"Podchodzisz do Krystyny Jandy, prosisz ją o autograf, a potem opowiadasz w wywiadach: Krysia? Baaardzo się przyjaźnimy". Fragmenty książki Katarzyny Nosowskiej

- Mój pogląd na życie jest ezoteryczny. Nie jestem w stanie, nie widzieć tego, co mnie otacza - mówi Katarzyna Nosowska, tłumacząc, dlaczego powstała jej książka. Publikujemy fragmenty felietonów zamieszczonych w 'A ja żem jej powiedziała'.
Na zdjęciu: Katarzyna Nosowska Na zdjęciu: Katarzyna Nosowska Fot. Marlena Bielińska

"A ja żem jej powiedziała". Fragment książki Katarzyny Nosowskiej

Robisz tak: po premierze filmu podchodzisz do Krystyny Jandy, prosisz ją o autograf, a potem opowiadasz w wywiadach: "Krysia? "Baaardzo się przyjaźnimy".

To Facebook nam to uczynił. Redefiniował pojęcie znajomego. Żeby być znajomym, wystarczy wysłać zaproszenie, cierpliwie czekać na akceptację, a potem celebrować znajomość, która trwa latami bez najmniejszego zaangażowania stron. Masz wrażenie, że znasz człowieka, bo wiesz, jak układa produkty na talerzu. Widujesz go z głową na poduszce. Umiałbyś trafić ze stołowego do kuchni w jego mieszkaniu, bo znasz drogę ze zdjęć. Wiesz, że kot znajomej podrapał kanapę, chłopak przebiegł cztery kilometry, a matka była w Egipcie.

Nic dziwnego, że ludzie, których spotykasz twarzą w twarz, a nawet możesz wypowiedzieć do nich zdanie, z automatu pasowani są na przyjaciół. Najlepsi przyjaciele to ci, z którymi cmokasz się na powitanie. To ci, z którymi przy wódce oglądasz "Taniec z Gwiazdami" i wyszydzasz gwiazdy i tancerzy. To ci, którym w przypływie przyjacielskiej szczerości zdradzasz tajemnice innych "przyjaciół". Pozór bliskości budujesz głównie na obgadywaniu. Konspiracyjnym tonem bliskim szeptowi, o sobie mówiąc niewiele lub nic.

Świetnie scala balanga. Alkohol znakomicie otwiera, głębia wygęganych komunikatów wprost wzrusza. "Wiesz, nie lubiłem cię, ale fajny z ciebie chłop", "Bez urazy, Marek, ale twoją Arletę tobym poobracał", "Powinnaś zacząć ćwiczyć, poprawiłaś się ostatnio", "Kasa to nie problem. Ile potrzebujesz?", "Jedźmy razem na wczasy, zróbmy razem biznes".

Niesamowite, jak zbliża SMS zakończony czerwonym serduszkiem. Nieśmiali kończą zielonym albo niebieskim. Fajnie działa buźka z serduszkowym buziakiem. No i lajk. Człowiek rośnie, licząc lajki. Lajkujący natychmiast stają się przyjaciółmi, wobec niereagujących stajemy się nieufni, a ci, którzy zostawiają negatywny komentarz, to wrogowie.

Okładka książki 'A ja żem jej powiedziała...' Okładka książki 'A ja żem jej powiedziała...' Wydawnictwo Wielka Litera

"Nasz dom"

Nasz dom był pełen ludzi. Byliśmy jądrem, wokół którego wirował tłum. Czasem czuliśmy się samotni, pojawiała się myśl, że to wszystko iluzja, że te relacje nic nie ważą. Dyskomfort, jaki przynosiła ta refleksja, był trudny do udźwignięcia. I znów impreza, i znów rozkosz przynależności.

Mój kochany nie wytrzymał tempa. Jest chory na raka duszy. Obecnie zdrowieje. Wraz z ostatnią falą alkoholu odpłynęli z naszego domu surferzy iluzji. Jest inaczej. Jest lepiej. Jesteśmy prawdziwymi przyjaciółmi. Dla siebie nawzajem i dla siebie samych. Ten moment, gdy pokonujesz lęk przed uznaniem własnego cierpienia, i ten przed dopuszczeniem do niego drugiego człowieka, jest bezcenny. W przyjaźni stajesz przed drugim człowiekiem odziany w swoją słabość i pozwalasz mu dogrzać się akceptacją. Jesteś gotów - bez oceniania i oczekiwania na rekompensatę - dać mu to samo. W realu. Na trzeźwo.

Na zdjęciu: Katarzyna Nosowska Na zdjęciu: Katarzyna Nosowska Fot. Marlena Bielińska

'Jestem teoretykiem wysiłku'

Boję się, że kiedy porzucę ciało, by udać się na wieczne łowy, któraś z bliskich mi osób na pytanie: "Co było najbardziej charakterystyczne dla Katarzyny?", odpowie bez zastanowienia: "Była jedyną znaną mi osobą, która z nienadużywania ruchu uczyniła sens życia". Lubię siedzieć, polegiwać, wysiadywać jajo rozczarowania światem w gnieździe uwitym z kołdry.

Staram się otaczać dobrymi ludźmi, którzy chętnie, bez najmniejszego oporu pokicają mi po herbatkę, fajki, podadzą talerz z ciepłą strawą, potem drugi, trzeci i kolejne. Dawno temu zdarzało mi się wspinać na mount everest szóstego piętra prawie każdego dnia. Dawno temu używałam nóg. Odkąd jako dojrzała kobieta zrobiłam prawo jazdy - zawsze się wożę. Odkąd zamieszkałam na parterze - nie muszę ryzykować utraty życia podczas wspinaczki.

Jestem teoretykiem wysiłku. Kupuję pisma poświęcone fitnessowi. Lubię dresy. Obserwuję profile trenerów personalnych. Śledzę progres w modzie sportowej i na rynku odżywek białkowych. Odwiedzam stepper w piwnicy, żeby wiedział, że jestem, że pamiętam. Ronię łzy wzruszenia, patrząc na metamorfozy dziewczyn i kobiet, jak Polska długa i szeroka.

Mam buty do biegania, bieliznę termiczną, hantle, ekspandery, gumy fitness, profesjonalną skakankę, baletki i matę do jogi, DVD z Ewą, DVD z Anią, Jane, Cindy, podręczniki o pilatesie w weekend, muskulaturze w tydzień, rower, buty narciarskie i snowboardowe spodnie. Miałam też sto sześćdziesiąt kilo żywej bieżni, którą jednak zamieniłam na stoliczek i dwa krzesełka, żeby kawkę z koleżankami pić (na werandzie, gdzie stała bieżnia) kulturalnie, jak to czynią damy.

Katarzyna Nosowska w nowej fryzurze Katarzyna Nosowska w nowej fryzurze Fot. Marlena Bielińska/Kayax/Instragram Nosowska.official

'Mogę dorzucić śpiew'

Dwukrotnie zakupiłam karnet na siłownię. Raz roczny w ramach motywacji. Pary wystarczyło mi na trzy miesiące, aż przyszedł ten jeden poranek, kiedy mały wewnętrzny podpierdalacz wysyczał mi w głowie: "Zimno jest, dokąd będziesz lazła w tę słotę i smog". No to nie poszłam. Kilka lat później na fali zdrowego rozsądku zakupiłam karnet trzymiesięczny. Na tyle wystarczyło mi zapału. I znów wewnętrzny puczysta szeptem nieznoszącym sprzeciwu odwiódł mnie skutecznie od pomysłu przedłużenia romansu z siłownią.

Praktycznie spalam kalorie w sposób, który nie boli. Dziewięć godzin czytania - około 400 kcal. Leżenie - 372 kcal. Śpiewanie - 1116 kcal! Miałam nosa, wybierając zawód. Aż strach pomyśleć, ile bym obecnie ważyła, gdyby nie te kilkadziesiąt koncertów rocznie. A Annę Ewę Lewandowską Chodakowską mogę oglądać codziennie. W czymś elastycznym oczywiście. Dziewięć godzin oglądania na leżąco to będą 372 kcal. - mało. Mogę dorzucić śpiew.

Katarzyna Nosowska Katarzyna Nosowska Fot. Marlena Bielińska / Kayax

'Maszeruje się po wyrzut adrenaliny'

Manifestacje? Pikiety? Jeśli naprawianie burdelu na świecie wydaje ci się prostsze, niż zaprowadzenie porządku w głowie i zagrodzie, to współczuję.

Jestem zwolenniczką pracy u podstaw. Szanuję siebie w roli punktu. Wierzę, że cały świat zyska, jeśli jako punkt będę błyszczeć. Wiem, jak trudno jest spojrzeć w siebie. Jak trudno być dla siebie czułym opiekunem, który wspiera, dopinguje, ale też beszta, przywołuje do porządku. Stanąć oko w oko z własną rozpaczą, lękiem, niemocą, wstydem, gniewem, agresją - to boli.

O wiele łatwiej, moim zdaniem, wejść w tłum, zetknąć się własnym ortalionem z cudzą marynarką, zniknąć w tej masie tekstyliów. Obrać wspólny cel, krzyczeć hasła głosem silnym, tysiącem gardeł złożonych w jedno. Maszeruje się po wyrzut adrenaliny, który wytrąci na chwilę z codziennego stuporu.

Dostajesz iluzję bliskości, złudne przeświadczenie o własnej sprawczości. Masz wrażenie, że po raz pierwszy od wielu tygodni dobrze wykorzystałeś czas, znalazłeś dla siebie zastosowanie. Przestałeś krępować sufit natrętnym spojrzeniem, siniaczyć swoim ciężarem tapicerkę kanapy. Podtapiać łzami roztocza zamieszkujące twoją poduszkę. Idziesz. Twój nowy fosforyzujący krokomierz robi, co do niego należy.

Kasia Nosowska, 2010 rok Kasia Nosowska, 2010 rok Fot. Mateusz Skwarczek / Agencja Gazeta

'Bielizna termiczna w barwach narodowych'

W domowej garderobie masz wydzielony specjalny sektor z modnymi w tym sezonie akcesoriami marszowymi. Kolumna poukładanych w kostkę lnianych sztandarów, własnoręcznie malowanych w najpopularniejsze hasła: "Macice wstały z kolan" "Wolne sądy". Srebrne lekkie wieszaki. Schludne black oversizy dedykowane czarnym protestom. Fikuśny T-shirt z motywem tęczy, wykrochmalone tęczowe bandany.

Albo kangurka z orłem. Reglanowe bluzy z husarią, rotmistrzem Pileckim wpisanym w godło, symbolem Polski Walczącej. Bielizna termiczna w barwach narodowych. Zestaw gustownych kominiarek na zimę, chustki z trupią czaszką, świetnie sprawdzające się latem, pozwalające swobodnie oddychać, a jednocześnie ukryć twarz.

Najbardziej lubisz, kiedy orzeł spotyka się z tęczą, czaszka z wieszakiem. Kiedy polska flaga krzyżuje się z flagą polską. Wtedy twoja prawda może się przejrzeć w oczach herezji, nabrać masy, stać się dogmatem.

Wręczanie nagród Polskiej Akademii Fonograficznej, 2007 rok. Wręczanie nagród Polskiej Akademii Fonograficznej, 2007 rok. Fot. Albert Zawada / Agencja Gazeta

'O! Pszczoły w potrzebie!'

Kiedy po manifestacji pozostaną na ulicach już tylko końcówki rac, zamokłe, podeptane plakaty liderów - przez moment nie wiesz, co ze sobą począć. W tej ciszy nieśmiałym szeptem przebija się do twojej świadomości głos dzieciaka, którym mimo wieku jesteś. Dziecko trzyma w dłoni tobołek ze wspomnieniami, których nie chcesz przywoływać. Czujesz, jak wzrasta ci poziom kortyzolu, wiesz, że ucieczka jest konieczna, a pozostanie grozi śmiercią.

Schodzisz czym prędzej w głąb internetu. O! Pszczoły w potrzebie! Koncentracyjne fermy kurczaków! Korea Północna grozi! Rosja odcina gaz! Dołączasz kolejne strony do obserwowanych, radzisz z innymi, obcymi, co by tu zrobić, jak zawalczyć. Zmieniasz zdjęcie profilowe. Umieszczasz tam obraźliwe hasło dla bywalców KFC albo faka dla Rosji. Sytuacja opanowana.

A jeśli istnieje coś więcej niż pięć zmysłów? A jeśli oferta płynąca z zewnątrz ma na celu wywleczenie nas z siebie na ulicę po to, by uniemożliwić zwycięstwo w jedynej słusznej wojnie o duszę?

Chcę być małym punktem. Chcę go polerować aż do błysku.