W całej sprawie chodzi o protest lekarzy rodzinnych z Porozumienia Zielonogórskiego z początku roku, gdy lekarze nie chcieli się zgodzić na proponowane warunki kontraktów i ich gabinety w pierwszych dniach stycznia były zamknięte. Do rzecznika praw pacjenta wpływały skargi od chorych, że nie mogli odebrać z przychodni swojej dokumentacji medycznej, potrzebnej im choćby do wypisania recepty przez lekarza z innej poradni.

    Co oznacza stwierdzenie naruszenia prawa? Jak powiedziała mi Krystyna Kozłowska, kary mogłaby nałożyć wtedy, gdyby świadczeniodawca, nie zaprzestał łamania prawa, czyli gdyby pacjenci dalej mieli problem z otrzymaniem swojej dokumentacji od lekarza. A wiadomo, że protest skończył się po kilku dniach i temat zniknął.

    Decyzje rzecznika praw pacjenta to decyzje administracyjne, które - jak usłyszałam - mogą mieć JEDNAK wpływ na podpisywanie kolejnych kontraktów - taka przychodnia, w której rzecznik stwierdził naruszenie prawa, może dostać przy kolejnym postępowaniu kontraktowym mniej punktów od NFZ-u.

    Od decyzji rzecznika praw pacjenta przychodnie m.in. z Lubelszczyzny mogą się odwoływać do Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego. I tak się prawdopodobnie stanie, bo są już takie pierwsze deklaracje.

    Dodam jeszcze, że sprawą styczniowych ''strajków'' lekarzy zajmował się też UOKiK. Stwierdził, że skutkiem działań lekarzy było ''ograniczenie dostępu pacjentów do świadczeń w 24 powiatach na terenie Polski''. Czyli prawo złamano, ale... tu też obyło się bez konsekwencji. UOKiK: ''Biorąc pod uwagę zebrane materiały, urząd postanowił nie wszczynać postępowania w sprawie naruszenia prawa ochrony konkurencji przez Porozumienie Zielonogórskie wyłącznie ze względu na krótkotrwały i terytorialnie ograniczony skutek rynkowy praktyki''.

    Czyli lekarzom się upiekło.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 20 marca 2015
  • W Lublinie ruszył cykl bezpłatnych szkoleń dyskryminacyjnych dla nauczycieli i dyrektorów szkół. Szkolenia są realizowane w ramach projektu ''Równość w szkole'', w ramach programu ''Obywatele dla demokracji''. Byłam na jednym z nich. Fundacja ''Wolność od religii'', która szkolenia organizuje, wysłała zaproszenia do udziału w nich do wszystkich szkół na Lubelszczyźnie, do dyrektorów, nauczycieli, ale także pracowników Wydziałów Oświaty. Zgłosiło się około 70 osób, czyli stosunkowo niewiele. Czy zatem wszystko o dyskryminacji już wiemy?

    Na pewno nie. Nauczyciele, którzy przyjechali się szkolić mówili mi, że dowiedzieli się rzeczy, o których nie mieli pojęcia. Bo dyskryminacja kojarzyła im się z prześladowaniem kogoś, bo ma inną płeć, kolor skóry czy wiarę. Ale prześladowanie z powodów językowych czy innego statusu społecznego? - Otworzono mi oczy na to, że dzieci z biedniejszych rodzin mogą się czuć gorsze np. na stołówce. I że to też dyskryminacja. Że pieniądze, status materialny też mogą być przyczyną prześladowania innych. Niby oczywiste, a jednak nie do końca - mówiła jedna z uczestniczek szkolenia.

    Pan Sławek, wicedyrektor sporej szkoły na Lubelszczyźnie (kilkuset uczniów) wychodząc ze szkolenia nie krył, że jest zadowolony. - Rozmawialiśmy o konkretnych przykładach, o ustawodawstwie, naruszaniu praw człowieka - mówi pan Sławek. Jak dodaje, w szkole często zdarzają się różne sytuacje konfliktowe - bójki czy sprzeczki uczniów, konflikt na linii nauczyciel-rodzice czy nauczyciel-uczeń. Teraz będzie już wiedział, że badając takie kwestie, warto się zastanowić, czy w danej historii nie ma mowy o dyskryminacji. A chodzi choćby o hejterskie zachowania w sieci - gdy jeden uczeń prześladuje innego. - Nie oszukujmy się, sytuacje problemowe są i szkoła musi na bieżąco się nimi zajmować - mówi nauczyciel.

    Piotr Skrzypczak, który prowadzi szkolenia dla nauczycieli, problematyką dyskryminacji zajmuje się od kilkunastu lat. Pedagogom tłumaczy,czym jest dyskryminacja, ale też czym nie jest. - Bo jest sporo mitów, nadinterpretacji - nie dostrzega się jej tam, gdzie rzeczywiście jest - mówi Skrzypczak. - Nie może być tak, że tematyka równości, traktowania innych z szacunkiem jest poruszana gdzieś przy okazji, bo to powinien być cel edukacji - dodaje.

    Druga część zajęć prowadzi etyk m.in. o kwestiach światpoglądowych. - Jesteśmy dość jednolitym społeczeństwem. Wielu z nas nawet nie zastanawia się nad tym, że obok nas żyją osoby o innym światopoglądzie, innym wyznaniu - mówi Dorota Wójcik z Fundacji ''Wolność od religii''. Dodaje, że zaskoczyły ją informacje od dyrektorów szkół. - Mają wiedzę na przykład na temat organizacji lekcji religii i etyki w szkołach, by nie dochodziło do wykluczenia czy dyskryminacji. Ale jest jednak duży nacisk ze strony kościelnej czy proboszcza, by konkretne wydarzenia organizować w taki a nie inny sposób, czyli np. z mszą świętą. I czasem dyrektorzy są bezradni - dodaje Wójcik. Szkolenia dla nauczycieli na Lubelszczyźnie trwają w marcu i w kwietniu.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 16 marca 2015
  • Czy w książce do języka polskiego dla VI klasy podstawówki powinien być tekst autorstwa jednego z księży, w którym czytamy m.in. , że ''niedziela to dzień Pański, Boży, a zatem najlepszy z możliwych''? Temat, z mojego poprzedniego wpisu na blogu, wywołał wśród internautów spore emocje. Dziękuję za wszystkie opinie!

    A wracam do tematu, bo właśnie dostałam odpowiedź od rzecznika Wydawnictw Szkolnych i Pedagogicznych - czyli wydawcy podręcznika, o którym pisałam. Jarosław Matuszewski napisał mi m.in., że jest to jeden z bardziej popularnych podręczników do nauki polskiego, ponieważ '' firmuje go pani Hanna Dobrowolska, autorytet wielu nauczycieli''.

    Rzecznik tłumaczy, że zanim podręcznik trafił do druku, był wcześniej recenzowany - a jest to podręcznik w pełni autorski, autorka sama napisała koncepcję książki, sama zarekomendowała fragmenty tekstów do wykorzystania, sama układała polecenia, itd.

    '' Nasza redakcja sugerowała zmiany wtedy, gdy pojawiały się uwagi ze strony nauczycieli lub ekspertów, bo standardowo każdy podręcznik zanim ujrzy światło dzienne, przechodzi fazę testów, głównie na nauczycielach. Kwestia tego tekstu, o którym Pani pisze, nie była podnoszona ani przez recenzentów WSiP, ani oficjalnych recenzentów MEN. Podręcznik otrzymał komplet pozytywnych recenzji i został dopuszczony do użytku szkolnego bez żadnych uwag'' - to fragment maila od J. Matuszewskiego.

    W udzielonej mi odpowiedzi jest coś jeszcze - wyjaśnienie, że ''cechą szczególną podręcznika ''Jutro pójdę świat'' jest bardzo szeroki wachlarz tekstów: od klasyki po teksty współczesne, w tym także z pism katolickich i kultury popularnej, np. tekst znanego rapera...''. Wydawnictwo przekonuje, że celowo propozycji wyboru podręcznika jest kilka, bo książki różnią się i koncepcją, i - przede wszystkim - doborem tekstów. ''To nauczyciele wybierają najbliższe ich potrzebom książki'' - to odpowiedź rzecznika WSiP.

    Na koniec jeden z komentarzy pod poprzednim wpisem - komentarz ''29elmi'': ''No wlasnie, dlaczego niedziela ma być lepsza, a nie szabat, albo piątek (u Muzułlmanów). Proponuję w kolejnym wydaniu napisać, że od piątku do niedzieli są fajne dni''.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • Dzisiejszy wpis zaczynam od zdjęcia książki, o której dowiedziałam się przypadkiem, od jednej ze zbulwersowanych mam. To podręcznik do klasy VI do języka polskiego. - Ale jak się zajrzy do środka, to można mieć nieodparte wrażenie, że to książka do religii. A moje dziecko na religię nie chodzi. Mimo to, wmawia się mu, że ''Niedziela to dzień Pański, Boży, a zatem najlepszy z możliwych'' - słyszę od mamy ucznia.

    W podręczniku, wydanym przez WSIP w 2014 roku, rzeczywiście sporo jest treści religijnych. Choćby właśnie tekst ''Świąteczne obrazki'' autorstwa ks. Tadeusza Miłka (przedruk z ''Przewodnika Katolickiego''). A w tekście przekaz wprost o tym, czego robić w niedzielę nie można/ nie wypada/ nie trzeba. Ksiądz opisuje punkt wypożyczalni narzędzi do remontu domu i pracy w ogrodzie. (Swoją drogą, czy są w ogóle takie wypożyczalnie?).

    W wypożyczalni jest spora grupa klientów. ''Dlaczego zrezygnowali z niedzielnego świętowania? Co ich tutaj przywiodło? Co zaoszczędzą, a co stracą?'' - pyta ksiądz.

    Czy to przekaz świecki? - bo MEN, gdy podobne historie wychodzą na jaw, zawsze zapewnia, że szkoła w Polsce jest szkołą świecką.

    Pytałam ostatnio ministerstwo, jak wiele jest sygnałów dotyczących problemów/nieporozumień na linii szkoła-kościół? Z odpowiedzi, którą dostałam wynika, że w 2014 r. w MEN rozpatrzono 137 spraw sklasyfikowanych jako ''wyjaśnienia, stanowiska, opinie w zakresie nauczania religii i etyki''. Jak napisała mi rzeczniczka ministerstwa Joanna Dębek, sprawy dotyczyły głównie zasad organizacji nauki religii i etyki, w tym m.in. zasad tworzenia grup, zasad oceniania czy planu zajęć. Ale, co ważne nie chodziło tylko o etykę- do MEN trafiały też pytania i prośby o informacje w sprawie udziału dzieci w uroczystościach kościelnych, modlitwy w szkole czy organizacji jasełek. MEN pisze, że w części spraw prosił o pomoc w wyjaśnieniu danej sprawy kuratora oświaty czy przedstawicieli organu prowadzącego (gminy).

    W sprawie podręcznika ''Jutro pójdę w świat'' w Ministerstwie Edukacji Narodowej interweniuje właśnie Fundacja ''Wolność od religii''. Wysłała pismo do MEN dotyczące treści zawartych w podręczniku. PISMO FUNDACJI

    Fundacja zwraca m.in. uwagę, że już raz zajmowała się sprawą tego samego podręcznika, gdy obok wiersza ''Kain i Abel'' znajdował się bank słów, który jednoznacznie kojarzył dobro z religijnością, a zło z postawami niereligijnymi. ''Po zapoznaniu się z obecnym wydaniem nadal z przykrością zauważamy, iż w podręczniku odnaleźć można wiele elementów noszących znamiona indoktrynacji światopoglądowej i dyskryminacji , zwłaszcza uczniów niewierzących''. Fundacja wnioskuje o zmiany w podręczniku.

    - Czy naprawdę nie ma ciekawszych tematów do omawiania na lekcjach języka polskiego niż wmawianie dzieciom, że niedziela to dzień Pański i Boży? - pyta mama Franka.

    Skąd ten tekst w podręczniku? Wysłałam pytania do rzecznika wydawnictwa WSiP, czekam na odpowiedź. Pytam m.in. o to, jaki był cel zamieszczenia tego teksu w podręczniku i kto był pomysłodawcą umieszczenia go w książce.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 12 marca 2015
  • ''Projekt, który kilka miesięcy temu wygrał w głosowaniu nad budżetem obywatelskim Lublina nie ma szans na całościową realizację'' - taką informację dostałam od jednego z młodych mieszkańców Lublina, który właśnie na ten projekt oddał swój głos. Chodzi o zamontowanie w mieście stu dodatkowych hot spotów. W projekcie była mowa m.in. o hot spotach na miasteczku akademickim i w okolicy różnych wydziałów lubelskich uczelni. Czyli mówiąc wprost: tam gdzie są młodzi ludzie. Tyle, że tu właśnie tkwi sedno problemu. Projekt dostał najwięcej głosów, ale miasto mówi dziś, że na teren uczelni wchodzić nie zamierza.

    Pomysłodawca, Filip Trubalski nie kryje rozczarowania. - Na etapie weryfikacji projektu, jeszcze przed dopuszczeniem do głosowania, władze miasta powinny się zreflektować i powiedzieć ''ok, ale tutaj już na wstępie zaznaczamy, że w tych lokalizacjach nie będzie zgody''. No, na pewno szkoda - mówi pan Filip. Dodaje, że rozmowy z nim o konkretnych lokalizacjach zaczęły się dopiero po głosowaniu; przed - projekt został zweryfikowany pozytywnie.

    Pan Filip nie kryje, że miało być inaczej; w projekcie było zapisane, że on wskaże 50 lokalizacji jako projektodawca, a 50 kolejnych - wskażą mieszkańcy. Dostawał w tej sprawie mnóstwo maili, z konkretnymi propozycjami. Owszem, część była niezgodna z prawem - np. tam, gdzie z hot spotu mogliby korzystać mieszkańcy bloków, a do mieszkań internet dostarczają firmy komercyjne. I nie można wchodzić im ''w paradę''.

    Ale wejście na miasteczko akademickie?

    Piotr Choroś z Urzędu Miasta, który odpowiada za budżet obywatelski przyznaje, że lokalizacje - dość ogólnie zgłoszone w projekcie - od początku budziły wątpliwości. - I pojawia się pytanie, czy projekt usuwamy z przyczyn formalnych, bo ma założenia niemożliwe do realizacji, czy też, pomimo tego, że ma pewne wady formalne i wiadomo, że części się nie da zrealizować, pozwalamy mieszkańcom na głosowanie nad nim? My przyjęliśmy wariant liberalny - mówi Choroś. Jak słyszę, lepiej zrealizować choć część niż nie realizować wcale.

    Co w takim razie z miasteczkiem akademickim? Słyszę od urzędników o autonomii uczelni, o tym, że nie chcą wchodzić na jej teren, że wolą zrobić hot spoty w innych, publicznych miejscach. Usłyszałam też, że były rozmowy z LubMAN-em, który odpowiada za sieć Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej. Tymczasem ani LubMAN, ani UMCS nic o takich rozmowach nie wie. Dyrektor Wojciech Widelski mówi mi, że nie widziałby przeszkód w zamontowaniu miejskich hot spotów na miasteczku akademickim, ale takich propozycji nie było. - Bylibyśmy tym zainteresowani. Nasz uniwersytet to duża przestrzeń, liczne skwery. Można byłoby to udostępnić poprzez sieć WiFi dla turystów i mieszkańców, by w każdej chwili mogli wejść, coś sprawdzić, przeczytać - mówi Widelski. Owszem, studenci czy wykładowcy mogą mieć dostęp do uczelnianej sieci, ale nikt inny z niej skorzystać nie może. - A przydałoby się - słyszę od mieszkańców.

    Projekt ''Free WiFi'' zakładał też kampanię informacyjną dla mieszkańców na temat tego, gdzie hot spoty można, a gdzie nie można ich lokalizować. - Na spotkaniu na przełomie listopada dostałam informację, że na ten temat będziemy rozmawiać na początku roku. Teraz mamy marzec, a telefon w tej kwestii milczy - mówi Filip Trubalski. Żadnej kampanii nie było.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 10 marca 2015
  • Na dziwne przepisy związane z ubezpieczeniem zdrowotnym zwrócił uwagę jeden ze słuchaczy TOK FM. Dzieci, które zdobywają stypendium sportowe - są automatycznie wykreślane z ubezpieczenia swoich rodziców. Bo tak mówi ustawa. Tyle tylko, że ani dziecko, ani rodzic najczęściej nie mają o tym pojęcia. I dowiadują się przypadkiem, np. w trakcie choroby i wizyty u lekarza.

    Tak jak pan Maciej, którego córka, Iga, od kilku lat gra w siatkówkę. Dwa lata temu, gdy miała 16 lat, jej drużyna zdobyła wicemistrzostwo Polski w kategorii kadetek. - Sukces dosyć duży na poziomie województwa. Córka dostała stypendium sportowe od marszałka - opowiada ojciec. 400 złotych miesięcznie, wypłacane przez rok. - To była nagroda za zaangażowanie - mówi pan Maciej. Dziewczyna chodziła do szkoły, jednocześnie dalej grała w siatkówkę i brała stypendium.

    Dopiero teraz, niedawno, w trakcie kilku wizyt u lekarza, już jako osoba pełnoletnia, okazało się, że Iga jest nieubezpieczona. Bo mając przyznane stypendium sportowe, ''wycięło'' ją z wcześniejszego ubezpieczenia, na rodzica. Maturzystka kilkakrotnie była informowana w rejestracji, że w systemie EWUŚ ( system do sprawdzania ubezpieczenia) świeci się na czerwono. Oczywiście, ktoś powie, przecież w przychodni wystarczy podpisać oświadczenie, że płacimy składki i lekarz powinien nas przyjąć. - Ostatnio jednak usłyszała u lekarza, że po trzech miesiącach nieubezpieczenia, nawet oświadczenie nie będzie akceptowane - dodaje.

    Pan Maciej mówi wprost - on swój kłopot rozwiąże, ale przepis pozostaje. Bo cała rzecz w tym, że rodzicom Igi w ogóle nie przyszłoby do głowy, że fakt pobierania stypendium będzie się wiązał z utratą ubezpieczenia, jako członek rodziny. - W życiu bym się nie spodziewał, że jak dziecko dostaje nagrodę, to są takie dziwne konsekwencje. Dla mnie sytuacja jest raczej komiczna. Jak przeglądamy internet, to widać, że nie jesteśmy jedyni - mówi mój rozmówca.

    Co na to ZUS?

    Rzeczniczka ZUS w Lublinie, Małgorzata Korba przyznała w rozmowie ze mną, że rzeczywiście, są takie a nie inne przepisy. - Jeśli dziecko powyżej 15 lat uzyska stypendium sportowe, to z tego stypendium jest odprowadzana składka na ubezp. zdrowotne. I jest to własny tytuł do ubezp. zdrowotnego. A to powoduje, że taka osoba wypada niejako z ubezpieczenia zdrowotnego jako członek rodziny - tłumaczy Korba.

    W ZUS słyszę też, że podobnie rzecz się ma np. ze studentami, którzy też są ubezpieczeni na rodziców i na krótki czas podejmują pracę. A potem się dziwią, że są nieubezpieczeni, bo też świecą się w EWUŚ na czerwono.

    No, ale chyba student to student, a 15-to czy 16-latek to jednak nie to samo? Poza tym praca to nie stypendium.

    Staram się zrozumieć ZUS i obowiązujące przepisy, ale - również jako rodzic - zastanawiam się, skąd tata czy mama mają wiedzieć, że stypendium spowoduje kłopoty? Może wystarczyłaby informacja i krótki przekaz: ''Drogi rodzicu, gdy córka skończy pobierać stypendium, jeszcze raz zgłoś ją do ubezpieczenia''. - Trochę logiki należałoby zastosować w całym działaniu - mówi tata Igi.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 05 marca 2015
  • Chciała dorobić, odpowiedziała na ogłoszenie o pracy, które znalazła w internecie. Wyglądało profesjonalnie - to miała być praca redaktora, redagowanie tekstów. Pani Małgorzata (imię zmienione), która do mnie napisała, padła ofiarą oszustów. Poproszono ją o dane osobowe do sporządzenia umowy, wysłała też scan swojego dowodu osobistego. - A teraz mam wezwania do spłat cudzych pożyczek. Na razie trzy - napisała słuchaczka. Oczywiście, zawiadomiła policję, oczywiście musi czekać. Tak jak wielu innych, podobnie poszkodowanych.

    Ostatnio głośno było o zatrzymaniu w Lublinie pary oszustów, którzy właśnie tak działali-dawali ogłoszenie o pracy, wyłudzali w ten sposób dane osobowe, potem zakładali na te dane rachunki w banku, dokonywali jednogroszowych przelewów, by poświadczyć, że Kowalski to Kowalski, a Nowak to Nowak. W efekcie nie mieli problemów, by zaciągać pożyczki w firmach kredytowych. Na dane jednej osoby bywa, że zaciąganych jest nawet po 5 czy 10 pożyczek. Pisała mi o tym inna słuchaczka, też ofiara oszustów.

    Zatrzymanie oszustów w Lublinie to jednak tylko wierzchołek góry lodowej

    Jak ustaliłam, w Prokuraturze Okręgowej w Lublinie jest prowadzone zupełnie inne śledztwo, choć w dotyczące takich samych oszust. Śledztwo na ogromną skalę - na razie ''w sprawie'', choć jak ustaliłam, to tylko kwestia czasu.

    Jak powiedziała mi prokurator Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie, to jest śledztwo, w którym połączono ponad 100 postępowań z całej Polski. W każdym - mechanizm działania był identyczny. Oszuści dawali ogłoszenie o pracy, z reguły na przepisywanie tekstów. Podszywali się pod konkretną firmę - firmę, na której stronę można było wejść, sprawdzić, czy działa, teoretycznie - można ją było uwiarygodnić.

    Ale to tylko teoretycznie, bo w praktyce - w ogłoszeniu oszustów był zupełnie inny numer telefonu i inny adres mailowy niż na stronie firmy X. - I to jest przestroga, by na przyszłość każda osoba szukająca pracy w ten sposób, za pośrednictwem internetu, sprawdzała właśnie numer telefonu i adres mailowy - radzi B. Syk-Jankowska.

    Wyłudzacze mając dane osobowe, zakładali konta w banku (przez internet, co nie jest trudne) albo prosili osoby zainteresowane, by same założyły takie konta (pod pretekstem przelewania im na te konta wynagrodzenia) i w efekcie zaciągali pożyczki na bardzo dużą skalę.

    - Kwoty pojedyncze nie były duże 500, 600 czy 800 zł, ale w sumie jest tego naprawdę sporo - słyszę od śledczych. Ofiary są i ze wschodu i z zachodu, z południa i z północy Polski. Wszyscy dali się nabrać na ''wiarygodne'' ogłoszenia.

    - W tej chwili analizujemy zebrany materiał dowodowy - mówi pani prokurator. Chodzi m.in. o analizę korespondencji, która była prowadzona między oszustami a pokrzywdzonymi. Śledztwo jest powadzone w kierunku art. 286 kodeksu karnego, czyli oszustwa. Grozi za to do 8 lat więzienia.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 02 marca 2015
  • Stowarzyszenie Interwencji Prawnej skarży polski rząd do Komisji Europejskiej za brak pomocy dla cudzoziemców pokrzywdzonych przestępstwami. Skarga już została wysłana. PRZECZYTAJ

    Chodzi o to, że zdaniem stowarzyszenia, Polska nie wdrożyła tak jak powinna zapisów unijnej dyrektywy odnoszącej się do tak zwanej kompensaty dla osób dotkniętych przestępstwem. A chodzi m.in. o 52-letniego Marokańczyka, tłumacza, lektora, reżysera.

    W 2006 roku pan Mandili został w Polsce dotkliwie pobity w trakcie, kiedy uczestniczył w przeglądzie teatralnym - prowadził jedną z grup teatralnych. Na pytanie, za co sprawcy pobili pokrzywdzonego odpowiedzieli: "za to, że jest ciemny". Sprawcy zostali skazani, usłyszeli wyroki. - W kwestii okoliczności i powodów pobicia nie było żadnych wątpliwości, że sprawcy działali na tle uprzedzeń rasowych - mówi prawniczka, Katarzyna Słubik ze stowarzyszenia, która była gościem w moim programie w TOK FM. Przyznaje, że w części podobnych spraw ofiara ma przekonanie, że tłem agresji było tło rasistowskie, ale organy ścigania nie dają temu wiary. - Tu było inaczej, sprawa była jasna - dodaje Słubik.

    Bardzo dotkliwie pobity Marokańczyk miał prawo wystąpić do sądu cywilnego o odszkodowanie i tak zrobił. Sąd przyznał mu ok. 40 tysięcy złotych. Co z tego, skoro do dziś żadnych pieniędzy nie dostał? Sprawcy są niewypłacalni. A państwo? No właśnie, w tym cały problem.

    Zgodnie z przepisami Unii Europejskiej, wszystkim ofiarom przestępstw, jeśli zostały popełnione umyślnie, należy się prawo do rekompensaty ze środków publicznych, jeśli nie są w stanie wyegzekwować odszkodowania od sprawców - w tym przypadku ciężkiego pobicia. Tyle tylko, że w Polsce w chwili obecnej rekompensata jest przyznawana jedynie Polakom i osobom posiadającym obywatelstwo Unii Europejskiej.

    Pan Mandili w wyniku pobicia zachorował na epilepsję i depresję; jego sytuacja diametralnie się zmieniła, ma problemy finansowe, nie miał na leki. - Uszkodzenia ciała, jakich doznał, zespoły bólowe, które odczuwa do tej pory. Do tego bardzo duży uszczerbek na psychice, trauma, która zostaje na bardzo długo. Szkoda u pokrzywdzonego była dotkliwa, poważna, jej skutki widzimy do dzisiaj. Sąd uznał, że pokrzywdzony ma prawo głównie do zadośćuczynienia za doznaną krzywdę. Ale pieniędzy do dziś nie udało się uzyskać - mówi K. Słubik. Mężczyzna nie ma prawa do pieniędzy z rekompensaty - mimo, że mieszka w Polsce od ponad 20 lat, posiada w naszym kraju pobyt stały.

    - Byliśmy od 2005 roku zobowiązani do wdrożenia przepisów unijnych odnoszących się do kompensaty dla ofiar przestępstw. Wdrożyliśmy taką dyrektywę. Ale niestety przepisy naszej ustawy o kompensacie nie obejmują osób, które są obywatelami krajów trzecich. I w tym cały problem - słyszę od prawników. Stąd właśnie skarga do Komisji Europejskiej.

    Skarga skargą, ale odnotujmy też, że niedawno senat wniósł projekt zmian w ustawie o kompensacie. - Warto wspomnieć, że w tym projekcie obywatel kraju trzeciego, który ma prawo do stałego pobytu w Polsce, miałby też prawo do kompensaty. Ale to jednak jest dopiero projekt - podkreślają prawnicy. A z projektami jak wiadomo, bywa różnie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 20 lutego 2015
  • - Czy pani wie, że u nas w szpitalu obowiązuje Kodeks Etyki, a w nim jest zapis o plotkowaniu? - napisał do mnie pracownik Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Chełmie. - Przecież to absurdalne. Ale podpisałem - czytam w mailu. Wchodzę na stronę szpitala, i rzeczywiście, stoi jak byk: ''Kodeks etyczny pracowników''. Sam kodeks być może nawet jest potrzebny, choćby zapisy o wystrzeganiu się zachowań korupcyjnych czy o życzliwym, taktownym, cierpliwym podchodzeniu do pacjenta.

    Czytam jednak dalej. A tu w zasadach dotyczących etycznego działania wobec współpracowników mamy m.in. zapis ''nie plotkować na temat kolegów i koleżanek". I jeszcze - bardzo etycznie - ''dbać o stosowny i schludny ubiór i wygląd w miejscu pracy''. Cokolwiek to znaczy.

    Postanowiłam zajrzeć do innych kodeksów etyki, w innych placówkach służby zdrowia. Kodeks Szpitala Uniwersyteckiego w Bydgoszczy mówi m.in. o tym, jakimi zasadami powinien się kierować pracownik, czyli m.in. uczciwością, obiektywizmem, lojalnością czy profesjonalizmem. Ale jest coś jeszcze. W punkcie 4 czytamy, że w ramach godnej reprezentacji szpitala i kultury osobistej ''pracownik przestrzega zasad dobrego wychowania (...). Jest uprzejmy, punktualny i taktowny''. Takie przypomnienie może się przydać. Ale jest tu coś jeszcze - ''Niedopuszczalne jest zwracanie się do kogokolwiek w formie niegrzecznej i bezosobowo''. A to niezwykle istotne, z punktu widzenia pacjenta. Bydgoszcz zwraca też uwagę pracownikom, że ''Nagannym jest używanie słów powszechnie uznawanych za wulgarne''. W szpitalu trzeba o tym przypominać?

    Jeszcze jeden przykład: Zielona Góra. Na stronie szpitala znalazłam kodeks etyki, a w nim - podobne zasady jak u innych - czyli m.in. rzetelność, bezstronność, twórcze i aktywne wykonywanie zadań. Tu ciekawostka - o pacjencie - piszą ''klient'' i o relacjach ''klient-personel''. Moją uwagę wzbudził jeszcze jeden zapis w kodeksie Szpitala Wojewódzkiego - zapis o ? neutralności politycznej, do której jest zobowiązany pracownik w ramach wykonywania swoich zadań i obowiązków. ''Neutralność polityczną pracownik osiąga w szczególności poprzez: (?) dystansowanie się od wszelkich wpływów i nacisków, które mogą prowadzić do działań stronniczych; zapewnienie jasności i przejrzystości relacji z osobami pełniącymi funkcje publiczne''. Czyli poseł, radny czy ktokolwiek inny wysoko postawiony na przyjęcie bez kolejki nie ma szans?

    Kolejny przykład: Zamość, szpital wojewódzki i znów zapis - z kodeksu etyki - o konieczności ''dostosowania swojego wyglądu zewnętrznego do pełnionej funkcji lub charakteru wykonywanej pracy''. Z kolei w Katowicach w ramach kodeksu etyki PRZECZYTAJ jest mowa o byciu uczciwym, obiektywnym i twórczym, są zapisy o wyglądzie. Za nieprzestrzeganie kodeksu grozi "odpowiedzialność porządkowa i dyscyplinarna".

    Etyka kojarzy mi się z moralnością, dobrem i złem, sumieniem, odpowiedzialnością. Co ma wspólnego z ubiorem czy wyglądem lekarza albo pielęgniarki? I czy rzeczywiście jest u nas tak źle, że w szpitalny kodeks etyki trzeba aż wpisywać zasadę dotyczącą nieużywania w pracy słów wulgarnych albo plotkowania?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 17 lutego 2015
  • Na czym można zarobić? Dzisiaj u mnie właśnie o tym. W internecie kwitnie handel fałszywymi hologramami do legitymacji studenckich. Można je kupić za 50 czy 100 złotych, a dzięki temu legitymacja jest ''ważna'' i uprawnia do zniżek np. w komunikacji miejskiej czy na kolei.

    Policjanci z Opola zatrzymali jednego z takich sprzedawców hologramów. To 23-latek, u którego znaleziono 2 tysiące ''fałszywek'', w tym przygotowane do wysyłki koperty z hologramami w środku. Jednego sprzedawcę zatrzymano, ale ogłoszenia w sieci wciąż są: i tych, którzy sprzedają, i tych, którzy chcą kupić.

    Generalnie jest tak, że student na podstawie ważnej legitymacji, z hologramem, ma prawo do zniżek. - Po naklejkę zgłasza się dwa razy w roku, po sesjach egzaminacyjnych, do dziekanatu - tłumaczy Aneta Adamska z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.

    Gdy ktoś kończy studia albo ma problemy z zaliczeniem czy z opłatą za studiowanie. - nie dostaje hologramu i zniżki się kończą. Wtedy handel kwitnie w najlepsze. Może być np. tak, że Jan Nowak kończy studia, nie oddaje legitymacji choć powinien, w dziekanacie mówi, że ją zgubił, a dalej jej używa - z tym właśnie kupionym, fałszywym hologramem. Ten zatrzymany 23-latek z Opola, o którym wspomniałam, prawdopodobnie sprzedał na terenie całego kraju nawet kilkadziesiąt tysięcy fałszywych hologramów.

    Trudno oszacować, ile osób posługuje się ''fałszywkami''. Teoretycznie, skalę problemu mogliby znać kontrolerzy biletów - bo sprawdzając uprawnienia do zniżki mają przecież legitymację danej osoby w ręku. - Absolutnie nie jesteśmy tego w stanie wyłapać. My widzimy na legitymacji tylko datę, do kiedy jest ważna. Nie jesteśmy w stanie wychwycić, czy hologram jest prawdziwy czy nie - mówi kontroler ZTM w Lublinie, Jerzy Święch, który o nielegalnym procederze dowiedział się dopiero ode mnie. Wcześniej nawet nie przypuszczał, że hologramami się handluje.

    W ogłoszeniach, które znalazłam o sprzedaży hologramów jest mowa o odbiorze ich np. w Poznaniu czy Wrocławiu, ale można też zamówić i zostaną wysłane z Wielkiej Brytanii. I wszędzie zastrzeżenie, że to do celów kolekcjonerskich i że nie ma mowy o łamaniu prawa. Nic dodać, nic ująć. Z dopalaczami też tak było...

    Zarzuty dla sprzedawcy z Opola to jedno, ale odpowiadać też mogę osoby, które kupowały. - W sytuacji naklejenia na określony dokument i posługiwania się takim dokumentem w grę wchodzi fałszerstwo dokumentu. To odpowiedzialność osoby, która kupuje taki hologram, a następnie się nim posługuje - wyjaśnia prokurator Beata Syk-Jankowska.

    A, i jeszcze jedno z zastrzeżeń sprzedawcy, dla zobrazowania: ''Jeżeli planujesz nakleić zakupiony u mnie hologram na legitymacje lub komuś to umożliwić, to natychmiast opuść moją stronę i nigdy nie wracaj. Kupując oświadczasz że twoim jedynym celem jest kolekcjonowanie tych hologramów razem z innymi w sposób całkowicie legalny, i twoim celem nie jest i nie będzie złamanie jakiegokolwiek prawa''.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • sobota, 14 lutego 2015
  • ''Poczułam się jak bohaterka serialu'' - napisała do mnie pani Ewa, młoda kobieta, która w małżeństwie stała się ofiarą przemocy. Wyszła za mąż z miłości, była bardzo zakochana, tyle, że niedługo po ślubie zaczął się koszmar. Pojawiły się dzieci, siedziała z nimi w domu, nie chciała zostawiać męża, bała się, że sobie nie poradzi. Tkwiła w toksycznym związku dosyć długo. Nie będę pisać, jak źle była traktowana, bo nie w tym rzecz.

    Dlaczego poczuła się bohaterką serialu? Bo w telewizyjnej Dwójce, w jednym z popularnych seriali, zobaczyła - niejako - samą siebie, pobitą, z siniakami, pomieszkującą u przyjaciół. Taką jak ona. - Bardzo realne to wszystko - pisze pani Ewa. W serialu młoda kobieta musi użyć podstępu, by zabrać mężowi dziecko. A mąż? Jak to zwykle bywa: Kochanie, tęsknię za Tobą, wróć, wszystko będzie dobrze....

    I jeszcze zakładanie Niebieskiej Karty na komisariacie, wypytywanie o intymne szczegóły, bolesne sprawy w wieloosobowym pokoju, przy innych policjantach. Niemożliwe? A jednak. Opisywałam jakiś czas temu historię pani Iwony - jej też kazano składać zeznania przy innych. Odmówiła. Ale nie każda z kobiet ma w sobie tyle siły.

    Dziś, 14 lutego, Walentynki. Ale to też dzień wielkiego tańczenia - tańczy cały świat - tańczy przeciwko przemocy pod hasłem ''Nazywam się miliard''. W tym roku organizatorzy chcą zwrócić uwagę na problem przemocy wobec dziewcząt i kobiet z niepełnosprawnościami, ponieważ to wciąż temat tabu w naszym kraju. Jak czytam na stronie Feminoteki, z badań przeprowadzonych na zlecenie Rzecznika Praw Obywatelskich wynika, że zjawisko przemocy wobec kobiet z niepełnosprawnościami, jest niedostrzegane, trudne do wykrycia oraz zbadane w niewielkim tylko obszarze. Zachęcam do zatańczenia, przeciwko przemocy właśnie. Ktoś powie ''to tylko akcja'' - to prawda, ale... ziarnko do ziarnka i...

    Na stronie Centrum Praw Kobiet znalazłam z kolei film - m.in. znane aktorki m.in. Katarzyna Kwiatkowska i Ewa Kasprzyk, smutne, skulone, osaczone. Przez przemoc. ZAJRZYJ

    Ktoś mi kiedyś powiedział: ''W przemocy można żyć''. Można, bez wątpienia. Tylko po co?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 10 lutego 2015
  • ''Niech siada''; ''wejść''; ''rozebrać się'' - tak niektórzy lekarze czy pielęgniarki zwracają się do pacjentów. Bezosobowo. Napisali mi o tym słuchacze, ale sama nie tak dawno też tego doświadczyłam. Interweniowałam u kierownika przychodni, który był mocno zaskoczony.

    Pan Wojciech, który opisał mi swoją wizytę w przychodni na Śląsku, robił tam EKG. Od pielęgniarki zza drzwi usłyszał ''wejść'', a po wejściu do gabinetu ''rozebrać się i położyć''. - Byłem tak zszokowany i zaskoczony, że nie zareagowałem. A powinienem, bo to przecież brak kultury - mówi mój rozmówca.

    - To są formy niedopuszczalne, nietaktowne. Świadczą o zmęczeniu, niecierpliwości albo o zwykłym braku wychowania - nie ma wątpliwości prof. Jacek Dąbała, który na Uniwersytecie Medycznym w Lublinie prowadzi jedyną w Polsce Samodzielną Pracownię Komunikowania w Medycynie. Razem ze współpracownikami prowadzi zajęcia dla studentów medycyny właśnie z komunikowania. By wiedzieli, co mówić i jak mówić. Bo, jak słyszę, sama wiedza medyczna nie wystarczy, jeśli nie potrafi się odpowiednio komunikować z pacjentem.

    Prof. J. Dąbała prowadzi też szkolenia dla doświadczonych lekarzy. Jak mówi, bywa, że przychodzą po szkoleniu, proszą o radę. Bo wciąż jest wiele do zrobienia w komunikacji między pacjentem a lekarzem czy pielęgniarką. - Lekarz musi mieć określoną wiedzę na temat komunikacji. Chodzi o to, by pacjent czy jego rodzina odebrała takiego lekarza jako takiego, jakim powinien być: zapracowanego, oddanego pacjentowi, uczciwego - mówi prof. Dąbała. A bywa, że odbiór lekarza - po rozmowie z nim - jest zupełnie odwrotny.

    Są oczywiście lekarze otwarci, zawsze uśmiechnięci, przyjaźnie nastawieni do pacjenta i wierzę, że tych jest zdecydowana większość. Ale jednak jest i ta druga strona medalu.

    Jacek Malmon, szef lubelskiej przychodni specjalistycznej przyznaje, że miewał skargi od pacjentów na personel używający niewłaściwych słów. Nie pamięta już dokładnie tych sytuacji, ale się zdarzały. Co wtedy? Przede wszystkim rozmowa z lekarzem i wyjaśnienie, że zawołanie pacjenta ''niech wejdzie'' - jest niedopuszczalne. - Jeśli teraz coś takiego by się zdarzyło, powiedziałbym takiemu lekarzowi ''niech idzie przyjmować pacjentów''. Może poczułby, jak to brzmi. Ta forma jest niegrzeczna, a nie chcę nazywać tego mocniejszymi słowami - mówi Malmon.

    - Grzeczności nigdy za wiele. Jedno słowo ''proszę'' naprawdę zmienia wiele - mówi mi dr Stanisław Gruszka, ortopeda, z wieloletnim doświadczeniem. Jak mówi, nie wyobraża sobie, by można było w tak bezosobowy sposób zwracać do pacjentów. - To bulwersujące. Nie słyszałem tego, ale nie wykluczam, że to może mieć miejsce - dodaje lekarz.

    Dr hab. Paweł Nowak zwraca uwagę, że zwroty w stylu ''niech siada'' czy ''rozebrać się'' to nawiązanie do tego, co było. - Być może są to starsi lekarze, którzy zaczynali swoją praktykę jeszcze w socjalizmie, gdy unikano formy ''proszę pana', bo to nie było zgodne z ideologią i wszyscy byli równi - mówi Nowak. Ale akurat w moim przypadku, lekarz był młody, a mimo to, używał głównie bezokoliczników. W rozwiązaniu problemów komunikacyjnych na linii pacjent - pracownik służby zdrowia ma pomóc powstałe niedawno Polskie Towarzystwo Komunikacji Medycznej, z lekarzami i językoznawcami w składzie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 04 lutego 2015
  • Czy sieć telefonii komórkowej może podpisać z nami umowę na świadczenie konkretnych usług, bez naszej zgody i wiedzy? Historia, o której opowiedziało mi małżeństwo z Warszawy pokazuje, że owszem, tak. ''Nie wiem czy temat jest interesujący zwłaszcza, że nie mamy wiedzy o ewentualnej skali zjawiska. Chodzi o generowanie przez pracownika/ów T-mobile umowy na dodatkowy sprzęt i usługi - bez wiedzy i podpisu abonenta'' - napisał w mailu do mnie pan Marek. Na zdrowy rozum - wydawać by się mogło- coś takiego absolutnie nie jest możliwe. A jednak ...

    Zacznijmy od początku: we wrześniu 2014 roku pani Anna, żona pana Marka, który do mnie napisał, lekarka prowadząca przychodnię, zgłosiła się do punktu T-Mobile, bo miała problemy ze smartfonem i chciała prosić o naprawę. To właśnie w tym czasie - jak opowiada - miało dojść do podpisania rzekomej umowy m.in. na telefonię mobilną i transmisję danych. Tyle, że ona - o żadnej umowie nic nie wiedziała, nie chciała jej podpisywać, w ogóle nie miała nawet takich planów.

    Pani Anna, co ważne, umowę na telefon komórkowy ze wskazanym operatorem , miała już dużo wcześniej - to umowa na firmę, płaciła dość wysokie rachunki. Początkowo, nie zorientowała się nawet, że coś jest nie tak. Gdy jednak tylko to zauważyła, złożyła reklamację. Z tego, co opowiada, nie było to proste, ale w końcu się udało.

    Mimo to, opłaty wciąż były naliczane, płaciła, by ktoś nie zarzucił, że nie płaci, a ona dalej czekała i czekała. W listopadzie złożyła swoje żądania na piśmie - m.in. aby anulowano ze skutkiem natychmiastowym umowę zawartą bez jej zgody i wiedzy oraz aby zwrócono jej wszystkie poniesione w związku z tym koszty. Ale reakcji dalej nie było.

    Interweniowałam w tej sprawie i w tej chwili już wiemy, że pani Anna dostanie zwrot wszystkich poniesionych opłat. T-Mobile przyznaje, że pracownik sieci - bez podstaw prawnych - sam wygenerował umowę w systemie. W piśmie od operatora z 21.01.2015 (po interwencji) z przeprosinami, przedstawicielka sieci tłumaczy abonentce, że na skutek ''pomyłki popełnionej przez pracownika punktu sprzedaży'' na początku września rzeczywiście aktywowano umowę - tyle, że pracownik punktu sprzedaży już 24 września miał potwierdzić fakt zaistnienia tej pomyłki. Jednak ''z uwagi na okres, jaki wówczas wpłynął od aktywacji umowy, nie została ona anulowana''.

    Czyli: wiedzieli, że mają ''dziwną'' umowę i nic z tym przez kilka miesięcy nie zrobili? Wystawiali kobiecie faktury i dalej kazali płacić?

    Ciekawe jest też stanowisko T-Mobile, które dostałam od Piotra Żaczko z Biura Prasowego: ''Według przekazanych nam informacji, przedwczesne wprowadzenie umowy do systemu było powodowane chęcią maksymalnego skrócenia procesu aktywacji usługi, i stanowić miało wyraz elastycznego i proklienckiego podejścia''. Czyli mówiąc inaczej - chcieli pójść pani Annie na rękę, mimo, że ona - co podkreśla - nigdy nie chciała ŻADNEJ umowy podpisywać.

    I jeszcze: ''(...) mamy nadzieję, że dalsze korzystanie z usług firmy będzie dla klientki wyłącznie źródłem satysfakcji''. Szczerze? Raczej bym na to nie liczyła.

    Dodam jeszcze, że sprawa jest też w prokuraturze.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 27 stycznia 2015
  • 27 tysięcy kart onkologicznych trafiło do pacjentów od początku stycznia - to dane, które przekazała mi centrala NFZ. Kart diagnostyki i leczenia onkologicznego jest więc już ogromna liczba. Najwięcej z nich wydały same szpitale - ponad 18 tysięcy; ponad 3 i pół tysiąca - specjaliści i wreszcie około 5 tysięcy - lekarze rodzinni.

    I dziś na blogu właśnie o kartach wydawanych przez lekarzy POZ - kartach, w których pojawiają się błędy. Do biura rzecznika praw pacjenta trafiają sygnały od chorych czy członków ich rodzin, że są odsyłani ze szpitala, bo ... lekarz rodzinny się pomylił. Marzanna Bieńkowska, kierownik Zespołu Interwencyjno - Poradniczego potwierdziła w rozmowie ze mną, że jest taki problem. Na szczęście nie jest nagminny, ale się pojawia. I stąd prośby do rzecznika o interwencję i pomoc.

    Problem może dotyczyć mniejszych szpitali - w dużych centrach onkologii usłyszałam zapewnienie, że starają się nikogo nie odsyłać. Joanna Komolka, rzecznik Centrum Onkologii - Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie w Warszawie przyznała, że zdarzają się u nich karty z błędami. - Nie ma to jednak wpływu dla pacjenta, jest przyjmowany dalej, a koordynatorzy wyjaśniają sytuację bezpośrednio z lekarzem, czy placówką, która taką kartę źle przygotowała - zapewnia rzeczniczka warszawskiego szpitala.

    Karty z błędami zdarzają się też w Dolnośląskim Centrum Onkologii we Wrocławiu. Rzecznik tej placówki, Maciej Kozioł przekazał mi, że najczęstszy problem to wystawianie kart onkologicznych pacjentom już zdiagnozowanym, będącym w trakcie leczenia onkologicznego. A system przewiduje sztywną ścieżkę pacjenta leczonego w ramach pakietu onkologicznego. - Karta wystawiona przez lekarza POZ kieruje pacjenta do wstępnej diagnostyki onkologicznej w poradni specjalistycznej. W sytuacji, kiedy pacjent jest już zdiagnozowany trudno mówić diagnostyce wstępnej - informuje Maciej Kozioł.

    We Wrocławiu zwrócili uwagę na jeszcze jeden problem - błędy, ujmijmy to, techniczne: np. brak podpisu lekarza rodzinnego czy brak "podłączonych" do zielonej karty badań pacjenta (karta jest i w wersji papierowej, i w wersji elektronicznej, dlatego napisałam o "podłączeniu" badań).

    Również do Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej trafiają karty błędnie wypełnione. Ale jak zapewnia mnie rzecznik centrum, dr Rafał Janiszewski, nie są to błędy, które powodowałyby odesłanie pacjenta z powrotem do lekarza rodzinnego, by ten kartę poprawił. - W sytuacji, gdy np. jest błędnie wpisany adres albo przekręcone nazwisko czy brakuje badań, z reguły sami kontaktujemy się z lekarzami rodzinnymi. I udaje się sprawę wyjaśnić - mówi dr Janiszewski.

    Pytałam i w NFZ, i w Ministerstwie Zdrowia, czy potrafią ''wyłapać'' zielone karty z błędami, ile ich jest. Na razie takiej technicznej opcji jednak nie ma. Więc nie da się stwierdzić, jak duży to problem.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 22 stycznia 2015
  • Wyczytywać przez głośnik nazwiska pacjentów, którzy mają wejść do gabinetu lekarza czy nie wyczytywać? Temat z mojego ostatniego wpisu wywołał duże emocje. Jak pisałam, zdaniem Marzanny Bieńkowskiej z biura rzecznika praw pacjenta, nazwiska nie powinny być wyczytywane i w ten sposób upubliczniane. W tej sprawie wypowiadał się już wcześniej inspektor ochrony danych osobowych.

    Ale... Jeden z internautów, który do mnie napisał - lekarz proszący o niepodawanie jego danych - zwraca uwagę na drugą stronę medalu. Na przykład na to, że ''chcąc zachować anonimowość zamienimy się wszyscy w numerki''. Jasna sprawa, większości z nas bycie numerkiem nie będzie odpowiadać. Mnie również. Ale gdybym była chora i trafiła do przychodni, nie chciałabym, aby głoszono przez megafon ''Gmiterek-Zabłocka, gabinet numer 4''. Tutaj mam prawo pozostać numerkiem i zachować dla siebie, że ja to właśnie ja i że mam problem ze zdrowiem.

    Internauta pyta też, ''dlaczego w takim razie w sądach wisi wokanda z rozpisanymi rozprawami - kto przeciw komu i dlaczego, z imionami i nazwiskami ofiary, sprawcy i świadków? Dlaczego każdy przechodzień może wejść do budynku sądu i przeczytać, że właśnie państwo X się rozwodzą? Czy tam wolno? Czy to nie jest jeszcze bardziej wymagający anonimowości teren?''.

    Przyznam, że w sądach - zawodowo - bywam dość często. Nigdy nie miałam wrażenia, że ktoś ujawnia czyjeś dane. Może dlatego, że tam nie ma tłumów, tak jak w przychodniach i szpitalach? A może rzeczywiście jest w tym jakaś racja?

    Ale w mailu od słuchacza jest coś jeszcze, coś co przekonuje mnie w stu procentach i co może być problemem i dla pacjentów, i dla lekarzy. Sprawa, która ściśle wiąże się z ujawnianiem intymnych informacji o Iksińskim czy Kowalskim.

    ''Jak w takim razie rozwiązać problem szpitali z wieloosobowymi salami, gdzie nie ma żadnej możliwości uszanowania intymności rozmowy z chorym, bo ani na parawan nie ma miejsca, ani tego parawanu nie ma, a i tak wszystko słychać? Niejednokrotnie badając chorych na takiej właśnie sali, mam dylemat, bo pytać o problemy muszę, by leczyć, a wiem, że zadaję często pytania ze sfery wstydliwej'' - pisze internauta-lekarz. No właśnie, jak to rozwiązać? Zasady zasadami, a życie życiem. ''Szpital staje się takim specyficznym Big Brotherem, bo rozmowy o czynnościach fizjologicznych siłą rzeczy przestają być rozmowami intymnymi'' - słusznie zauważa internauta.

    Mam w domu lekarza. Usłyszałam od niego dzisiaj, że problem z wyczytywaniem nazwisk przez głośnik to problem wydumany. Bo w przychodni czy w szpitalu pacjent jest pacjentem, a nie znanym aktorem, dziennikarzem, księdzem, policjantem czy politykiem. Hmm.... Pewnie coś w tym jest. Ale ja nie jestem lekarzem, a bywam pacjentem, więc mój ogląd sytuacji siłą rzeczy może być subiektywny. I subiektywnie, w tym konkretnym przypadku, wolę jednak pozostać numerem 1, 2, 3 czy 20.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • Wywoływanie pacjenta po nazwisku przed gabinetem lekarskim to łamanie prawa. Tak samo jak wywieszenie na drzwiach poradni listy z kolejnością przyjęć i nazwiskami poszczególnych chorych. To informacja, którą uzyskałam od Marzanny Bieńkowskiej, kierownik zespołu interwencyjno-poradniczego w biurze rzecznika praw pacjenta.

    To temat, do którego wracam na moim blogu - opisywałam już historię pana Sebastiana z Warszawy, którego mama leczy się w szpitalu onkologicznym przy ul. Wawelskiej. Gdy czeka przed gabinetem w przychodni, jej nazwisko, tak jak innych chorych, jest wyczytywane przez głośnik, by weszła do konkretnego gabinetu. Słuchacz zwrócił się do mnie z pytaniem, gdzie tu ochrona danych osobowych?

    Ale jest coś jeszcze. Szpital onkologiczny to miejsce, w którym przebywają osoby ciężko chore albo z podejrzeniem raka. Zestresowane, smutne, przygnębione. I niekoniecznie chcą, by przez głośnik wszem i wobec ogłaszać ich nazwisko.

    - Świadczeniodawca ma obowiązek zachowania tajemnicy związanej z pacjentem. Wyczytywanie nazwisk nie jest właściwe - mówi mi Marzanna Bieńkowska. I dodaje, że rzecznik praw pacjenta prowadził kiedyś postępowanie związane z wywieszeniem na drzwiach poradni listy z kolejnością przyjmowania pacjentów, z ich imionami i nazwiskami, kto ma po kolei wchodzić. - Wypowiedział się wtedy m.in główny inspektor ochrony danych osobowych, że to niezgodne z prawem. Jest to naruszenie ustawy o ochronie danych osobowych - mówi Bieńkowska. Jak zapewnia, jeśli pan Sebastian zgłosi swoją wątpliwość w biurze rzecznika praw pacjenta, na pewno ta kwestia zostanie przez nich zbadana.

    I rzeczywiście, znalazłam w sieci stanowisko Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych - już w 2012 roku pisał do Prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej w tej właśnie sprawie. ZAJRZYJ

    Co można tu wyczytać? ''Niniejszym zwracam się do Pana Prezesa z prośbą o zasygnalizowanie członkom samorządu lekarskiego konieczności respektowania prawa do prywatności oraz ochrony informacji związanych z pacjentem podczas wykonywania praktyk lekarskich, jak również organizowania obsługi pacjentów, w szczególności w sytuacjach rejestrowania pacjentów na wizyty lekarskie, wydawania im wyników badań, ustalania harmonogramu zabiegów w sanatoriach, wywoływania do gabinetów lekarskich lekarzy specjalistów itp. Jako organ ochrony danych osobowych wielokrotnie otrzymuję pisma zawierające zastrzeżenia i wątpliwości pacjentów dotyczące sposobu wykonywania powyższych czynności'' - pisał do szefa lekarskiego samorządu szef GIODO.

    Powoływał się m.in. na ustawę o ochronie danych, ale też na ustawę o zawodzie lekarza. Nawiązywał do tajemnicy lekarskiej. Warto chyba przypomnieć, że takie są zasady - można przecież wywołać pacjenta "Numerek dwa proszony do gabinetu 44". A nie po nazwisku, co wciąż się zdarza.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 20 stycznia 2015
  • ''Kowalski do gabinetu numer 3. Iksiński - pokój nr 4''? Chorzy na raka czy z podejrzeniem nowotworu są proszeni do gabinetu n wizytę lekarską, przez głośniki, po nazwisku. Chodzi o szpital onkologiczny przy Wawelskiej w Warszawie, a napisał mi o tym jeden ze słuchaczy, który bywa tam razem ze swoją chorą mamą.

    Pan Sebastian zastanawia się, gdzie tu ochrona danych osobowych? Poza tym, gdzie ludzka empatia: w przychodni na wizytę czekają osoby chore, być może nie chcą, by ktoś przez głośnik wyczytywał ich nazwisko? Słuchacz zwraca uwagę także na coś innego. ''Idealne źródło informacji dla reprezentantów towarzystw ubezpieczeń na życie'' - napisał.

    Postanowiłam to sprawdzić, bo rzeczywiście, coś jest na rzeczy. Zwłaszcza w przychodni onkologicznej zapraszanie chorych na badanie czy wizytę chyba można byłoby jednak zorganizować inaczej? Joanna Komolka, rzecznik Centrum Onkologii-Instytutu im. Marii Skłodowskiej-Curie przyznała w udzielonej mi odpowiedzi, że tak się dzieje.

    Dlaczego? ''Część poradniana Instytutu podzielona jest na 2 części. Jedna jest wyremontowana i tam pacjenci są wywoływani po tzw. ''numerkach'', które pobierają. Druga - stara część jest przygotowywana do remontu. Po jego wykonaniu, taki sam system będzie tam obowiązywał. W tej chwili nie ma po prostu takiej technicznej możliwości. Wszystkie remonty uzależniane są od sytuacji finansowej, stąd remonty wykonywane są etapami'' - napisała mi pani rzecznik.

    Rozumiem, system kolejkowy, elektronika, remonty i te sprawy. Ale może tradycyjne papierowe numerki byłyby - TYMCZASOWO, do czasu remontu - jakimś rozwiązaniem? Bo skoro dostaję taki sygnał, to znaczy, że są osoby, którym wyczytywanie chorych po nazwisku po prostu przeszkadza. I warto wziąć to pod uwagę.

    Po nazwisku, przez głośnik. Zapraszają pacjentów z nowotworem

    Słuchacz z Warszawy napisał mi też o tym, że aby dostać się do lekarza-onkologa w tym szpitalu, pacjenci w kolejce muszą siedzieć od rana, często po wiele godzin. To samo jest w Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej.

    ''Proponuję Pani przebycie ''ścieżki zdrowia'' jaką zorganizowała pacjentom Centrum Onkologii Ziemi Lubelskiej ,administracja tej instytucji. Odbywałem ją już kilkukrotnie z chorą mamą i nie mogę wyjść ze zdziwienia jak można się nie liczyć ze zdrowiem i czasem osób chorych. Kilkukrotnie widziałem jak ''ścieżkę'' przebywały osoby, które były już w takim stanie, że były wożone przez bliskie osoby na wózkach inwalidzkich'' - napisał mi pan Mirosław.

    Opisał, jak wygląda wizyta w przychodni przed chemioterapią: pacjenci czekają pod gabinetami, do lekarza, na badania - trwa to godzinami i wszędzie są kolejki. Byłam, widziałam, tłumy ludzi w poczekalni, ludzi chorych, czekających po kilka godzin.

    Rozmawiałam z rzecznikiem Centrum Onkologii w Lublinie. Dr Rafał Janiszewski przyznał, że szpital boryka się ogromnymi problemami lokalowymi, czeka na otwarcie nowego gmachu w połowie roku. Zdaniem dr Janiszewskiego, to bardzo dużo zmieni, bo będą nowe gabinety i większe możliwości przyjmowania pacjentów. Powinien się skrócić czas oczekiwania przed gabinetem. Dziś brakuje miejsca.

    - Wykorzystujemy naprawdę każdy centymetr powierzchni - mówi dr Janiszewski. - Kwestie lokalowe, a kwestie organizacyjne to dwie zupełnie różne sprawy - odpowiada nasz słuchacz.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 14 stycznia 2015
  • Dzisiaj u mnie o hot spotach, czyli punktach z otwartym dostępem do internetu. Chyba większość z nas jest przyzwyczajona, że jak jest hot spot, to BEZPŁATNIE łączymy się z siecią, akceptujemy regulamin i surfujemy. Ale nie wszędzie. W regionie lubelskim, aby skorzystać z hot spotów powstałych za unijne pieniądze, w ramach marszałkowskiego projektu "Wrota Lubelszczyzny", trzeba najpierw wysłać SMS. Takich hot spotów jest 175.

    Gdy jesteśmy w pobliżu urządzenia umieszczonego na budynku szpitala czy np. biblioteki, powinniśmy wysłać wiadomość tekstową i w odpowiedzi dostać kod dostępu. Dopiero wtedy możemy się połączyć. SMS kosztuje około 60 groszy. Nie jest drogi, to prawda. Ale po co w ogóle go wysyłać? Między innymi po to, aby zarejestrować się w systemie i nie być anonimowym. - Opłata SMS-wa pozwala jednoznacznie zidentyfikować danego użytkownika - usłyszałam od Wojciecha Romanka z Urzędu Marszałkowskiego w Lublinie.

    W. Romanek powiedział mi też, że wysłanie SMSa to sposób wygodny, bo użytkownik nie musi nigdzie chodzić, rejestrować się, prosić o hasło. Tyle, że przy wielu miejskich hot spotach przecież też nigdzie nie chodzimy - siadamy w parku czy na ławce przy hotelu, łączymy się z siecią, akceptujemy regulamin i działamy.

    Urzędnicy marszałka tłumaczą mi, że SMS jest wysyłany tylko raz, aby się zarejestrować. To prawda, ale jednak jeśli ktoś hasło zgubi, wykasuje SMS-y, to jest problem i trzeba zacząć od nowa. Doświadczył tego słuchacz TOK FM, pan Andrzej, który do mnie napisał. ''Niestety zgubiłem SMSa z loginem czy hasłem. Napisałem maila do Urzędu Marszałkowskiego z pytaniem, jak mogę go odzyskać, bo nie zamierzam za każdym razem rejestrować się na nowo i za to płacić. Oczywiście mój list pozostał bez odpowiedzi. Buduje się coś dla obywatela, a jednocześnie utrudnia korzystanie z systemu'' - pisze pan Andrzej.

    Powiem coś jeszcze, marszałkowskie hot spoty pojawiły się w 2011 roku m.in. w szpitalach. Tyle, że pacjenci byli nieufni: po co SMS, może ktoś chce śledzić moje ruchy w sieci? W efekcie, np. w szpitalu Jana Bożego (i w dawnym Kolejowym) zamontowano własne, szpitalne hot spoty dla pacjentów. Z darmowym dostępem, bez żadnych SMSów.

    Urzędnicy mówią mi, że hot spoty się sprawdzają, a od 2011 r. (od kiedy działają) było ponad 770 tysięcy wejść. Dla przykładu - szpital przy Kraśnickiej w Lublinie ok. 18 tysięcy wejść, szpital w Białej Podlaskiej - 13 tysięcy, Wojewódzka Biblioteka Publiczna w Lublinie - nieco ponad 8 tysięcy. Tylko czy to rzeczywiście dużo? Odnieśmy to do samego tylko Lublina: tu z miejskich hot spotów (a jest ich na razie tylko 30), korzysta DZIENNIE około tysiąca osób.

    Marszałkowskie "Wrota Lubelszczyzny" to projekt, który kosztował prawie 40 milionów złotych. Oczywiście, hot spoty to tylko niewielka część tego projektu - w ramach niego powstał m.in. portal turystyczny, zinformatyzowano urzędy, pojawiły się e-ułatwienia dla petentów.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 06 stycznia 2015
  • ''To była wielka miłość, coś nie wyszło, ale chcę ją odnaleźć'' - takie listy z prośbą o pomoc trafiają do... urzędów, w których gromadzone są nasze dane osobowe, w tym adresy. Dla przykładu, do Wydziału Spraw Administracyjnych Urzędu Miasta w Lublinie rocznie wpływa kilkaset próśb o udostępnienie adresu pana X czy pani Y. Piszą komornicy, banki, policja. Ale nie tylko. Spora część to prośby sentymentalne, romantyczne, czasami dość zabawne - słyszę od urzędników.

    Przy jakich okazjach pojawiają się prośby o czyjś adres? - Często się zdarza, że ktoś organizuje jakiś jubileusz matury i szuka osób, które chodziły z nim do klasy. Ktoś inny szuka kolegi z wojska. Bywa też tak, że dostajemy prośby od osób, które szukają znajomego czy znajomej z sanatorium - mówi mi dyr. Lesław Mazur z Urzędu Miasta w Lublinie.Urzędnicy mogą udostępnić adres danej osoby tylko wtedy, gdy wyrazi ona na to swoją zgodę. Czyli mówiąc inaczej, piszą do niej list i pytają, czy chce by taka i taka osoba dostała do niej kontakt. Jeśli się zgadza, adres udostępniają. - W innej sytuacji tego nie robimy, ponieważ to uzasadnienie, czyli np. jubileusz matury, jest zbyt słabe, aby urząd mógł udostępnić dane osobowe - zdradza Mazur.

    Bywają prośby bardzo romantyczne. - Chłopak opisuje swoją wielką miłość do dziewczyny, z którą chodził jeszcze w okresie liceum. Potem kontakt się urwał. Minęło kilkanaście czy więcej lat, a on szuka tej miłości - mówi Mazur. Jeśli kobieta się zgadza, mężczyzna jej adres dostaje.

    Jak często się zgadzają? - Bywa bardzo różnie, bo przecież życie jest bardzo złożone i różne - słyszę od urzędników. Części osób - nazwijmy to - poszukiwanych bardzo na tym zależy, dzwonią do urzędników, proszą o jak najszybsze przekazanie ich adresu. Ale są i tacy, którzy piszą kategorycznie NIE.

    Do urzędów o pomoc zwracają się też osoby, które szukają swoich dłużników. - Odpowiadamy za każdym razem tak samo: to sąd jest od tego, aby w tej sytuacji ustalać adres - mówią mi urzędnicy. Bywają też sytuacje zabawne, gdy np. ktoś szuka pani Halinki, bo jest jej winien 10 złotych.

    Co ważne, w określonych przypadkach urzędnicy nie muszą pytać pani X czy pana Y, czy zgadza się na udostępnienie swojego adresu. Dzieje się tak, gdy toczy się jakaś sprawa w sądzie i Kowalski dokładnie udokumentuje, że taki adres jest niezbędny.

    Psycholodzy nie są zdziwieni, że szukamy dawnych miłości, przyjaciół, znajomych. Dr Piotr Kwiatkowski z UMCS przyznaje jednak, że takie spotkania mogą być rozczarowujące. Bo zmieniliśmy się zarówno my, jak i ta druga strona. Mamy określone osiągnięcia, pracę, rodzinę. Co nie znaczy, że taki powrót - zawsze będzie nieudany.

    Romantyzm i sentymentalizm to jedno, ale psycholodzy zwracają też uwagę na coś jeszcze: niektórzy szukają, bo - w ramach pracy - budują ''struktury'' swojej działalności. - Bywa, że zajmujemy się sprzedażą określonych produktów. Aby zarobić więcej, potrzebujemy osób, które będą ''pod nami'', będą niejako pracować na nas. I szukamy znajomych sprzed lat. Tak też się zdarza - przekonują.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 05 stycznia 2015
  • Miesięczne stawki za wywóz śmieci: 9, 12, nawet 28 złotych. A miesięczna lekarska stawka kapitacyjna na jednego pacjenta - na dziś to 8 złotych. Takie porównanie, dosadne i mocne, znalazło się na stronie Poradni Rodzinnej w Tomaszowie Lubelskim. Można je też znaleźć na Facebook'owym profilu Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych - Pracodawców (współpracującego ściśle z Porozumieniem Zielonogórskim).

    Szczerze mówiąc, nie porównywałabym w jednym zestawieniu wywozu śmieci i leczenia pacjentów. Ale może warto w tym miejscu dodać, że lekarze dostają stawkę ''na pacjenta'' - czy Kowalski, Nowak albo Iksiński przyjdzie w danym miesiącu na wizytę czy też nie. Wielu nie przychodzi ani razu w ciągu roku, a pieniądze wpływają. Jak ustaliłam w NFZ-cie, jeden lekarz może mieć pod swoją opieką 2750 pacjentów.

    Facebook - Lubelski Związek Lekarzy Rodzinnych-Pracodawców:

    Protestujący lekarze zamieścili na swoim profilu coś jeszcze - informację, że są przychodnie/ lekarze, którzy podpisali umowy z Narodowym Funduszem Zdrowia, ale chcą się z tego wycofać. Że podpisali ją pod wpływem ''presji ministerstwa'' i chcą swoją decyzję zmienić. Dlatego, jak czytam, Porozumienie Zielonogórskie przygotowało WZÓR WYPOWIEDZENIA UMOWY Z NFZ.

    We wzorze czytamy m.in., że lekarz może podać swoje imię i nazwisko, przychodnię, w której leczy i informację, że się wycofuje, bo ''umowę zawarł wskutek ZASTRASZANIA przez Ministra Zdrowia''.

    A pacjenci? Chodzą od przychodni do przychodni, w wielu m.in. na Lubelszczyźnie (gdzie normalnie pracuje tylko nieco ponad połowa NZOZ-ów) zastają zamknięte drzwi. Dzwonią na infolinię uruchomioną przez wojewodę i NFZ - numer 987. Jak przekazał mi Marcin Bielesz, rzecznik wojewody, telefonów jest bardzo dużo. W piątek zadzwoniło ponad 100 osób, telefony były też w weekend.

    - Operator numeru 987 ma aktualną listę przychodni, które podpisały umowy z NFZ i normalnie przyjmują pacjentów, a także listę Szpitalnych Oddziałów Ratunkowych, izb przyjęć i punktów nocnej i świątecznej opieki zdrowotnej, które przyjmują pacjentów w ramach POZ. Listę mają też w 112, na wszelki wypadek - informuje Marcin Bielesz.

    Większość telefonów to pytania o to, gdzie są otwarte przychodnie, ale zdarzyły się już pytania o to, gdzie przyjmuje konkretny lekarz, czego operator infolinii oczywiście nie może wiedzieć. Był też telefon z pretensjami o to, że ktoś nie mógł wejść na stronę internetową NFZ.

    ''W dużych miastach chorzy sobie poradzą, ale w małych? Pacjenci naprawdę są pozostawieni sami sobie. Szukanie pomocy wcale nie jest łatwe, gdy do lekarza trzeba jechać np. kilkadziesiąt kilometrów. Nie chcę stawać po niczyjej stronie, ale mam wrażenie, że i lekarze, i pan minister widzą tylko czubek swojego nosa. Bo wina zawsze leży pośrodku'' - odezwał się do mnie pan Grzegorz, słuchacz TOK FM.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 02 stycznia 2015
  • W wielu miejscach w Polsce przychodnie są nieczynne i nie wiadomo, kiedy zostaną otwarte. Piszę o tym po telefonie od jednego z lekarzy z Lubelszczyzny. - Chciałbym pracować, ale nie mogę. Choć to niezgodnie z moimi przekonaniami, z moim poczuciem etyki zawodowej. Jestem dla pacjenta, ale co mam zrobić? - pyta pan Wojciech. Dlaczego chce pracować, ale nie może? Bo jest pracownikiem etatowym, dla niego ''przychodnia'' to ''miejsce pracy'' - a właściciel przychodni umowy z NFZ-tem podpisać nie chce. Czeka, co uda się osiągnąć Porozumieniu Zielonogórskiemu, do jakich kompromisów dojdzie. - Efekt jest taki, że czekam w domu na telefon, a moi pacjenci zastają zamknięte na klucz drzwi i odchodzą z niczym - mówi mi lekarz.

    Pewnie nie on jeden, pewnie nie tylko w takiej sytuacji. Do lubelskiego oddziału NFZ dzwonili lekarze, którzy mają spółki z innymi lekarzami. I powstał spór: bo wspólnik A chce podpisać porozumienie z Funduszem, a wspólnik B mówi ''absolutnie''. - Mieliśmy kilka takich telefonów, ale przepisy są jasne: umowa musi być podpisana przez obu wspólników, żeby była ważna - wyjaśnia Dorota Blechar, zastępca dyrektora w NFZ w Lublinie.

    Na Lubelszczyźnie bez umów z NFZ wciąż pozostaje prawie połowa przychodni. A lekarze rodzinni zrzeszeni w lubelskim związku (związanym z Porozumieniem Zielonogórskim), którzy mają dziś wolne, spotkali się na szkoleniu onkologicznym, w jednym z hoteli. Odnieśli się m.in. do informacji Narodowego Funduszu Zdrowia, że lekarze mieli ofertę podpisania aneksów, dokładnie na takich samych zasadach jak do tej pory (bez pakietu onkologicznego). Dowodzili, że to nieprawda. - Urzędnicy NFZ po raz kolejny wprowadzają w błąd. To jest świadoma manipulacja - mówił dr Marek Sobolewski z Lubelskiego Związku Lekarzy Rodzinnych - Pracodawców.

    O co w tym sporze chodzi? Lekarze przekonują, że wcale nie głównie o pieniądze. Argumentują, że zmieniono im zapisy prawne w umowach i wykluczono możliwość jakichkolwiek negocjacji. - Jak prezes NFZ w dowolnym momencie zechce coś w umowie zmienić, to nie musi z nami o tym w ogóle rozmawiać. Może zrobić to odgórnie, a na to się nie zgadzamy - mówili w Lublinie lekarze.

    Na jednym ze slajdów, który przygotowali w swojej prezentacji, znalazł się apel do pacjentów, by ich poparli, bo ''walczą dla dobra pacjentów''. O jakie dobro chodzi? Lekarze tłumaczą, że chodzi o nieprecyzyjne zapisy w pakiecie onkologicznym. W przepisach nie ma jasnej informacji, kiedy lekarz ma wysłać pacjenta na ''krótką ścieżkę'' w ramach pakietu onkologicznego (czyli badania bez kolejki), a kiedy może odmówić. - Minister nie przyjmuje w gabinecie. To my będziemy musieli powiedzieć pacjentowi ''proszę pana, proszę pani, to są tylko obietnice ministra, to nie ma pokrycia w faktach'' - mówił Marek Sobolewski.

    Gdzie jest racja? Zapewne gdzieś pośrodku, ale jakie to ma znaczenie dla nas pacjentów? Mój lekarz rodzinny na szczęście przyjmuje normalnie. Ale rozumiem chorych, którzy mogą mieć GIGANTYCZNY problem. Bo jak powiedział mi jeden z pacjentów, pieniądze dziś są, jutro ich nie ma - a tu chodzi przecież o zdrowie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 22 grudnia 2014
  • Poznałam właśnie wyniki kontroli przeprowadzonej w Zespole Szkół Sportowych w Krapkowicach. Były nieprawidłowości ! To szkoła, w której nauczycielka matematyki zdjęła krzyż ze ściany w pokoju nauczycielskim. Był dla niej problemem, bo uważa, że krzyże nie powinny wisieć w takich miejscach. Nauczycielkę - jak twierdzi spotkały szykany i ostracyzm, dlatego poszła do sądu z pozwem o dyskryminacje na tle światopoglądowym.

    Tymczasem Rada Rodziców w tej właśnie szkole przygotowała ankietę na temat krzyża - ankietę poprzedzoną swoistą ''inwokacją''. Niżej znalazło się pytanie: "Czy przeszkadza ci krzyż w wychowawczej przestrzeni naszej szkoły?". I trzy odpowiedzi do wyboru: tak, nie, nie mam zdania. I na samym dole miejsce na podpis. PRZECZYTAJ

    Po nagłośnieniu tej sprawy ankietą zainteresowało się Kuratorium Oświaty w Opolu. W szkole przeprowadzono kontrolę i stwierdzono nieprawidłowości. Jak ustaliłam, dyrekcja szkoły protokół z kontroli podpisała i żadnych zastrzeżeń nie wniosła.

    Co ustaliła kontrola?

    1/ M.in. że zobowiązanie rodziców do złożenia podpisu pod ankietą to złamanie prawa. ''wskazuje na możliwość pozyskania przez pracowników szkoły informacji o osobach i odpowiedziach, jakie zostały udzielone''. A to niezgodne z art. 53 ust. 7 Konstytucji ''Nikt nie może być obowiązany przez organy władzy publicznej do ujawnienia swojego światopoglądu, przekonań religijnych i wyznania''.

    2/ Wskazano też, że organizatorzy ankiety mogli gromadzić dane osobowe - dane wrażliwe, których gromadzić nie powinni, bo żaden przepis na to nie pozwala.

    3/ Zastrzeżeń było więcej, ale Kuratorium nie chce ich ujawnić.

    Jak ustaliłam, kuratorium wydało dyrektorowi szkoły kilka zaleceń - m.in. by nie pozwalał na łamanie art. 53 ust. 7 Konstytucji czy na zbieranie danych wrażliwych przez osoby czy organy do tego nieuprawnione.

    ALE jest coś jeszcze: zalecono też dokonanie zmian w Programie Wychowawczym Szkoły, ''bowiem umieszczone w nim zapisy nie powinny naruszać Konstytucji''.

    Który z zapisów z programu szkoły naruszał Konstytucję? W czym tkwił problem? Co nakazano konkretnie szkole zmienić? Hmm... No właśnie. Kuratorium napisało mi tak: ''Nie widzimy uzasadnienia do upubliczniania treści (określonych zapisów) wspomnianego programu(...)''.

    Tyle tylko, że Program Wychowawczy Szkoły już dawno został upubliczniony, jest dostępny w internecie. Przejrzałam go, ale być może jest to już wersja zmieniona.

    W każdym razie, chciałam ustalić, jaki zapis wzbudził wątpliwości kuratorium? Ale kuratorium milczy jak zaklęte.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 16 grudnia 2014
  • Odezwał się do mnie ostatnio słuchacz, który akurat... leżał w szpitalu, po operacji kolana. Pisał o kilku różnych tematach, w tym o internecie, z którego korzystał - darmowym dostępie do sieci, w szpitalu właśnie. ''Bezpłatne WiFi. Super sprawa''. Okazuje się, że coraz więcej placówek idzie z duchem czasu.

    Jest wśród nich Okręgowy Szpital Kolejowy w Lublinie. Pacjenci mogą tu bezpłatnie korzystać z sieci, na swoich tabletach, smartfonach czy laptopach. - Pacjent przychodząc do szpitala nie musi nikogo prosić o hasło czy login, nie musi niczego zapisywać czy pamiętać. Jest to po prostu sieć otwarta - mówi mi Mariusz Musiatowicz, szpitalny informatyk. Jak tłumaczy, wystarczy, że chory zaakceptuje regulamin.

    A w regulaminie jest mowa m.in. o tym, że nie można korzystać z serwisów nielegalnych czy powodować niebezpiecznych zdarzeń w sieci, w tym rozsyłać spamu. Nie wolno też korzystać z serwisów, w których użytkownicy wymieniają się filmami czy muzyką.

    Co ciekawe, nie ma natomiast obostrzeń np. związanych z pornografią - jak przekonuje Kamila Ćwik ze Szpitala Kolejowego, leżą tu osoby dorosłe, które mają prawo do własnych decyzji. - Dostępność do stron internetowych jest zgodna z przepisami. Każdy we własnym zakresie, we własnym sumieniu, powinien zdecydować na jakie strony wchodzi, jakie treści są dla niego przeznaczone - dodaje w rozmowie ze mną Kamila Ćwik.

    W szpitalu słyszę, że internet dla wszystkich okazał się strzałem w dziesiątkę - korzystano z niego już na prawie 2,5 tysiącu urządzeń mobilnych. - Najczęściej w godzinach porannych, na oddziałach neurologi i laryngologii, gdzie mamy pacjentów w najmłodszym wieku - mówi informatyk.

    Jak jest w innych szpitalach? Poszperałam trochę w sieci i wiem, że Szpital Kolejowy w Lublinie nie jest rodzynkiem na skalę ogólnopolską. Są i inni - m.in. szpitale w Mińsku Mazowieckim, w Piekarach Śląskich, w Białej Podlaskiej, Chojnicach czy Poznaniu. Ale nie wszędzie jest tak łatwo jak w Lublinie - np. w Chojnicach, jak napisano na stronie szpitala,by się zalogować trzeba użyć swojego numeru ID z opaski identyfikacyjnej i numeru PESEL.

    Pacjenta Michała Lipca spotkałam na Oddziale Laryngologii. Jest tuż po zabiegu, leży, nie za bardzo może wstawać. Z bezpłatnego, szpitalnego dostępu do sieci korzysta niemal non stop. - Dla mnie to jest super, bo nie muszę wykorzystywać swojego pakietu internetowego, który mam w telefonie, a który jest jednak dość ograniczony. A wiadomo, leżąc w szpitalu można się wynudzić, więc internet jest bardzo przydatny - mówi mi pacjent. Co robi w sieci? Słucha muzyki, ogląda seriale, czyta. - Powiem szczerze, byłem mocno zdziwiony, bo jak zacząłem oglądać serial, myślałem, że będzie się zawieszać, a nie było żadnego problemu - dodaje. No i jeszcze coś: można być na bieżąco, z rodziną, znajomymi, ze światem.

    Jak ktoś nie chce z tego korzystać, nie korzysta. Ale jak chce - to może.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 15 grudnia 2014
  • Jeden wpis na portalu społecznościowym i wielka burza. Rzecznik Praw Dziecka, Marek Michalak kilka dni temu zamieścił taki oto wpis: ''Dzieci mają prawo wierzyć w Świętego Mikołaja. Pomóżmy zatrzymać tę wiarę jak najdłużej. Mikołaj potrzebuje naszej pomocy''. A już dziś Fundacja ''Wolność od religii'' apeluje do rzecznika: NIECH PAN USTĄPI.

    W Internecie rozpętała się burza, bo rzecznik swój wpis umieścił przy logo i haśle innej swojej kampanii ''Reaguj. Masz prawo" - a chodzi o przemoc m.in. wobec dzieci PRZECZYTAJ

    Pojawiły się głosy psychologów, ale i rodziców - że rzecznik namawia do okłamywania i że robi to w kontekście kampanii antyprzemocowej. ''Czy autor tego tekstu chce powiedzieć, że wszyscy rodzice, którzy nie mówią dziecku o Mikołaju, robią mu krzywdę?'' - to jedno z pytań.

    Fundacja ''Wolność od religii'', do której rodzice piszą m.in. o jasełkach w szkole czy o wychodzeniu ich dzieci na obowiązkowe msze święte, kilka razy już wcześniej pisała do Rzecznika Praw Dziecka. Ale odpowiedzi nie było. Dziś wysłała kolejne pismo, niejako Mikołajowe, bo nawiązujące do wpisu Pana Rzecznika.

    ''Od kilkunastu miesięcy zgłaszamy Panu przypadki przemocy symbolicznej i dyskryminacji, która dotyka w szkołach i przedszkolach dzieci z mniejszości bezwyznaniowej oraz mniejszości religijnej. Nigdy do tej pory nie otrzymaliśmy od Pana żadnej odpowiedzi'' - pisze Fundacja.

    I dalej nawiązanie do kontrowersyjnego wpisu Pana Rzecznika. ''Sugestię, że rodzice, którzy nie kryją przed swoimi dziećmi, że opowieść o świętym Mikołaju jest dla nich tylko jednym z wielu mitów, dopuszczają się w ten sposób przemocy, uznajemy za niedopuszczalną oraz naruszającą konstytucyjne prawo obywateli do wychowania dzieci zgodnie z własnym światopoglądem. Potwierdza to nasze dotychczasowe przypuszczenia, że nie jest Pan rzecznikiem wszystkich dzieci w Polsce, ale wyłącznie dzieci katolickich(...) Dlatego apelujemy do Pana, by ustąpił Pan ze swojej funkcji, by mogła ją sprawować osoba, która będzie potrafiła dbać o dobro wszystkich dzieci'' - apeluje Fundacja ''Wolność od religii''.

    Jeden wpis i wyszła, chyba jednak, burza w szklance wody. Słowa były nietrafione, zwłaszcza w kontekście przemocy.

    A Mikołaj? Dla jednych istnieje, dla innych niekoniecznie. Każdy ma prawo wierzyć. Albo nie wierzyć. I według własnych przekonań ma prawo wychowywać swoje dzieci. Tak czy nie, jakie jest Wasze zdanie w tej sprawie?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 12 grudnia 2014
  • ''Lekarz popełnił błąd'; ''Zoperował lewą nogę zamiast prawej''; ''Nie uratował dziecka'' - takie informacje magnetyzują nas co jakiś czas. Informacje o błędach popełnianych przez lekarzy, o pacjentach, którzy przed sądem dochodzą odszkodowań. Spraw przeciwko lekarzom rzeczywiście przybywa, tyle, że wcale nie dlatego, że lekarze częściej popełniają błędy.

    Powodów jest kilka- jesteśmy bardziej świadomi, więcej się o tym pisze, przybywa też kancelarii odszkodowawczych, które się w tym specjalizują i które na swój sposób ''kuszą''. U adwokatów z reguły płacimy z góry - ale w tych sprawach nie. Tu umowa z reguły jest taka, że zapłacimy określony procent od ''wygranej''.

    Mec. Radosław Tymiński, który na co dzień reprezentuje lekarzy, czyli stoi niejako po drugiej stronie barykady, przyznaje, że w Polsce nie prowadzi się statystyk spraw medycznych. - Z mojej praktyki wynika, że głównie są to sytuacje dotyczące ginekologii i położnictwa. Chodzi m.in. o błędy okołoporodowe czy sytuacje, które to pacjenci uważają za błędy. Sporo jest też spraw dotyczących cesarskich cięć. Bo obecnie bardzo wiele pacjentek wręcz żąda cesarskiego cięcia, nawet jak nie ma do tego wskazań - mówi mi mecenas.

    Sporo jest też pozwów z zakresu chirurgii, ortopedii czy pediatrii.

    Kwoty pozwów o odszkodowania są też coraz wyższe, nawet kilkumilionowe. - Najwyższe roszczenie, z którym się spotkałem to 7 milionów złotych - mówi Tymiński. Jeden z pacjentów twierdził, że lekarze nieumiejętnie zoperowali mu kolano i że już nie pojeździ na nartach.

    Bywa, że pacjenci zarzucają, że lekarz nie postawił od razu właściwej diagnozy. - A przecież wiele chorób nie ma objawów oczywistych. I trzeba po kolei wykluczać określone rzeczy, a to trwa - mówi mecenas. Kolejny problem - pacjenci nie stosują się do zaleceń, np. nie biorą leków, stan chorego się pogarsza, a winą obarcza się lekarza.

    Spora część zarzutów bywa absurdalna. Na przykład pacjent po operacji wyrostka robaczkowego miał zrosty. I oskarżył lekarzy, żądając kilkuset tysięcy złotych odszkodowania - mimo, że zrosty to przecież nic nadzwyczajnego.

    Co jeszcze pacjentów zachęca do kierowania sprawy np. na drogę cywilną? - Sądy praktycznie w każdej sprawie - ja przynajmniej się z tym spotykam zawsze - zwalniają pacjentów z kosztów sądowych - mówi Tymiński. Nawet jak pacjent przegrywa, nie musi płacić. - A to zachęca do tej sądowej batalii - słyszę od adwokatów.

    Napisała też do mnie pani mecenas, która czasami staje po drugiej strony - reprezentując pacjentów. Zwróciła moją uwagę na coś jeszcze. Pacjenci wnioskują o pełnomocnika z urzędu i go dostają.

    I co się dzieje? Chory początkowo wnosi, dajmy na to, o 30 tysięcy zł odszkodowania, ale adwokat rozszerza żądanie pozwu. Byle ponad 200 tysięcy. Bo wtedy za reprezentowanie klienta dostaje 7200 zł netto -od Skarbu Państwa, jeśli sprawa jest przegrana.

    To oznacza, że to się po prostu prawnikom opłaca, bo w w innych sprawach z urzędu wynagrodzenie nie jest tak lukratywne. - W sprawie o rozwód 360 zł, skargi na komornika 60 zł, eksmisji 120 zł, itp., skargi konstytucyjnej 120 zł - napisała mi pani mecenas. Jasne? Dla mnie bardzo.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 09 grudnia 2014
  • Pytanie o obecność krzyża w szkole pojawiło się jakiś czas temu w ankiecie dla rodziców. Chodzi o szkołę w Krakpowicach na Opolszczyźnie, gdzie nauczycielka matematyki zdjęła krzyż w pokoju nauczycielskim. Po tym, jak się na to zdecydowała, doświadczyła m.in. ostracyzmu środowiskowego. Poszła do sądu z pozwem o dyskryminację na tle światopoglądowym. Pisałam o tym kilka tygodni temu PRZECZYTAJ.

    Ankietę w szkole w Krapkowicach przygotowała Rada Rodziców. Tyle, że i Ministerstwo Edukacji, i Kuratorium Oświaty w Opolu zgodnie uznały, że rada przekroczyła swoje kompetencje, pytając o kwestie światopoglądowe. Mimo to, ani stanowisko MEN, ani Kuratorium nie zniechęciło bynajmniej Rady Rodziców, która na stronie szkoły zamieściła kilka dni temu informację o wynikach ankiety.

    Pytanie o krzyż brzmiało: "Czy przeszkadza Ci krzyż w przestrzeni wychowawczej naszej szkoły?". Większość osób, które udzieliły odpowiedzi, uznała, że krzyż jej nie przeszkadza. ALE sześć osób przyznało, że ma z tym problem, a dwudziestu rodziców nie miało zdania. Do tego było też 15 nieważnych głosów.

    Rada w informacji na stronie szkoły pisze o tym, że ''wyniki w procentach to 56,33%25'' - pytanie tylko, czego są to wyniki ?... Bo przecież prawie połowa rodziców w ogóle ankiet nie oddała.

    Rodzice pytali innych rodziców o krzyż, mimo, że MEN uznało, że postawione w ankiecie pytanie zmierza do gromadzenia danych wrażliwych.Co więcej, informacje o wynikach ankiety pojawiły się na stronie szkoły - można się tylko domyślać, że za zgodą dyrekcji placówki - już po tym, jak MEN przekazało nam swoje stanowisko: ''Zbieranie takich informacji może się odbywać tylko na podstawie przepisu prawa rangi ustawowej. W tym wypadku brak jest takich przepisów''.

    Kurator z Opola miała podobne zdanie, uznając, że kwestie światopoglądu i wyznania nie powinny podlegać ankietowaniu. ''Kwestie światopoglądowe nie podlegają też ocenie i demokratycznym wyborom''.

    Rada Rodziców z Krapkowic uznała chyba jednak mimo wszystko, że najważniejsze to doprowadzić sprawę do końca, że wyniki ankiety muszą być i kropka. Trochę to wygląda tak, jakby ktoś na siłę chciał pokazać, że ponad połowa rodziców w tej szkole chce krzyża w pokoju nauczycielskim. Tyle, że wcale to z ankiety nie wynika, bo przecież wiele osób w ogóle jej nie oddało.

    Po co w ogóle była ta ankieta? Nie zdziwię się, jeśli -- nagle, w tajemniczych okolicznościach - jej wyniki zostaną przedstawione na procesie przed sądem pracy. Procesie wytoczonym przez nauczycielkę dyrekcji szkoły - za dyskryminację na tle światopoglądowym. A Wy, jak myślicie? Jaki był cel ankiety?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 03 grudnia 2014
  • Protesty wyborcze - to dziś temat na czasie. Bo minął termin na ich składanie po pierwszej turze wyborów samorządowych. O jednym z protestów postanowiłam napisać, bo tak naprawdę wiele w nim pytań i wątpliwości. Chodzi o protest PiSu w sprawie unieważnienia wyborów do sejmiku województwa lubelskiego. Takich wniosków w całej Polsce - tak twierdzi PiS - jest 16, po jednym w każdym województwie.

    Po pierwsze, protest powinien być złożony tam, gdzie odbywały się wybory. Ale do Lublina protest - nie wiedzieć czemu - dotarł drogą okrężną, przez Warszawę. - Oczywistym jest, że Sąd Okręgowy w Warszawie nie jest i nigdy nie był właściwy do rozpoznania tego protestu wyborczego - mówi mi sędzia Artur Ozimek, rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie.

    Po drugie: w swoim proteście PiS wnosi o unieważnienie wyborów do sejmiku województwa lubelskiego i o wygaśnięcie mandatów radnych. Ale nie tylko. Wnosi też o nowe wybory - tyle, że nie na Lubelszczyźnie... a na Podlasiu.

    Ewidentny błąd, wynikający zapewne ze znanej nam wszystkim zasady ''kopiuj-wklej''. Ktoś, kto przygotowywał protesty robił to ''na chybcika'' albo czegoś nie dopatrzył. A jeszcze niedawno na konferencji prasowej lubelskiego PiSu słyszałam, że to w komisjach wyborczych panował bałagan i że przy sporządzaniu protokołów nadużywano "kopiuj - wklej".

    Po trzecie: pełnomocnik partii wnosi o unieważnienie wyborów do sejmiku na Lubelszczyźnie. Tyle, że Lubelszczyzna była podzielona na 5 okręgów wyborczych. I jak słyszę od sędziów, oddzielny protest powinien dotyczyć każdego z nich. A tak nie jest. Sąd będzie więc musiał pogłówkować - jeden z zarzutów dotyczy np. rzekomych nieprawidłowości przy wyborach w okolicy Hrubieszowa. A sąd w Lublinie - Hrubieszowem na pewno zajmować się nie będzie, bo to już rejon sądu w Zamościu.

    Ktoś chyba zapomniał, że Lubelszczyzna to dwa Sądy Okręgowe - nie tylko w Lublinie, lecz także właśnie w Zamościu, więc protesty powinny być i tu, i tu. Sędzia Ozimek dodaje, że protesty o unieważnienie wyborów do sejmiku złożyła już wcześniej lewica - ale zgodnie z przepisami, zzłożyła ich 5, czyli tyle, ile było okręgów wyborczych w województwie lubelskim.

    Po czwarte wreszcie: do protestu dołączone są zdjęcia i wydruki z internetu. Ilustracje do opisanych nieprawidłowości. Tyle, że w proteście lubelskim jest np. wydruk dotyczący jednej z komisji... na warszawskiej Pradze.

    Trudno przewidzieć, co zrobi sąd. Nie wyrzuci protestu do kosza - to na pewno. Ale unieważnienie wyborów w całym województwie? Rozmawiałam z kilkoma prawnikami - są zgodni, to bardzo mało realne.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 02 grudnia 2014
  • Dziś na moim blogu o absurdalnych reakcjach dyrektorów szkół na ''Równość w szkole''. To hasło kampanii prowadzonej od września przez Fundację ''Wolność od religii''. W jej ramach roznoszone są po szkołach ulotki i plakaty, na których mamy informacje m.in. o prawach ucznia i prawach rodziców, o lekcjach etyki i o tym, jakie obowiązki w tym zakresie ma szkoła. Jest więc m.in. mowa o tym, że uczeń, który jest zapisany na lekcje religii, może chodzić jednocześnie na etykę.

    ''Równość w szkole'' to projekt realizowany na Lubelszczyźnie, ale są też rodzice z innych, odległych części Polski, którzy poprosili fundację o przesłanie ulotek w wersji elektronicznej, by móc umieścić je w szkole. A szkoły? Oj, trochę jak za króla Świeczka...

    Pani Ewa (imię zmienione) walczyła o powieszenie plakatów kampanii w Szkole Podstawowej w Radwanicach. Dostała od dyrekcji odpowiedź odmowną. W piśmie można wyczytać m.in., że ''zgoda na powieszenie plakatów i rozdawanie ulotek byłaby jednoznaczna ze stwierdzeniem, że w naszej szkole jakiekolwiek dzieci są dyskryminowane z powodu nieuczestniczenia w zajęciach z religii, a tak nie jest''- napisała dyr. Elżbieta Hojko. Choć przecież ani w ulotce, ani na plakacie ABSOLUTNIE nie ma żadnej sugestii mówiącej o tym, że to kampania TYLKO dla szkół, w których jest jawna dyskryminacja.

    W innej szkole (miejscowości podać nie mogę, ze względu na dobro dziecka - powiem tylko, że chodzi o Wielkopolskę) - jedna z mam też chciała powiesić plakaty kampanii. Długo czekała na odpowiedź pani dyrektor. A gdy w końcu ją dostała, mogła być mocno zdziwiona. Dyrektorka, powołując się na przepisy oświatowe dopuszczające możliwość realizacji lekcji religii w szkole - napisała m.in., że ''nie wydaje się jej zasadne PROPAGOWANIE IDEI Z TYM SPRZECZNYCH''.

    Czy ideą sprzeczną z lekcjami religii jest poinformowanie rodziców o zasadach dotyczących organizacji w szkole lekcji etyki???

    Materiały w ramach kampanii ''Równość w szkole'' były też roznoszone przez wolontariuszy Fundacji ''Wolność od religii''. Szkoły w dużej mierze były bardzo niechętne. - Najgorzej jest w podstawówkach - mówi wolontariusz, pan Marcin. Z jednej ze szkół na Lubelszczyźnie został wyrzucony. - To było bardzo przykre. Dyrektor wykrzyczał, że żadnych ulotek sobie nie życzy. Wygonił nas. Krzyczał "proszę się wynosić" - opowiada pan Marcin.

    W części szkół pojawiały się głosy ''Proszę zostawić, będziemy wiedzieli co z tym zrobić''. - A widać było z rozmowy i z zachowania, że chcą nas po prostu zbyć, a materiały mogą wylądować w koszu - dodaje pan Marcin. Zwraca uwagę na coś jeszcze - dyrektorzy źle reagują już na samą nazwę fundacji - ''Wolność od religii''.

    Fundacja zna ten problem. - Rzeczywiście, nazwa jest kojarzona w taki a nie inny sposób, jako nasza walka z kościołem i z wiarą. A my działamy przecież na rzecz praw mniejszości bezwyznaniowych w naszym kraju - mówi Dorota Wójcik, prezeska fundacji. Jak dodaje, fundacja walczy - ale na pewno nie jest to walka "przeciwko komuś", tylko walka "o" określone idee, zasady, reguły.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 28 listopada 2014
  • Czara goryczy się przelała - napisali do mnie rodzice uczniów ze Szkoły Podstawowej nr 79 w Łodzi. Opisali mi dwa zdarzenia, które ich zbulwersowały - wyjście dzieci na święcenie tornistrów do kościoła i na film, który na pewno nie był przeznaczony dla 9-cio, 10-cio czy 11-latków. Rodzice, ze względu na dzieci, chcieli pozostać anonimowi. - Niemniej jednak nie chcę pozostać osobą obojętną na wydarzenia, o których informuje nas Rada Rodziców - napisał mi jeden z ojców.

    O co chodzi? Jakiś czas temu miejscowa parafia zorganizowała święcenie tornistrów. Do Rady Rodziców dotarły sygnały, że do kościoła zostały zabrane również dzieci, które nie chodzą na religię. - Przecież to jakiś absurd! - nie ma wątpliwości jedna z mam - Nie po to się zwalnia dziecko, żeby potem ktoś je zabierał na wydarzenie religijne, wbrew naszej woli - dodaje.

    Nowa, prężnie działająca w szkole Rada Rodziców poprosiła dyrektorkę - na piśmie - o wyjaśnienia w sprawie wyjścia do kościoła. Wyjaśnień nie dostała, bo szkoła zasłoniła się tym, ze etyka i religia to dane wrażliwe, a każda sprawa jest załatwiana indywidualnie.

    W rozmowie ze mną dyr. Anna Wituła podkreśliła, że cała sytuacja dotyczyła tylko jednego dziecka. Bo nauczycielka nie wzięła od rodzica deklaracji: czy maluch ma iść do kościoła czy też nie. - To był błąd - przyznaje Wituła. Ale rodziców to nie przekonuje. - Są telefony, są maile, można było do mamy czy taty ucznia zadzwonić i zapytać. I nieważne, czy dotyczyło to jednego dziecka czy kilku. Złamano zasadę, która obowiązuje - słyszę.

    Drugi wątek dotyczy wyjścia do kina na film "Więzień labiryntu". Poszły na niego dzieci z IV, V i VI klasy - w sumie około 100 uczniów. Mimo, że jest to film, jak można wyczytać na wielu stronach w internecie, dla dzieci od lat 12, zakwalifikowany jako thriller, film akcji i science fiction. - Film był mocny, dla części dzieci straszny. W efekcie bardzo się bały, niektóre musiały wyjść. Część do dziś budzi się w nocy, obrazy z filmu budzą w nich strach - mówi jeden z rodziców.

    A dyrektorka mówi mi, że nie popełnia błędów ten, kto nic nie robi. Jak wyjaśnia, obejrzenie filmu zaproponował polonista. - Uważał, że jest to stosowne dla dzieci w tym wieku, że takie rzeczy są omawiane na lekcji - dobro i zło. To było związane z edukacją filmową - mówi Wituła. Dodaje, że wystosowała do rodziców informację z przeprosinami, że film był nietrafiony. - To była wpadka - przyznaje. Teraz wprowadziła zasadę, że każdy rodzic na piśmie ma deklarować, czy życzy sobie aby jego syn/córka wziął udział w danym pokazie filmowym czy spektaklu teatralnym.

    Sytuacja w szkole w Łodzi jest napięta. Nie tylko z powodu tych dwóch historii. Jest nowa Rada Rodziców, która chce porozumiewać się z dyrekcją tylko na piśmie. By nie było zastrzeżeń/ niejasności/ niedopowiedzeń/ zarzutów. Forma pisemna jest potrzebna, ale czy zawsze i wszędzie? Z moich informacji wynika, że w sprawę zaangażuje się kuratorium. Może przydadzą się mediacje?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 27 listopada 2014
  • W sprawie recept i obowiązkowego stania w kolejkach napisał do mnie zdenerwowany 78-letni pan Franciszek z Warszawy. Od lat choruje na chorobę przewlekłą i przyjmuje te same leki. Tyle, że - tak jak każdy inny chory - aby dostać na nie receptę musi zapisywać się do lekarza i za każdym odstać ''swoje'' w kolejce: raz do rejestracji, dwa - pod gabinetem czekając na lekarza.

    ''W tej kolejce ludzie zdrowi stoją tylko po receptę, a obok są chorzy. Kaszlący, prychający, kichający, rozsiewający wirusy. Czy to jest ludzkie? Czy taka jest rola służby zdrowia?'' - pyta w mailu słuchacz TOK FM.

    Oczywiście, byli i są lekarze idący chorym na rękę, dla których wypisanie leku ''na telefon'' nie stanowiło problemu, choć to na dziś niezgodne z przepisami.

    Drodzy Państwo! W kwestii recept idzie jednak nowe! Pierwsza zmiana już jest! -więcej leku na jednej recepcie. W tej chwili lekarz może nam przepisać leki już nie na 3 - jak było do tej pory - ale na 4 miesiące.

    - To bardzo dobry pomysł, bo jest sporo leków pakowanych po 100 sztuk. I mieliśmy z tym problem, bo apteki mogły wydać pacjentowi lek tylko na 90 dni. I były wielkie kombinacje, co zrobić- mówi dr Monika Dzieża ze Śląska.

    Od niedawna, w czasie jednej wizyty możemy dostać recepty na leki na cały rok. Zmiana jest więc ZASADNICZA, ale... - Ja w życiu nie zdecyduję się na rozpisanie pacjentowi leku na 12 miesięcy. Bałabym się, bo może być tak, że pacjentowi coś się stanie, będzie nieprawidłowo brał leki albo jego stan się pogorszy, a on nie przyjdzie do lekarza, wychodząc z założenia, że przecież ma leki. I czyja to będzie odpowiedzialność? - pyta dr Dzieża, lekarz poz i reumatolog. Jak mówi mi pani doktor, trudno przewidzieć stan zdrowia pacjenta z takim wyprzedzeniem.

    Inna z lekarek, dr Jolanta Mantyka, lekarz rodzinny z Lublina, mówi, ze zmiany idą w dobrym kierunku, choć leków na cały rok też raczej nie odważyłaby się wypisać. - Ostatnio pisałam już recepty na kilka miesięcy, ale na cały rok to nie - dodaje lekarka.

    Na tym nie koniec. W tej chwili przepisy wymagają, by pacjent stawił się w przychodni, a lekarz przed wypisaniem recepty powinien go każdorazowo zbadać. - Fakt wystawienia recepty musi być zapisany w dokumentacji medycznej pacjenta - mówi Dagmara Marczewska, naczelnik Wydziału Gospodarki Lekami w lubelskim NFZ. I dodaje, że zgodnie z prawem, lekarz nie powinien wystawiać recepty po telefonie od pacjenta czy po zostawieniu kartki w rejestracji z prośbą ''poproszę o lek XYZ''.

    Teraz jednak ma się to zmienić, i to już od stycznia. - Jest zmiana art. 42 w Ustawie o zawodzie lekarza, który daje niejako lekarzowi pewną furtkę na wystawienie recepty bez zbadania pacjenta. Ale to są sytuacje ściśle określone i, co podkreślam, każdorazowo zdecyduje o tym lekarz - mówi Marczewska. I wyjaśnia, że w karcie pacjenta musi być na to potwierdzenie. I jeszcze jedno ułatwienie - zapowiedzi, że receptę wypisze nam już niedługo pielęgniarka.

    Czyli pan Franciszek powinien mieć łatwiej. Nie będzie stania w kolejce do rejestracji, a potem do lekarza. Takie jest przynajmniej założenie. A i może i kolejki rzeczywiście dzięki temu będą krótsze? Co Państwo na to?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 26 listopada 2014
  • Młody, elegancko ubrany mężczyzna w lśniących butach w czystej, białej kuchni zmywa krew z podłogi. Postanowiłam napisać o plakacie Amnesty International (AI) z hasłem ''To nieprawda, że mężczyźni nie robią nic w domu''.

    Amnesty International chce przekonać internautów, by wezwali polskie władze do ratyfikowania europejskiej Konwencji o zwalczaniu przemocy wobec kobiet. Rozpoczęła się bowiem akcja ''16 dni Przeciwdziałania Przemocy ze Względu na Płeć''. Każdy z nas może podpisać petycję i podać ją dalej .

    Widziałam wiele wpisów internautów i wiele głosów, że plakat jest żenujący, seksistowski, szkodliwy. Tematem przemocy zajmuję się od dawna, rozmawiałam z wieloma ofiarami. I wiem, że plakat, który dla niektórych może być kontrowersyjny, na pewno jest prawdziwy.

    To prawda, że obrazek na nim jest niemal ''cukierkowy'', że bardziej przypomina reklamę mebli do kuchni czy sprzętu AGD. Ale - przemoc występuje wszędzie. Sprawcą są m.in. doskonale wykształceni adwokaci, notariusze, lekarze, nauczyciele. Żeby nie było - dziennikarze pewnie też. Podobnie jak robotnicy budowlani, rolnicy czy przedstawiciele wielu innych zawodów. Potrafią uderzyć żonę/partnerkę od razu po przyjściu z pracy. Bez powodu, dla ''zasady''. I bynajmniej się do tego nie przebierają i nie zdejmują pięknie wypastowanych bucików.

    Rzeczywistość w domach przemocowych - widziana z boku - wielokrotnie wygląda naprawdę pięknie. Są drogie prezenty dla żony, piękne samochody, są wycieczki w najdalsze zakątki świata. - Kupił mi torebkę za 5 tysięcy złotych - opowiadała mi jedna z kobiet. Jest piękny dom, w nim nowoczesna kuchnia. Są piękne ubrania, drogie buty, torebki, biżuteria. Cukierkowo i słodko jak na tym plakacie. 'Miesiąc miodowy', jak nazywają to fachowcy. Ale do momentu. Bo w tym wszystkim jest też przemoc: psychiczna, seksualna, finansowa czy wreszcie fizyczna. W kącie siedzi ona, ze złamanym nosem, ręką, poobijanymi żebrami, podbitym okiem. Siedzi, płacze, zwija się z bólu. A on spokojnie zmywa krew z podłogi.

    Ktoś powie - ale przecież mężczyźni też bywają ofiarami i dlatego ten plakat nie oddaje rzeczywistości. To fakt! Kobiety też potrafią pobić, znęcać się psychicznie, ranić. Ale! Amnesty pisze o tym, że prawie 90 procent ofiar przemocy to kobiety i dzieci (wśród nich rzecz jasna są też chłopcy).

    Nie wiem, czy te 90 procent to rzeczywista skala problemu. Wiem jednak - co potwierdzają osoby pomagające ofiarom przemocy - że ofiar-kobiet jest ZDECYDOWANIE więcej niż mężczyzn. Jakkolwiek to brzmi, tak jest, niestety.

    Ten plakat może budzić kontrowersje, może oburzać. Ale jeśli komuś da do myślenia, otworzy oczy, pomoże - cel zostanie osiągnięty. A ofiarom przemocy często do przerwania piekła - potrzebny jest impuls. Może znajdzie się ktoś, dla kogo elegancki młody pan w błyszczących butach z mopem w ręku - będzie takim właśnie impulsem. Impulsem, by powiedzieć STOP. Oby!

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 20 listopada 2014
  • - Wszyscy wkoło chyba od początku wiedzieli, że to się może nie udać - słyszę od osoby, zaangażowanej w wybory w Lublinie. Skąd taki wniosek? Już 4 listopada Państwowa Komisja Wyborcza przyjęła uchwałę o tym, co robić, jeśli system nie zadziała. Zajrzałam do tych wytycznych PKW dla komisarzy wyborczych, komisji terytorialnych i obwodowych.

    I rzeczywiście, kawa na ławę, jest tam mowa o tym, jak działać w terytorialnych komisjach wyborczych (czyli gminnych, powiatowych i wojewódzkich) na wypadek problemów. Założono, że w przypadku braku możliwości wprowadzenia do systemu danych ze wszystkich protokołów albo w sytuacji, gdy dane da się wprowadzić, ale nie można wyliczyć wyniku - komisje terytorialne powinny ustalać wyniki głosowania i wyborów ''w inny sposób''- umożliwiający rzetelne dokonanie tych ustaleń.

    ''Może być do tego celu użyty np. program komputerowy służący do obliczeń matematycznych''. Jest też mowa o tym, że jeśli komisja terytorialna (czyli np. powiatowa) sporządziła protokół głosowania w ''Platformie Wyborczej'', a nie miała możliwości transmisji danych do komisarza wyborczego, powinna zapisać dane na nośniku elektronicznym i przekazać dalej (np. na pendriv'ie?). Wytyczne trafiły m.in. do urzędów w Lublinie już 5 listopada, a 12 - uchwała ukazała się w ''Monitorze Polskim''.

    Członkowie komisji terytorialnych nie kryją, że są zmęczeni i nie tego się spodziewali. Miało być szybkie policzenie głosów, sporządzenie protokołów i na tym koniec. A siedzą i liczą do dziś i prawdopodobnie na tym się nie skończy.

    ''Będzie wniosek o podwyższenie diet''

    Członek komisji obwodowej dostaje dietę od 300 do 380 zł (przewodniczący). Ale tam liczenie głosów zakończyło się szybko. W przypadku komisji terytorialnych (gmina, powiat, województwo) - diety są wyższe, ale i pracy o wiele więcej. Stawki wynoszą 550, 600 i 650 złotych (szef komisji).

    Powiatowa komisja wyborcza z Lublina chce oficjalnie wystąpić do PKW o podwyższenie stawek, w związku z problemami z systemem komputerowym i przedłużającą się procedurą liczenia głosów. - Będziemy się starać, by nasze wynagrodzenia były jednak wyższe. Na ile nam się uda, zobaczymy - mówi Renata Kozakowska-Całka, wiceprzewodnicząca. Ale szanse chyba są niewielkie - bo PKW już we wtorek informowała, że o podwyższeniu wynagrodzenia za dłuższą pracę mowy być nie może - bo nie pozwalają na to przepisy.

    Duża część członków komisji na co dzień normalnie pracuje, dlatego teraz - jako że wszystko się przedłuża - musieli wziąć wolne. - Wziąłem urlop - przyznaje Krzysztof Jakubowski z komisji wojewódzkiej z Lublina. - Ciągle się nawzajem pytamy, kiedy to się wreszcie skończy - słyszę od osób, zaangażowanych w wybory. Nie kryją, że w domu czekają na nie często małe dzieci, że mieli zaplanowane wyjazdy, spotkania. Wszystko ''wzięło w łeb'' - bo jeśli jesteś w komisji, musisz być na miejscu. - Ta cała sytuacja jest obciążająca i dla rodziny, i w pracy. Wiadomo, jest to ciężkie - mówi mi Stanisław Bury z wojewódzkiej komisji wyborczej.

    - Powiem szczerze, jakbym wiedział, to bym w to nie wchodził - przyznaje, anonimowo, jeden z członków komisji - Nie zgodziłbym się na tyle godzin pracy za 500 złotych.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 18 listopada 2014
  • Czy dyrektorka gimnazjum w Świerklanach na Śląsku zmuszała dzieci do uczestnictwa w mszy świętej? Dostałam właśnie odpowiedź z kuratorium w Katowicach. Przypomnę, że chodziło o mszę zorganizowaną w ostatnią sobotę października, w ramach obchodów Dnia Patrona. Na stronie gimnazjum widniała informacja: ''Przypominamy, że obecność uczniów w tym dniu jest obowiązkowa, ponieważ odpracowujemy 10 listopada''. PRZECZYTAJ CAŁY TEKST

    Kuratorium badało, czy dyrektorka szkoły nie naruszyła m.in. art. 53 ust.6 Konstytucji: \\Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych''. Jak informuje mnie Anna Wietrzyk z kuratorium, wizytator rozmawiał z dyrektorką, ze szkolnym pedagogiem, uczniami i rodzicami. Nie stwierdził jednoznacznie, by w sposób bezpośredni zmuszano dzieci do udziału w nabożeństwie - co byłoby niezgodne z prawem.

    Kuratorium uznało jednak, że sformułowanie, które znalazło się na stronie szkoły o obowiązkowej mszy i sprawdzaniu listy obecności przed kościołem - mogło sugerować, że udział w nabożeństwie jest obligatoryjny. Stąd zalecenia dla pani dyrektor - by nastepnym razem formułując ogłoszenia zadbała o to, by były precyzyjne i nie naruszały konstytucji.

    Dyrektorka nie poniesie żadnych konsekwencji służbowych - sprawa mogłaby trafić do rzecznika dyscyplinarnego dla nauczycieli, ale wizytator uznał, że nie ma ku temu podstaw.

    Inną kwestią jest zorganizowanie Dnia Patrona w wolną sobotę - teoretycznie dyrektorka mogła zarządzić ''odrabianie'' wolnego za 10 listopada, ale powinny to być normalne lekcje w szkole. To również znalazło się w zaleceniach pokontrolnych.

    ANKIETA W SPRAWIE KRZYŻA

    Drugą sprawą, związaną z obecnością religii w szkole, którą niedawno opisywałam były ankiety w sprawie krzyża w szkole w Krapkowicach. ''Czy przeszkadza ci krzyż w wychowawczej przestrzeni naszej szkoły?'' - ankietę z takim pytaniem dostali rodzice uczniów z Zespołu Szkół Sportowych w Krapkowicach na Górnym Śląsku. CAŁY TEKST

    W tej sprawie też jest kontrola Kuratorium Oświaty, ale w Opolu. Jak przekazała mi Teodozja Świderska, wizytator pojawi się w szkole jutro. Po kontroli, dyrektor będzie miał 7 dni na zgłoszenie ewentualnych zastrzeżeń, wiec na wyniki działań kuratorium trzeba będzie jeszcze chwilę poczekać.

    Cała sprawa z Krapkowic ma związek ze zdjęciem krzyża w pokoju nauczycielskim przez nauczycielkę matematyki. Pani Grażyna mówiła nam, że po tym, jak zdjęła krzyż, czuła się w szkole ''zaszczuta''. Złożyła w sądzie pracy pozew o dyskryminację na tle światopoglądowym. Proces miał ruszyć w tym tygodniu, 21 listopada. Ale już wiadomo, że nie ruszy - został przeniesiony z Sądu Rejonowego w Opolu do Sądu Okręgowego. To dlatego, że rozszerzone zostało roszczenie - oprócz odszkodowania, pani Grażyna wystąpiła również o przeprosiny zamieszczone w prasie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 14 listopada 2014
  • Dziś wizyta przy ul. Poligonowej w Lublinie - to szybko rozwijający się rejon miasta, wokół powstają nowe bloki, drogi, place zabaw. Gdy wokół trwają prace, są głębokie wykopy, pracują maszyny, w tym koparki i dźwigi - na samym środku budowy pozostawiono domek dla bezdomnych. Altanka jest zbita z dykty. W środku jest m.in. łóżko, stolik, obrazek na ścianie, fotel, a nawet pilot od telewizora.Bo jeszcze do niedawna był tu ponoć nawet prąd.

    Kto tu mieszkał, a może wciąż mieszka? - pyta pan Wojciech, kierowca, który przejeżdża tędy codziennie. Jak mówi, sprawa jest tajemnicza, bo budujący drogę powycinali tu wszystkie krzaki i drzewa (domek był wcześniej w krzakach ukryty), zerwali warstwę trawy, cały teren wyrównali. A chatka jak stała tak stoi. - Ewidentnie ktoś nie wie, co z nią zrobić - nie ma wątpliwości mój rozmówca. I dodaje, że całość wygląda śmiesznie i absurdalnie.

    Kto i po co zostawił domek?

    Pracujący przy budowie drogi robotnicy wiedzą niewiele. - Nikt tu nie zagląda, a przynajmniej my nie widzieliśmy tu bezdomnych. Domek został, ale nie wiemy dlaczego - mówi mi pan Robert pracujący w koparce. Altanka mu nie przeszkadza, bo prace prowadzi obok.

    Budowa drogi jest prowadzona na zlecenie miasta. - Tu mieszkali bezdomni, ale przenieśli się w inne miejsce, do altanek, które znajdują się dalej - mówi mi Karol Kieliszek z Urzędu Miasta w Lublinie. Twierdzi, że domek do końca roku zostanie rozebrany. Dlaczego zatem nadal stoi? Bo ponoć wykonawcy na razie nie przeszkadza.

    Kto w domku mieszkał?

    Pracownik socjalny z MOPR, Kamil Kulczycki, przyznaje, że ul. Poligonowa to rejon, w którym pomieszkują bezdomni, ale tych z domku nie znał.

    Straż Miejska bezdomnym z Poligonowej co roku pomaga, ale na dziś nie wie, co się dzieje z tymi, którzy gospodarowali w tej konkretnej altance.

    Z koli sąsiad z pobliskiej posesji stwierdził w rozmowie ze mną, że para bezdomnych, która tu mieszkała, już jakiś czas nie żyje, a z domku nikt nie korzysta. Tyle, że to coś zupełnie innego niż mówiło mi miasto. Próbowałam rozmawiałam z jednym z bezdomnych z Poligonowej. Powiedział mi jedynie, że sam nie wie, po co zostawili domek na środku nowej drogi

    Na moje oko, altanka stanęła już jakiś czas temu. Chyba spory. Bo na jednej z dykt można dostrzec napis "PZPR - wcielamy w czyn". A domek? Pozostał... jako relikt przeszłości.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 07 listopada 2014
  • Wejście do pociągu? Tylko przodem. O przepisach obowiązujących m.in. w Kolejach Mazowieckich (KM) już kiedyś pisałam PRZECZYTAJ. Wracam do tego tematu, bo jeden ze słuchaczy polecił mi link do komentarza o KM - ZAJRZYJ. Pojawia się tu sformułowanie o ''łapankach na kolei''. Coś podobnego spotkało naszą słuchaczkę, panią Ewę (imię zmienione).

    Opisała mi historię, od której upłynęło już trochę czasu, ale warto ją przytoczyć. Wracała od rodziców ze stacji w Kobyłce do domu, do Warszawy. Kasy były zamknięte. Znała zalecenie KM, że powinna wsiąść przednimi drzwiami, by kupić bilet. ''Zauważyłam jednak, że pani konduktor jest mniej więcej w połowie składu''. Wsiadła do pociągu i od razu poprosiła o bilet. Ale na miejscu, od razu, pojawił się inny mężczyzna, który zaczął wykrzykiwać, że nie będzie go oszukiwać, przeskakiwać z wagonu do wagonu i uciekać od kontroli.

    Uznał, że słuchaczka na peronie przesiadła się, by uniknąć kontroli. Nie chciał słuchać żadnych tłumaczeń. Pani Ewa próbowała dojść, czy w pociągu jest monitoring, by udowodnić swoją rację, ale kamer nie było. Wiedząc, że nie zrobiła nic złego - poprosiła o wezwanie policji. Wysiedli więc z kontrolerem na stacji w Zielonce i przeszli na pobliski komisariat.

    Tam mężczyzna wypisał wezwanie do zapłaty - pani Ewa zażądała, by w ''uwagach'' dopisać, że nie zgadza się z wersją kontrolera, że wsiadała rzekomo na stacji w Wołominie. ''Kontroler wręczył mi moją kopię wezwania, gdzie ku mojemu zdziwieniu brak było przed chwilą dopisanych przeze mnie informacji. Dopiero po kilkukrotnym zapytaniu i zwróceniu się do policjanta o pomoc, policjant nakazał kontrolerowi dopisanie mi identycznej uwagi, kontroler niechętnie na to przystał'' - opowiada słuchaczka.

    Pani Ewa próbowała się odwoływać, ale niewiele wskórała. Słuchaczka pisze, że poczuła się jak w prozie Kafki, dlatego postanowiła sprawę wyjaśnić w szefostwie Windykacji Kolei Mazowieckich, napisała też do Urzędu Marszałkowskiego. Odwołania nie uznano, choć kilkakrotnie poinformowano, że może iść do sądu.

    ''Długo nie chciałam się poddać w tej sprawie. Proszę sobie wyobrazić, co czuje osoba, której nagle i nie wiadomo dlaczego wmawia się, że była w miejscu, gdzie jej nie było i każe się ją za coś, czego nie popełniła'' - pisze słuchaczka. Chciała walczyć, początkowo miała w sobie zapał - można było np. przed sądem poprosić o sprawdzenie, gdzie logowała się jej komórka, by ustalić, że w żadnym Wołominie nie była, więc nie mogła tam wsiadać do pociągu. Ale zrezygnowała.

    Uznała, że nie będzie wynajmować prawnika, by walczyć przed sądem o mandat w wysokości nieco ponad 100 złotych. - Straciłam wiarę i chęć do walki z wiatrakami - mówi dziś pani Ewa. Uznała, że dalej walczyć nie warto, bo traci się czas i nerwy. ''Skończyła się moja wola walki z ta firmą'' - mówi słuchaczka. A Państwo? Jakie są Wasze doświadczenia z ''przednimi drzwiami''?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 04 listopada 2014
  • Około 20 osób poprosiło o wykreślenie z listy pod Deklaracją Wiary Lekarzy. Taką informację przekazali nam administratorzy portalu. To odpowiedź na moje pytania, wysłane do redakcji portalu w poniedziałek. Pytania miały związek z sytuacją z Lublina, gdzie sześcioro lekarzy zgłosiło się do Izby Lekarskiej z prośbą o pomoc - ich nazwiska widniały pod deklaracją, choć - jak twierdzą - nigdy jej nie podpisywali. Ktoś podpisał za nich. Pisałam o tym we wcześniejszym wpisie, poniżej PRZECZYTAJ

    Pytania do twórców strony z Deklaracją Wiary Lekarzy były dwa:

    1/ Ile - w skali kraju - mieliście Państwo takich sygnałów - dotyczących tego, że czyjeś nazwisko widnieje pod Deklaracją, a te osoby jej nie podpisywały?

    2/ Czy były przypadki, że zawiadamialiście prokuraturę czy policję?

    Odpowiedzi udzielił nam Paweł Zastrzeżyński ze Sztabu Deklaracji Wiary. Napisał m.in.:

    Opisany przypadek w artykule był odosobniony. Osoby wykreśliliśmy z listy, gdyż zwrócił się do nas Pan dr n. med. Jacek Niezabitowski w oficjalnym piśmie, co nas zdziwiło, że nadano temu rangę urzędową. Od początku publikacji listy Deklaracji Wiary podkreślamy, że lista ma charakter podglądowy i wpisy są dobrowolne. Jako wolontariusze akcji, nie mamy żadnego zysku z tego, czy ktoś się podpisał czy nie. Administrując stroną działamy całkowicie bezinteresownie. Dodam, że nie jesteśmy w żaden sposób związani ze środowiskiem medycznym czy lekarskim.

    Odnosząc się do Państwa artykułu, sprawa nabiera niezrozumiałego dla nas przebiegu. Owszem na prośbę Rzecznika Praw Lekarza w Lublinie wypisaliśmy wskazane przez niego osoby. Nie robiliśmy z tego problemu, mimo że posiadamy listę deklaracji, z podpisami tych osób. Załączam do wglądu. Nie chcieliśmy dochodzić szczegółów, dlaczego te osoby się wypisują, gdyż jak wspominam cała akcja nie jest żadnym przymusem i nie jest w żaden sposób pod względem prawnym formalizowana. To jest deklaracja woli. Świadczy o tym fakt, że na deklaracji nie ma np. nr dowodu osobistego, czy nie jest publikowany adres. Dlatego kuriozalny jest argument, że ktoś mógł wykraść jakąś pieczątkę i składać podpisy. Owszem były osoby, które pod wpływem nacisku mediów i strachu prosiły o wypisanie z listy, co bez problemu czyniliśmy. W sumie takich osób było około 20 wśród nich szóstka, o których mowa w artykule.

    Jakie jest Państwa zdanie na ten temat? Jako pacjentów, ale może są wśród Was również lekarze, którzy zechcą się podzielić ze mną swoją opinią?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • Dziś na moim blogu o lekarzach i ich Deklaracji Wiary. Dowiedziałam się ostatnio, że kilku lekarzy z Lublina zgłosiło w Izbie Lekarskiej, że ktoś wpisał ich nazwiska pod tą deklaracją, a oni nic o tym nie wiedzieli. Dowiedzieli się w pewnym sensie przypadkiem, że - ponoć, rzekomo, jak najbardziej - popierają deklarację, która kilka miesięcy temu pojawiła się w Internecie, mówiącą m.in. o pierwszeństwie prawa boskiego nad prawem ludzkim.

    Izba Lekarska w Lublinie nie chciała mi ujawnić, o jakich lekarzy chodzi ani nawet, o które placówki medyczne. Wiem tyle, że takie sprawy były dwie: w jednej ktoś podpisał deklarację w imieniu pięciu lekarek (prawdopodobnie ze szpitala), w drugiej - chodziło o podpis jednego z lekarzy dentystów. Informacja o tym, że ktoś się za nich wpisał dotarła do rzecznika praw lekarza, dr Jacka Niezabitowskiego. To on podjął działania w tej sprawie.

    - W przypadku lekarza dentysty nie wiadomo kto i w jaki sposób zdobył jego pieczątkę lekarską i dzięki temu podpisał deklarację wiary - mówi mi dr Niezabitowski. I dodaje, że deklaracja była jakby w dwóch formach, i pisemnej i elektronicznej.

    - Ta forma pisemna dawała taką możliwość, że jeśli ktoś nieuczciwie wszedł w posiadanie pieczątki, to mógł kogoś bez problemu wpisać - przyznaje lekarz. Podkreśla, że w przypadku drugiej sprawy - pięciu lekarek - wyjaśniono, kto podpisał się w ich imieniu. To osoba blisko z nimi współpracująca, pracownik ochrony zdrowia. Dr Jacek Niezabitowski interweniował u administratora strony, nazwiska lekarzy zniknęły spod Deklaracji Wiary.

    Izba Lekarska nie powiadomiła jednak organów ścigania. - Była wielka prośba koleżanek lekarek, aby nie zawiadamiać. To dotyczyło pracownika ochrony zdrowia, więc jakby zostało to w naszym gronie, ale ci, którzy powinni o tym wiedzieć, to wiedzą - dodaje rzecznik praw lekarzy z Lublina.

    Czy w Polsce były inne przypadki nieprawdziwych podpisów pod deklaracją wiary lekarzy?

    Z izb lekarskich m.in. w Rzeszowie, Katowicach i Wrocławiu dostałam informację, że do nich nie dotarły informacje o takich historiach. Choć oczywiście nie można wykluczyć, że lekarze sami podjęli działania, by ich nazwisko spod deklaracji zniknęło, nie zawiadamiając lekarskiego samorządu.

    Wysłałam też pytania do administratora strony, na której znajduje się deklaracja:

    1/ Ile - w skali kraju - mieliście Państwo takich sygnałów - dotyczących tego, że czyjeś nazwisko widnieje pod deklaracją, a te osoby jej nie podpisywały?

    2/ Czy były przypadki, że zawiadamialiście prokuraturę czy policję?

    Odpowiedzi nie dostałam, pod numerem podanym na stronie - też nikt nie odbiera telefonu. Ze statystyk podanych na stronie, stan na 19 sierpnia wynika, że pod deklaracją podpisało się prawie 4 tysiące lekarzy: wśród nich m.in. profesorowie i doktorzy habilitowani. Są to ginekolodzy i pediatrzy, farmaceuci i pielęgniarki, a także studenci medycyny.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 27 października 2014
  • Spłukiwanie się pod prysznicem przed wejściem na basen to dziś norma. Sanepid chce jednak pójść dalej. I mówi: chcesz popływać, najpierw weź prysznic, ale... na golasa.

    Zupełnie przypadkiem dowiedziałam się o pewnych specjalnych wytycznych Głównego Inspektora Sanitarnego ''w sprawie wymagań jakości wody oraz warunków sanitarno-higienicznych na pływalniach''. Wytyczne trafiły na pływalnie w całej Polsce. A w nich m.in. taki zapis: ''Bezwzględnie każda osoba przed wejściem do hali basenowej powinna dokładnie umyć się mydłem i spłukać pod natryskiem (bez kostiumów kąpielowych)''.

    - To śmieszne, kuriozalne, nie do wyegzekwowania - słyszę od osób, które zarządzają basenami w Lublinie. I jeszcze jedno - papier przyjmie wszystko. Nawet najbardziej absurdalne zapisy. A realizacja? To zupełnie inna para kaloszy.

    Rzecz jasna, wytyczne dotyczą wielu rzeczy i są wśród nich zapisy naprawdę istotne, m.in. o pobieraniu próbek wody z basenów czy odpowiedniej ilości chloru.

    Ale zapis o prysznicu bez kostiumów? Robert Kozłowski, kierownik Centrum Sportowo- Rekreacyjnego Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie i chyba najbardziej popularnej lubelskiej pływalni, mówi mi, że zapis pozostanie zapisem. - Przecież nie jesteśmy w stanie postawić człowieka, który będzie przez cały dzień stał i pilnował, czy ktoś myje się pod prysznicem nago czy też nie. Zresztą, przecież to byłoby nawet krępujące - mówi Kozłowski. I dodaje, że dziś zdecydowana większość osób korzystających z pływalni bierze prysznic w kostiumie kąpielowym czy w kąpielówkach. - Nie ma fizycznie możliwości, by ten nowy zapis był w stu procentach wdrożony na jakiejkolwiek pływalni. To kuriozalne - dodaje Kozłowski.

    To samo słyszę od Marka Zielińskiego, dyrektora z MOSiR w Lublinie. Podkreśla, że wytyczne są ważne, ale ten jeden zapis rzeczywiście może budzić wątpliwości. Nie tylko dlatego, że nie miałby kto tego egzekwować. Jest jeszcze coś: rodzice, którzy nie chcą, by ich kilkuletnie dzieci oglądały nagich nieznajomych czy nieznajome. - Wydaje mi się, że dokładne umycie się przed skorzystaniem z pływalni wcale nie oznacza, że musimy to zrobić zupełnie nago - dodaje Zieliński

    Bez wątpienia prysznic przed basenem jest niezbędny, bo jak słyszę w sanepidzie, zmywamy z siebie bakterie, których mogą być na naszym ciele miliony. Warto oczywiście użyć mydła, na niektórych pływalniach przy prysznicach są dozowniki.

    Ale mówienie nam, czy mamy się pod prysznicem rozbierać czy nie? - Jak kobieta chce się umalować, to musi zdjąć okulary - mówi mi rzecznik Głównego Inspektoratu Sanitarnego Jan Bondar. To prawdziwe, ale czy rzeczywiście adekwatne porównanie? Bondar tłumaczy, że wytyczne to tylko wytyczne i nie mają rangi żadnego obligatoryjnego przepisu.

    Po co więc w ogóle je wprowadzać? Jest to ponoć nawiązanie do zasad proponowanych i promowanych przez WHO. - Nikt nie będzie tego kontrolować czy sprawdzać - dodaje Bondar. Tylko dlaczego mnie to wcale nie dziwi? Co więcej, zdziwiłabym się gdyby było inaczej.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 24 października 2014
  • Rzecznik Praw Obywatelskich - RPO - zajmie się sprawą lekarza, nazwanego na Szpitalnym Oddziale Ratunkowym "doktorem Mengele". Pisałam o tym przed tygodniem ZAJRZYJ. Obraźliwych słów wobec lekarza użył syn pacjenta, który zgłosił się na SOR. Sprawa trafiła do sądu - w takiej sytuacji lekarz jest w końcu funkcjonariuszem publicznym na służbie. Mimo, że w pierwszym wyroku nakazowym była mowa o grzywnie, którą miał zapłacić syn chorego - to jednak ostatecznie, prawomocnie sąd sprawę umorzył, ze względu na małą szkodliwość społeczną czynu.

    Artykuł wywołał duże emocje. Napisała do mnie m.in. dr Krystyna Knypl, lekarka, redaktor naczelna portalu gazeta-dla-lekarzy.com - napisała o tym, że temat stał się punktem wyjścia do dyskusji i dalszych działań. - Skierowaliśmy zapytania m.in. do RPO i Prokuratury Generalnej - mówi pani doktor. I dodaje, że treści związane z nazwaniem lekarza "Mengele" - mają charakter obelg faszystowskich. - A przecież zabronione jest posługiwanie się tego rodzaju epitetami - dodaje dr Knypl.

    Pani doktor zdecydowała się napisać m.in. do RPO, bo uznała, że nie może iść w świat informacja, że w Polsce bezkarnie można nazwać kogoś ''Mengele'' - to nazwisko niemieckiego lekarza z obozu w Auschwitz, który m.in. przeprowadzał na ludziach pseudomedyczne eksperymenty. - Musimy być świadomi, że bagatelizując treści faszystowskie wysyłamy sygnał, że tym osobom, które posługują się tą retoryką - wolno więcej. A przecież nie wolno im więcej i nigdy nie powinno być wolno - dodaje lekarka.

    Dyr. Dariusz Zbroja z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich potwierdził w rozmowie ze mną, że RPO zajmie się tą sprawą z urzędu i zażąda akt z sądu w Lublinie. - Sprawa zostanie poddana analizie - dodaje Zbroja. I wyjaśnia, że RPO ma uprawnienie do zaskarżenia prawomocnego orzeczenia - złożenia kasacji w Sądzie Najwyższym. Dyr. Zbroja dodał jednak, że niczego nie przesądza, bo wszystko zależy od analizy akt i zebranych dowodów w sprawie.

    Takiej sprawy - sprawy zniesławionego lekarza, umorzonej prawomocnie przez sąd - w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich jeszcze nie było. Potwierdził mi to dyr. Zbroja.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 23 października 2014
  • Podpisali umowy kredytowe kilka lat temu, a teraz bank zmienia wzorce umów. - Są dla nas niekorzystne. Boimy się - napisali do mnie klienci banku Credit Agricole. Jak ustaliłam, sprawą już zajmuje się UOKiK - sprawdza, czy bank nie naruszył prawa. Urząd wszczął postępowanie wyjaśniające, dotyczące wzorców umownych. - Postępowanie wszczyna się z urzędu, jeżeli okoliczności wskazują na możliwość naruszenia przepisów ustawy antymonopolowej, czyli ustawy o ochronie konkurencji i konsumentów - informuje Ernest Makowski z UOKiK.

    Klienci "zorganizowali się" w Internecie. Ktoś zapytał na forum o pisma, które na przełomie sierpnia i września dostali z banku, czyli nowe wzorce umów. Zaczęli dyskutować i doszli do wniosku, że coś jest nie tak. Dlatego stworzyli kilkunastoosobową grupę, do której cały czas dołączają kolejne osoby. Uznali, że w grupie siła. Założyli nawet specjalny adres mailowy do kontaktu: problem.ca@wp.pl.

    Pani Dominika wzięła kredyt na mieszkanie 6 lat temu, we frankach. Spłaca raty regularnie; pismem z banku była mocno zdziwiona. - Najbardziej zaniepokoił mnie zapis mówiący o tym, że bank będzie mógł zażądać spłaty różnicy pomiędzy saldem zadłużenia a dzisiejszą wartością nieruchomości - mówi słuchaczka. A wiadomo, że różnica może być duża, bo na przestrzeni lat ceny nieruchomości spadły, a wartość franka wzrosła. - U mnie to około 100 tysięcy złotych - mówi słuchaczka.

    Przedstawiciele banku odmówili udziału w mojej audycji. Dyrektor Departamentu PR, Izabela Mościcka, przysłała jedynie kilkustronnicowe wyjaśnienia na piśmie. Wynika z nich - mówiąc skrótowo - że bank nie ma sobie nic do zarzucenia. Kwestia spłaty różnicy? "We wzorcu zostały wskazane działania, do podjęcia których bank będzie uprawniony (...): ponowne zbadanie zdolności i wiarygodności kredytowej, a także zażądanie spłaty części zobowiązania - napisała mi Izabela Mościcka.

    - Bank zastrzega, że MOŻE zażądać od nas spłaty zadłużenia. A my nie chcemy zostawiać bankowi takiej otwartej furtki - podkreśla pan Rafał - Nie wiemy, czy w banku za 10-15 lat ktoś w ramach jakiegoś projektu nie wpadnie na pomysł, by tę furtkę wykorzystać - mówi mój rozmówca. Był w banku, ale nie dowiedział się niczego nowego.

    Klienci mają też inne obawy, dotyczące choćby dodatkowych ubezpieczeń. Mają również wątpliwości, czy bank może zmieniać wzorzec umowy bez jej aneksowania.Bank zapewnia, że takie prawo ma, powołuje się przy tym na zapisy z Kodeksu Cywilnego.

    Profesor Jan Mojak, prawnik, zajmujący się m.in. prawem konsumenckim potwierdza, że bank rzeczywiście ma prawo zmienić wzorzec umowy. Ale od razu zastrzega, że jeśli klienci czują się pokrzywdzeni mogą z tym pójść do sądu powszechnego. - Każdy klient może złożyć pozew uważając, że postanowienie umowy po zmianie tego wzorca jest dla niego rażąco niekorzystne i uderza w jego interesy - mówi nam profesor. Inna droga to Sąd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zaskarżenia konkretnych postanowień z wzorca mogą dokonać sami klienci. Ale może to zrobić też UOKiK, który w tej chwili bada ich sprawę.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 21 października 2014
  • O wakacjach niektórzy z Was już pewnie zapomnieli, ale ja jeszcze do nich powrócę. A to za sprawą słuchaczki TOK FM, pani Urszuli, która wykupiła wrześniowy wyjazd do Turcji. Poleciała z przyjaciółką, trochę odpocząć, złapać oddech. Tyle, że wymarzony urlop został skrócony. Mail od pani Urszuli już po powrocie: ''Podróżowałam z wieloma biurami, ale nigdy mnie tak nie potraktowano. Czuję się oszukana'' - napisała do mnie słuchaczka.

    Wykupiła wyjazd w biurze podróży Ecco Holiday. Wczasy miały trwać od 10 do 18 września, tak jest to zapisane w umowie. Zbiórka na powrót do kraju miała być w hotelu 17 września o godz. 22.30. Tu najistotniejsze są daty: 16 września, leżakując na plaży, słuchaczka dostała SMS od rezydentki, że zbiórka w hotelu jest w nocy, ale z 16.09 na 17.09. o godz. 0.30. Czyli praktycznie dobę przed tym, jak było to zaplanowane.

    Pani Urszula dzwoniła do rezydentki, ale usłyszała, że... reklamacje można składać po powrocie. W Polsce interweniować próbował również mąż słuchaczki. Usłyszał, że ponoć takie sytuacje się zdarzają. Tyle, że w umowie żadnego takiego zapisu nie ma. Pani Urszula czuje się oszukana i rozczarowana. Oczywiście napisała reklamację.

    Rzeczniczka biura, Aleksandra Olechnowicz była moim gościem w studiu. Dlaczego turystkom skrócono lot? - Na pewno to miało związek z jakąś przyczyną operacyjną po stronie linii lotniczych. Naszym obowiązkiem jako tour-operatora jest jak najszybsze poinformowanie klienta o istotnej zmianie. A zmiana godziny wylotu jest istotną zmianą - tłumaczyła na naszej antenie Olechnowicz. Podkreśliła też, że klientka - przy opóźnionym locie - powinna wystąpić z reklamacją bezpośrednio do linii lotniczych. - Linie lotnicze dla nas jako dla organizatorów są partnerem biznesowym. Klient, czy umowa jest podpisana z biurem podróży, czy z liniami lotniczymi jest de facto klientem linii lotniczych - to zdanie rzeczniczki Ecco Holiday.

    Czy aby na pewno? Odezwał się do mnie biegły sądowy w zakresie turystyki, Stanisław H. Kaj. ''Wyrażam zdziwienie stanowiskiem biura podróży, które przenosi na konsumenta usług turystycznych obowiązek dochodzenia swoich praw wobec przewoźnika lotniczego, którego lot uległ opóźnieniu. Zgodnie z konwencją z Guadalajary biuro podróży, które w pakiecie usługi tursytcznej oferuje przelot, staje się tzw. przewoźnikiem domniemanym i tym samym wszystkie zobowiązania wobec konsumenta usług turstycznych (wynikające z przewozu) stają się jego zobowiązaniami'' - dowodzi biegły.

    O sprawie rozmawiałam też z Ernestem Makowskim z UOKiK. Jak mówi, w każdej umowie powinien być precyzyjnie określony czas trwania wycieczki/wczasów. - Jeśli przedsiębiorca skraca czas trwania wycieczki, to wszystko wskazuje na to, że nie zrealizował umowy. A to jest podstawą reklamacji - mówi Makowski. Dodaje, że reklamację składamy w ciągu 30 dni i - koniecznie - piszemy o tym, jakie mamy żądanie.

    Wspomnę jeszcze, że na stronie UOKiK jest rejestr klauzul niedozwolonych. Klauzul jest bardzo dużo, ale wśród nich znalazłam i takie, w których jest mowa o zmianie godzin lotów.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 14 października 2014
  • Zrealizowanie chodnika, placu zabaw dla dzieci, ścieżki rowerowej czy skateparku. To projekty zgłaszane do budżetów obywatelskich w wielu miastach. W Lublinie wśród propozycji mieszkańców pojawił się jeden projekt nietypowy, pod nazwą ''Zrealizowanie obietnicy wyborczej''. Bo mieszkańcy ul. Robotniczej - to oni są wnioskodawcami - mają dość niezrealizowanych obietnic naszych władz.

    Ludzie walczą o budowę drogi asfaltowej, z prawdziwego zdarzenia. Choć domy stoją tu od kilkudziesięciu lat, do dziś jest to droga polna, którą jeździ sporo samochodów. - Kurzy się niemiłosiernie, po deszczu nie daje się tędy iść, nie ma chodnika, czasami jedzie ktoś bardzo szybko, naprawdę jest niebezpiecznie - mówią mi mieszkańcy.

    O drogę walczą od prawie 10 lat. - Były obietnice, że władze miasta zainteresują się tymi terenami i że zostanie zrobiona droga. I nic się nie dzieje. Chyba tak naprawdę chodzi o to, że jesteśmy nieliczną grupą mieszkańców i może nie mamy za wiele głosów wyborczych. I obietnica pozostała nawet nie na papierze, tylko w słowach - mówi jedna z mieszkanek, pani Monika.

    Na przestrzeni lat wielokrotnie rozmawiali z urzędnikami, przed kolejnymi wyborami słyszeli z ust kandydatów różne obietnice, tyle, że nic z tego nie wynika. Stąd ich pomysł, by wziąć sprawy w swoje ręce i zawalczyć o pieniądze z budżetu obywatelskiego właśnie na niezrealizowaną obietnicę. - Władza powinna pomagać ludziom i wywiązywać się z obietnic przedwyborczych. A jak dotąd były tylko puste słowa. Nic poza tym - mówi pan Czarek.

    Urzędnicy ratusza nazwą projektu ''Zrealizowanie obietnicy wyborczej'' byli zaskoczeni, co przyznał w rozmowie ze mną Piotr Choroś. Ale postanowili nazwy nie zmieniać, by nie wywoływać dyskusji. - Nie jest naszą rolą jako urzędników ocenianie tego, czy rzeczywiście była jakaś obietnica wyborcza czy też nie. Stwierdziliśmy, że OK - skoro ktoś chciał w ten sposób zatytułować swój wniosek, miał do tego prawo - mówi mi Choroś.

    Psycholog dr Anna Siudem mówi mi, obietnice były, są i będą. Zwłaszcza przed wyborami jest ich cała masa, bo dzięki obietnicom możemy zyskać sympatię innych. - Przez to możemy poprawić swój wizerunek, stąd wysyp obietnic przed wyborami. Wszyscy działają na mechanizmie świeżości. A jednocześnie bardzo często ci, którzy obiecują liczą na to, że inni o tym zapomną, że pojawi się jakiś inny temat - mówi psycholog.

    Mieszkańcy ulicy Robotniczej nie zapomnieli, co podkreślili w nazwie projektu. Czy projekt będzie z budżetu obywatelskiego realizowany? Do końca miesiąca mają być znane wyniki głosowania w Lublinie. I wtedy karty zostaną rozdane...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 10 października 2014
  • O uciążliwym hałasie z klimatyzatorów umieszczonych na tyłach jednego z dyskontów znanej sieci napisała do mnie pani Ewa z Lublina. Mieszka na drugim piętrze w bloku, a tuż obok wybudowali jej sklep. ''Wiem, że ludzie się cieszą, bo do sklepu blisko, ale te urządzenia klimatyzacyjne, duże, hałaśliwe, są na wysokości moich okien. W nocy nie daje się wytrzymać'' - żali się słuchaczka.

    Jedyna możliwość? Napisać skargę do ochrony środowiska, by inspektorzy sprawdzili poziom hałasu. Takich skarg, jak ustaliłam, wcale nie jest mało. Mieszkańcy Lubelszczyzny skarżą się, że hałas powoduje u nich rozstrój zdrowia, bóle głowy, problemy ze snem czy koncentracją.

    Prawda jest taka, że w Lublinie i okolicach niemal jak grzyby po deszczu wyrastają dyskonty jednej ze znanych sieci, ale też supermarkety czy np. hotele. A przy nich klimatyzacja i wentylacja - urządzenia duże i głośne. Do Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska tylko w Lublinie rocznie wpływa kilkadziesiąt skarg od mieszkańców, że zamontowano obok nich coś, co strasznie huczy.

    Inspektorzy jadą na miejsce, często w nocy, wchodzą na balkony, albo prowadzą pomiary przez okna mieszkańców. Norma to 45 decybeli nocą i 55 decybeli w dzień.

    Jeśli są przekroczenia, to z reguły o kilka decybeli, a to powoduje, że w nocy nie daje się spać. Oczywiście zdarza się, że poziom hałasu jest jednak poniżej normy, ale częściej jest wprost przeciwnie.

    Gdy hałas ''daje po uszach'', inspektorzy mogą ukarać przedsiębiorce karą finansową - z reguły od kilku do kilkunastu tysięcy złotych. - Kara zależy od wartości przekroczenia normy czy czasu emisji hałasu. Ale bardziej dolegliwe może być wstrzymanie użytkowania danej instalacji - mówi mi Arkadiusz Iwaniuk, zastępca wojewódzkiego inspektora ochrony środowiska.

    Jeśli przedsiębiorca jest ''oporny'', kar finansowych może być kilka, łącznie nawet ponad 100 tysięcy złotych, a sprawy mogą też trafić do sądu. Na szczęście to zdarza się rzadko - większość spraw jest załatwianych polubownie. Jeśli inspektorzy stwierdzają: ''Tak, tu huk jest zbyt duży'' - przy sklepach pojawiają się wyciszenia, osłony, ekrany.

    Jak słyszę od fachowców od hałasu, cały problem tkwi w tym, że budując dyskonty czy supermarkety, projektuje się zawieszanie urządzeń klimatyzacyjno-wentylacyjnych od strony domów, w których mieszkają ludzie. - A wystarczyłoby zaprojektować je od strony np. parkingu czy drogi. Ale buduje się według schematów, tak by było tanio. I stąd potem problemy - słyszę w Wojewódzkim Inspektoracie Ochrony Środowiska. I uszy mieszkańców puchną...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 08 października 2014
  • Słuchaczka TOK FM, pani Teresa chciała dokonać aktu apostazji, czyli wystąpić z Kościoła. Przekonała się, że nie jest to łatwe. ''Procedura jest bardzo upokarzająca. Nie czuję, abym miała się z czego tłumaczyć. Jako osoba pełnoletnia, mam prawo żądać usunięcia wszystkich moich danych z bazy Kościoła Katolickiego i koniec'' - napisała do mnie pani Teresa, po swoich doświadczeniach w tym zakresie.

    Słuchaczka dziś mieszka w Warszawie, a chrzczona była kilkaset kilometrów od obecnego miejsca pobytu. Dlatego do parafii wysłała pismo, odręcznie podpisane, że występuje z Kościoła, z poświadczeniem dwóch świadków.

    Odpowiedź dostała z kurii - tu dokładnie chodziło o kurię w Rzeszowie. Że owszem, może z Kościoła wystąpić, ale trzeba to zrobić osobiście, w obecności proboszcza swego kanonicznego miejsca zamieszkania i dwóch pełnoletnich świadków. Bo takie są zasady ustalone kilka lat temu przez Konferencję Episkopatu Polski (KEP). Czyli mówiąc inaczej: że apostazji drogą listowną dokonać nie można (choć są osoby, które m.in. w sieci chwalą się, że im się to udało).

    Postanowiłam sprawdzić, ilu jest apostatów i jak wiele takich wniosków do parafii wpływa. I co się okazuje? Kościół tego nie liczy? Trochę na to wygląda. Rzecznik KEP, ks. Józef Kloch napisał mi, że ma dane tylko z roku 2010 - było wtedy 459 apostatów (najwięcej w Warszawie, Krakowie i Katowicach). - Innymi danymi nie dysponuję - napisał ksiądz rzecznik. Wyjaśnił mi też, że formuła zgłoszenia listownego jest niewystarczająca. - Np. ktoś inny mógłby ''w imieniu innej osoby'' wysłać list. Nadal przyjęte jest osobiste zgłoszenie aktu apostazji - pisze w mailu do mnie rzecznik KEP.

    Fundacja ''Wolność od religii'' regularnie dostaje sygnały od osób, które chcą się z Kościoła wypisać, ale mają z tym problem. Bo wysyłają listy z wnioskiem o apostazję, ale dostają odpowiedź odmowną. - Bo obowiązuje taka a nie inna instrukcja KEP - mówi Dorota Wójcik z fundacji. Podaje przykład 80-letniego pana, który o apostazję walczy od kilku lat. Mieszka w małej miejscowości, nikt nie chce się ''wychylić'' i być świadkiem. - Ten człowiek obawia się, że w sytuacji, gdy dojdzie do pogrzebu, ktoś go będzie chciał pochować w obrządku katolickim, a on tego nie chce - dodaje Wójcik. Jak słyszę, w internecie jest specjalna strona, na której jest lista świadków - gdyby ktoś miał taką potrzebę, można z tej listy skorzystać.

    Apostazja to temat aktualny także w Generalnym Inspektoracie Ochrony Danych Osobowych. Chodzi o skargi od osób, które dokonały apostazji, a parafie nie chcą tego odnotować w parafialnych księgach chrztu. Do GIODO wpłynęło około 100 takich skarg. Inspektor Wojciech Wiewiórowski chce mieć czarno na białym: czy może wydawać decyzje administracyjne w sprawie konieczności dokonania wpisów przez proboszczów. GIODO do tej pory wydawał takie decyzje, ale jedna z nich została niedawno zakwestionowana przez sąd. Czyli sąd niejako przyznał rację proboszczowi - że państwo i jego urzędnicy nie mogą ingerować w kościelną dokumentację. GIODO w rozmowie ze mną zapowiedział, że będzie kasacja do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 03 października 2014
  • Szpitalny Oddział Ratunkowy - SOR. A na nim olbrzymie kolejki, bardzo długi czas oczekiwania na przyjęcie, brak krzeseł. W tej ostatniej sprawie napisał do mnie pan Krzysztof, który był z córką w szpitalu w Płocku, chciał porady, ale ostatecznie zrezygnował. Widział tłum pacjentów, którzy nie mieli gdzie usiąść. Stali, nawet z urazami kończyn. Poprosiłam dyrekcję szpitala w Płocku o dostawienie dodatkowych krzeseł - zobaczymy, może coś się zmieni.

    Ale skarg na SORy jest coraz więcej. Do biura Rzecznika Praw Pacjenta w całym ubiegłym roku wpłynęło ich 484. W tym roku, choć do końca zostały jeszcze trzy miesiące, już jest pół tysiąca. Około 20 procent dotyczy kolejek. - Każdą badamy, zbieramy materiał dowodowy, wnioskujemy o księgę przyjęć, by zobaczyć, ile osób było w tym czasie przyjętych - mówi Marzanna Bieńkowska z biura rzecznika. Tylko niewielka część skarg się potwierdza.

    Ze złamanym paznokciem na SOR

    I w biurze Rzecznika Praw Pacjenta, i od samych lekarzy słyszę, że pośrednio pacjenci sami są sobie winni. Bo w bardzo wielu przypadkach przyjeżdżają do szpitala w sprawach, którymi spokojnie mógłby się zająć lekarz rodzinny czy lekarz z przychodni nocnej. - Na przykład ból gardła, otarcie na nodze, a nawet złamany paznokieć - mówią mi lekarze.

    Niejednokrotnie pacjentom wizytę w szpitalu podpowiada lekarz podstawowej opieki zdrowotnej. - Pacjenci słyszą ''Proszę jechać, tam państwu szybko wykonają badanie''. I próbuje się w ten sposób skracać kolejkę na badanie czy do specjalisty. A to niezgodne z prawem. Bo szpitalne oddziały ratunkowe to oddziały do przyjmowania pacjentów w stanach nagłych, zagrożenia życia - mówi dr Marcin Wieczorski, ordynator SOR w Szpitalu Klinicznym przy Jaczewskiego w Lublinie. Jak dodaje, jest oczywiste, że będą kolejki, skoro pacjentów jest coraz więcej.

    Każdy SOR to ''segregacja'' na trzy kolory: stany najpilniejsze - kolor czerwony, stany pilne - kolor żółty i pacjenci, którzy mogą czekać - kolor zielony. Jeśli jest dużo chorych, zakwalifikowanych do pierwszej i drugiej grupy - grupa trzecia musi czekać. Bywa, że kilka godzin.Lekarze szacują, że pacjentów ''zielonych'' jest nawet 70-80 procent.

    Wśród nich tacy, którzy już na wejściu żądają specjalistycznych badań. - Chodzi o tomografię komputerową i USG danego narządu. Pacjenci domagają się też konsultacji specjalistycznych. Niejednokrotnie są bardzo roszczeniowi, widać, że mają wiedzę z internetu i powołując się na nią, żądają konkretnych badań - mówi mi dr Leszek Stawiarz szef SORu w szpitalu specjalistycznym przy Alei Kraśnickiej w Lublinie.

    Skargi na SORy nie dotyczą jednak tylko kolejek. Był przypadek chorego ze złamaną nogą, któremu rzekomo nic nie było i go odesłano. Była matka, której lekarze odmówili wglądu w dokumentację córki. Bywa, że lekarz na SORze mówi pacjentowi, że trzeba zrobić zdjęcie RTG, ale odsyła go z tym do przychodni.

    Część spraw dotyczy też zwolnień - jeśli chory nie może iść do pracy, to na oddziale ratunkowym powinien dostać zwolnienie. A nie dostaje, bo lekarz odsyła go do przychodni rodzinnej. Rzecznik Praw Pacjenta, jeśli stwierdza naruszenie prawa, wnioskuje do szpitala o zmiany. Czasami kończy się też karą finansową.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 01 października 2014
  • Uff, udało się! Dostałam informację od mamy 4,5-letniego autystycznego Krzysia - nie wstrzymano zajęć terapeutycznych. 30 września, o czym już pisałam, było realne zagrożenie, że zajęć logopedycznych, fizjoterapeutycznych czy z pedagogiem w przedszkolu w Parczewie na Lubelszczyźnie nie będzie, bo nie ma na nie kasy. Tak tłumaczyli mamie chłopca urzędnicy z gminy, m.in. pracownicy MOPSu.

    Dziś już wiemy, że pieniądze są, Urząd Wojewódzki zareagował bardzo szybko i po naszej interwencji przesłał środki na specjalistyczne usługi opiekuńcze - bo tak się to nazywa. Urzędnicy wojewody od początku mówili mi, że to gmina powinna była wcześniej wystąpić o pieniądze - wcześniej a nie w ostatniej chwili, czyli 30 września. Powinna była napisać: nie mamy za co sfinansować zajęć, musimy je wstrzymać - wojewoda ma rezerwy i miałby skąd gminę wspomóc. A tak do końca nic o tym nie wiedział.

    Co na to Ministerstwo Pracy i Polityki Społecznej?

    Z biura prasowego dostałam odpowiedź, że dotacje uruchomione w lipcu na specjalistyczne usługi opiekuńcze w całym kraju zabezpieczyły sto procent potrzeb na trzeci kwartał tego roku. Natomiast ostatnia transza pieniędzy, na czwarty kwartał, trafi do województw, a potem do gmin w pierwszych dniach października.

    Ale to nie znaczy, że trzeba siać panikę wśród rodziców i dzieci i niepotrzebnie ich denerwować. Ministerstwo napisało mi wprost: jeśli gmina nie ma wystarczających środków z ministerstwa, powinna szukać innych sposobów. Wziąć pieniądze z tzw. środków własnych, a potem je uzupełnić, jak już dostanie dotację z ministerstwa. Może też dostać inne pieniądze, ale musi o nie wystąpić do Urzędu Wojewódzkiego.

    Dobrze, że pani Elżbieta, mama Krzysia do mnie napisała, podjęła walkę. Gdyby nie to, pewnie zajęcia zostałyby - tak jak planowano - wstrzymane. A rodzice chorych dzieci czekaliby, nie wiadomo do kiedy...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 30 września 2014
  • ''Proszę o pomoc. Gmina chce zabrać mojemu synkowi zajęcia terapeutyczne od 1 października. Bo są jakieś opóźnienia w wypłacie pieniędzy i nie ma na to środków''. Taką informację dostałam od pani Eli z gminy Parczew na Lubelszczyźnie. Ma 4,5-letniego synka z autyzmem. Dziecko do tej pory miało przyznane finansowane przez gminę zajęcia m.in. z logopedą i fizjoterapeutą. Przez dwie godziny dziennie mogło też liczyć na spotkania z pedagogiem w przedszkolu. - Kilka dni temu dostałam informację w MOPS, że terapii nie będzie, są wstrzymane, bo nie ma pieniędzy - mówi słuchaczka. - To oznacza dla mojego syna przerwanie czegoś, co ma już od ponad roku - dodaje.

    Jak to możliwe, że z dnia na dzień chce się dzieciom przerwać terapię? Dlaczego gmina nie ma pieniędzy? I w ogóle o co chodzi?

    Jak ustaliłam, pieniądze na specjalne usługi opiekuńcze trafiają z Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej do wojewodów, a stąd do gmin. Urzędnicy wzajemnie obarczają się winą.

    W MOPSie usłyszałam, że wniosek o pieniądze na zajęcia złożyli u wojewody już w sierpniu. Tak jak inne gminy. Tyle, że pieniędzy nie ma. Dlatego poinformowali rodziców (bo takich dzieci jak synek pani Elżbiety jest w gminie około 10), że muszą wstrzymać zajęcia.

    - Rzeczywiście, czekamy w tej chwili na te środki z ministerstwa- przyznaje rzecznik wojewody, Marcin Bielesz. Od razu jednak zastrzega: to absolutnie nie powinno oznaczać, że jak ktoś nie ma pieniędzy, to wstrzymuje zajęcia dla dzieci.

    Zdaniem urzędników wojewody, MOPS wiedząc, że nie ma gotówki powinien o nią wystąpić, a wojewoda ma specjalne rezerwy i nie byłoby tematu. Tak się jednak nie stało - gmina Parczew swoją prośbę o wsparcie wysłała DOPIERO w ostatnim dniu września. - Obudzili się w ostatniej chwili i mają pretensje - słyszę w Urzędzie Wojewódzkim.- Żadna inna gmina nie zgłaszała takiego problemu - mówi mi Marcin Bielesz.

    Po mojej prośbie o interwencję, sprawa przyspieszyła. Dostałam telefon od rzecznika wojewody, że dyrektor Wydziału Polityki Społecznej w Urzędzie Wojewódzkim niemal natychmiast podjął decyzję o uruchomieniu rezerwy. Pieniądze są, zajęcia nie powinny zostać wstrzymane. - Bardzo się cieszę i bardzo na to liczę - mówi pani Elżbieta. - Dam znać, jak sprawa się zakończy - dodaje.

    Wysłałam też zapytanie do Ministerstwa Pracy i Polityki Społecznej - czekam na odpowiedź. Skąd w ogóle opóźnienia w przekazywaniu pieniędzy? Gmina swoje, wojewoda swoje, ciekawe co powie ministerstwo? ...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 26 września 2014
  • Kropla drąży skałę i okazuje się, że można. Trzykrotnie wzrosła w Lublinie liczba uczniów, którzy wybrali etykę, albo chodzą i na etykę, i na religię jednocześnie. W ubiegłym roku takich uczniów było prawie 100, teraz jest ponad 300. Przypomnę, że od września szkoły są zobowiązane zorganizować lekcje etyki nawet dla jednego ucznia - to wymóg wynikający z rozporządzenia ministra edukacji. Oczywiście, mogą to być grupy międzyszkolne, ale w Lublinie miasto poszło uczniom na rękę i o zajęciach międzyszkolnych nie ma mowy.

    Jak ustaliłam w Wydziale Oświaty Urzędu Miasta, etyka jest w tej chwili w 26 szkołach, podczas gdy w ubiegłym roku szkolnym była tylko w 7. Są podstawówki i gimnazja, gdzie chodzi na nią JEDEN UCZEŃ albo DWÓCH, jak w gimnazjum nr 18. Jak mówi mi dyrektor tej szkoły Marek Krukowski, nowe rozporządzenie to duża zmiana. - Rozporządzenie zwiększyło wrażliwość organu prowadzącego na to, żeby nie utrudniać, tylko wyjść naprzeciw tym uczniom, którzy chcieliby, aby lekcje etyki się odbywały - mówi Krukowski. U niego w gimnazjum początkowo deklaracje o uczęszczaniu dzieci na etykę złożyło siedmiu rodziców, ale ostatecznie zostało dwóch uczniów. - I już od minionego wtorku te lekcje mają. Mamy panią, która jest fachowcem, skończyła filozofię, uczy w jednym z liceów - mówi dyrektor.

    Są oczywiście również szkoły, gdzie pojawiły się większe grupy chętnych na etykę, mimo, że wcześniej tego przedmiotu tam nie było - w sumie etyka jest w 12 podstawówkach, 4 gimnazjach i 10 szkołach ponadgimnazjalnych.

    Po danych liczbowych widać, że jeśli chodzi o sam Lublin etyki jest o wiele więcej niż do tej pory. Gorzej jest w szkołach w małych miejscowościach. Chciałam sprawdzić, jak to wygląda w skali Polski, ale rzeczniczka MEN, Joanna Dębek przekazała mi informację, że dane dotyczące lekcji etyki będą zbierane dopiero według stanu na 30 września, ale zanim dotrą do MEN i zostaną przeanalizowane - będzie połowa listopada. I wtedy MEN te dane udostępni.

    Do małych miejscowości w województwie lubelskim wybrali się wolontariusze z Fundacji "Wolność od religii" z ulotkami i plakatami o etyce, w ramach kampanii ''Równość w szkole''. Jak mówi mi prezeska fundacji, Dorota Wójcik, mniej więcej do połowy szkół nie zostali wpuszczeni. - Czasami byli przeganiani ze szkół - dodaje.

    Bywało, że dyrektorzy informowali, że żadne ulotki ani plakaty w ramach kampanii ''Równość w szkole'' nie są im potrzebne, bo u nich na etykę nikt się nie zapisuje. Mówili też wolontariuszom, że o nowym rozporządzeniu MEN wiedzą wszystko i nie chcą wiedzieć więcej. Tak było m.in. w Krasnymstawie, Bełżycach czy Kraśniku.

    Do fundacji docierają też informacje spoza Lubelszczyzny o problemach z etyką. - To są głównie takie głosy, że w szkołach lekcje religii są już od początku września, a etyki wciąż nie ma. Nie do końca wiadomo dlaczego - mówi Dorota Wójcik. Zwraca uwagę na coś jeszcze: że wciąż są szkoły, w których widać niechęć nauczycieli do etyki. - Dyrektorzy zniechęcają. Mówią rodzicom, że etyka będzie po południu albo o 7 rano, a może i w innej szkole - informuje prezeska fundacji.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 23 września 2014
  • Kuriozalna praktyka w sklepach dużej sieci handlowej, specjalizującej się w sporcie. By kupić towar, żądają od klienta określonych danych: numeru telefonu albo adresu mailowego. Słuchaczka, która do mnie w tej sprawie napisała, chciała kupić rowerek dla dziecka.Ale odmówiła podania swoich danych. - W odpowiedzi usłyszałam, że dane mają służyć zachowaniu bezpieczeństwa, na wypadek gdyby producent rowerów odkrył wadę fabryczną - mówi pani Magda.Ten argument jej nie przekonał, świadomie nie chciała podać swoich danych, by np. nikt nie zasypywał jej skrzynki niepotrzebnym spamem. Usłyszała od sprzedawczyni, że jeśli danych nie poda - roweru nie kupi.

    Pani Magda rozmawiała nawet z kierowniczką sklepu, ale usłyszała to samo. Jednocześnie nikt nie był w stanie przedstawić jej żadnego regulaminu, przepisu czy zapisu, który pozwalałby na uzależnianie zakupu od podania danych.

    Teoretycznie można założyć, że na zakupy, po rower dla wnuczka, przyjdzie babcia, która w ogóle nie używa internetu, nie ma swojego adresu mailowego, nie korzysta z komórki. Co wtedy? Roweru nie kupi, bo nie jest z techniką za pan brat? W sklepie usłyszałam, że takie mają zasady - adres czy numer telefonu identyfikują klienta, tak na wszelki wypadek (np. gdy z rowerem będzie coś nie tak).

    W Inspekcji Handlowej słyszę jednak, że nikt nie może zakładać, iż towar jest wadliwy. Jeśli rower się popsuje, klient ma przecież paragon i wystarczy, że zgłosi się z nim do sklepu. - Wtedy sprzedawca może poprosić o dane osobowe, żeby móc klientowi na jego reklamację odpowiedzieć. Ale żądanie danych przed samą sprzedażą? Nie widzę za bardzo celu - mówi Łukasz Drzewiecki z lubelskiej inspekcji. I dodaje, że z czymś podobnym się nie spotkał. Teoretycznie można byłoby tu rozważać naruszenie zbiorowych interesów konsumentów, ale tym musiałby się zająć UOKiK. Bowiem jeśli towar stoi na półce, jest zaoferowany do sprzedaży, a klient płaci i chce go kupić, to wydaje się, że stawianie dodatkowych wymagań jest niezgodne z prawem.

    Co na to wszystko przepisy o ochronie danych? Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych Wojciech Wiewiórowski mówi mi, że na zakupach nikt żadnych danych żądać od nas nie powinien. - Ta praktyka wydaje mi się zupełnie absurdalna dlatego, że nie sądzę, aby do sprzedaży rowerów przydatne były czy adres mailowy, czy numer telefonu - mówi Wiewiórowski. Chyba, że - jak dodaje pan inspektor - jest to rower, którym steruje się za pomocą komputera czy telefonu. Ale takich rowerów chyba jednak nie ma.

    O komentarz poprosiłam też innego prawnika, profesora KUL, który zajmuje się tą problematyką. ''uważam, że sprzedawca nie ma prawa żądać od kupującego adresu poczty elektronicznej ani numeru telefonu - może jedynie prosić o podanie tego rodzaju informacji, ale podanie tego rodzaju danych jest dobrowolne i odmowa w tym zakresie nie powinna skutkować odmową zawarcia umowy'' - napisał mi prof. Paweł Fajgielski.

    Nasza słuchaczka ostatecznie rowerek kupiła: na poczekaniu wymyśliła adres: xyz@... - Kasjerka była tego oczywiście świadoma, że nie jest to mój prawdziwy adres, ale mogłam już dokonać zakupu - mówi pani Magda. Tylko, gdzie tu sens i logika?...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 19 września 2014
  • Bardzo wiele maili od Państwa dostaję. Większość to historie z życia wzięcie. Dziś na moim blogu historia pani Małgorzaty, słuchaczki, która po policyjnej interwencji wyciągnęła telefon komórkowy, zrobiła zdjęcie i najprawdopodobniej dzięki temu udało jej się uniknąć sprawy w sądzie. Pani Małgorzata nie chce podawać miejsca, gdzie zatrzymała ją policja, bo jak tłumaczy, nie chodzi jej o żaden ''medialny nacisk'' w jej konkretnej sprawie, tylko pokazanie problemu.

    Była u mamy, kilkaset kilometrów od domu. Miała do załatwienia kilka spraw. W pobliżu nie było przejścia dla pieszych, więc przeszła po prostu, po jezdni. Widziała, że niedaleko stał radiowóz, ale przez myśl jej nie przeszło, że ktoś pomyśli, że złamała prawo.

    Jak mówi mi naczelnik lubelskiej drogówki Robert Koźlak (od razu zaznaczam, że sprawa pani Małgorzaty nie dotyczy Lublina, ale prawo jest przecież wszędzie jednakowe) - podstawowa zasada jest taka, że pieszy przechodzi na drugą stronę na przejściu dla pieszych. Ale... jest też odstępstwo. - Jeżeli przejście jest w odległości większej niż 100 metrów, wtedy pieszy też może przejść przez jezdnię, ale w warunkach szczególnej ostrożności - mówi mi naczelnik. Czyli mówiąc inaczej: nawet jeśli zebry na drodze nie ma - możemy przejść na drugą stronę wtedy, gdy do najbliższych pasów jest ponad 100 metrów.

    Pani Małgorzata znała ten przepis, była pewna, że może iść. - Po drugiej stronie ulicy zatrzymała mnie jednak policjantka i powiedziała, że zostaję ukarana mandatem - mówi słuchaczka. Mandat nie był duży, to 50 zł, ale piesza nie poczuwała się do żadnej winy. Powiedziała, że zna kodeks i wie, jakie są przepisy. Ostatecznie mandatu nie przyjęła. Dziś mówi, że może, gdyby przeprosiła, skończyłoby się na pouczeniu. Ale była stanowcza i to mogło się nie spodobać.

    Moja rozmówczyni była zaskoczona policyjną interwencją i dlatego postanowiła złożyć skargę. Chciała mieć numer rejestracyjny radiowozu - wyciągnęła komórkę i zrobiła zdjęcie. - Gdyby nie to, nie miałabym dowodu, gdzie stał radiowóz - mówi. Dzięki foto, można stwierdzić, ile metrów od przejścia znajdowali się policjanci. - Ja to sprawdziłam, to ponad 100 metrów - mówi słuchaczka.

    Była zaskoczona, że nie mogła złożyć swoich zeznań. Usłyszała, że skoro nie przyjmuje mandatu, sprawa idzie do sądu. I tyle. - Nie zgadzałam się z tym mandatem i chciałam, żebym mogła opowiedzieć, jak to wyglądało z mojej perspektywy - mówi. Napisała więc skargę do komendy, z prośbą o przesłuchanie. Została przesłuchana, pokazała zdjęcie. Dziś już wie, że sprawy w sądzie nie będzie. Dostała zawiadomienie, że policja jednak nie skieruje wniosku o ukaranie.

    O tym, że czasami warto wyciągnąć z kieszeni komórkę, zrobić zdjęcie czy nakręcić film już kiedyś pisałam, przy okazji tekstu o kolizjach i wypadkach. PRZECZYTAJ Biegli i adwokaci mówili mi wtedy, że takie zdjęcie/film może być przydatne przy ocenianiu tego, jak było. Bo widać na nim OKOLICZNOŚCI danej, konkretnej sytuacji.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 18 września 2014
  • To miały być wymarzone wakacje w Hiszpanii, we wrześniu, na Costa Brava. Pani Ewa (imię zmienione), słuchaczka, która do mnie napisała, emerytka, miała lecieć do Hiszpanii razem z mężem. Tyle, że w jednej chwili świat się im zawalił. Ale... zrozumienia brak.

    Zacznijmy od początku: pani Ewa zarezerwowała wczasy w jednym z biur w Warszawie (nazwy nie podaję, bo nie o biuro tu chodzi). Ważne są daty: rezerwacji dokonała w marcu, pod koniec marca wpłaciła 2300 zł zaliczki. ''Nasza radość trwała krótko. Życie przygotowało bardzo smutny scenariusz. Niecały miesiąc później u naszej 40-letniej córki zdiagnozowano raka piersi'' - pisze pani Ewa. Skończyło się na mastektomii, potem cykle chemioterapii, które trwają także teraz.

    Córka pani Ewy ma dwoje małych dzieci. ''Czy w takiej sytuacji mieliśmy myśleć o wyjeździe? Przecież byliśmy i jesteśmy potrzebni córce i wnukom''. Słuchaczka od razu, czyli już w kwietniu, zawiadomiła biuro podróży, że jechać nie może. Zrozumieli, oddali zaliczkę za rezerwację hotelu - nieco ponad 500 zł. A reszta? Okazało się, że to pieniądze za bilety lotnicze. I zaczęły się schody...

    Przewoźnik to Polskie Linie Lotnicze LOT. Biuro podróży próbowało z przewoźnikiem rozmawiać. Z moich informacji wynika, że organizator wczasów już w kwietniu pytał przedstawiciela linii lotniczych, czy z uwagi na wyjątkowość sytuacji można liczyć na zwrot wpłaty za bilety. Poproszono panią Ewę o zaświadczenie lekarskie w sprawie córki, ale to niewiele wniosło.

    Po około miesiącu do biura przychodzi mail z odpowiedzią z LOTu, że nie otrzymano zgody na jakikolwiek zwrot. Bez uzasadnienia. Podobną informację dostaje pani Ewa. ''Naprawdę chciałem Państwu pomóc, ale wszystko jest poza mną i nie jestem wstanie nic już w tym temacie zrobić, wszelkie możliwości zostały sprawdzone. Bardzo mi przykro?''. I podpis pracownika.

    Co na to LOT? Z biura prasowego dostałam odpowiedź, że nie spotkają się ze mną na nagraniu. Przysłali mi natomiast wyjaśnienia w mailu. Jak czytam, LOT ma różne taryfy biletowe: ''od tych najbardziej elastycznych umożliwiających zwrot biletu (...) po te najbardziej restrykcyjne, w których dokonanie zmian lub zwrot biletu jest niemożliwy''. Pani Ewa miała bilet kupiony w taryfie, w której zwrotów nie ma.

    Tyle tylko, że w dalszej części wyjaśnień LOT podkreśla, że owszem, można składać reklamacje, że każda jest rozpatrywana indywidualnie i że każda taka sprawa jest przez nich dokładnie badana. ''Niestety ze względu na obowiązek równego traktowania wszystkich Pasażerów możliwości odstąpienia od obowiązujących zasad są bardzo ograniczone'''.

    Są bardzo ograniczone, ale są - tak wynika z maila. W jakiej sytuacji? W jakim przypadku reklamację się uwzględnia? Co musiałoby się stać, by poszli pasażerowi na rękę? O tym ani słowa. Szanowne Władze Polskich Linii Lotniczych - może warto wykazać choć odrobinę empatii?...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 15 września 2014
  • Rzadko jeżdżę pociągami, więc tym bardziej byłam trochę zdziwiona informacją, jaką podesłał mi pan Wojciech z Warszawy. Napisał o konieczności wsiadania do pociągu przednimi drzwiami. ''Wymóg taki jest możliwy do spełnienia w przypadku autobusu, który ma 12 m, a nie pociągu, który ma 200 m długości. To jest jakiś absurd i wymuszanie nienaturalnych zachowań, sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem. Na dodatek informacja o tym nie jest zbyt widoczna'' - napisał do mnie pan Wojciech.

    Cała rzecz w tym, że gdy nie mamy biletu, a wsiadamy do pociągu np. Kolei Mazowieckich - obowiązuje nas wejście przednimi drzwiami i tam powinniśmy czekać na konduktora. Jeśli zaczniemy go szukać po pociągu - chcąc kupić bilet - możemy się znaleźć w potrzasku, bo zostaniemy potraktowani jako gapowicze. To zresztą nie dotyczy tylko Kolei Mazowieckich.

    Na stronie Urzędu Transportu Kolejowego znalazłam informację, że podobne zasady obowiązują choćby w Przewozach Regionalnych czy w Kolejach Śląskich. PRZECZYTAJ . Rozumiem, że przewoźnicy starają się wystrzegać pasażerów na gapę i wprowadzają taki a nie inny wymóg - ale dlaczego u innych przewoźników, też kolejowych, o żadnych pierwszych drzwiach mowy nie ma? Przykłady? SKM Warszawa: sprzedaż biletów w automatach w pociągach. Koleje Dolnośląskie: zgłosić się do konduktora niezwłocznie przed lub po wejściu do pociągu.

    Problem mogą mieć turyści, którzy nie zdążą kupić biletu Kolei Mazowieckich (KM). Skąd mają wiedzieć, że trzeba wybrać właśnie przednie drzwi? Słuchacz zwraca uwagę na coś jeszcze: w wielu pociągach KM nie ma kasowników. Jeśli mamy bilet nieskasowany, naszym obowiązkiem również jest wejście przodem i wtedy konduktor nasz bilet skasuje.

    Pan Wojciech, mimo, że mieszka w Warszawie, nie miał o tym pojęcia. Dowodzi, że przypomina mu to różne ''pułapki'' zastawiane przez para-banki, gdzie coś w umowie jest zapisane drobnym druczkiem i nie jesteśmy świadomi np. tego, że nasze pieniądze w znacznej części mogą przepaść. - Dlaczego nie ma kasowników? Przecież w komunikacji miejskiej, nie tylko w Polsce, kasowniki są i nie ma problemu - mówi pan Wojciech.

    Co na to Koleje Mazowieckie? Jak słyszę, kasowniki są w pociągach lotniskowych. W innych nie ma takiej potrzeby. Rzecznik prasowy Donata Nowakowska tłumaczy mi, że większość pasażerów KM to stali pasażerowie, którzy mają ''przejazdówki''. W pierwszym półroczu było ponad 30 milionów podróżnych - 80 procent z nich podróżowało na podstawie biletów okresowych.

    Kary za wejście innymi drzwiami niż przednie? Owszem są, choć nie nazywa się ich karami, tylko wezwaniem do zapłaty. - W tym roku, do końca lipca, zostało wystawionych ponad 62 tysiące takich wezwań - mówi Nowakowska. Przyznaje, że wśród nich są wezwania za szukanie kierownika pociągu po całym składzie czy za to, że mamy nieskasowany bilet. Ponoć są to jednak rzadkie przypadki.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 11 września 2014
  • Kuria w Kaliszu wyszła przed szereg - tak to chyba można ująć - i wydała zalecenia dla księży i katechetów. Że mają informować rodziców, że wybór etyki zamiast religii to forma pisemnej apostazji. W tej sprawie napisał do mnie Czesław Grzelak - ten sam, który przed laty walczył o etykę w szkole dla swojego syna. Walczył przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka w Strasburgu i swoją walkę wygrał - sprawę "Grzelak przeciwko Polsce". Trybunał uznał, że Polska złamała prawo.

    Pan Czesław nie kryje, że informacja z Kalisza o apostazji za udział w lekcjach etyki - mocno go zszokowała. - To wyglądało na próbę jakiejś wojny, a nie wprowadzać elementu wojny do szkół, bo to przecież są dzieci. W szkole nie ma miejsca na wojny religijne czy jakiekolwiek inne - mówi Czesław Grzelak. Przed laty to jego syn miał chodzić na etykę, ale etyki nie było. A on chciał tylko, by państwo polskie zrealizowało zapisy z Konstytucji.

    Po nagłośnieniu sprawy oświadczenia, które znalazło się na stronie kurii w Kaliszu, kuria się z niego wycofuje, a ogłoszenie zniknęło ze strony internetowej. Ale niesmak pozostał. - Religia, etyka nie powinny być powodem kłótni, wojen, które by dzieliły dzieci. Wręcz przeciwnie - mówi pan Czesław. I dodaje, że straszenie apostazją jest dla niego kompletnie niezrozumiałe.

    - Byłem w szoku, że znaleźli się ludzie, którzy odważyli się na taki krok, krok wstecz. Mimo tego, że teraz się z tego wycofują, to jednak pozostał taki wielki niesmak - mówi Grzelak. Jego zdaniem, ktoś próbował wprowadzić element chaosu, który jest zupełnie niepotrzebny. Bo nie można mówić, że jak dziecko nie chodzi na religię, tylko na etykę, to jest niedobre.

    Czesław Grzelak podkreśla, że informacja o apostazji to rzucanie kłód pod nogi tym, którzy robią, co mogą, by etyka w szkole była, by uczyli jej kompetentni nauczyciele, by były programy zajęć.

    Zgodnie z nowymi zasadami, od września dyrektor ma obowiązek zorganizować lekcje etyki choćby chciał w nich uczestniczyć tylko jeden uczeń (mogą być to lekcje np. w innej szkole). Druga rzecz: uczeń ma prawo chodzić i na religię, i na etykę jednocześnie, a na świadectwie będzie mieć ocenę z tego przedmiotu, z którego sam wybierze.

    Zajrzałam na stronę www.faktykaliskie.pl, a tam informacja, że w Kaliszu ''gwałtownie wzrasta liczba dzieci, których rodzice wolą, by uczęszczały na zajęcia z etyki zamiast religii''. Efekt oświadczenia, z którego się ostatecznie wycofano, uznając, że doszło do nadinterpretacji przepisów prawa kanonicznego?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 08 września 2014
  • Lekcja przyrody w klasie czwartej w jednej ze szkół podstawowych w Warszawie. Jedna z pierwszych lekcji w nowym roku szkolnym. Nauczycielka dyktuje dzieciom do zeszytu, czym jest przyroda: ''Przyroda to natura, czyli wszystko co stworzył dla nas Bóg''. - Jak to przeczytałam w zeszycie córki, najpierw zaczęłam się śmiać, ale potem mnie to przeraziło i zaczęłam się zastanawiać, co powinnam z tym zrobić - mówi mi słuchaczka, pani Anna, z którą rozmawiałam. Nie kryje, że irytuje ją włączanie religii w lekcje przyrody. Nie chce stawiać sprawy na ostrzu noża, ale wybiera się do dyrektorki szkoły, by problem naświetlić.

    Małgorzata Augustowska uczy w jednej z podstawówek w Lublinie, jest też doradcą metodycznym od przyrody. Jak mówi, przyroda nie jest przedmiotem kontrowersyjnym, na którym jednak mogą się pojawiać kwestie światopoglądowe. - Ale wydaje mi się, że większość nauczycieli tego nie robi. Uczą przyrody tak, jak określa to podstawa programowa - mówi metodyk. I dodaje, że podstawa nie pozwala na to, by uczyć dzieci, że to ''Bóg stworzył naturę''. - Z szacunku do dzieci, o których przecież nie wiemy wszystkiego, powinniśmy przekazywać wiedzę, bez ''wkładania'' tam swojego światopoglądu - dodaje. Przyznaje, że nigdy - choć uczy od ponad 20 lat - nie spotkała się z takim zarzutem ze strony rodziców.

    Dorota Wójcik z Fundacji "Wolność od religii" nie ma wątpliwości, że nauczycielka od przyrody nie uszanowała prawa rodziców do wychowywania dzieci zgodnie z własnymi poglądami.- Zdecydowanie uważamy, że w Polsce obowiązuje pluralizm światopoglądowy i nie powinno się dzieci uczyć na lekcjach innych niż religia, że świat został stworzony przez Boga - dodaje Wójcik.

    Ale to nie jedyny temat związany z pewnym problemem na linii "religia w szkole". Po jednym z wpisów na blogu napisał do mnie pan Wojciech z dużego miasta w Polsce. Jego córka, 6-latka, właśnie poszła do szkoły - dużej szkoły, w której jest aż 11 klas pierwszych. Córka jest wychowywana tak, jak chcą tego rodzice; zapisali ją na etykę - w sumie w klasie jest pięcioro takich dzieci.

    I co? Pierwszy dzień w szkole. W planie lekcji - tylko religia. Etyka dopiero ma być. Przychodzi katecheta i pięcioro dzieci musi usiąść na końcu sali i tam siedzieć przez całą godzinę. Inne dzieci mają religię. Jak czuje się ta piątka? Co myśli? Co potem mówi w domu? Nad czym się zastanawia? Szkoda, że ktoś tego nie przewidział. Córka pana Wojtka poczuła się "inna" - nie rozumiała, dlaczego wszystkie dzieci mają lekcję, a ona musi siedzieć cicho, na końcu sali. Szkoda...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 04 września 2014
  • Czy wszystkie dzieci w Polsce mają prawo do bezpłatnej opieki zdrowotnej? Teoretycznie tak, ale... Napisała do mnie pani Żaneta z Warszawy, mama półtorarocznego Mieszka. Kilkanaście dni temu, w niedzielę, synek w trakcie zabawy uderzył się noskiem w stół. Rodzice wystraszeni, że może doszło do urazu, pojechali do szpitala. - Najbliżej mieliśmy szpital przy Niekłańskiej. Tam w Szpitalnym Oddziale Ratunkowym, w rejestracji, usłyszeliśmy, że przyjmą nasze dziecko, ale musimy zapłacić - opowiada mi młoda mama.

    Skąd taki problem? Ani pani Żaneta, ani jej partner, tata Mieszka, nie są ubezpieczeni w ZUS, nie płacą ubezpieczenia chorobowego w ramach NFZ. Jak słyszę, wykonują taki zawód, w którym rzadko zdarza się praca na etacie. Mają umowy o dzieło. Owszem, wykupili sobie prywatne ubezpieczenie zdrowotne i w razie choroby korzystają z prywatnej przychodni. Ale była niedziela, sytuacja nagła, pojechali do szpitala.

    Rodziców uświadomiono, że wizyta kosztuje 100 zł, do tego dojdą koszty badań choćby RTG. W pierwszej chwili mieli zapłacić, ale synek czuł się dobrze, więc ostatecznie pojechali do przychodni prywatnej. Tam przyjęto ich za darmo, w ramach wykupionego ubezpieczenia - Mieszkowi na szczęście nic nie było.

    Pani Żaneta napisała do mnie z prośbą, aby sprawę wyjaśnić, bo za jakiś czas być może będzie musiała pojechać do szpitala raz jeszcze. I chce wiedzieć, na czym stoi. Czy dziecko ma prawo do darmowej porady? Czy ma je gdzieś zgłosić?

    Marzanna Bieńkowska, kierownik Zespołu Interwencyjno - Poradniczego w biurze Rzecznika Praw Pacjenta mówi mi, że zgodnie z ustawą o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych, każde dziecko do 18 roku życia ma prawo do bezpłatnej opieki. Przepisy są w tym przypadku jasne. Ale... No właśnie, tu jest sedno sprawy.

    Po pierwsze, dziecko powinno być zgłoszone do ubezpieczenia - i tak się najczęściej dzieje, gdy mamy etat. Może być też zgłoszone przez dziadków. Gdy takiej możliwości nie ma, szpitalowi powinno wystarczyć podanie PESELu dziecka. - I szpital powinien udzielić świadczenia zdrowotnego, a potem rozliczyć je na podstawie ustawy - mówi Bieńkowska. I dodaje, że w takiej sytuacji najlepiej też mieć przy sobie np. akt urodzenia naszej pociechy,

    Oczywiście kontaktowałam się ze szpitalem. I tu też spore zaskoczenie - w trakcie pierwszej rozmowy z rzecznikiem placówki usłyszałam, że pracownice SOR zachowały się prawidłowo, bo jeśli rodzice nie są ubezpieczeni, a dziecko nie jest do ubezpieczenia zgłoszone - to wystawia się rachunek za taką wizytę. Ale w trakcie drugiej rozmowy z rzecznikiem, okazało się, że jest zupełnie inaczej - potwierdził mi, że wystarczy numer PESEL.

    Sprawa pani Żanety nie jest jednostkowa. Był m.in. przypadek, gdy dziecko leżało na szpitalnym oddziale, rodzice nie byli ubezpieczeni i wystawiono im rachunek, na kilkaset złotych. Bezprawnie. Po interwencji rzecznika, dostali pieniądze z powrotem. Tylko dlaczego wcześniej musieli zapłacić?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 02 września 2014
  • - Udało się! Nasze interwencje odniosły skutek - cieszą się rodzice z Zespołu Szkół w Borzęcinie pod Warszawą. Kilka miesięcy temu opisywałam historię z Borzęcina, gdzie dyrekcja szkoły informowała rodziców o obowiązkowym udziale w rekolekcjach PRZECZYTAJ

    Pani dyrektor nie miała sobie wtedy nic do zarzucenia. Mówiła mi, że jeśli ktoś zadeklarował chodzenie na religię, to i w rekolekcjach powinien uczestniczyć. Choć tak naprawdę żadnego przymusu ani obowiązku być nie powinno. Pan Andrzej (imię zmienione) mówi, że teraz wiele się zmieniło. I na zakończenie szkoły, i teraz na początku roku szkolnego, było ''zaproszenie'' na mszę do kościoła - ''zaproszenie'', a nie obowiązek czy przymus.

    Ulotka fundacji "Wolność od religii", która trafi do szkół

    Do lubelskiej fundacji "Wolność od religii" wpłynęło sporo sygnałów od rodziców o rozpoczęciu szkoły od mszy świętej. - Podejmujemy bardzo dużo interwencji w tym zakresie - mówi mi Dorota Wójcik, prezeska fundacji. - W wielu szkołach jest wprowadzane takie przeświadczenie, że jest jakoby tylko jeden dominujący światopogląd i ci, którzy go wyznają, są na uprzywilejowanej pozycji - dodaje Dorota Wójcik.

    Fundacja interweniuje. Wysłała m.in. pismo do dyrekcji Szkoły Podstawowej w Libertowie (Kraków), gdzie uroczyste rozpoczęcie roku odbyło się w kościele parafialnym. ''Fundacja ma wątpliwości, czy dyrektor szkoły oraz wychowawcy wykazali się należytą troską o uczucia uczniów nieuczęszczających na religię'' - pisze fundacja. Podobne pismo zostało wysłane do Szkoły Podstawowej im. Króla Kazimierza Wielkiego w Niepołomicach i do Szkoły Podstawowej w Nieporęcie. Również do VIII Liceum Ogólnokształcącego w Krakowie.

    Dzisiaj, już po rozpoczęciu roku, fundacja napisała też do Kuratorium Oświaty w Szczecinie, a chodzi o miejską inaugurację roku w tym mieście, w Szkole Podstawowej nr 74. Fundacja dostała informację, że po oficjalnych przemówieniach, m.in. prezydenta Szczecina i radnych, głos zabrał biskup. Wezwał do wspólnego odmówienia ''Ojcze nasz'', a następnie zaintonował ''Maryjo Królowo Polski módl się za nami''.

    'Fundacja zwraca uwagę, że obecność modlitwy w szkole publicznej nie tylko godzi w neutralny charakter takiej placówki, ale też ''prezentuje modlitwę jako normę społeczną''. A tak być nie powinno. ''Wiemy, że rodzice obawiają się zgłaszać tego typu sprawy do dyrekcji szkół ze względu na częsty brak zrozumienia i kłopoty, jakie mogą spotkać dzieci ze strony nauczycieli i rówieśników'. Brak sprzeciwów oraz wieloletnia praktyka nie mogą być uzasadnieniem tego typu działań'' - pisze fundacja i prosi kuratorium o interwencję.

    Jakie jest Wasze zdanie w tej kwestii? Czy szkoły powinny uprzejmie zapraszać na mszę świętą rozpoczynającą rok szkolny czy może - tak jak w wielu przypadkach - po prostu o niej informować, przyjmując to za pewną normę? Bo przecież są i takie placówki, w których o mszy rozpoczynającej czy kończącej szkołę w ogóle nie ma mowy.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • niedziela, 31 sierpnia 2014
  • Gdy rozwożono do szkół elementarze dla pierwszoklasistów część szkół była pozamykana na cztery spusty. I był problem - gdzie książki zostawić? - Zupełna beztroska i brak poczucia odpowiedzialności - słyszę od osób, które stawały na głowie, by książki w szkołach były na czas.

    W tym roku po raz pierwszy książki dla pierwszaków zostały sfinansowane z kasy państwa - rodzice nie ponosili w związku z tym żadnych wydatków. "Nasz elementarz" miał być dostarczony do szkół do 22 sierpnia. Ale nie wszędzie było łatwo - czasami doręczyciele musieli się nieźle nagłowić, co z tym fantem zrobić.

    Okazuje się, że dla części dyrektorów szkół - zwłaszcza w małych miejscowościach, na terenach wiejskich - wakacje trwają dwa ''bite'' miesiące. Lipiec, sierpień - szkoła zamknięta na kłódkę. Listonosze z poczty przywozili paczki z książkami, informacja w sprawie terminów była wcześniej do szkół wysyłana, a mimo to nikt na książki nie czekał. - Po prostu nikogo w środku nie było - przyznaje lubelski kurator oświaty, Krzysztof Babisz. Dodaje, że na Lubelszczyźnie było co najmniej kilkanaście takich przypadków.

    W takiej sytuacji rozwiązania były dwa: listonosz albo szukał dyrektora takiej szkoły, albo kuratorium "uruchamiało" kontakty do wójta danej gminy. - Zdarzały się sytuacje, że interweniowaliśmy u wójta, który kontaktował się z osobą upoważnioną do odbioru podręczników i do potwierdzenia ich przyjęcia - dodaje Babisz.

    Jak słyszę w kuratorium, gdyby podręczniki nie dotarły na czas, odpowiadałby za to nie tylko dyrektor szkoły, ale właśnie wójt. Na szczęście, obyło się - przynajmniej na Lubelszczyźnie - bez takich historii. Książki są w szkołach i 1 czy 2 września powinny trafić do dzieci.

    Lubelski kurator przekonuje, że 1 września byłby lepszy, bo to uroczysty dzień rozpoczęcia szkoły. - Dla pierwszoklasistów jedną z najważniejszych rzeczy jest podręcznik, żeby mogli wyjść z dumą ze szkoły już z książką w dłoni - mówi Babisz. A w szkołach jest różnie: w jednych słyszę, że rzeczywiście już w poniedziałek dzieci będą się udawać do szkolnej biblioteki i tam wypożyczą "swoją" książkę. Ale są też takie placówki, w których elementarze trafią do uczniów dopiero we wtorek, na spokojnie. - Bo jednak 1 września to uroczysty dzień, jeszcze bez książek - powiedziała mi dyrektorka dużej szkoły podstawowej w Lublinie.

    Elementarze, jak napisałam, są w szkołach, ale może się zdarzyć, że Jaś czy Kasia od ręki ich nie dostaną. Stanie się tak, jeśli rodzic zapisał swoją pociechę do szkoły dopiero w ostatniej chwili - w tej sytuacji szkoła musi poprosić kuratorium o dodatkowe egzemplarze z tak zwanej rezerwy. I musi je odebrać bezpośrednio z kuratorium - dodatkowych egzemplarzy listonosze nie dowożą.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 29 sierpnia 2014
  • Wakacje powoli odchodzą do przeszłości - znów szkoła! I znów zmiany. Pierwszoklasiści po raz pierwszy będą się uczyć z jednego elementarza, na który ich rodzice nie wydadzą ani złotówki. Książki są już w szkołach - w przeciwieństwie do podręczników do języka angielskiego. Tych - dla pierwszaków - też nie kupują rodzice, ale szkoła. Problem w tym, że część szkół dopiero dostała na nie pieniądze, a inne - jeszcze w ogóle tych pieniędzy na swoich kontach nie mają.

    Pieniądze na podręcznik do angielskiego czy innego języka nowożytnego (jak też na pomoce naukowe) to dotacja rządowa - na podręcznik jest 25 zł na dziecko. Ale ta dotacja musi być wpisana - mówiąc obrazowo - do budżetu danego samorządu. Są takie gminy, choćby gmina Strzyżewice na Lubelszczyźnie, które dopiero kilka dni temu na sesji rady gminy podjęły decyzję o przyjęciu tych pieniędzy. I dopiero teraz mogą one trafić na konto gminnych szkół.

    W gminie Niemce pod Lublinem usłyszałam, że książki do angielskiego dzieci powinny dostać do połowy września, bo szkoły pieniądze na ten cel dostaną dopiero za kilka dni. Z kolei np. w gminie Jastków sytuacja jest bezproblemowa - tu pieniądze co prawda dopiero wpłynęły, ale podręczniki do języka mają być już na poniedziałek.

    - Czy nie można było zamawiając elementarze, zamówić jednocześnie podręczników do języka obcego? Zostawiono to na ostatnią chwilę, zupełnie niepotrzebnie - słyszę od jednej z nauczycielek (woli nie podawać nazwiska). Przyznaje, że nawet jak książek nie będzie, to przez pierwsze dwa tygodnie sobie bez nich poradzi. Bo to czas głównie na zapoznanie z dziećmi, na zabawę, poznawanie pierwszych słówek. Ale potem książki z ćwiczeniami będą niezbędne.

    Szkoła Podstawowa nr 43 w Lublinie to jedna z większych podstawówek. Będzie tu aż 11 klas pierwszych. Od wicedyrektor Ewy Juszczewskiej słyszę, że rzeczywiście pieniądze z urzędu dopiero wpłynęły, ale bardzo szybko złożono zamówienie. - Niewiele jeszcze szkół złożyło zamówienie, więc kto pierwszy ten lepszy. Do czwartku powinniśmy mieć te podręczniki w szkole, na stanie - mówi dyrektorka.

    Pytałam dyr. Iwonę Nowakowską z Wydziału Oświaty, czy kwestii podręczników do angielskiego nie można było rozwiązać wcześniej? Jak powiedziała, zmiany w ustawie przewidują określone terminy. Zmiany weszły w życie 8 lipca, samorząd Lublina wniosek o dotację złożył do 24 lipca, ale decyzję o przyznaniu dotacji dostał dopiero prawie miesiąc później, zresztą zgodnie z prawem - bo przepisy mówią o przekazywaniu dotacji po 15 sierpnia. - Rzeczywiście, w tym roku mamy tryb wyjątkowy, trzeba wzmożyć prace, by uczniowie z początkiem września mieli podręczniki. Natomiast w przyszłym roku roku te procedury będą o wiele wcześniej rozpoczęte - słyszę od pani dyrektor.

    Jest szansa, że w ciągu dwóch tygodni książki do angielskiego czy innego języka nowożytnego - książki z ćwiczeniami - trafią do uczniów klas pierwszych. Tylko, czy naprawdę trzeba było czekać niemal do końca wakacji z przekazaniem pieniędzy na ten cel?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 27 sierpnia 2014
  • - Dlaczego nie ma zniżek przy codziennych zakupach w hipermarketach? - pytacie Państwo w mailach do mnie i w rozmowach telefonicznych. A chodzi o Kartę Dużej Rodziny, o której było głośno. Program ruszył w połowie czerwca; były szumne zapowiedzi, że rodzinom "Trzy plus" będzie lżej, bo dostaną zniżki. I zniżki rzeczywiście są, tylko - to Państwa pytanie, które często stawiacie - dla kogo przeznaczone?

    - Rozmawiamy z sieciami handlowymi - mówi mi dyr. Janina Szumlicz z Departamentu Polityki Rodzinnej w Ministerstwie Pracy. I od razu zastrzega, że to nie są rozmowy łatwe, wyglądają jak prawdziwe negocjacje handlowe, wszystko trzeba przeanalizować, przemyśleć. Dlaczego dopiero teraz? Bo program ruszył tuż przed wakacjami, a jak wakacje, to urlopy, trzeba czekać na powrót prezesa jednej czy drugiej sieci.

    Z kim rozmawiają przedstawiciele resortu pracy? - Nie chciałabym operować konkretnymi nazwami, bo wszystko jest w toku negocjacji. A nauczeni doświadczeniem musimy zachować pewne rzeczy w tajemnicy - wyjaśnia Szumlicz. Podkreśla jednak, że umowy z sieciami handlowymi powinny być podpisane już we wrześniu i wtedy lista partnerów na pewno się zwiększy. Co ważne, ministerstwo nie chce, by Karta Dużej Rodziny była np. kartą do zbierania punktów lojalnościowych, taką, jaka jest w wielu sieciach handlowych. Bo rzecz w tym, by nie była to "prowizorka", tylko rzeczywisty finansowy rabat.

    Na razie marek zakupowych wśród partnerów programu jest niewiele i często nie są to produkty tanie - np. znana firma jubilerska czy producent koszul. Natalia Rola, mama trojga dzieci, Kartę Dużej Rodziny już ma. Nie skorzystała z niej ani razu. Owszem, raz z mężem próbowała kupić koszulę. - Ale jak przyszło co do czego, okazało się, że koszula jest przeceniona, więc nam już rabat w wysokości 5 procent nie przysługuje. A poza tym sprzedawczyni w ogóle nie wiedziała, co to za karta, musiała pytać kierowniczkę - opowiada moja rozmówczyni. Liczy, że to dopiero początek, że pojawią się sieci handlowe: hipermarkety, ale i odzieżowe sieciówki. Może coś jeszcze? - Chodzi o wymierną korzyść, żeby rzeczywiście coś można było na co dzień zaoszczędzić - dodaje.

    Dyr. Janina Szumlicz z ministerstwa zdradza w rozmowie ze mną, że resort negocjuje nie tylko z hipermarketami. - Również z firmami paliwowymi - dodaje pani dyrektor. Czy rodziny z trojgiem i większą liczbą dzieci mogą liczyć na zniżki przy zakupie benzyny? - To jest między innymi przedmiotem rozmów, które prowadzimy - mówi dyrektorka, ale szczegółów nie zdradza. Wiadomo natomiast, że rabatu nie będzie w aptekach, bo nie pozwalają na to przepisy - to stanowisko Ministerstwa Zdrowia.

    Wszystkie szczegóły dotyczące Karty Dużej Rodziny znajdziecie na stronie rodzina.gov.pl. Tam jest też lista partnerów programu. A od niedawna mamy pewną nowość - w imieniu rządu umowy z partnerami mogą podpisywać wojewodowie. Bo są zakłady fryzjerskie, kosmetyczne czy lokale gastronomiczne, typowo lokalne, które też chcą dawać wszystkim zniżki w ramach Karty Dużej Rodziny - takich lokalnych chętnych do dawania zniżek nie brakuje.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 18 sierpnia 2014
  • Czy można wpłacić do banku pieniądze, licząc, że coś zyskamy, a zamiast zyskać - wszystko lub dużą część stracić? Przykład słuchaczki, która do mnie napisała, pokazuje, że można. Zresztą nie tylko jej. Takie sprawy można mnożyć. Wcześniej popularne były polisolokaty, dziś są to wpłaty z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym (UFK). Cała rzecz w tym, że pieniędzy - przykładowo - przez 10 lat w ogóle z banku nie można ruszyć, nie ma też mowy o rosnących odsetkach. A klienci, wielokrotnie, nie mają tego świadomości, bo - jak mówi słuchaczka Ewa - dają się omamić. - Przecież ta pani z banku była taka wiarygodna, potrafiła przekonać, że warto, sama do mnie zadzwoniła, bo wiedziała, że mi się kończy lokata. I mówiła, że można naprawdę dużo zyskać- słyszę od pani Ewy.

    Tak naprawdę zarabiają przedstawiciele banków, bo prowizje, jakie dostają są na pewno niemałe. Potwierdza to w rozmowie ze mną mec. Aleksander Daszewski z Biura Rzecznika Ubezpieczonych. - Rzeczywiście system prowizyjny to jeden problem - mówi Daszewski. Druga sprawa to coraz bardziej rozwijający się misselling, czyli nieczysta sprzedaż, wprowadzanie klienta w błąd, postępowanie nieetyczne. Misselling stosują osoby, które sprzedają produkty z UFK.

    Do rzecznika ubezpieczonych wpływa coraz więcej skarg na takie właśnie produkty: 2009 r. to 107 skarg, 2012 - już 516 skarg, ; 2013 - już 1216. W tym roku na pewno będzie więcej, bo w I półroczu już wpłynęło ich prawie 800.

    Pani Ewa wpłaciła 25 tysięcy zł. Gdy chciała część pieniędzy wyjąć okazało się, że opłaty likwidacyjne dla UFK są tak ogromne, że praktycznie wszystko traci. W tej chwili próbuje pieniądze odzyskać, zawiadomiła m.in. rzecznika ubezpieczonych. W części przypadków rzecznikowi rzeczywiście udaje się pomóc. -Część zakładów ubezpieczeń zwraca środki. Ale jest też część, która jest oporna na dyskurs z nami, nie chcą tych środków zwracać. Wtedy pozostaje droga postępowania sądowego, pomagamy takim konsumentom - mówi Daszewski.

    Jak słyszę, ofiarami produktów z UFK padają nawet profesorowie ekonomii. - Bo te produkty są skomplikowane, umowy nieprecyzyjne - mówią fachowcy. Była m.in. pewna pani, która sprzedała gospodarstwo po rodzicach. Miała z tego prawie milion złotych. - Około 900 tysięcy zł zainwestowała w ubezpieczenia z UFK. Chciała je po 2 latach odzyskać, okazało się, ze aż 70 procent jej potrącono. Zwróciła się do nas o pomoc, na szczęście ostatecznie przed sądem pierwszej instancji sprawa się zakończyła pozytywnie dla klientki - mówi mec. Daszewski.

    Prawnik z Biura Rzecznika Ubezpieczonych zwraca uwagę na coś jeszcze: podpisując umowę często wierzymy, że w chwili śmierci nasi bliscy dostaną pieniądze z ubezpieczenia na życie, które jest do takiej ''lokaty'' dołączone. Bajki? - Zdarzają się bardzo skrajne przypadki: że kwota ubezpieczenia to złotówka, sto złotych czy równowartość stu euro. A to przecież nie jest to żadna ochrona ubezpieczeniowa - dodaje mec. Daszewski.

    Dlatego: uważajmy na umowy z ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym. Czytajmy, czytajmy i jeszcze raz czytajmy, a jak mamy wątpliwości, poprośmy o ich wyjaśnienie. Najlepiej na piśmie - by mieć dowód, że ktoś kiedyś mógł wprowadzić nas w błąd.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 12 sierpnia 2014
  • ''Czy pani może wie, jak to jest z tymi podręcznikami dla pierwszaków? Dzwoniłem do szkoły, ale dyrektorki nie ma, a sekretarka nie była w stanie mi nic powiedzieć'' - takiego maila dostałam od pana Wojciecha z Lubelszczyzny, którego wnuk właśnie idzie do pierwszej klasy. Dziadek chce wnuka do szkoły wyposażyć: kupił plecak, piórnik, jakieś zeszyty, ale książki od teraz udostępnia szkoła. No i jest pytanie: kiedy, gdzie i na jakich zasadach?

    Lubelski kurator oświaty Krzysztof Babisz mówi mi: podręczniki jutro (w środę 13 sierpnia) ruszają do szkół. Poczta Polska, bo to ona je dostarczy, ma na to kilka dni. Do 22 sierpnia wszystkie elementarze mają być w szkołach. Nie trzeba składać żadnych podań, próśb ani ankiet. - Samo to, że dziecko idzie do szkoły od września wystarczy, podręcznik dla niego na pewno będzie - mówi mi kurator.

    Prawdą jest, że część rodziców sześciolatków wciąż się waha: czy wysłać syna czy córkę do szkoły czy też nie. Są też takie dzieci, które czekają na wizytę u psychologa i na opinię, czy rzeczywiście już od września powinny zasiąść w szkolnej ławce. Na dziś kuratorium mówi o tym, że podręczniki w regionie lubelskim trafią do około 32 tysięcy pierwszoklasistów. - Ale ta liczba może się jeszcze zmienić. Jeśli się zmieni, dyrektor szkoły powinien złożyć nowe zamówienie na książki - wyjaśnia kurator. Zapewnia, że dla nikogo elementarza nie zabraknie, bo w kuratorium będzie pula w rezerwie.

    Kiedy podręcznik trafi do uczniów? Kurator mówi mi, że tu decydują szkoły. Nie ma przeciwwskazań, by wydawały go np. w ostatnich dniach sierpnia, ale równie dobrze mogą to być pierwsze dni września.

    Sprawdziłam, jak to wygląda z perspektywy szkół. Dyrektor SP 21 w Lublinie, Jerzy Piskor przekazał mi, że szkoła czeka na informację z Poczty Polskiej, kiedy podręczniki do niej dotrą. Z kolei dyr. Danuta Nowakowska-Bartłomiejczyk z SP 6 powiedziała mi, że niewiele jest pytań od rodziców w tej sprawie. Informacja została zresztą zamieszczona na stronie szkoły. Podręczniki będą wydawane 1 września, po uroczystym rozpoczęciu roku szkolnego. - Dlatego już teraz musimy przygotować karty biblioteczne dla dzieci tak, by uczniowie mogli wypożyczyć podręcznik 1 września - tłumaczy mi pani dyrektor.

    Każdy pierwszak dostanie na razie część pierwszą, o jesieni. Ma wystarczyć na trzy miesiące nauki. I tylko ten cieniutki i leciutki elementarz będzie ze sobą nosił. Potem wymieni część pierwszą na część drugą, o zimie. I tak po kolei, bo części są cztery.

    Co, jeśli książka się zniszczy albo pierwszak ją zgubi? Tragedii nie będzie. Zawsze pozostaje wersja elektroniczna, dostępna w sieci. Szkoły liczą też na to, że będą mieć jakieś rezerwy. Choć z tym chyba może być różnie. Bo od kuratora, na konferencji prasowej my-dziennikarze usłyszeliśmy, że to "druk ścisłego zarachowania".

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 06 sierpnia 2014
  • Pisałam jakiś czas temu o walczących rodzicach, którzy poprosili mnie o pomoc w obronie nauczycielki etyki w Toruniu, p. Małgorzaty Zalewskiej. To nie był jeden rodzic czy dwóch, ale zdecydowanie większa grupa. Zaczęli protestować, gdy dowiedzieli się, że ich Pani w Szkole Podstawowej nr 7 od września już nie będzie. To protest rodziców, ale i dzieci. PRZECZYTAJ POPRZEDNI ARTYKUŁ

    Informacja o tym, że p. Małgorzata nie będzie już dalej w tej szkole uczyć pojawiła się dopiero pod koniec roku szkolnego, a mimo wszystko rodzicom udało się zebrać ponad 100 podpisów m.in. pod pismem do Wydziału Edukacji. Swój list w obronie nauczycielki napisały też dzieci. Jego fragment zamieścił portal etykawszkole.pl:

    ''Zawsze, pełna ciepła potrafi wzbudzić nasze zaufanie wobec jej osoby. Wrażliwa na cierpienie innych, uczy nas szacunku do ludzi, ale również do wszystkich czujących istot. Nigdy nie zdarzyło się abyśmy zostali zlekceważeni lub abyśmy usłyszeli z jej ust jakieś negatywne słowa. Inspiruje nas do zadawania pytań choćby tych najbardziej banalnych, ponieważ każdy z nas ma prawo do głosu i wyrażania swoich opinii''.

    Rodzice kontaktowali się też z Kuratorium Oświaty, licząc na wsparcie. Co na to kurator? Zofia Kilanowska, dyrektor delegatury w Toruniu napisała mi, że kurator nie ingerował w dobór kadry w szkole, bo robić tego nie może. ''Dyrektor szkoły jest kierownikiem zakładu pracy'' - napisała dodając, że do Kuratorium nie dotarły żadne informacje o spotkaniach w tej sprawie rodziców z dyrekcją szkoły. ''Jeżeli takie spotkania zostaną zorganizowane i do Kuratorium zostanie skierowane zaproszenie, to w takim spotkaniu weźmie udział przedstawiciel Delegatury w Toruniu''- napisano mi w mailu.

    A może warto, by to Kuratorium wystąpiło z inicjatywą takiego spotkania? Rozumiem, że kurator nie może i nie chce ingerować w decyzje personalne dyrektorki szkoły, ale może potrzebna byłaby wspólna rozmowa, mediacja, próba dojścia do porozumienia? Tak jak pisałam, nie chodzi o jednego czy dwóch rodziców. Grupa zaangażowanych w obronę nauczycielki jest duża, a wszyscy dookoła udają, że problemu nie ma.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 23 lipca 2014
  • Dziś temat trochę poradnikowy, bo napisała do mnie słuchaczka w sprawie zgubienia czy utraty dowodu osobistego za granicą. Nie jest tajemnicą, że do części państw jeździmy właśnie na dowód - choćby Albania, Bułgaria, Chorwacja, Cypr, ale też Dania, Estonia czy Niemcy. Nie musimy mieć paszportu. Wystarczy dowód osobisty. Tak samo jest przy wjeździe do Wielkiej Brytanii.

    Synowi pani Katarzyny, który właśnie w Wielkiej Brytanii studiuje, dowód osobisty zaginął. To nie było w wakacje, ale wcześniej, przed świętami. Sęk w tym, że jak opowiada jego mama, nie miał jak wrócić - bez dokumentu tożsamości nie wsiądziemy do samolotu ani na prom. Wrócił samochodem, by w Polsce wyrobić dowód, bo zagranicą zrobić tego nie można. Złożył dokumenty, ale kazano mu czekać, a on musiał wracać na studia. I wrócił, bez "papierów", w Anglii przez jakiś czas funkcjonował tylko na legitymacji studenckiej.

    Okazuje się, że generalnie, ale zwłaszcza w czasie wakacji, sytuacje, gdy za granicą zostajemy bez dowodu tożsamości wcale nie należą do rzadkości. Ale nie musi być tak, że spanikowani dwoimy się i troimy, co z tym fantem zrobić. Jak powiedział mi dyr. Lesław Mazur z Wydziału Spraw Administracyjnych w Lublinie, trzeba się udać do najbliższego konsulatu, gdzie dostaniemy paszport tymczasowy. Wcale nie musimy od razu wracać do Polski, by wyrabiać dowód. Można spokojnie z takim paszportem "wycieczkować" czy "wczasować" do końca.

    Skąd wiadomo, że dowodów za granicą ginie/znika sporo? Jeśli dowód gubi osoba z Lublina i zgłasza się do konsulatu bez żadnego dokumentu tożsamości - pracownicy konsulatu kontaktują się z urzędnikami w danej gminie, w tym przypadku w Lublinie. Proszą o zeskanowanie zdjęcia i podstawowych danych i przesłanie faxem np. do Wielkiej Brytanii. - Takich próśb tygodniowo mamy w tej chwili po kilka czy kilkanaście. Przede wszystkim z tych krajów, gdzie jest najwięcej Polaków - mówi dyr. Mazur.

    Słuchaczka, która do mnie napisała narzekała, że dowodu nie można zrobić za granicą, że po złożeniu wniosku długo się czeka (kilka tygodni) i że gotowy dokument można odebrać tylko osobiście. - To prawda, takie są przepisy - mówią urzędnicy. I przyznają, że dowodu - jeśli jesteśmy pełnoletni - nie odbierze za nas brat, siostra, mąż czy ojciec. I, jak ustaliłam, nie zanosi się na zmiany w tym zakresie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 14 lipca 2014
  • Wakacje, wakacje i urlopowo dziś napiszę o historii pana Zbigniewa z Wielkopolski. ''Nikt nie chce mi pomóc'' - napisał słuchacz w mailu do mnie, a chodziło o pewną naprawę samochodu. Rzecz, wydawać by się mogło, błaha, a jednak nie do końca.

    Pod koniec maja odstawił auto do serwisu. Trzyletni samochód, znanej i popularnej, francuskiej marki, z którego złodzieje ukradli pewne urządzenie elektroniczne. Sęk w tym, że bez tego urządzenia auto nie jeździ.

    Samochód jest ubezpieczony, pojawił się więc rzeczoznawca. Orzekł, że naprawa zostanie pokryta z pieniędzy ubezpieczyciela. Tyle, że auto stało w serwisie i stało i nic się nie działo. ''Serwis twierdzi, że naprawi samochód może za tydzień, a może za pół roku, bo fabryka we Francji nie przysyła ukradzionej części''- żalił się słuchacz. Wielokrotnie dzwonił do centrali, słyszał od konsultanta, że na pewno ktoś oddzwoni. Ale telefonu nie było.

    Napisałam do przedstawicieli popularnej francuskiej marki samochodowej w Polsce, z prośbą o pomoc. Nie wiem, czy podziałało hasło "MEDIA", czy to zbieg okoliczności - w każdym razie samochód wrócił do właściciela. Wrócił już po naprawie, nawet z przeprosinami. Nasz słuchacz może jechać na wakacje, jeśli miałby akurat teraz na to ochotę. Jak się chce, to można. Odrobina dobrej woli i po krzyku.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 01 lipca 2014
  • Czy Straż Miejska ma prawo ukarać właściciela psiaka za to, że ten nie zaszczepił swojego pupila przeciwko wściekliźnie? Hmm, no właśnie. Zdania są podzielone.

    Sprawą zainteresowałam się po informacji, która do mnie dotarła. Otóż, pewna pani w Lublinie wyszła z psem na spacer. Psa zaatakował wałęsający się w pobliżu lis. Zaatakował, pogryzł i uciekł. Psiak wylądował w klinice, a tu pierwsze pytanie, oczywiste: czy był szczepiony przeciwko wściekliźnie? Właścicielka o szczepieniu zapomniała, więc nie było wyjścia: weterynarze wezwali Straż Miejską.

    Strażnicy przyjechali, tyle, że wypisali mandat za... nieodśnieżony chodnik czy błoto na chodniku, choć właścicielka psa mieszka w bloku i z całą pewnością akurat to nie należy od jej obowiązków. Ryszarda Bańka z lubelskiej Straży Miejskiej przyznaje, że strażnicy się pomylili. Artykuł o obowiązku szczepień dla psów był w poprzednim miejskim regulaminie czystości, a dziś go tam nie ma. Strażnicy pomylili więc paragrafy. - Strażnik przyzwyczajony był do starego brzmienia regulaminu i do tego, że taki zapis się w nim znalazł - mówi mi Ryszarda Bańka.

    Strażnik też człowiek, pomylić się może. Ale pytanie, czy straż ma w ogóle prawo karać za to, że właściciel psa nie zaszczepił? Wysłałam zapytanie do rzeczników Straży Miejskiej w różnych miastach Polski.

    W większości odpowiadają, że tak, owszem, mandat może zostać wypisany. - Obowiązek taki wynika z Ustawy o ochronie zwierząt oraz zwalczania chorób zakaźnych zwierząt - informuje mnie Władysław Kozieł z Kielc. I dodaje, że np. w ubiegłym roku z tego tytułu strażnicy nałożyli 48 mandatów, a 4 sprawy poszły do sądu. W Poznaniu taką karę w 2013 roku poniosło 39 osób, a w Białymstoku - 2 plus jedna sprawa, która trafiła do sądu. Chodzi o artykuł 85 ustęp 1a wspomnianej ustawy : "Kto uchyla się od obowiązku ochronnego szczepienia psów przeciwko wściekliźnie - podlega karze grzywny".

    Ale wcale nie dla wszystkich jest to oczywiste. ''Nie mamy podstaw prawnych do karania za brak zaświadczenia o szczepieniu psa'' - napisał mi Marek Anioł, rzecznik Straży Miejskiej w Krakowie. Ministerstwo Spraw Wewnętrznych rozwiewa wątpliwości: straż gminna ma prawo wypisać mandat - mandat do 500 złotych.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 24 czerwca 2014
  • Afera, taśmy, podsłuchy. To w wielkiej polityce. A w szkole? Coraz bliżej do zakończenia roku szkolnego i wakacji. - Po co ten rok szkolny jest taki długi? Mój syn, piątoklasista, miał oceny wystawione już ponad tydzień temu i teraz codziennie słyszę "Tato, nie będę dziś szedł do szkoły, bo po co" - napisał do mnie pan Wojtek.

    Rzeczywiście, koniec roku dopiero (albo już) w piątek, 27 czerwca. Dlaczego tak późno? - Bo przepis mówi wprost: koniec roku następuje w ostatni piątek czerwca - tłumaczy mi lubelski kurator oświaty, Krzysztof Babisz. Tysiące młodych ludzi - wszyscy w oczekiwaniu na WIELKĄ LABĘ i wyjazdy na wczasy, w góry czy nad morze.

    Mail od pana Wojtka mnie nie zdziwił, bo rzeczywiście w dużej części szkół rok szkolny tak naprawdę zakończył się dwa tygodnie przed 27 czerwca - było wystawianie stopni, rady, plenarki. I zatwierdzanie ocen. A ostatnie dni mijały na grze w piłkę, wycieczkach czy oglądaniu filmów w klasie. Niektóre dzieci rzeczywiście nie chodziły/ nie chodzą do szkoły.

    Ale nie wszędzie tak jest. W Gimnazjum nr 18 w Lublinie - zapewne tak jak w części innych szkół - Rada Pedagogiczna jest dopiero dzisiaj, we wtorek przed końcem roku. - Uznaliśmy, że nie możemy zbyt wcześnie zamknąć tego czasu związanego z ocenianiem.Chcieliśmy jak najdłużej wykorzystać ostatni tydzień - mówi dyrektor osiemnastki, Marek Krukowski. Przyznaje, że w ostatnich dniach można było złapać jedynkę czy naganne z zachowania, ale można też było powalczyć o podwyższenie stopnia. - Świadomość ucznia jest dość prosta: do momentu, do którego nie nastąpi "klepnięcie" czyli zatwierdzenie ocen, uczniowie mają świadomość, że wciąż mogą nastąpić zmiany, jeśli chodzi o stopnie - mówi mi dyrektor Krukowski.

    Być może takie podejście do tematu powoduje, że uczniowie do końca się pilnują, walczą, stresują. - Ale to niesprawiedliwe, bo gdy inni już nie musieli się uczyć, u nas wciąż ta nauka była - powiedział mi jeden z uczniów osiemnastki.

    Kurator zwraca uwagę, że w przepisach nie ma mowy o tym, kiedy ma się odbyć posiedzenie Rady Pedagogicznej, zatwierdzające wystawione oceny. - To decyzja pozostawiona dyrektorowi szkoły i Radzie Pedagogicznej, żadnego ustawowego dnia nie ma. Ważne by nauczyciele zdążyli z przygotowaniem świadectw, wypełnieniem arkuszy ocen - mówi Krzysztof Babisz. Jak dodaje, przykład osiemnastki pokazuje, że można.

    A co się dzieje w innych szkołach? W niektórych i rodzice, i uczniowie walczą o nauczycieli. Bo wiadomo, że koniec roku to czas, kiedy pedagodzy dowiadują się np., że dyrekcja nie przedłuży im umowy. Tak jak w przypadku szkoły w Toruniu. Tam trwa walka o nauczycielkę od etyki. Zaangażowały się w nią nawet same dzieci. PRZECZYTAJ - ETYKA W TORUNIU

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 18 czerwca 2014
  • Czy młodzież ma prawo do swojego zdania? Czy nauczyciele powinni jej słuchać zwłaszcza, jeśli dotyczy to jednego z nich? Postanowiłam napisać o sprawie, którą przedstawił mi w mailu 19-letni UCZEŃ. Nie napiszę, jak ma na imię, nie zdradzę też, o którą szkołę chodzi. Powiem tylko, że to mała szkoła w dużym mieście.

    UCZEŃ opisał mi swoją historię: jak nie mógł się dogadać z nauczycielką od angielskiego (druga klasa liceum); jak mówił jej wprost, że nie podoba mu się sposób prowadzenia lekcji; jak miał problemy z zaliczeniem przedmiotu, choć - jak twierdzi - dobrze zna angielski. I jak po jednej ze scysji z ''sorką'' usłyszał od dyrekcji szkoły, że ma ''zabierać papiery''.

    Zabrał, pod wpływem emocji i stresu. Kilka minut później wrócił, złożył podanie o ponowne przyjęcie dokumentów, ale nikt nie chciał już z nim rozmawiać. Próbował jeszcze walczyć w kuratorium, ale będzie się prawdopodobnie musiał pogodzić ze zmianą szkoły. Bo, jak słyszę w kuratorium, dyrekcja nie ma obowiązku z powrotem go przyjąć.

    W całej historii uderzyło mnie jednak coś innego. Nie ta konkretna jednostkowa historia, bo - jak sprawdziłam - UCZEŃ nie był bez winy. Ale tu było coś więcej.

    W moje ręce trafiło pismo przygotowane przez uczniów, z merytorycznymi argumentami:

    - że ''sorka'' nie realizuje programu;

    - że kończąc klasę drugą uczą się z podręcznika do klasy pierwszej;

    - że zamiast iść do przodu tak naprawdę stoją w miejscu.

    - że nauczycielce zdarza się gubić sprawdziany;

    - że podnosi na nich głos i nikogo nie chce słuchać.

    Młodzi chcieli mieć prawo głosu, choć ostatecznie swojego pisma z zarzutami - w dyrekcji nie złożyli. Wiem, że część z nich przestała za to chodzić na angielski, w ramach buntu

    Dyrektorka szkoły w naszej rozmowie broniła nauczycielki: ''To pedagog z wieloletnim doświadczeniem''. Nieoficjalnie ustaliłam jednak, że nauczyciel w tej klasie się zmieni. Pojawi się nowy. Lepszy? Nie wiem.

    Czas pokaże, kto w tym sporze ma rację: czy uczniowie, którzy twierdzą, że na lekcjach chcieli czegoś więcej czy może anglistka, której zdaniem to młodzi ludzie się nie uczą i nie przykładają? Matura to na pewno zweryfikuje.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 11 czerwca 2014
  • Ania ma 12 lat, biega z psem, dobrze się uczy, maluje. Ale cierpi na rzadką chorobę, na którą w Polsce choruje jeszcze jedno dziecko - 6-letni chłopiec. To aHUS, czyli atypowy zespół hemolityczno-mocznicowy. Ma duże problemy z nerkami i coraz gorsze wyniki. - Na pierwszy rzut oka nic jej nie dolega, ale wyniki pokazują, że jest inaczej - mówi mama Ani.

    Pani Zofia od kilku lat śledzi wszystkie nowinki w internecie i nie kryje, że właśnie tak wyśledziła lekarstwo, które może pomóc. Biorą je dzieci w innych krajach. - Śledziłam losy dzieci, które się zakwalifikowały do programu badawczego. Wyniki są obiecujące - mówi.

    To dlatego wystąpiła o wsparcie do Ministerstwa Zdrowia, ma poparcie leczących dziewczynkę lekarzy. Ale, jak twierdzi, w resorcie napotkała mur. Lek, o którym mówimy, nie jest w Polsce refundowany. Ale jest na liście leków dopuszczonych przez Komisję Europejską. To lek bardzo drogi, jeden z najdroższych na świecie.

    Roczna kuracja na pewno może przekroczyć milion złotych dla jednego pacjenta. W resorcie zdrowia słyszę, że nawet dwa miliony. Osób, które mogłyby skorzystać (prawdopodobnie na stałe) jest w Polsce dziesięć. Ministerstwo wylicza, że potrzeba około 20 milionów.

    - My mamy te pieniądze - słyszę od wiceministra zdrowia, Igora Radziewicza-Winnickiego, który tłumaczy, że budżet refundacyjny wynosi 11 miliardów, z czego część pieniędzy jest niewykorzystana. - My ciągle mamy finanse na to, aby obejmować nowe technologie naszą refundacją. Mało tego, pieniędzy będzie więcej, bo wyszliśmy z kryzysu gospodarczego wpływy do NFZ się zwiększają - zapewnia wiceminister. I dodaje, że już teraz są przypadki, gdy państwo refunduje naprawdę drogie terapie.

    W czym więc w problem? Dlaczego mama Ani walczy bezskutecznie? W ministerstwie słyszę, że producent leku musi wystąpić z wnioskiem o refundację. - Jak mamy producenta przekonać? - pytają rodzice. - Od czego jest ministerstwo??? - dodają.

    Okazuje się, że resort podjął z koncernem rozmowy, ale firma dalej wniosku nie złożyła. Czeka. Na co? Nie udało mi się z nią skontaktować. Można się tylko domyślać. Resort zaproponował, by na czas rozmów - firma podarowała dzieciom kosztowny lek. Pproducent się na to jednak nie zgodził, choć wiele firm farmaceutycznych tak właśnie robi. Kolejne rozmowy w Ministerstwie Zdrowia pod koniec czerwca. - Liczymy na przełom - mówi Radziewicz-Winnicki.

    Rodziny też czekają. A lek? Jest szansa, że zadziała. I dlatego trudno się dziwić, że rodzic walczy. O szansę. O dziecko. O życie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 06 czerwca 2014
  • Postanowiłam przyjrzeć się zawodowi adwokata, po mailach od Państwa. Adwokat z reguły bierze przynajmniej część wynagrodzenia "z góry". Z reguły pięknie mówi, jest elokwentny i miły. Z reguły zapewnia klienta, że jest szansa na wygraną.

    Pan Piotr ma sprawę o zniesienie współwłasności nieruchomości. Znalazł prawniczkę i przelał jej na konto 10 tysięcy złotych. ''Przez ten rok Pani Mecenas odbyła DWA spotkania z prawnikiem strony przeciwnej. Napisała jedno pismo do sądu z prośbą o odwieszenie sprawy'' - napisał do mnie rozgoryczony pan Piotr.

    Wypowiedział pełnomocnictwo, a o sprawie zawiadomił Radę Adwokacką. Domagał się szczegółowego rozliczenia i odesłania całej dokumentacji. Ostatecznie dostał zwrot niecałych 4 tysięcy złotych. Po interwencji dziekana Rady, i ostrzeżeniu, pani mecenas została zobowiązana do szczegółowego rozliczenia się z klientem i odesłania dokumentów.

    Dziekan Okręgowej Rady w Poznaniu Maciej Gutowski przyznaje, że skarg jest sporo. Np. takie, że mecenas był wulgarny, powiedział o kilka słów za dużo albo nie stawił się na terminie rozprawy. Niewiele jest natomiast skarg dotyczących kwestii finansowych - ale to zrozumiałe, bo Rada Adwokacka tak naprawdę takimi sprawami się nie zajmuje. Jeśli klient uważa, że adwokat policzył sobie za dużo, może iść z tym do sądu cywilnego.

    Część spraw trafia do rzecznika dyscyplinarnego. Kary? Upomnienia, ale zdarza się też - w skrajnych przypadkach - wydalenie z zawodu. Choćby wtedy, gdy adwokat zostaje skazany przed sądem karnym. U rzecznika dyscyplinarnego w Poznaniu są w tej chwili prowadzone 34 postępowania dyscyplinarne, a w referacie skargowym jest 79 skarg.

    W sprawie problemów z adwokatem napisał też do mnie pan Marcin - chodziło o prowadzenie sprawy karnej, o molestowanie przez księdza. Pan Marcin wpłacił pani mecenas prawie 9 tysięcy, a ta niedługo po tym zażądała jeszcze 750 zł za przejazd na czynności procesowe do innego miasta. Klient wypowiedział pełnomocnictwo. ''Pani adwokat w trakcie procesu sporządziła tylko jedno pismo - zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa''. Interweniował w Radzie Adwokackiej, ale nic nie wskórał.

    Takich maili od Państwa-niezadowolonych klientów kancelarii adwokackich mam więcej. Wiem, że żaden adwokat nie jest cudotwórcą i jeśli sprawa nie jest do wygrania to jej nie wygra (choć ponoć są wyjątki?). Ale klient powinien od początku wiedzieć, że jest tak i tak, kawa na ławę. A opowiadanie bajek zostawmy bajkopisarzom...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 02 czerwca 2014
  • „Zaproś seniora do monitora” to projekt, któremu postanowiłam się przyjrzeć. Kosztował sporo, bo ponad pół miliona zł, więc chciałam ustalić, na co poszły pieniądze z Ministerstwa Administracji i Cyfryzacji?

    Przejrzałam umowę ministerstwa z realizującą projekt fundacją. Centralną częścią programu był konkurs na najlepsze nagranie wideo np. pod hasłem ''Czym zachęciłbyś seniora do częstego siadania przy monitorze?''. Chodziło o zaangażowanie m.in. osób młodych w przygotowanie nagrań we współpracy z seniorami, którzy mieli też pokazać się na ekranie.

    W ramach konkursu powstały filmiki, za które były nagrody m.in. laptopy i kamery. Jednym z nagrodzonych został pan Michał – na pytanie, skąd dowiedział się o konkursie odpisał mi, że ze strony aktualnekonkursy.pl.

    A na co poszło ponad pół miliona? Monika Sobczyk, koordynator marketingu, odpowiada, że pieniądze zostały przeznaczone na „powstanie strony internetowej wraz z aplikacją konkursową, promocję wydarzenia w mediach i nagrania instruktażowe”. Chodzi o materiały na temat profesjonalnego przygotowania filmów wideo (czyli coś o montażu, coś o promocji). To specjalne filmiki zamieszczone na stronie konkursu.

    Z ponad pół miliona złotych - na nagrody poszło 50 tysięcy, a reszta? ''Przyłożyliśmy dużej staranności do wsparcia uczestników merytorycznie, a także prowadzenia umiejętnej kampanii w mediach elektronicznych. Akcja ta kosztowała ponad połowę budżetu całego projektu'' – napisała mi Monika Sobczyk, zastrzegając ''jesteśmy entuzjastami nowych technologii''. Próbowałam pytać, gdzie projekt był promowany, ile było takich promocyjnych spotów, jakie były konkretne koszty. Ale tych informacji już nie dostałam.

    O akcję pytam więc osobę, która na co dzień pracuje z seniorami Barbarę Kolbus - latarnika cyfrowego. Jednak o projekcie pani Basia dowiaduje się ode mnie. Mówi, że akcja mogłaby być przydatna, gdyby osoby zainteresowane o niej wiedziały. A nie na zasadzie „sztuka dla sztuki”. Jest zdziwiona kwotą. Sama pracuje społecznie, ma pieniądze jedynie na wynajęcie sali. Jej zdaniem, za takie pieniadze można było zorganizować wiele godzin zajęć dla seniorów - zajęć, które są naprawdę przydatne. PRZECZYTAJ

    O projekt za ponad pół miliona zapytałam też Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji. Na pytania zadane po raz pierwszy 7 maja, a potem powtórzone, do dziś odpowiedzi nie ma.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 30 maja 2014
  • ''Wielka jest siła Mediów ! Tylko małe żuczki dalej tuptają małymi nóżkami, ale czasem i im coś się uda'' - pisze do mnie pan Piotr z Warszawy. A chodzi o dochodzenie, którego miało nie być, a będzie, a w zasadzie już jest. Po naszej interwencji.

    O co chodzi? Już wyjaśniam. Pan Piotr odezwał się do mnie najpierw w marcu. Opisał mi swoją historię związaną z zakupami przez Internet. Kupił czytnik ebooków, zapłacił przelewem, ale nigdy urządzenia nie dostał. Gdy zaczął szukać w sieci informacji o sprzedawcy, okazało się, że oszukanych - takich jak nasz słuchacz - jest o wiele więcej. Ich wpisy były dostępne na forum. PISAŁAM O TYM JUŻ WCZEŚNIEJ

    Pan Piotr oczywiście zawiadomił policję, ale ta odmówiła wszczęcia dochodzenia "wobec braku ustawowych znamion czynu zabronionego". Decyzję policji zatwierdziła prokuratura.

    O dokładne przyczyny decyzji Prokuratury Rejonowej Warszawa Praga Południe spytałam rzeczniczkę Prokuratury Okręgowej. A ta w odpowiedzi przyznała, że decyzja o odmowie była całkowicie niezasadna i że prokurator powinien był dokładniej zbadać sprawę. I zbada...

    ''Dziś otrzymałem pismo z policji o rozpoczęciu śledztwa.Nie liczyłem na taki obrót sprawy'' - pisze pan Piotr. Śledztwo to nie wszystko - dostał też z Allegro pieniądze z Programu Ochrony Klientów. Dostał je, mimo, że miał pierwotnie odmowę wszczęcia dochodzenia - a właśnie wszczęcie jest warunkiem ubiegania się o ''odszkodowanie''.

    ''Najbardziej mi zależy na tym, aby oszust został ukarany i poniósł konsekwencje swoich czynów'' - pisze słuchacz. Żeby pod innym nickiem nie mógł oszukiwać kolejnych klientów.

    Drodzy Państwo, zjednoczmy siły, a walka z oszustami ma szansę powodzenia. Ale warunek jest jeden: policja musi nam pomóc naciągacza namierzyć. A więc, do pracy, Panowie funkcjonariusze! Czekamy na efekty w sprawie pana Piotra.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 23 maja 2014
  • Wielkiej wody nie da się wyprzedzić, nie da się jej przewidzieć, by nad wszystkim zapanować. Bo to żywioł, z którym może być różnie. Ale...

    No właśnie, postanowiłam napisać o walce z falą wezbraniową na Wiśle na Lubelszczyźnie. Nowy wojewoda lubelski Wojciech Wilk - wojewodą jest od marca- był na wałach niemal non stop. - Nie mógłbym w tym czasie siedzieć za biurkiem - mówi. I dodaje, że lepiej wszystko widzieć na miejscu niż ustalać telefonicznie. Poprzednia wojewoda, co pokazała zima, działała według trochę innej zasady; pisałam o tym zresztą na moim blogu.

    Ja byłam na wałach, gdy sytuacja stawała się naprawdę groźna. Słyszałam jak jeden z samorządowców, na pytanie co z wałem w Kępie Gosteckiej odpowiedział "Tam jeszcze nawet nie było przetargu". Tylko co to obchodzi falę na Wiśle, że nie było przetargu? Ostatecznie również tam skierowano siły.

    Najważniejsze były jednak Braciejowice - malutka miejscowość, niedaleko Wilkowa. Wał jest tu w trakcie remontu, rozkopany, słaby. Prace, jak tylko przyszły prognozy, ruszyły z kopyta, by wał jak najlepiej i jak najszybciej zabezpieczyć. - Gdybyśmy nie zadziałali z wyprzedzeniem, nie mam wątpliwości, jestem pewien, że mielibyśmy sytuację jak sprzed czterech lat - mówi mi Włodzimierz Stańczyk, szef Wydziału Zarządzania Kryzysowego.

    Na miejscu non stop, w dzień i w nocy, pracowało w sumie ponad 3 tysiące ludzi: strażacy, ochotnicy, mieszkańcy, więźniowie. Zabezpieczali, układali, walczyli z czasem. - Gdyby nie to zabezpieczenie wału teraz, Wilków mógł być zalany. A wtedy cała praca, olbrzymie kwoty, które zostały przekazane do Wilkowa po roku 2010, te odbudowane domy, drogi, szkoła - to wszystko mogło pójść na marne - mówi wojewoda lubelski, Wojciech Wilk.

    Czyli powodzi nie da się przewidzieć, ale można próbować jej przeciwdziałać. A wojewoda na wałach? To prawda, słyszałam od mieszkańców ''władza przyjechała się pokazać''. Mogli mieć takie odczucia, bo przez cztery lata od powodzi na wałach prawie nic się nie działo. Nie działo się, bo procedury, ustalenia, negocjacje - to wymaga czasu.

    Ale jest jeszcze coś: w Kępie Gosteckiej nie działo się nic, bo zawinił ''czynnik ludzki'', jak mówi wojewoda. Jeden z mieszkańców nie zgadzał się na inwestycję. Teraz już jej nie zablokuje. Urzędnicy znaleźli na to sposób, wał będzie remontowany. Również tu.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 22 maja 2014
  • Narzekamy, że nie znają języków, że sobie nie poradzą, że będą ''dukać''. Jeden z kandydatów z Lubelszczyzny postanowił pokazać: JA COŚ POTRAFIĘ. In English, rzecz jasna.

    Lublin, ale i region, od dłuższego czasu jest obwieszony plakatami i billboardami tego kandydata. To marszałek Lubelszczyzny startujący z miejsca numer dwa na liście PSL. Choć jest drugi, to jak ponoć wynika z sondaży, ma szanse większe niż PSL-owska jedynka. Jeśli w ogóle PSL na Lubelszczyźnie zdobędzie jakiś mandat.

    Na większości billboardów widać więc zdjęcie dwójki - pana Krzysztofa, ale na tym ostatnim billboardzie już nie. Tu angielski górą - hasło wyborcze "THE SPECIAL TWO". Przynajmniej wiadomo, że jakieś podstawy językowe ma.

    Tak przy okazji, zerknęłam na plakaty innych lubelskich kandydatów. I co tu mamy? Dla przykładu: ''Energia dla Europy''; ''Służyć Polsce w Europie''; ''Polski, Europejski, Kamiński''; "Polski, lubelski, nasz". Nic przekonującego, szczerze mówiąc.

    Ale. Dostałam też od kandydatów dwa listy, oprócz ulotek oczywiście. Znalazłam je w swojej domowej skrzynce pocztowej. Pierwszy od jedynki lubelskiej Platformy, która - choć w Lublinie do tej pory bywała rzadko - nazywa się w liście "Ambasadorem Lubelskiego". Nie na wyrost, panie pośle, troszeczkę?

    Druga przesyłka to kartka pocztowa, coś jakby - pozdrowienia z Lublina. Na kartce zdjęcie pana kandydata, a w ramach ''pozdrowień'' - informacja o tym, że kandydat ''cieszy się, że (...) drogą S17 jak autostradą pędzimy z Lublina do Warszawy''. Panie Krzysztofie! Którą trasą Pan jechał? Powiem szczerze, owszem odcinek około 30 km to droga ekspresowa, super, ale dalej? Lepiej się nie rozpędzać jak na autostradzie, bo mandat gotowy...

    Ale w liście, na billboardzie, na pocztówce napisać można wszystko.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 15 maja 2014
  • Kilkakrotnie pisałam o niepełnosprawnych, którzy pokazują, że niepełnosprawność wcale nie musi być barierą. Zrobiłam m.in. reportaż o panu Tomku, młodym prawniku z porażeniem mózgowym, który pracuje w jednej z największych kancelarii w Warszawie. PRZECZYTAJ

    Pan Tomek odezwał się do mnie ponownie. Tytuł maila mówi wiele ''Kulawy został mecenasem''. Kulawy, bo tak o sobie zawsze mówił. Jest osobą, która porusza się o lasce, ma duże problemy z mówieniem, ale wcale nie przeszkadza mu to normalnie żyć. Ma przyjaciół, jeździ po świecie, bywa na imprezach. Dziś jest już po egzaminie radcowskim i – jak napisał - za miesiąc będzie już wpisany na listę radców prawnych.  GRATULACJE, panie Tomku! Koniec nauki, egzaminów i kucia!

    Ciekawa jestem, co będzie dalej. Pan Tomek może teraz tak naprawdę reprezentować każdego. Tylko czy polskie sądy są na to przygotowane? Na niepełnosprawnego, poruszającego się o lasce prawnika, który ma duże problemy z mówieniem? Wierzę, że tak i na pewno za jakiś czas do tematu powrócę.

    Ale... odezwał się też do mnie pan Rafał, o którym pisałam ostatnio – polski adwokat na wózku, ale z Ameryki. ZAJRZYJ TUTAJ

    Pisałam Państwu, że w Ameryce problemów z niepełnosprawnością nie ma. Tak, ale nie do końca. Pan Rafał musiał wyrobić nowy paszport. ‘’Podczas gdy moi znajomi z Irlandii wszystko załatwiają poczta z ich ambasadą w Nowym Jorku, ja musiałem jechać 4 i pół godziny na dyżur konsularny, bo dokumenty składa się tylko osobiście’’. A na miejscu? Schody, schodki, ciasne korytarze, żadnego udogodnienia dla osób na wózkach. Czyli w Ameryce, ale... witajcie w Polsce.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 13 maja 2014
  • Czy dyrekcja Zespołu Szkół w Kolbuszowej złamała prawo? Jak ustaliłam, trwa postępowanie wyjaśniające kuratora oświaty w Rzeszowie. A chodzi o informację zamieszczoną na stronie szkoły o obowiązkowym dniu pracy dla uczniów i nauczycieli w dniu kanonizacji Papieża Polaka, w niedzielę 27 kwietnia. Pisałam o tym prawie dwa tygodnie temu PRZECZYTAJ TUTAJ.

    Jak ustaliłam, trwa postępowanie wyjaśniające wszczęte przez kuratorium w Rzeszowie - jest to postępowanie ''w sprawie'', a nie przeciwko komuś. Na razie kurator poprosił dyrektora o pisemne wyjaśnienia. Ponoć ma je otrzymać jeszcze w tym tygodniu. Marek Kondziołka z kuratorium w Rzeszowie powiedział mi, że najważniejszy jest aspekt prawny całej sprawy, choć wizytatorzy chcą się też dowiedzieć ''jakie były motywy szkoły, które spowodowały, że tak a nie inaczej zorganizowano ten dzień''. Motywy, ważna rzecz, tylko czy rzeczywiście w tym przypadku? W każdym razie, po otrzymaniu pisemnych wyjaśnień, w szkole będzie kontrola.

    Jak cała sprawa może się zakończyć? - Trudno wyprzedzać fakty - mówi mi Kondziołka i dodaje, że trzeba poczekać na wyniki kontroli. Ale nie jest tajemnicą, że zgodnie z zapisami ustawy może być tak, że wizytatorzy przygotują pisemne wnioski i zalecenia dla dyrektora szkoły w Kolbuszowej. I na tym się skończy.

    Teoretycznie, gdyby były podstawy, dyrektor mógłby mieć postępowanie dyscyplinarne. Ale to teoria, a praktyka? Dostałam maila od jednego ze słuchaczy, pana Tomasza: ''Zobaczy Pani, że rozejdzie się po kościach. I skończy się jak zawsze, czyli niczym''.

    Ktoś powie: szkoła chciała dobrze. Nosi imię Jana Pawła II, a to - jak mówi dyrektor - ''do czegoś zobowiązuje''. Ok., tyle tylko, że mieliśmy już pewne ''obowiązki'' w dawnych czasach. I dobrze się to nie skończyło…

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 08 maja 2014
  • Rodzice zapominają czasami, że dzieci też mają uczucia. Nie tak dawno napisała do mnie słuchaczka, pani Ewa (imię zmieniłam). Mąż, z którym się rozwodzi, ''porwał jej dziecko'' - to słowa zrozpaczonej młodej mamy. Przyjechał po 4-latka do przedszkola, odebrał go, bo przecież jest pełnoprawnym tatą, i tyle widziała swojego malucha. ''Wcześniej męża ciągle nie było, nie kąpał synka, nie chodził z nim na spacery, nie zna jego marzeń, nie wie, co lubi jeść. Nic nie wie'' - napisała mi pani Ewa.

    Gdy przyjechała pod dom rodziców męża w asyście policji, ta niewiele mogła zrobić. Bo oboje mają pełnię władzy rodzicielskiej, a dziecko stało się ''zakładnikiem''. Tak jak w wielu innych, podobnych historiach. Sytuacje są trudne i najczęściej trzeba czekać na decyzję sądu w sprawie opieki nad synem czy córką. A to trwa...

    To plakat ze strony Biura Rzecznika Praw Dziecka.

    Porwania rodzicielskie zdarzają się wcale nie tak rzadko. Bywa i tak, że niby nikt dziecka nie porywa, ale jest świadkiem tego, czego widzieć nie powinno: walki, kłótni, podsycania emocji. Liczby przerażają: rocznie do Rzecznika Praw Dziecka wpływa 50 tysięcy spraw dotyczących konfliktu rodziców o dziecko. Połowa z nich dotyczy sytuacji w trakcie rozwodu. - Zazwyczaj pisze jedna ze stron prosząc o pomoc w odzyskaniu kontaktu z dzieckiem - mówi prawniczka z biura rzecznika, Martyna Michalak. I zwraca uwagę na to, co jest najważniejsze: dopóki sąd nie orzeknie, z kim ma być dziecko - z mamą czy z tatą, bo bywa różnie - dopóty rodzice, oboje, mają takie same prawa.

    Rzecznik rozpoczął kampanię ''Jestem mamy i taty'' - chce uświadomić rodzicom, że dziecko mimowolnie traci poczucie bezpieczeństwa, gdy dorośli między sobą walczą. - Dzieci nie mogą być traktowane przedmiotowo - mówi mi psycholog dr Małgorzata Sitarczyk.

    Przerażające jest coś jeszcze: czasami dzieciom jest tak źle, że same dzwonią do rzecznika. Na telefon zaufania 800 12 12 12. - Opowiadają na przykład, że tata zniknął. Albo odwrotnie, mama nagle odeszła. Nie rozumieją tego - mówi Martyna Michalak. I dodaje, że rodzice bardzo często robią zasadniczy błąd: żądają lojalności. - Obciążają dziecko swoimi negatywnymi emocjami wobec drugiej strony - mówi Michalak.

    Dlatego pamiętajmy - jak mówi rzecznik Marek Michalak - "Dorośli mają prawo do rozstania, ale powinni pamiętać, że nic nie zwalnia ich z bycia odpowiedzialnym rodzicem".

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 28 kwietnia 2014
  • ''Czy możecie się Państwo bliżej przyjrzeć Poczcie Polskiej, a konkretnie paczkom? Dodzwonić się tam nie można. Na maile nie odpisują. Cyrk na kółkach!'' - napisała do mnie pani Patrycja, która na swoją paczkę, nadaną priorytetem, czekała ponad 10 dni.

    W rozmowie ze mną rzecznik Poczty Polskiej, Zbigniew Baranowski przyznał, że rzeczywiście, w warszawskiej sortowni wprowadzano nowość - miało być sprawniej i szybciej, a wyszło… jak zwykle, można byłoby powiedzieć.

    Nie wszystko dobrze zagrało. Było kilkudniowe "spiętrzenie". - Wprowadzamy rozwiązania, które zwiększą efektywność pracy w sortowni. A to największy taki obiekt w kraju, jeden z największych w Europie - mówi mi Baranowski. Twierdzi, że w tej chwili wszystko wraca do normy, ostatnie przesyłki ze "spiętrzenia" powinny dotrzeć w tym tygodniu.

    Od innego słuchacza dostałam maila, że ''Poczta, przynajmniej w Warszawie, zwolniła zdecydowaną większość kurierów rozwożących przesyłki pocztem i PaczkaExtra24'' - to informacja od pana Krystiana. Rzecznik twierdzi, że w związku z problemami z paczkami jest wprost przeciwnie: zatrudniono nowych ludzi, są nowe samochody.

    ''Przepraszamy''

    - Sytuacja jest już stabilna, niedogodności powinny ustąpić. Chciałem przeprosić za wszystkie problemy - mówi Baranowski.

    Ale fakty są takie, że Poczta Polska ''dała ciała'', podpadła klientom z paczkami i mają prawo mieć pretensje. Mają też prawo domagać się odszkodowań, zwłaszcza gdy w paczkach było coś pilnego, ważnego, na czas. Reklamacje można składać bezpośrednio w internecie, na stronie Poczty jest specjalny formularz; można to zrobić również bezpośrednio, na miejscu, w placówce pocztowej koło domu. A dotyczy to choćby paczek terminowych, gdzie są przecież terminy gwarantowane. - Tu mają zastosowanie wszelkie przepisy związane z naszymi wewnętrznymi regulaminami, ale i Prawo Pocztowe - dodaje Zbigniew Baranowski.

    Ostatnio sporo było o dostarczycielu przesyłek z sądów - Polskiej Grupie Pocztowej, która realizuje umowę wspólnie z InPostem i z RUCH-em: że są opóźnienia, brakuje zwrotek, a sądy odwołują rozprawy. Poczta ten przetarg przegrała. Teraz patrzy PGP na ręce i wszystko wyłapuje.

    A sama? Zamiast się pilnować, doświadcza wpadki. Zresztą nie pierwszej - od 1 marca próbowała ponad 5-krotnie podnieść opłatę za duplikat nadania przesyłki poleconej, coś co jest potrzebne np. adwokatom. Podniosła, ale szybko się wycofała. A teraz jeszcze te paczki...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 23 kwietnia 2014
  • Chcesz mniej płacić za prąd? Zmień sprzedawcę energii – zachęca Urząd Regulacji Energetyki. Na stronie URE znajdziemy kalkulator, w którym możemy wyliczyć oszczędności. Ale jest tam pewna „pułapka”, na którą – słusznie – zwraca uwagę nasz słuchacz.

    W tej sprawie napisał do mnie Michał Mierzejewski z Warszawy, z wykształcenia lekarz, który kilka lat temu odszedł z zawodu i został przedsiębiorcą. Co podkreśla, nie jest w żaden sposób powiązany z którymkolwiek ze sprzedawców energii; chciał zmienić sprzedawcę energii prywatnie. Sam skorzystał z przygotowanego przez URE kalkulatora, by wyliczyć swoje oszczędności. – Wyskoczyło mi około 60 firm, w większości takich, których w ogóle nie znałem. I wyszło, że mogę zaoszczędzić nawet 500 złotych rocznie – mówi pan Michał.

    Oszczędności miały być więc naprawdę duże. Pan Michał zaczął obdzwaniać poszczególne firmy. I okazało się, że umowa, którą trzeba podpisać, jest zawierana do końca 2016 roku. I że owszem, tak jak wynika z kalkulatora, w pierwszym roku można zaoszczędzić dużo, bo są promocje. – Ale potem wszystko się zmienia – mówi nasz słuchacz. Pan Michał zrobił swój kalkulator, w Excelu. Wpisał do niego te same dane, co do kalkulatora URE, tyle, że na cały czas trwania umowy, czyli na trzy lata. Co wyszło? Oszczędności rzędu 300-400 złotych, ALE W SKALI TRZECH LAT. – Odbieram to jako robienie ludzi ’’w konia’’ – mówi pan Michał.

    Co na to URE? Rzeczniczka urzędu, Agnieszka Głośniewska podkreśla, że przygotowany przez nich kalkulator, rzeczywiście wyliczający opłatę za okres jedynie 6 czy 12 miesięcy, powinien być tylko ’’wstępem’’ do zmiany operatora. – Jest to tylko takie narzędzie pierwszego kontaktu z ofertą. Nie możemy traktować kalkulatora jako pełnej wiedzy, jako wyczerpującego źródła informacji o całej ofercie – mówi Głośniewska. Na pytanie, czy nie można byłoby zmienić kalkulatora, tak aby wyliczał cały okres trwania umowy usłyszałam zapewnienie: ’’Przemyślimy to, każda taka uwaga jest dla nas ważna’’.

    A na razie? Słuchajmy rady pana Michała – jeśli chcemy zmienić sprzedawcę energii, zróbmy sobie swój kalkulator i dokładnie przeliczmy. Bo w matematyce dwa plus dwa powinno się zawsze równać cztery. Powinno, ale… A Państwo? Spotkało Was coś podobnego? Napiszcie: problem@tok.fm

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 18 kwietnia 2014
  • Mazurki, paschy, i oczywiście jajka pod każdą postacią. Wielkanoc coraz bliżej. Wszystkiego dobrego Państwu życzę. Ale na razie u mnie na blogu jeszcze nieświątecznie. Napiszę o listach z sądów, bo dostałam kilka maili od Państwa. M.in. od pana Pawła. Pan Paweł napisał do mnie zresztą już po raz kolejny. W sprawie skrytek pocztowych.

    Słuchacz właśnie w skrytce odbiera swoją korespondencję, m.in. z sądu. PGP twierdziło, że problemu nie ma. Dziś wiemy, że jednak nie do końca. ''I stało się. Długo wyczekiwany list z sądu nie dotarł do mnie mimo, że próbowałem uczulić PGP na punkcie nadciągających chmur. Właśnie się dowiedziałem, że sprawa w sądzie się odbyła bez mojego udziału.Tylko kto poniesie tego skutki?'' - pyta, słusznie, mój rozmówca.

    NAGANA dla doręczyciela

    Ja pytam o to PGP. I dostaję odpowiedź od rzecznika firmy, Wojciecha Kądziołki, że rzeczywiście, wina leży po stronie operatora.''Wina leży całkowicie po stronie pracownika oddziału, którzy otrzymał upomnienie oraz naganę. Taka sytuacja nie powinna mieć miejsca. Pracownik został ponownie przeszkolony'' - napisał Kądziołka.

    Ale mam kolejny mail od słuchacza, tym razem adwokata, pana Andrzeja spod Opola. Opisał mi historię doręczyciela, który się zwolnił i przez to, przez dłuższy czas do słuchacza nie docierała żadna korespondencja z sądu. ''Jak żyć, jak pracować Pani Redaktor'' - pyta pan Andrzej. Pojechał do punktu InPost w Opolu, by dowiedzieć się co i jak. Oto co tam zastał.

    I jeszcze jedno zdjęcie zrobione w punkcie odbioru korespondencji w Opolu. ''Prawdopodobnie agent InPostu zamknął biznesik. Co zrobił z przesyłkami sądowymi'?'' - pyta pan Andrzej.

    Co się okazało? Rzecznik PGP informuje, że rzeczywiście w miejsce jednego doręczyciela pojawił się nowy, w zastępstwie, a tym samym przesyłki były wydawane do doręczenia. Słuchacz twierdzi jednak, że nic do niego nie dotarło - sam je w końcu odebrał, kilkanaście sztuk. PGP? Odpowiada:''Według naszych informacji taka sytuacja nie miała miejsca''. Być może uda się sprawę wyjaśnić po numerach przesyłek - poprosiłam o nie pana Andrzeja.

    Ale jest i NOWE - nowe porozumienie sądów z PGP, które chyba sporo zmieni: CZYTAJ TUTAJ

    A na razie mam nadzieję, że kartki ze świątecznymi życzeniami z sądów zostały wysłane tak wcześnie, by jednak dotarły jeszcze przed świętami...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 15 kwietnia 2014
  • Jedna przeniosła go za biurko za rzekomy brak kompetencji, drugi - go przywrócił ze względu na… bardzo wysokie kompetencje. Mowa o Włodzimierzu Stańczyku, dyrektorze Wydziału Bezpieczeństwa i Zarządzania Kryzysowego Urzędu Wojewódzkiego w Lublinie. To nietuzinkowa postać w lubelskim urzędzie, od wielu lat związana właśnie z bezpieczeństwem kryzysowym. To on m.in. walczył z powodzią w Wilkowie w 2010 roku, koordynował pomoc. Dogadywał się z kilkoma poprzednimi wojewodami. Ale nie z Jolantą Szołno-Koguc.

    Pani wojewoda Stańczyka odwołała, przeniosła do innego wydziału, za biurko, do informacji niejawnych. W urzędzie słychać było głosy, że teraz "przekłada papierki". W obronie dyrektora stawali m.in. parlamentarzyści dowodząc, że to jedna z najbardziej kompetentnych osób w urzędzie. Zresztą, w kontaktach z dziennikarzami też dał się poznać jako fachowiec, zawsze otwarty, chętny do współpracy. Ale wojewoda była nieugięta.

    Od marca mamy w Lublinie nowego wojewodę. To były poseł Wojciech Wilk. Co zrobił po przyjściu do urzędu? Nietrudno się domyślić. Jedną z pierwszych decyzji było przywrócenie Stańczyka. Wrócił na stanowisko zastępcy, ale od razu też rozpisano konkurs na szefa Wydziału Bezpieczeństwa, bo był wakat. I dziś już wiemy, że wygrał.

    Oliwa na wierzch wypływa? Nie po raz pierwszy. Kompetencje wzięły górę. Jak usłyszałam, Stańczyk miał dwóch kontrkandydatów, ale to on najlepiej wypadł na teście i na rozmowie konkursowej. - Ma ogromną wiedzę, nie miał sobie równych - usłyszałam od jednego z urzędników.

    Jest wielce prawdopodobne, że gdyby poprzednia wojewoda jednak podwładnemu zaufała, nie byłoby kłopotów z zimą. Pamiętacie? Na przełomie stycznia i lutego na Lubelszczyźnie były obfite opady śniegu. Bardzo obfite. Niektóre wsie zostały zasypane, były praktycznie odcięte od świata, ludzie nie mieli chleba. Niektórzy samorządowcy mówili, że zostali pozostawieni sami sobie. A wojewoda? Miała iść na urlop. Nie poszła, bo dostała telefon od premiera, który o zimowej zawierusze dowiedział się z mediów. Wojewoda dopiero wtedy ruszyła w teren. I absolutnie nie miała sobie nic do zarzucenia.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 11 kwietnia 2014
  • Czy pani w kiosku wydając nam list z sądu chroni nasze dane osobowe? Jak ustaliłam, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych wziął pod lupę działalność PGP - firmy, która od stycznia dostarcza listy, paczki czy wezwania z sądów i prokuratur.

    Inspektor sprawdza, czy nie dochodzi do łamania prawa - do GIODO do marca wpłynęło kilkadziesiąt skarg i zapytań w tej sprawie. Jak przekazała mi rzecznik GIODO, Małgorzata Kałużyńska-Jasak, wiążąca decyzja w sprawie konkretnej skargi może zapaść jednak dopiero po przeprowadzeniu postępowania administracyjnego, a to trwa.

    Na razie GIODO przeprowadził kontrolę w siedzibie InPostu w Krakowie (InPost to firma współpracująca z PGP i z RUCHem, przy obsłusze sądowej korespondencji). Była to kontrola pod kątem zgodności przetwarzania danych z przepisami ustawy i jednego z rozporządzeń: czy dane są właściwie chronione, czy firma ma warunki do ich przechowywania, czy posiada odpowiednie urządzenia i systemy informatyczne.

    GIODO wyników kontroli w Krakowie na razie nie ujawnia - wiemy jednak, że zapadła decyzja o podobnych kontrolach w kolejnych miastach. Ma być sprawdzane dokładnie to samo. Bardzo prawdopodobne są też kontrole w punktach, w których listy są wydawane - czyli możliwa jest wizyta kontrolerów w kiosku, na stacji paliw czy w osiedlowym sklepiku z warzywami.

    A ja cały czas dostaję maile od Państwa w sprawie PGP. Jeden - o skrytce pocztowej. Pan Paweł pisze tak: ''I stało się. Długo wyczekiwany list polecony z sądu nie dotarł do mnie mimo, że specjalnie próbowałem uczulić PGP na punkcie nadciągających chmur, czyli problemu dostarczania awiz na skrytki pocztowe. Sprawa w sądzie się odbyła bez mojego udziału, bo PGP nie dostarczyło awiza''. Pan Paweł awiza nie dostał, przesyłki również, złożył reklamację. ''Tylko kto poniesie skutki przegranej sprawy sądowej?'' - pyta, słusznie, nasz słuchacz.

    Napisał też do mnie kilka dni temu adwokat z Opola, który przez kilka dłuuuugich dni nie dostawał w ogóle listów z sądów. ''Doręczyciel skarżył się, że nawet paliwo do samochodu musi kupować za własne pieniądze; zwracają mu je z opóźnieniem. Dziś słyszałem pogłoskę, że ów doręczyciel "się zwolnił". Jak żyć, jak pracować, Pani Redaktor?'' - pyta pan Andrzej.

    A ja właśnie dostałam statystyki z PGP za okres do 4 kwietnia: 15 milionów nadanych przesyłek; skuteczność doręczeń osobistych 77,2 procent. W awizacji było 3,9 miliona przesyłek - z czego 49 procent zostało podjętych przez adresatów.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 08 kwietnia 2014
  • Prawo tego nie przewiduje – tak można byłoby spointować odpowiedź, którą dostałam z Poczty Polskiej. A chodzi o opłacanie abonamentu i list, który wcześniej przyszedł do mnie od naszej słuchaczki z Poznania: „Mam pewien kłopot, którego nie potrafił mi do tej pory nikt wytłumaczyć”.

    W czym rzecz? Otóż mama pani Doroty była od dłuższego czasu na emeryturze. „ Przez kilka lat pobierała emeryturę, którą sama wypracowała, tak jak tata swoją. Jako emeryci mieli ulgę w opłacaniu abonamentu RTV. Po śmierci taty, mama zrezygnowała ze swojej emerytury i zaczęła pobierać tzw. rentę rodzinną, czyli emeryturę po mężu” – napisała słuchaczka. I właśnie wtedy zaczęły się „schody”. Bo nagle okazało się, że żadna zniżka się mamie pani Doroty nie należy – ma opłacać abonament RTV, w normalnej wysokości.

    „Po małym rodzinnym wywiadzie okazało się, że wszyscy wdowcy/wdowy, którzy zrezygnowali ze swoich emerytur mają ten sam kłopot. Dlaczego rezygnacja ze swojej emerytury skutkuje w tym wypadku "karą" powrotu do płacenia abonamentu?” – pyta, SŁUSZNIE, nasza słuchaczka.

    Abonament pobiera Poczta Polska. Jej rzecznik, Zbigniew Baranowski, odpowiadając na moje wątpliwości w tej sprawie dość obszernie przytoczył mi wszystkie przepisy, rozporządzenia, zasady. Wynika z nich m.in., że jest katalog osób zwolnionych od opłat abonamentowych – są też wymienione w przepisach dokumenty, które trzeba złożyć. Generalnie jest tak, że abonamentu nie muszą płacić m.in. osoby, które ukończyły 60 lat, są na emeryturze, a ich emerytura nie przekracza miesięcznie 50 procent przeciętnego wynagrodzenia. – W 2012 roku 50 procent przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wynosiło 1760,84 zł brutto – informuje rzecznik Poczty Polskiej.

    I na to właśnie, jeszcze będąc na emeryturze, mama pani Doroty z Poznania się „załapała” – tyle, że jak przeszła na rentę rodzinną po mężu przestała być emerytką. I koniec z ulgami, zwolnieniami, łagodniejszym traktowaniem. Abonament trzeba płacić normalnie i kropka. „Obowiązujące przepisy prawne w tym zakresie nie stanowią o uprawnieniach osób pobierających rentę rodzinną”.

    Ktoś zapomniał, przeoczył, nie wiedział? Niestety, to nie pierwszy, i pewnie nie ostatni taki przypadek. Że życie przerosło – wyprzedziło to, co jest w przepisach. Niestety...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 03 kwietnia 2014
  • Żółte karteczki - kupujemy je często za 2-3 złote i naklejamy w domu czy w pracy, by o czymś nie zapomnieć. Tak jak kierowca z tego auta poniżej. Ale karteczki za 700 tysięcy złotych?

    No właśnie, pewien przedsiębiorca postanowił na żółtych karteczkach zarobić: wymyślił projekt, który złożył w Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w Lublinie. Napisał, że wszystko ma kosztować bagatela 700 tysięcy złotych, w tym agencja miała wyłożyć na to prawie połowę.

    Nazwa projektu: Wykonanie analizy projektu, implementacji oraz wdrożenia systemu umożliwiającego zapisywanie notatek na tak zwanych żółtych karteczkach. Brzmi, przyznacie Państwo, dość zagadkowo. A że wskazana wartość była olbrzymia, więc postanowiono się temu przyjrzeć. Leszek Fus z lubelskiej ARiMR powiedział mi, że poproszono o pomoc i opinię eksperta, który stwierdził, że wartość projektu jest drastycznie zawyżona - prawdopodobnie nawet 10-krotnie.

    Wnioskodawca pieniędzy nie dostał, ale kłopotów nie uniknie, bo Agencja zawiadomiła o sprawie prokuraturę - o sprawie z żółtymi karteczkami, ale też kilku innych podobnych próbach wyłudzeń dotacji, przy projektach wartych również około 700 tysięcy złotych każdy. Chodziło m.in. o rzekome zalesianie drzewkami ozdobnymi, tyle, że żadnych drzewek nie było.

    Unijne środki to olbrzymie wsparcie, w różnych dziedzinach naszego życia. Usłyszałam kiedyś od kogoś takie zdanie: ''Wystarczy tylko złożyć projekt i łatwo dostać pieniądze''. Mam nadzieję, że jednak nie tak łatwo, że ktoś to sprawdza, pilnuje, bada. W Agencji Restrukturyzacji jest specjalny dział, który się tylko tym zajmuje - wyłapuje takie ''kwiatki'' za niebagatelne kwoty.

    Tylko w ubiegłym roku oddziały Agencji Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa w całym kraju skierowały do organów ścigania prawie dwa tysiące zawiadomień o możliwości popełnienia przestępstwa. Chodzi o kwotę prawie 11 milionów złotych - to łączna kwota wyłudzeń i usiłowań.

    Aha, i jeszcze gwoli wyjaśnienia. ARiMR wspiera rolników, ale też przedsiębiorców, którzy chcą inwestować na terenach wiejskich - tak jak ten pan od żółtych karteczek. Wpływają m.in. wnioski o unijne dotacje na projekty informatyczne. Ale żółte karteczki za ponad 700 tysięcy? Chyba, NA SZCZĘŚCIE, nikogo to nie przekonało.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 27 marca 2014
  • Czy informowanie o tym, że w Internecie można sprawdzić swoje punkty karne to wprowadzanie w błąd? Teoretycznie tak, choć … diabeł tkwi w szczegółach. Napisał do mnie w tej sprawie pan Jakub z Krakowa, z 10-letnim stażem jako kierowca.

    Niedawno po raz pierwszy w życiu dostał punkty karne i chciał sprawdzić, jak to działa. – Wpisałem w popularną wyszukiwarkę słowa ‘’ile punktów karnych” i wyskoczyła mi taka strona – opowiada pan Jakub.

    Główne hasło strony: SPRAWDŹ ILE MASZ PUNKTÓW KARNYCH NA SWOIM KONCIE. Dalej znajdujemy informację, że ‘’w związku z nagminnym łamaniem przepisów drogowych powstał serwis, który pomoże Ci sprawdzić stan konta punktów karnych. Strona ta również pomoże ustalić kiedy kasują się Twoje punkty karne”.

    Brzmi zachęcająco, trzeba wpisać swój PESEL i… Nie, bynajmniej, nikt nam punktów karnych nie poda. Nie poda, bo nie może; nikt poza policją ich nie zna. – Punkty karne możemy sprawdzić w budynku komendy, na miejscu, z dowodem osobistym. Tylko i wyłącznie – mówi mi Mariusz Sokołowski, rzecznik Komendy Głównej Policji.

    ''Trafiłem na oszustwo, dokonywane w sposób perfidny’’ – napisał w mailu do mnie pan Jakub, który tak właśnie to odbiera, po przeanalizowaniu strony i jej regulaminu. Czego dowiadujemy się z regulaminu? M.in., że korzystanie z serwisu jest bezpłatne, jednak uzyskanie wyniku testu wymaga wysłania płatnej wiadomości SMS. Koszt? 25 zł plus VAT.

    Na tym nie koniec: serwis informuje nas, że NIE PONOSI odpowiedzialności za niedostateczne zapoznanie się użytkownika z regulaminem. I jeszcze jeden zapis z regulaminu, najważniejszy: INFORMACJE DOTYCZĄCE ILOŚCI PUNKTÓW KARNYCH UDOSTĘPNIANE SĄ JEDYNIE PO WYLEGITYMOWANIU ODPOWIEDNIM DOKUMENTEM URZĘDOWYM WE WŁAŚCIWEJ JEDNOSTCE POLICJI.

    Jak mówi mi Mariusz Sokołowski, cały problem w tym, że nie czytamy regulaminów. Serwis z punktami karnymi nie jest jedyny, który działa w ten sposób – jako „zabawa”. Sprawdza czujność internautów: jeśli nie przeczytają zasad, a je zaakceptują, słono za to zapłacą. Czy to oszustwo? No właśnie… – Zdecydowana większość prawników mówi tak: wchodzisz w pewną umowę cywilno-prawną. Tam na stronie jest regulamin i zaznaczasz, że się z nim zapoznałeś – mówi Sokołowski. I apeluje: czytajmy regulaminy, nie ulegajmy złudzeniu, bądźmy czujni.

    Ale przecież nie tylko o czujność tu chodzi - gdzieś chyba musi być luka w prawie, skoro takie strony działają w najlepsze, a ludzie dają się "złapać"?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 25 marca 2014
  • Gapiostwo nie popłaca - nikt, myślę, nie ma co do tego wątpliwości. Jadąc autobusem trzeba mieć ważny bilet. I kropka. Za jazdę bez biletu należy się mandat. Druga kropka. Ale czy mandat zawsze powinien być w takiej samej wysokości i czy nie można pójść gapowiczowi na rękę i pozwolić mu zapłacić w ratach?

    Napisał do mnie w tej sprawie pan Marcin z Krakowa. Postanowiłam opublikować fragmenty tego maila, bo jest w nim trochę racji. Oczywiście, przewinienie jest przewinieniem, a mandat jest mandatem, ale...

    Pan Marcin jechał autobusem, miał bilet miesięczny ważny do 6 lutego. Był pewien - bo tak mu utkwiło w pamięci - że bilet jest ważny do 7-go. ''Oczywiście to było moje niedopatrzenie, pomyłka, automatyzm myślenia'''. Kontrola i nie ma zmiłuj: pasażer dodaje mandat. Jedzie do siedziby MPK, aby spróbować swój błąd wytłumaczyć, ale słyszy, że nie ma zmiłuj. Podkreśla, że nie jest osobą, która nagminnie łamie prawo. - Można sprawdzić moją 15-letnią historię przejazdów środkami komunikacji miejskiej - mówi nasz rozmówca.

    Jadąc na gapę trzeba się liczyć z mandatem - co do tego nie ma wątpliwości. Jak zawsze jednak, diabeł tkwi w szczegółach. Otóż, pan Marcin już kilka dni po kontroli, przelał na konto MPK 61,90 zł. "To była pierwsza rata. Nie mogłem zapłacić w całości, bo po prostu nie miałem na tyle funduszy. Moim zamiarem nadal jest zapłacenie kolejnej raty w kolejnym miesiącu, co ewidentnie wynika z treści przelewu. Ale MPK mimo mojej wpłaty wysyła na mój adres przypomnienie wpłaty i informuje o zapłacie jednak pełnej kwoty. Dodatkowo obciąża mnie kosztami upomnienia".

    Mandat na raty? Nie ma mowy, tego się nie przewiduje. A przecież: dla dużej części z nas 300, 500 czy 1000 złotych to kwoty, które trudno ot tak po prostu wysupłać z domowego budżetu. Może raty byłyby jakimś sposobem? ''Potwierdza się kompletny brak zrozumienia dla Klienta'' - pisze pan Marcin o tym, co go spotkało.

    Mandat trzeba zapłacić, ale czemu nie w dwóch czy trzech ratach, zwłaszcza jeśli jest dość wysoki? W regulaminie MPK jest mowa o wpłacie w kasie albo przelewie na konto. O żadnych ratach ani słowa. To samo zresztą dotyczy mandatów wkładanych nam za wycieraczki, gdy źle zaparkujemy auto czy kar za zholowanie samochodu. A może by tak frontem do klienta? Również do tego, który popełnił błąd, musi ponieść karę, chce zapłacić, ale tak od razu, jednorazowo, po prostu nie ma z czego.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 21 marca 2014
  • Nie wtłacza uczniom wiedzy do głowy, nie zmusza do wkuwania, nie naciska. Ale pomaga. O NACOBEZU dowiedziałam się przypadkiem, od jednej ze słuchaczek.

    Opowiedziała mi, że w szkole, do której chodzi jej dziecko, wprowadzono ciekawy sposób na zachęcenie uczniów do nauki - by nie wkuwali wszystkiego, tylko uczyli się tego, co jest najważniejsze i niezbędne. W tym właśnie celu, niemal na każdej lekcji, dostają od nauczycieli NACOBEZU.

    NACOBEZU to skrót od słów "na co będę zwracać uwagę" - nauczyciel daje uczniowi bardzo konkretną informację, czego będzie wymagać. - To jest taka jakby check lista, co trzeba umieć - mówi mi dyr. Gimnazjum nr 18 w Lublinie, Marek Krukowski, w którego szkole NACOBEZU jest na razie w dwóch klasach, na próbę. - Sprawdza się świetnie, wiem to z informacji zwrotnej od uczniów - dodaje Małgorzata Dziewulska-Tryl, nauczyciel geografii.

    Jak to działa? Dyrektor Krukowski, który uczy historii, miał ostatnio lekcję wprowadzającą uczniów w tematykę I wojny światowej. - NACOBEZU było konkretne. Będziesz znał sojusze polityczno-militarne, które powstały przed wybuchem wojny. Będziesz znał 5 przyczyn wybuchu I wojny światowej. Będziesz potrafił wyjaśnić określenie ''kocioł bałkański'' - mówi dyrektor.

    Jak dodaje pani od geografii, dzięki NACOBEZU uczniowie wiedzą, co jest najważniejsze przy przygotowywaniu się do klasówki, gdy do przeczytania jest kilkadziesiąt czy nawet kilkaset stron.

    Może się pojawić zarzut, że podawanie uczniom kawa na ławę, co mają umieć - to zamykanie ich myślenia. - Tak naprawdę umiejętność dokonania wyboru, tego co najważniejsze, jest bardzo ważna w dzisiejszym świecie, gdy jesteśmy zalewani najróżniejszymi informacjami - odpiera ten zarzut psycholog, Małgorzata Kalisz. I dodaje, że NACOBEZU systematyzuje wiedzę uczniów i uczy ich, na co warto zwracać uwagę.

    Nauczyciele z Gimnazjum 18 nie mają wątpliwości, że to uczniom pomaga. A uczniowie? - To duże ułatwienie, nauczyciele podają nam zagadnienia, definicje, dzięki czemu łatwiej się przygotować, łatwiej się nauczyć - mówią zgodnie Ola i Maciek z klasy II.

    Jesteśmy przed testami szóstoklasisty, które już 1 kwietnia, potem egzaminy gimnazjalne. Może wybierając szkołę na kolejny etap edukacji dla naszego dziecka warto sprawdzić, czy jest w niej NACOBEZU? Bo jak widać na przykładzie publicznego Gimnazjum nr 18 w Lublinie, na nowinki decydują się nie tyko szkoły prywatne.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 20 marca 2014
  • ''HELP'' - napisał do mnie pan Zbigniew ze Śląska, opisując historię swojego Taty - Seniora, który kupił w sklepie tablet, by móc łączyć się przez Skype'a z wnukami. Miał jednak problem z kodem PIN na karcie SIM.

    Powiem szczerze: też miałabym problem, bo niestety nie jestem biegła w nowinkach technologicznych. Tata naszego słuchacza chciał zdjąć kod PIN, bo codzienne wpisywanie go sprawiało mu problem i było denerwujące. Wydawać by się mogło - nic bardziej prostszego? A jednak... ''Bezduszna machina operatorów telefonii komórkowej nie wie, co to empatia i absolutnie nie tylko nie czuje oczekiwań starszej klienteli, ale legitymuje się też beztroską o jakość usług'' - napisał do mnie pan Zbigniew.

    Problem był w tym, że karta SIM za każdym razem żądała kodu PIN. Senior w salonie firmowym operatora złożył podanie, dołączając oświadczenie, że wie, z czym wiąże się usunięcie kodu PIN (choćby łatwa gratka dla złodzieja). Ale to nie pomogło.

    Okazało się, że owszem, kod PIN zdjąć można, ale trzeba to zrobić w trakcie rozmowy telefonicznej z konsultantem, przełożyć kartę do telefonu i wykonać szereg skomplikowanych operacji. Pan Zbigniew nie mieszka z Ojcem, dlatego poprosił w salonie, by ktoś mógł pomóc starszemu Panu w usunięciu kodu. Ale salon takiej możliwości nie przewiduje. Po mojej interwencji i prośbie o pomoc, sprawę udało się pomyślnie zakończyć. - Udało się po blisko 5-miesięcznej batalii z kodem PIN - mówi nad Zbigniew.

    Seniorzy chcą korzystać z nowinek technologicznych, ale bardzo często nie są w stanie. Skomplikowane instrukcje, kody, numery, nazewnictwo. Pamiętajmy, że to co dla naszych pociech jest ''bułką z masłem'', to dla osób starszych - mur często trudny do pokonania. - Dzieci intuicyjnie dotykają na tablecie wszystkiego, starsze osoby boją się, że coś zepsują - mówi Barbara Kolbus, która w Zamościu prowadzi komputerowe zajęcia dla seniorów.

    Seniorzy mają konta na Facebooku, mailują, kupują w sieci, rozmawiają przez Skype'a, ale gdy pojawia się problem techniczny, często nie wiedzą, co dalej. - Powinna być pełniejsza obsługa w salonach różnych firm, by senior mógł przyjść i poszerzyć wiedzę z obsługi danego urządzenia. Bo nie zawsze ma dzieci, które są w stanie mu pomóc - mówi Barbara Kolbus. I dodaje, że seniorzy chcą korzystać z nowych technologii, tak jak ich dzieci i wnuki. Pomożemy seniorom? Pomożemy! Rzecz jasna.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 13 marca 2014
  • Pan Marek z Warszawy opisał mi historię, która może spotkać każdego z nas, bo dotyczy zakupów w sieci, a te - jak wynika z badań - robi coraz więcej z nas. Wartość e-handlu w Polsce idzie w miliardy złotych.

    Pan Marek kupił na Allegro specjalny komputer do diagnozowania uszkodzeń w autach. Tyle, że klient dostał w paczce sprzęt, który był kompletnie niezgodny z opisem z aukcji. Postanowił towar odesłać. Początkowo dostał informację, że reklamacja jest rozpatrywana, ale potem nikt już na jego maile nie odpowiadał. Pan Marek do dziś nie ma ani sprawnego sprzętu, ani pieniędzy od sprzedawcy, który ulotnił się jak kamfora.

    W międzyczasie znalazł całą masę negatywnych komentarzy o firmie i ostatecznie wszczął spór ze sprzedawcą; sprawę zgłosił też do serwisu Allegro. - Po wymaganych 30 dniach otrzymałem z Allegro informację, że konto sprzedającego jest zablokowane, a ja powinienem iść z tym do prokuratury - mówi mi pan Marek. W styczniu złożył więc zawiadomienie, sprawę badała policja. - A w lutym dostałem decyzję o odmowie wszczęcia dochodzenia, ponieważ sprzedający NIE DOPUŚCIŁ SIĘ CZYNU ZABRONIONEGO. Jak to w ogóle możliwe? To oszukiwanie ludzi nie jest przestępstwem? - pyta nasz słuchacz.

    Prawnik Paulina Lipińska przyznaje, że sprawa byłaby oczywista, gdyby pan Marek w paczce dostał np. cegłę czy atrapę telefonu - oszustwo byłoby ewidentne. Tylko czym różni się to od sytuacji, gdy ktoś dostaje nie to, co zamówił? - Jeżeli mówimy o rzeczy, która nie posiada określonych właściwości, na których nam zależało, to sprawa nie jest już tak oczywista, nie jest jednoznaczna. Raczej w grę wchodzi tutaj postępowanie na drodze cywilnej - mówi pani mecenas.

    Na Allegro jest tak, że serwis ma pieniądze na odszkodowania dla klientów, którzy zostali oszukani. - Przypadki oszustw są jednak rzadkie - mówi mi Anna Tokarek z serwisu Allegro. Jak podkreśla, by móc starać się o odszkodowanie od serwisu trzeba zawiadomić policję czy prokuraturę, a ta MUSI WSZCZĄĆ POSTĘPOWANIE. Nieważne, jak się zakończy, ważne, aby było wszczęte. Pan Marek nie odpuszcza - złożył zażalenie na decyzję prokuratury. Teraz to sąd zastanowi się, co z tym fantem zrobić dalej.

    W tej sprawie napisał też do mnie pan Rafał - Za zakupy internetowe należy płacić kartą - dowodzi. Jak zapewnia, wtedy zwrot pieniędzy jest bezproblemowy. Jest to jakiś sposób. Co nie zmienia faktu, że oszuści nie powinni czuć się bezkarni.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 10 marca 2014
  • Karta Warszawiaka – dla warszawiaków, ale nie dla wszystkich. Napisała do mnie w tej sprawie pani Ania, doktorantka ze stolicy – w sprawie karty, która uprawnia m.in. do tańszych przejazdów komunikacją miejską. Takie było założenie. Tyle, że wprowadzając regulamin uznano, że emerytom i doktorantom dodatkowy bonus z tytułu bycia mieszkańcem Warszawy – się nie należy, bo mają już jedną zniżkę na przejazdy, ustawową.

    Pani Ania, z którą rozmawiałam, mówi wprost: to niesprawiedliwe. Bo zniżka z tytułu bycia studentem studiów doktoranckich jest ulgą ustawową i nie ma nic wspólnego z tym, że ktoś mieszka i płaci podatki w Warszawie, Gdańsku czy Krakowie. – Skoro Karta Warszawiaka uprawnia do zniżki, choćby minimalnej, to dlaczego nas doktorantów się z tego uprawnienia wyklucza? – pyta słuchaczka.

    Ale i dla pani Ani, i dla innych doktorantów, co więcej, również dla emerytów mam dobre wieści: Zarząd Transportu Miejskiego usłyszał donośny głos tych dwóch wykluczonych grup – o tym „wykluczeniu” piszę jako osoba stojąca z boku, z zupełnie innego miasta. ZTM w rozmowie ze mną zapowiada zmiany. Jak mówi mi jego rzecznik Igor Krajnow, trwają prace nad zmianą przepisów, by również doktoranci i emeryci mogli poczuć zniżkę z tytułu bycia warszawiakiem. Choćby kilkuzłotową. – Te prace trwają, choć nie chcę deklarować, kiedy te dodatkowe ulgi mogłyby zostać wprowadzone – mówi Krajnow. O jakiej uldze mówimy? Np. przy bilecie 30-dniowym byłoby to ok. 6 złotych. Wiadomo, że zmiany musi zatwierdzić Rada Miasta, a to może potrwać co najmniej kilka tygodni.

    Chyba, że zaapelujemy: kochani radni, doktoranci i emeryci to też warszawiacy. Może udałoby się te prace przyspieszyć? Bardzo na Was liczymy?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 06 marca 2014
  • ''To jest rozbój w biały dzień''– napisał do mnie pan Bogdan, a chodzi o zaproponowaną przez Pocztę Polską nową taryfę opłat. Od 1 marca drastycznie wzrosła m.in. opłata za duplikat nadania przesyłki poleconej. ''Zamiast, jak dotychczas 3,69 zł, trzeba zapłacić 20 zł, a więc ponad 5,5 razy więcej. Świstek papieru wart grosza, ma kosztować 20 zł? To jest po prostu rozbój w biały dzień! Nie spotkałem się nigdy z taką podwyżką'' – napisał nasz słuchacz.

    I dalej pytanie – zasadne, jak najbardziej w kontekście tego co się wydarzyło od 1 stycznia. Poczta Polska już nie dostarcza przesyłek z sądów i prokuratur, bo przetarg wygrał inny operator: Pan Bogdan: Ja rozumiem, że przegrali przetarg wart 500 milionów, wiec trzeba to gdzieś odrobić, ale bez przesady!

    Ta drastyczna podwyżka dotyczy duplikatu dowodu, że pełnomocnik w jakiejś sprawie nadał daną przesyłkę. Po co komuś duplikat? Bo jeśli wysyła jakiś dokument np. do strony, powinien mieć dowód nadania dla siebie, ale też do akt, dla sądu. Kancelarie prawne mogłyby więc w sposób zasadniczy odczuć zaproponowaną przez Pocztę Polską podwyżkę.

    Dziś, 6 marca, poprosiłam rzecznika Poczty o wyjaśnienie: skąd taki wzrost opłat i czy to ''szukanie pieniędzy''. I dostałam odpowiedź: PODWYŻKA WSTRZYMANA.

    „Od dziś Poczta Polska zawiesiła nowy taryfikator za niektóre czynności pocztowe dokonywane w placówkach firmy. Chodzi m.in. o sporządzenie i wydanie odpisu potwierdzenia nadania przesyłki” – napisał mi rzecznik, Zbigniew Baranowski.

    Jak wyjaśnia, Poczta posłuchała uwag, które zgłaszali klienci i dlatego podjęła taką a nie inną decyzję. Zawieszenie nie oznacza, że podwyżki nie będzie. Poczta chce się spotkać m.in. z przedstawicielami środowisk prawniczych, by wysłuchać ich opinii na temat usług pocztowych i potrzeb, jakie mają względem operatora wyznaczonego.

    Szkoda, że konsultacje odbędą się już po wprowadzeniu cennika. 1 marca cennik wszedł w życie, 6 marca – zawieszony. Po co ten chaos i zamieszanie? Nie można było porozmawiać z prawnikami wcześniej? - jak myślicie?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 05 marca 2014
  • ''Jestem inwalidą II grupy i do tej pory wszystkie podstawowe sprawy, w tym korespondencję, mogłem załatwiać w swoim mieście, niedaleko domu''. Tym razem jednak – pan Jarek, który napisał do mnie z Wielkopolski – dostał awizo, że list z sądu czeka na niego… w sklepie, 25 km od domu, w zupełnie innej gminie. ''To praktyka nieetyczna i naruszająca moje prawo do pomocy dla osób niepełnosprawnych''. Tym bardziej, że jak twierdzi, przez cały czas był w domu, nigdzie się nie ruszał.

    Chodzi o zmianę operatora pocztowego, który od stycznia dostarcza korespondencję z sądów i prokuratur. Pisałam o tym wielokrotnie, głównie po mailach od Państwa. PRZECZYTAJ TUTAJ i TUTAJ

    Pan Jarosław napisał mi m.in., że jako osoba niepełnosprawna z problemami narządu ruchu mieszka nie na wsi, ale w małej, gminnej miejscowości z odpowiednią infrastrukturą, aby bez problemu załatwiać codzienne sprawy. Wyjazd 25 km w jedną stronę byłby dla niego ogromnym utrudnieniem.

    Pan Jarek próbował dzwonić na infolinię, prosił o dostarczenie przesyłki, ale jej nie otrzymał. Dlatego napisał m.in. do mnie. O pomoc poprosiłam prezesa Ogólnopolskiego Związku Niepublicznych Operatorów Pocztowych. Pomógł, za co bardzo dziękujemy, przesyłka dotarła. ''Bardzo dziękuję za pomoc i interwencję'' – napisał pan Jarosław.

    Dostał też drugą przesyłkę, od PGP, z wyjaśnieniami. W treści listu najbardziej cieszy fakt, że PGP cały czas rozwija sieć placówek i że będzie ich znacznie więcej. Pan Jarek liczy, że również w jego miejscowości. Ale najważniejsze jest coś innego – podpowiedź z maila z PGP, która może się przydać także nam wszystkim. ''Możemy Panu podpowiedzieć najprostsze rozwiązanie – w razie gdyby pan spotkał doręczyciela, ma Pan prawo powiadomić go, aby przesyłki kierowane do Pana awizował w innym miejscu. Nie powinno być z tym problemu, ponieważ jako firmie zależy nam na jak najmniejszej ilości takich sytuacji'' – napisało PGP w liście do naszego słuchacza.

    Czyli wynika z tego, że mamy prawo zmienić punkt awizacyjny, jeśli ten, w którym awizo nam pozostawiono, jest np. bardzo daleko od naszego domu. Mam nadzieję, że to rzeczywista możliwość, konkretna podpowiedź, a nie tylko słowa, słowa, słowa…

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 26 lutego 2014
  • Jak powinno wyglądać przesłuchanie na policji albo przyjmowanie zawiadomienia o przestępstwie? No właśnie, zdecydowanie nie tak, jak u pani Iwony - naszej słuchaczki z Lublina. Miała składać zeznania w sprawie o znęcanie. Dodam, że przesłuchanie było zaplanowane w nowym budynku, nie tak dawno oddanym do użytku.

    W pokoju była przesłuchująca panią Iwonę policjantka, jeszcze jeden policjant i zupełnie obcy mężczyzna - też składający zeznania, przy biurku obok, w zupełnie innej sprawie.

    - Zapytałam, jak ja mam w takich warunkach zeznawać? Pani policjantka zrobiła wielkie oczy, że coś mi się nie podoba. A ja byłam tym głęboko zbulwersowana, że mam opowiadać o sprawach z życia rodzinnego przy jakimś obcym mężczyźnie - mówi pani Iwona. ''Petent'' zaczął z niej żartować. - Mówił, żebym się nie stresowała, że on zaraz wychodzi, że nie ma się czego wstydzić - opowiada słuchaczka. Jak mówi, zupełnie inaczej wyobrażała sobie zeznania na policji w tak delikatnej materii jak przemoc.- To było dla mnie szokujące - nie ukrywa.

    Co na to policja? Rzecznik Komendy Wojewódzkiej, Janusz Wójtowicz mówi krótko: jeśli taka sytuacja miała miejsce, to był błąd policjanta. Tak być nie powinno. Moja rozmówczyni miała usłyszeć od policjantki, że w komisariacie nie ma warunków na ''indywidualne'' przesłuchania, że takie warunki ma tylko komendant.

    Janusz Wójtowicz przyznaje, że może się zdarzyć, że w pokoju przesłuchań jest więcej niż jedno biurko. - Chociaż to się cały czas poprawia. W Lublinie nie najlepsze warunki są jeszcze w komisariatach VI czy III. W pozostałych jest już inaczej - mówi rzecznik. I podkreśla, że nic nie powinno zakłócać przebiegu przesłuchania. - Osoba, która zeznaje, powinna mieć zapewnioną swobodę wypowiedzi, bo inaczej jej zeznania mogą być niepełne - podkreśla.

    O ile na policji bywają jeszcze pomieszczenia z kilkoma biurkami, o tyle w prokuraturze w Lublinie takiej sytuacji nie ma. Każdy prokurator ma swój pokój i tam przesłuchuje. - Warunki w prokuraturze nie zaburzają swobody wypowiedzi osoby przesłuchiwanej - mówi prokurator Beata Syk-Jankowska, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.

    A pani Iwona? Odmówiła przesłuchania w komisariacie, przy obcym mężczyźnie, umówiła się na inny termin, prosząc, by mogła być wtedy w pokoju sama. Czy policja pójdzie jej na rękę? Więcej wrażliwości, więcej empatii i nie będzie zastrzeżeń.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 24 lutego 2014
  • Czy numer alarmowy 112 działa tak jak powinien? Zdaniem pana Wojtka, który opowiedział mi o swoich doświadczeniach, można mieć zastrzeżenia.

    W jeden z weekendów, późnym wieczorem, wracał do Warszawy. Ulicą Wał Miedzeszyński szła grupa agresywnie zachowujących się pijanych mężczyzn. Przewracali się na jezdnię, rzucali czymś w samochody. Słuchacz wybrał ''112''. Wcale nie było szybko i sprawnie, jak z założenia powinno być.

    ''Monotonne ''Proszę czekać'' zajmuje jakieś 3 minuty. Podaję opis okolicy'' - pisze pan Wojtek. Pani, która odebrała telefon, miała problem ze zlokalizowaniem miejsca. Nic dziwnego. Okazało się, że słuchacz dodzwonił się… DO RADOMIA. ''Proszę o przełączenie do Warszawy. Pani się jeszcze dopytuje, czy chodzi o Warszawę stołeczną'' - informuje pan Wojtek. Od momentu wybrania numeru do przyjęcia zgłoszenia minęło jakieś 15 minut – mój rozmówca przejechał w tym czasie ok. 15 km.

    Dlaczego zgłosił się Radom? Bo tak działa system. Jeśli Warszawa nie może odebrać, odbiera operator w innym Centrum Powiadamiania. Powinien szybko i sprawnie pomóc. Tu tak nie było. Wojewoda mazowiecki, Jacek Kozłowski, który nadzoruje działanie numeru 112 podkreśla, że system działa coraz lepiej, ale w tym przypadku interwencja trwała zbyt długo. Średni czas oczekiwania na połączenie wynosi zaledwie 12 sekund - tutaj słuchacz czekał 1 minutę i 45 sekund.

    Wojewoda zwraca też uwagę na coś jeszcze - zupełnie niepotrzebne było podawanie, że ''mówi Radom''. - Operatorzy nie powinni przekazywać dzwoniącemu dodatkowych sygnałów, które mogą spowodować jego zdenerwowanie - mówi mi Kozłowski.

    - W tym czasie w tamtej okolicy mogło się wydarzyć coś złego - mówi słuchacz. I zwraca uwagę na wydarzenia z Sylwestra z Łodzi, gdzie grupa pijanych, młodych ludzi zatrzymała samochód, kierowca chciał odjechać, potrącił ciężarną kobietę. Nie udało się jej uratować.

    A w przypadku tej interwencji? Ostatecznie została przełączona do Komendy Stołecznej. Jak ustaliłam, na miejsce pojechał radiowóz, ale agresywnej grupy już na jezdni nie było. Zważywszy, że od wykręcenia numeru 112 minęło może pół godziny, a może nawet i dłużej, trudno się dziwić...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 21 lutego 2014
  • Cały świat mówi o Ukrainie i o tym, co się tam dzieje. Nikt nie jest w stanie przewidzieć, jak to się rozwinie. Lublin to miasto, gdzie Ukraińców, w tym młodych, na studiach, jest bardzo wielu. Rozmawiałam z Iriną, młodą Ukrainką, już po studiach, która w Lublinie, na uniwersytecie, pisze pracę naukową. Wydarzenia z Kijowa śledzi w internecie i w telewizji. - Jestem cały czas swoim sercem w Kijowie. Tam jest moja siostra, moi przyjaciele. Emocje są straszne, bo nikt nie przewidywał, że tak będzie, taka wojna domowa - mówi mi Irina. Jak dodaje, najbardziej przerażające jest to, że - tu cytat - ''brat walczy przeciwko bratu''. - To jest nie do wyobrażenia.

    Irina przyznaje też, że jest w stałym kontakcie z bliskimi, choć kontakt bywa utrudniony. - Czasem wyłączają internet, nie działają komórki. I jest problem - mówi Irina. Jak dodaje, o wolność trzeba walczyć. - Tak było w Polsce i w innych krajach. I Ukraina teraz ma ten czas. Straszne, że tyle już osób zostało tam zabitych. Rozum podpowiada, że to musi się jakoś skończyć - mówi moja rozmówczyni.

    Jak pomóc z Polski? Można przyłączyć się do zbiórek pieniężnych - jedną z nich prowadzi Fundacja Kultury Duchowej Pogranicze ZAJRZYJ. Można przekazywać dary, ale zdaniem Iriny ważne jest jeszcze coś - rozmowy, dyskusje, prawda.

    - Ważne, żeby rozmawiać tutaj w Polsce, z Polakami, żeby poszerzać ich wiedzę. Żeby każdy wiedział, że na Ukrainie ludzie walczą nie o pieniądze, nie po to, by zwalczyć władzę tak po prostu. Walczą o swoją godność, o swoją wolność. I na pewno nie odejdą - dodaje młoda Ukrainka, przebywająca w Lublinie.

    Ukraińscy studenci w Teatrze NN w Lublinie opowiadali o wydarzeniach na Majdanie, których wcześniej byli uczestnikami. Podkreślali jedno - że w tej chwili są problemy z dostarczaniem darów z Polski ( jedzenie, opatrunki, ubrania). Są problemy na granicy, ale także już po wjeździe na Ukrainę. Dlatego apelowali, by jednak - jeśli ktoś chce pomóc - to wpłacać pieniądze. Warto zajrzeć na Facebooka na stronę lubelskiego EUROMAJDANU. Każda pomoc bardzo się przyda.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 18 lutego 2014
  • ''To właśnie tej rodzinie zawdzięczamy zmiany, to są nasi bohaterowie'' – napisał do mnie pan Tomek. A chodzi o rodzinę, która poskarżyła się na Polskę do Strasburga. Postanowiłam ją odnaleźć.

    Zgodnie z zapowiedzą MEN, już jeden chętny uczeń wystarczy, by w szkole mogły się odbywać lekcje etyki. Zmienione rozporządzenie ma być gotowe pod koniec marca. Minister edukacji nie ukrywa, że zmiany to efekt wyroku Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w głośnej sprawie "Grzelak przeciwko Polsce".

    Rodzina mieszka w małej miejscowości w Wielkopolsce, udaje mi się porozmawiać z panem Czesławem, choć jedynie telefonicznie, na spotkanie się nie zgadza. Nie kryje, że decyzja minister edukacji bardzo go ucieszyła. Przed laty zdecydował się na ''walkę'', bo jak mówi, ''to był jego obowiązek, jako rodzica, który świadomie wychowuje dziecko''.

    Problemy z tym, że syn nie chodzi jak inne dzieci na religię, zaczęły się już w przedszkolu. - Gdy był w grupie starszaków, nie kupiłem książki do katechezy. I zaczęły się pytania - mówi pan Czesław. W czasie religii, chłopiec był wyprowadzany, zabierany z grupy, mógł czuć się gorszy, płakał. To był impuls dla rodziców, że trzeba coś z tym zrobić.

    Potem to samo było w szkole. – Wychowywaliśmy syna (dziś to już student) w duchu tolerancji. Dlatego bywał w kościele, recytował wiersze, grał na skrzypcach – mówi pan Czesław. Ale nie chodził na katechezę; był wyśmiewany przez inne dzieci w szkole, pojawiła się dyskryminacja na tle światopoglądowym.

    Stąd decyzja o oddaniu sprawy do Strasburga. Pan Czesław podkreśla, że chciał tylko, by państwo polskie realizowało zapisy z Konstytucji. – Dostałem przesłaną w kopercie Konstytucję od prezydenta, z jego podpisem. Nie chciałem, by była jak papier toaletowy, do wyrzucenia – mówi. Mój rozmówca nie ma wątpliwości, że winę za to, że tak długo trzeba było czekać na zmiany ponosi MEN i - pośrednio, moralnie - także kościół. Jak mówi, jego syn na etykę już się nie ''załapał'' – teraz jest szansa, że to się zmieni. Ale podnoszą się głosy sprzeciwu: jak można robić lekcje dla jednego ucznia? kto za to zapłaci?

    Pan Czesław wie jedno: nie może być tak, że krzywdzone są dzieci. A tak było do tej pory – gdy jedne dzieci miały religię, pozostałe czekały: na korytarzu, w bibliotece czy w świetlicy. Albo proponowano im lekcje etyki: gdzieś wieczorem, w innej szkole, często daleko od domu.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • niedziela, 16 lutego 2014
  • Nawet rok muszą czekać na wypłatę wynagrodzenia za pracę tłumacze przysięgli, pracujący na rzecz sądów czy prokuratur. Napisał mi o tym pan Aleksander, tłumacz języka czeskiego. Jak mówi, nieterminowe płatności to smutny standard. Po wykonaniu zadania, tłumacz wystawia rachunek np. z 14-dniowym terminem płatności. - Może raz mi się zdarzyło, że termin został dotrzymany, a tłumaczem jestem już kilkanaście lat - mówi.

    W Polsce jest prawie 10 tysięcy tłumaczy przysięgłych. Tłumaczą np. sądowe pisma albo stawiają się na rozprawie, by tłumaczyć zeznania oskarżonego czy świadka. - Wykonuję swoją pracę, wystawiam rachunek i chciałbym dostać pieniądze, bo z tego żyję. Ale najczęściej czekam miesiącami - mówi pan Aleksander.

    Prawie rok czekał na wypłatę 87 złotych i 3 groszy przez Sąd Rejonowy w Warszawie. Wiele razy dzwonił, dopytywał. - To było naprawdę żenujące - nie kryje.

    Pan Aleksander podkreśla, że problem jest generalny i dotyczy zarówno sądów rejonowych, jak i okręgowych, a nawet Sądu Najwyższego. Np. ostatnio, miał tłumaczenie w lipcu, wystawił rachunek, a potem - w tej samej sprawie - tłumaczył jeszcze kilka razy. I sąd postanowił wypłatę skumulować. Pieniędzy nie ma do dziś.

    To, że sądy wypłacają z opóźnieniem, po kilku miesiącach, potwierdzają mi także inni tłumacze. Pan Piotr, tłumacz ukraińskiego, interweniował nawet w ministerstwie, a to poprosiło o wyjaśnienia - sądy. ''W wyjaśnieniach z sądów otrzymywałem informację, że ''nie stwierdzono opóźnień''. Oczywiście chciałoby się odpisać osobie, która takie rzeczy pisze, żeby ona teraz popracowała 4 miesiące bez wynagrodzenia'' - napisał mi pan Piotr.

    Tłumacze przysięgli podlegają pod Ministerstwo Sprawiedliwości, jest tam nawet specjalny wydział. Rozmawiałam z jego naczelnikiem, Bolesławem Cieślikiem. Jak tłumaczy, ministerstwo nie ma wpływu na to, w jakim terminie sądy płacą. Pan naczelnik mówi, że to każdorazowo decyzja samego sądu. Jest więc ''wolna amerykanka'', a tłumacze mówią o sądowym ''widzimisię''.

    No i jeszcze coś - stawki tłumaczy nie były podnoszone od 2005 roku, mają się nijak do stawek rynkowych. W Ministerstwie Sprawiedliwości słyszę: jest kryzys, nie ma pieniędzy. Tego tłumaczenia tłumacze przysięgli - ani przetłumaczyć, ani wytłumaczyć - sobie nie mogą. Ja też nie.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 13 lutego 2014
  • ,,Smutne doświadczenia młodego pracownika'' - taki mail dotarł do mnie od pana Krzysztofa z Gdańska. Jest młodym geodetą, pracował m.in. w sporej firmie z Bielska-Białej. Zwolnił się, bo pracodawca zalegał z wypłatami. Sprawą zajmował się sąd, już pod koniec 2012 roku wydał nakaz zapłaty, potem klauzulę wykonalności, ale do dziś mój rozmówca żadnych pieniędzy nie odzyskał. Chodzi o kwotę ponad 8 tysięcy złotych.

    ,,Byłem dwa lata pracownikiem firmy, w której praktycznie większość czasu przepracowałem na delegacjach (również zagranicą). Moje pensje były wypłacane bardzo nieregularnie. Stwierdziłem, że nie da się tak żyć''. Pan Krzysztof pracował m.in. przy budowie jednego ze stadionów i autostrady. - Byłem bardzo zaangażowany w pracę, poświęcałem swój czas, a dziś czuję się oszukany - mówi. Takich jak on jest wielu: pełnych pasji, chęci do pracy, zaangażowanych, którzy nie dostają za swoją pracę pieniędzy w terminie. Po bezskutecznych próbach rozmów z pracodawcą, poszedł do sądu.

    Sprawą zajął się komornik. - Czas mija, ja żadnych pieniędzy nie dostałem - mówi pan Krzysztof. Firma, jak podkreśla, zmieniła nazwę, choć zarząd jest praktycznie ten sam, a były pracodawca działa dalej, jakby nigdy nic. Próbowałam się do niego dodzwonić, ale nie zgłosił się pod żadnym z numerów.

    Co na to komornicy? Robert Damski, rzecznik Krajowej Rady Komorniczej podkreśla, że sytuacja nie jest beznadziejna. Gdy komornik prowadzi postępowanie, nie ma mowy o przedawnieniu. Bieg przedawnienia zaczyna się dopiero po zamknięciu sprawy u komornika, a wierzyciel ma wtedy jeszcze 10 lat na dochodzenie swoich roszczeń, np. poprzez innego komornika. - Nawet jeśli tych pieniędzy dzisiaj nie można odzyskać, to nie można uznać, że nie będzie można ich wyegzekwować za miesiąc, kilka miesięcy czy nawet za dłuższy czas - mówi Damski.

    Podkreśla coś jeszcze: jeśli firma zmieniła nazwę, ale nie zmieniła nr KRS czy REGON, to komornik dalej działa. Jeśli zmieniły się dane rejestrowe, to wierzyciel powinien wystąpić do sądu z wnioskiem o nadanie klauzuli wykonalności wobec nowej firmy.

    Niby wszystko jasne, niby problemu nie ma, niby szanse na odzyskanie pieniędzy są. - Na początku byłem pewien, że je odzyskam. Dziś już w to nie wierzę. Jeśli się uda, to będzie prezent - mówi pan Krzysztof. Tyle tylko, że prezent... traci na wartości. Mieliście podobną historię?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 10 lutego 2014
  • Co znaczą wizyty komornika albo wieczorne pukanie policji? Pan Michał spod Poznania, gość mojego ostatniego programu, wie to już bardzo dobrze. Bynajmniej, nie dlatego, że ma jakiś konflikt z prawem. Wprost przeciwnie. Tyle tylko, że mieszka w swoim mieszkaniu, w którym gdzieś, kiedyś, wcześniej, mieszkał „Kowalski”.

    „Kowalski” z mieszkania – załóżmy przy ul. „Pięknej” - został wymeldowany na przełomie 2008 i 2009 roku. Mimo to, w 2011 roku bez problemów wyrobił sobie dowód z ulicą „Piękną”. Co więcej, złożył też w międzyczasie w skarbówce druk NIP1 (czyli prawdopodobnie zaczął prowadzić jakąś firmę). I znów jako adres do doręczeń wpisał ulicę „Piękną”.

    W międzyczasie, mógł brać pożyczki, kredyty, być może nie płacił alimentów. Wszędzie podając adres: ulica „Piękna”. Tyle, że panu Michałowi, naszemu słuchaczowi, do którego dziś należy to mieszkanie, już tak pięknie nie jest.

    Pan Michał od września 2011 roku ma regularne wizyty komorników, policji, dostaje pisma ze skarbówki. Komornik zostawia wezwania, że jeśli „Kowalski” się do niego w określonym terminie nie zgłosi, to przyjdzie ze ślusarzem, w asyście policji, otworzy drzwi i zabezpieczy, co trzeba (lodówkę, telewizor, komputer pana Michała?).

    „Kowalski” z „Pięknej” jest już dawno wymeldowany, więc z punktu widzenia urzędu miasta/gminy problemu nie ma. Pan Michał poszedł więc do skarbówki, by ustalić, jak to możliwe, że pisma pod jego adres ciągle, regularnie przychodzą? Okazało się, że „Kowalski” wypełnił wskazany już NIP1. I w tym cały problem, bo dane w NIP 1 (w tym adres) można zmienić, ale… - Jeśli podatnik złożył do Urzędu Skarbowego NIP1, to w jego imieniu nikt nie może zmienić zawartych tam danych – przyznaje Marta Szpakowska z Izby Skarbowej w Lublinie. Czyli zmiany adresu – z punktu widzenia skarbówki – może dokonać tylko „Kowalski”. A jego ze świecą szukać!

    Jak ustaliłam, można spróbować zrobić coś innego – pójść tam, gdzie rejestruje się działalność gospodarczą. I tam złożyć pismo z prośbą o zmiany w centralnej bazie danych. Pan Michał próbuje. Jeśli się nie uda, to „dalej to już wiadomo, czego się spodziewać: sądy, komornicy, itp....”. A taki NIP1 w urzędzie, z czyimś adresem – jak usłyszałam – w skarbówce tak naprawdę złożyć może każdy.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 06 lutego 2014
  • Dotarła do mnie informacja, która wydawała mi się niewiarygodna: że przez to, że przesyłka z sądu szła trzy dni, pewien mężczyzna siedział w areszcie dłużej niż powinien. Zaczęłam to sprawdzać. I niestety, informacja się potwierdziła.

    Czym to może skutkować? Wnioskiem o odszkodowanie za niewątpliwie niesłuszny areszt. Obrońca oskarżonego, mecenas Jakub Stachura, potwierdza, że będzie o tym rozmawiał ze swoim klientem. - Nie dla pieniędzy, ale dla zasady - mówi.

    A sprawa dotyczy mężczyzny, który decyzją Sądu Rejonowego w Białej Podlaskiej siedział w areszcie w Radomiu za paserstwo. 21 stycznia sąd podjął decyzję o zwolnieniu go z aresztu. Potwierdził mi to rzecznik Sądu Okręgowego w Lublinie, Artur Ozimek.

    I co się okazuje? Decyzja sądu zapadła 21 stycznia, ale pismo dotarło do aresztu dopiero 24 stycznia. Było wysłane priorytetem. Sędzia Ozimek przyznaje, że sąd wysłał do aresztu także fax, ale - jak można przypuszczać - areszt na taką formę korespondencji nie zareagował. Podobno, to informacja przekazywana z ust do ust, gdzieś w Polsce był kiedyś przypadek wypuszczenia więźnia po otrzymaniu podrobionego faxu i dlatego teraz się pilnują. Ale to przecież nie powinno odbić się na osadzonym.

    To bulwersujące, że nie mógł wyjść na wolność wtedy, gdy pozwolił mu na to sąd. Ale ciekawe, jeśli nie najciekawsze w całej sprawie jest coś innego: służba więzienna dowiedziała się o tym... ode mnie. Od Marcina Kunickiego z Biura Dyrektora Generalnego Centralnego Zarządu Służby Więziennej dostałam informację, że "zmiana operatora w doręczaniu przesyłek nie spowodowała opóźnień w zwalnianiu osadzonych". "Generalnie zwalnianie osadzonych odbywa się w oparciu o dokumenty doręczane przez gońców sądowych, a w przypadku, gdy jednostka ma siedzibę w innej miejscowości niż sąd zwalniający, dokumenty przesyłane są drogą elektroniczną". Chyba jednak nie zawsze.

    I jeszcze coś: z danych, które dostałam od nowego operatora wynika, że najkrótszy termin dostarczenia przesyłki priorytetowej to następny dzień po nadaniu. Ale mogą to być też terminy dwu-trzydniowe. Więc list i tak by tego samego dnia na sto procent do aresztu nie dotarł. Kto więc zawinił? Areszt? Sąd? Nie mnie oceniać - wiem jednak na pewno, że ktoś powinien to wyjaśnić. A oskarżony? Wyszedł, ale ma prawo wystąpić o pieniądze. I kto za to zapłaci? Hmm... Podatnik?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • wtorek, 04 lutego 2014
  • O wojewodzie lubelskiej zrobiło się głośno w sobotę po tym, jak po telefonie od premiera ruszyła w teren sprawdzać, czy są wsie odcięte od świata. Tyle tylko, że informacje o tym, że jest nieciekawie, że nie ma dojazdu i że ludzie nie mają chleba - pojawiały się w mediach od kilku dni". Ale wojewoda pojechała to sprawdzić dopiero po interwencji premiera. I co się okazało? W sobotę wieczorem nie miała sobie nic do zarzucenia. Gdy pytałam, dlaczego służby wojewody nie reagowały wcześniej, usłyszałam z jednej strony, że to samorządowcy nie informowali na czas, a z drugiej strony - że pośrednio to również "wina" dziennikarzy. Może zbyt dużo o tym mówili? W każdym razie, pani wojewoda w sobotę jeździła po Lubelszczyźnie; tam gdzie chciała, dojechała, a po drodze zatrzymywała się w sklepach i chleba nie brakowało.

    W poniedziałek wojewoda byłą gościem "Panoramy Lubelskiej" - to codzienny program w lokalnej telewizji. OBEJRZYJ SAM - wywiad jest około czwartej minuty

    Był wywiad z wojewodą, a po nim na stronie urzędu pojawia się taki oto komunikat. ZAJRZYJ TUTAJ Nic dodać, nic ująć.

    Wojewoda nie ma rzecznika prasowego, ma za to zespół prezydialny. Jak wygląda polityka informacyjna? Przez cały ubiegły tydzień do mediów nie trafił ŻADEN komunikat (poza pogodowymi). Nie było żadnych informacji o tym, że jest np. specjalny numer dla tych, którzy potrzebują pomocy czy o zasypanych drogach. W sobotę, po telefonie od premiera - komunikaty były już TRZY. W niedzielę - JEDEN i w poniedziałek kolejne DWA. Na konferencji w poniedziałek z ust wojewody padły słowa: "Kończą się żarty". Hmm… Pani wojewodo, żarty się skończyły - czas na profesjonalną politykę informacyjną. Bo ewidentnie coś nie działa.

    A, i jeszcze coś. W sobotę, w trakcie mojego wywiadu, obok stała współpracownica wojewody, która wszystko nagrywała na dyktafon. Magdalena Rejnowska, odpowiedzialna za kontakt z mediami, powiedziała mi dzisiaj, że "to nie jest standard, ale w obecnej sytuacji nagrywają". Po co? Odpowiedzi nie uzyskałam, można się tylko domyślać.

    Swoją drogą, coś mi to trochę przypomina. Kilka lat temu głośna była w Lublinie historia z pewnym marszałkiem, który z okazji Dnia Kobiet nagrał wywiad sam ze sobą: zadawał pytania i sam na nie odpowiadał. Dobrze na tym nie wyszedł...

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 03 lutego 2014
  • Pytaliście Państwo o to, czy doręczyciele przesyłek z sądów i prokuratur mogą nam zaglądać do dowodu osobistego i do paszportu. Wyjaśniałam to już kilka dni temu, po informacji od Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Ale GIODO nie odniósł się wtedy do Państwa i moich wątpliwości, czy osoba, która wydaje nam list, ustala na podstawie dowodu naszą tożsamość - czy ma też prawo spisać nasze dane? Np. numer dowodu. Bo takie sygnały od Państwa dostaję.

    Dostałam właśnie odpowiedź w tej sprawie. Jak informuje mnie Małgorzata Kałużyńska-Jasak, rzecznik GIODO, obowiązujące w Polsce przepisy prawa regulują weryfikację tożsamości danej osoby przy doręczeniu korespondencji, ale nie przewidują, by ktoś spisywał nam z dowodu serię i numer dokumentu.

    Pewne różnice dotyczą pism w postępowaniu cywilnym i karnym. Pani Rzecznik przypomina, że Kowalski, który odbiera przesyłkę, potwierdza jej odbiór na specjalnym formularzu. Wpisuje datę otrzymania listu i umieszcza czytelny podpis zawierający imię i nazwisko. Reguluje to rozporządzenie Ministra Sprawiedliwości z 2010 roku. Wzór formularza, jak informuje GIODO, nie przewiduje pola na podanie numeru i serii dokumentu tożsamości.

    W przypadku pism w postępowaniu karnym sposób ich doręczania reguluje Kodeks Postępowania Karnego. Tu najważniejsza zasada jest taka, że listy muszą być doręczane w taki sposób, by treść ich nie była udostępniona osobom niepowołanym. Przesyłki doręcza się za pokwitowaniem odbioru. Odbiorca potwierdza odbiór swym czytelnym podpisem na zwrotnym pokwitowaniu odbioru; wpisuje też datę. Również tutaj jest na to specjalny wzór formularza, nie przewiduje on podania numeru czy serii dokumentu potwierdzającego tożsamość osoby, która odbiera daną przesyłkę w postępowaniu karnym.

    Małgorzata Kałużyńska - Jaska zwraca uwagę na coś, co wydaje się oczywiste, ale warto to przypomnieć: pracownicy nowego operatora pocztowego, czyli Polskiej Grupy Pocztowej, jak również InPostu i RUCH S.A. są zobowiązani do zachowania tajemnicy pocztowej. Najważniejsze, by o tym wiedzieli i na co dzień pamiętali.

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • piątek, 31 stycznia 2014
  • Odholowywanie samochodów z ulic polskich miast. Jak często to się zdarza? Ile kosztuje? Czy łatwo jest odebrać swój samochód? Postanowiłam to sprawdzić, po mailach od Państwa i Waszych problemach z tym związanych.

    Z danych, które mam, wynika, że stosunkowo najwięcej aut odholowuje się we Wrocławiu i Warszawie. Są to liczby tak naprawdę nieporównywalne z innymi miastami. Najpierw Warszawa: w całym 2013 roku odholowano tu prawie 14 tysięcy aut. Krzysztof Mich z warszawskiej Straży Miejskiej podkreśla jednak, że to i tak mniej niż rok wcześniej, gdy była to liczba prawie 17 tysięcy samochodów. DZIENNIE z ulic Warszawy zabieranych jest 30-40 aut.

    We Wrocławiu, jak wynika z danych liczbowych, odholowań jest jeszcze więcej – jak przekazała mi Julia Wach z Wydziału Komunikacji Społecznej, średnio DZIENNIE z ulic zabieranych jest około 55 źle zaparkowanych pojazdów.

    Ale weźmy np. Poznań – tu TYGODNIOWO z ulic usuwa się około 15 aut (wchodzą w to auta blokujące ruch, ale też wraki). W Krakowie jest to średnio 20 samochodów TYGODNIOWO, a w Katowicach – TYGODNIOWO średni wskaźnik to około 4 aut. W Lublinie i Gdyni te liczby są jeszcze mniejsze (W CAŁYM ROKU 2013 odholowano tu około 400 pojazdów).

    Piotr Hamarnik z Zarządu Infrastruktury Komunalnej i Transportu w Krakowie powiedział mi, że w jego mieście pojazdy są odholowywane w sytuacjach naprawdę wyjątkowych, gdy np. tarasują torowiska. – Nie mamy nawet tyle lawet, abyśmy mogli odholowywać wszystkie samochody, które stoją na zakazie – mówi mi Hamarnik. I dodaje, że do odholowania dochodzi, gdy samochód stoi w takim miejscu, że może powodować zagrożenie.

    I jeszcze coś: Kowalski, któremu nagle „zniknie” auto, musi dokonać specjalnej „karnej” opłaty. Kwoty w miastach są podobne: 450-500 złotych plus mandat. Nigdzie niestety nie da się tej opłaty rozłożyć na raty, bo nie pozwalają na to przepisy. Nie można też odroczyć terminu płatności. Płaci się całość, „tu i teraz”. Ale w niektórych miastach można zapłacić kartą albo zrobić przelew.

    Skarg na odholowywanie jest stosunkowo niewiele - więcej tam, gdzie samochody z ulic „znikają” najczęściej. W większości jednak skargi są uznawane za bezzasadne.

    Różnica między miastami jest więc naprawdę duża. I może chyba wynikać z tolerancji służb - w Warszawie odholowuje się auto, gdy jest zaparkowane "na zakazie". W Krakowie zaś - co przyznaje Hamarnik - są to sytuacje „naprawdę wyjątkowe”.A jakie są Wasze doświadczenia z odholowywaniem aut? Bezproblemowo czy z kłopotami?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • środa, 29 stycznia 2014
  • Czy doręczyciele przesyłek z sądów mają prawo nas legitymować? Czy pani z kiosku albo pan z lombardu, u którego odbieramy sądowy list, ma prawo spisywać numer naszego dowodu osobistego? To pytania od Państwa, które dostaję. Ale nie tylko ja. Okazuje się, że takie wątpliwości zgłaszacie Państwo również do Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych (GIODO).

    Chodzi o przetarg na dostawę przesyłek z sądów i prokuratur – od stycznia przesyłki dostarcza Polska Grupa Pocztowa, wspólnie z InPostem i z RUCHem S.A. Jak ustaliłam, do biura GIODO zaczynają wpływać pierwsze pisma od adresatów tej korespondencji. Zgłaszacie Państwo wątpliwości dotyczące ochrony danych osobowych. GIODO zapewnia, że wszystkie sygnały dokładnie sprawdzi i przeanalizuje. – Mam nadzieję, że nowy doręczyciel dołoży wszelkich starań, by wykazać się kompetencją, rzetelnością i dowieść, że jest partnerem godnym zaufania – mówi Wojciech Rafał Wiewiórowski, Generalny Inspektor Ochrony Danych Osobowych.

    Państwo w mailach do mnie wyrażacie jednak wątpliwości, czy powinniście ufać doręczycielowi, który się u Was pojawia? Albo czy zaufać sprzedawczyni ze stoiska monopolowego, która chce zajrzeć w Wasz dowód przy wydawaniu przesyłki…

    Co na to GIODO?

    Z wyjaśnień, które dostałam wynika, że kwestia okazywania dowodu osobistego przy odbiorze listu poleconego jest uregulowana w Prawie Pocztowym i w jednym z rozporządzeń ministra administracji i cyfryzacji. Przesyłki doręcza się za pokwitowaniem odbioru, po stwierdzeniu tożsamości osoby uprawnionej do odebrania listu. A jak sprawdzić tożsamość? Przepisy mówią, że można to zrobić na podstawie jednego z dokumentów - w grę wchodzi dowód osobisty, ale też paszport czy inny dokument z fotografią odciskiem pieczęci urzędowej z wizerunkiem orła oraz podpisem jego posiadacza. To oznacza, że doręczyciel ma prawo zażądać od nas dowodu osobistego. „Skoro zezwalają na to przepisy prawa, tym samym jest to zgodne z art. 23 ust. 1 pkt. 2 ustawy o ochronie danych osobowych” – napisała mi rzeczniczka GIODO.

    Pytałam też o to, czy spisywanie danych przy odbieraniu przesyłki przez Kowalskiego jest zgodne z prawem i czy pani z popularnego lumpexu ma prawo zapisywać np. nasz numer dowodu osobistego? Na te pytania jednak nie dostałam odpowiedzi.

    Tymczasem to w sumie chyba najbardziej istotne, bo zgadzam się z Państwa wątpliwościami i pytaniem, po co kioskarce numer naszego dowodu zapisany gdzieś na kartce? Żeby się potem nie okazało…

    A jakie są Państwa doświadczenia w tym zakresie?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • poniedziałek, 27 stycznia 2014
  • 07:00

    Poszła tylko na test, wyszła z umową, którą niedługo później teoretycznie rozwiązała. Teoretycznie, bo w praktyce w jej życiu wkrótce pojawił się windykator.

    Napisała do mnie pani Alicja, warszawianka. Bardzo chciała uczyć się angielskiego, trochę próbowała w domu, ale gdy dostała propozycję z jednej ze szkół językowych (duża sieć szkół w całej Polsce), by przejść test, zgodziła się bez wahania. Tylko na test, a nie na kurs. Ale zadziałał marketing. - Powiedziałam, że nie stać mnie na ten kurs, a przedstawiciel szkoły namówił mnie na kredyt ratalny - mówi pani Alicja. - Pododawał, powyliczał, pytał mnie, jakie mam prowizje i wyszło, że kurs na raty dostanę bez problemu - tłumaczy moja rozmówczyni.

    Podpisała umowę, pod wpływem chwili, ale w odpowiednim czasie od niej odstąpiła. - W domu doszłam do wniosku, że mnie na to nie stać - opowiada. Tyle, że odstąpienie od umowy nie rozwiązało problemu. Gdy po miesiącu przyszedł termin spłaty pierwszej raty - która byłaby aktualna, gdyby nie rezygnacja - do pani Alicji zaczęli dzwonić i SMS-ować windykatorzy. ''Koszmarny sen się nie skończy?"

    Po moich wyjaśnieniach w firmie windykacyjnej wiem w tej chwili, że sprawa pani Alicji jest już zamknięta i mam nadzieję, że koniec z SMS-ami o treści: "Prawnik oczekuje natychmiastowego kontaktu w pilnej sprawie"I numer telefonu.

    Napisał też pan Krzysztof. Też go przekonano, że warto pójść na kurs, w tej samej szkole - jak mówi, nie do końca był świadomy, że chodzi o kredyt z banku. Był na kilku lekcjach, potem przestał chodzić, bo informowano go, że w każdej chwili może zrezygnować. Ale i tu odezwał się windykator - okazało się, że ściga go bank. Kurs miał kosztować 6 tysięcy złotych. Mimo rezygnacji, szkoła wyliczyła swoje koszty na ponad 4 tysiące. - Nie zamierzam płacić - mówi mój rozmówca. Nie wyklucza sprawy w sądzie.

    Problem znają rzecznicy konsumenta. Rzecznik z Lublina, Lidia Baran-Ćwirta przyznała w rozmowie ze mną, że niektóre szkoły językowe mają umowy z bezprawnymi zapisami. - Szkoła nie może zastrzec, że kursantowi nie można umowy wypowiedzieć - tłumaczy mi Baran-Ćwirta.

    Co radzi? Sprawdzać szkoły, korzystać z darmowych próbnych lekcji, czytać umowy. I nie dawać się wziąć na marketingowe chwyty. A jakie są Wasze doświadczenia ze szkołami językowymi?

    www.tokfm.pl
    Data 4 czerwca 89 zniknie z historii? Awantura o wystawę [TWÓJ PROBLEM - MOJA SPRAWA]
  • czwartek, 23 stycznia 2014
  • „Jest tak, jakby przetarg na obsadę oddziału chirurgii w szpitalu wygrało stowarzyszenie kosmetyczek” - piszecie do mnie Państwo. „Poczto wróć!" Tylko dziś dostałam od Państwa kilkadziesiąt maili.

    Pani Beata opisuje sytuację z Warszawy – razem z siostrą złożyła w sądzie wniosek o przymusowe leczenie mamy, która ma urojenia, jest agresywna. „Boimy się, że może dojść do tragedii”. Rozprawa się odby