Dlaczego znany sportowiec wypalił sobie na głowie numer cielaka, przeznaczonego na rzeź? "Te cyfry stały się symbolem"

Mistrz świata w sztukach walki, jeden z najbardziej popularnych polityków, kandydat na prezydenta Warszawy, aktor, dziennikarz i satyryk. Co łączy ich wszystkich? Wielka miłość do zwierząt. Książka "Męskie zwierzenia" jest o tym, że także twardziele wzruszają się i reagują na krzywdę tych, którzy sami nie mają głosu i nie są w stanie się obronić. Oto jej fragment.
Na zdjęciu: Marcin Różalski Na zdjęciu: Marcin Różalski fot. Aleksandra Sędek

Marcin Różalski: Kuba Wojewódzki dał na zwierzęta 100 tys. zł, a niektórzy moi bogaci koledzy, nie potrafią dać stówy

Marcin "Różal" Różalski - zawodowy kick-boxer i zawodnik mieszanych sztuk walki (MMA) wagi ciężkiej. Mistrz świata organizacji ISKA z 2007 i WKA z 2008 w formule K-1 oraz międzynarodowy mistrz KSW wagi ciężkiej z 2017. Miłośnik zwierząt. Na swoim ranczo nazywanym "Różalandem" hoduje m.in. kilkanaście koni wykupionych z rzeźni, a także kozy i świnie. Od lat aktywnie wspiera organizacje działające na rzecz zwierząt i liczne akcje charytatywne.

Jaki my, Polacy, mamy stosunek do zwierząt?

Nie da się tego uogólnić, mam różne obserwacje. Wiesz, ja jestem rozpoznawalny. Raz, że mam jadowity język i ryj niewyparzony, dwa cały pysk wytatuowany i jako sportowiec zostałem medialnie wypromowany. I ja to z premedytacją wykorzystuję w obronie zwierząt. Dużo ludzi? Nie wiem, czy piszą prawdę, czy tylko chcą zaskarbić sobie moją sympatię? W każdym razie dużo ludzi twierdzi, że dzięki mnie się tą sprawą interesuje. Przybywa osób, które widzą cały ten syf i zaczynają się angażować. Powstaje też coraz więcej prozwierzęcych fundacji i stowarzyszeń. Choć trochę przykre, że robi się na to moda. Widzisz, mnie możesz powierzyć swoje pieniądze i masz pewność, że spożytkuję je dla zwierząt. Ale jest w tym też pewne niebezpieczeństwo, bo myślisz sobie, że innym też możesz zaufać. Niestety, nie zawsze to tak działa. Przykład pierwszy z brzegu: był tu u mnie chłopak. Płakał, klękał, żeby mu tylko pomóc. Opowiadał, że umiera, że ma syna. Zorganizowałem dla niego akcję, przekazałem pieniądze. No i dowiaduję się, że, niestety, umarł. Przykra sprawa. Mijają dwa-trzy miesiące, jadę autem i co widzę? Ten, co umarł idzie sobie ulicą. Zmartwychwstał. Zatrzymałem się i go pogoniłem, ale że słabo biegam, to go nie dogoniłem (śmiech). I takie sytuacje sprawiają, że niektórzy ludzie patrzą na akcje pomocowe nieufnie. Ale zobacz, inna sytuacja. Kuba Wojewódzki zaprosił mnie do swojego programu i w wyniku totalnej improwizacji dał sto tysięcy zł. Przecież on tak naprawdę nie wiedział, na co daje, co to są za fundacje, których ja jestem ambasadorem, którym pomagam. Wpłacił na konta tych fundacji, nie mnie osobiście. To wynikło spontanicznie w trakcie rozmowy. Powiedziałem: "Dasz mi sto tysięcy i masz 30 sekund bicia". No i co? Wszedł w to! Pobił mnie, poskakał, pogimnastykował się (śmiech). Powiedzmy sobie jasno: te sto tysięcy to dla niego nie majątek. I, żeby było jasne: mnie nie interesują jego intencje. Czy on to zrobił dla poklasku? Nie wiem. Po prostu dał. A inni ludzie, niektórzy moi bogaci koledzy, nie potrafią dać stówy. Ale to nie koniec historii. Zbliża się okres rozliczeniowy, dzwoni telefon, Kuba. Pyta, czy ja nadal pomagam fundacjom. Bo on chce przekazać jeden procent, a u niego to może być sporo. No więc to działa. I cieszę się, że coraz bardziej popularne jest hasło "adoptuj, nie kupuj". Ludzie biorą zwierzaki ze schronisk, przytulisk.

Interweniowałeś kiedyś fizycznie w obronie zwierząt?

Tak. Było wiele takich sytuacji. Ale to raczej nie temat do książki (śmiech). Nie mogę opowiedzieć bez wchodzenia w szczegóły. A tego nie chcę robić. Czasem ludzie uważają nawet, że mogą kogoś mną poszczuć. Ktoś przysyła drastyczne zdjęcia z komentarzem: "Weź go rozjeb". A ja pytam: "Byłeś tam, zrobiłeś zdjęcie, to dlaczego sam nie zareagowałeś?".

Czyli chcą zrobić z ciebie straszak.
Tak. A najgorzej zrobić coś pod wpływem emocji. Więc na to sobie nie pozwalam. 

Jadasz mięso?

Nie. Ani czerwonego, ani białego, ale ryby to też mięso i czasami się nimi dożywiam. Wczoraj zjadłem śledzika, dziś jem trzeci posiłek, ale wszystko wege. To jest jakaś moja hipokryzja. Mięso ssaków odstawiłem, ot tak, po prostu. Nie mogłem go jeść, bo to już byłoby czyste zakłamanie. Walczę o dobro zwierząt, na przykład koni. Wszystkie nasze konie, a jest ich 14, są albo wykupione z transportów do rzeźni, albo mają za sobą podobnie straszne historie. A czym się różni koń od krowy czy świni? W niektórych krajach zjada się konie, w innych psy, u nas akurat pies ma status zwierzęcia towarzyszącego, więc to nie w chodzi w grę. Ale w Chinach te bydlaki psy już jedzą. I kwestia jest taka: ja muszę się jakoś określić. Albo wchodzę w to całym sobą, albo wcale.

Dlatego wypaliłeś sobie numer na czaszce? To piętno?

- Już zarasta, a chciałem, żeby był bardziej widoczny. 269. Taki numer miał cielaczek w Izraelu, który miał pójść na ubój rytualny. Wykupili go aktywiści i te cyfry stały się symbolem. Przyznaję, chciałem wykorzystać moje nazwisko. Mój profil na FB lubi kilkaset tysięcy ludzi i zwyczajnie wiedziałem, że to się odbije się szerokim echem. Także wśród tych, którzy mnie nienawidzą. I co się okazało? Że mnóstwo ludzi zrobiło to samo.

Na zdjęciu: Andrzej Rozenek Na zdjęciu: Andrzej Rozenek materiały prasowe

Andrzej Rozenek: Pies Stalina

Andrzej Rozenek - dziennikarz, polityk, poseł VII kadencji, kandydat na prezydenta Warszawy. W czasie studiów działał w Zrzeszeniu Studentów Polskich. Był członkiem SdRP, potem PPS i SLD. Do Sejmu wszedł z listy Ruchu Palikota. W Sejmie VII kadencji wiceszef komisji obrony. Po rozstaniu z ugrupowaniem Palikota założył ruch Biało-Czerwoni, obecnie ponownie w szeregach SLD. Pochodzi z rodziny z tradycjami piwowarskimi. Ojciec był piwowarem, a dziadek kierował browarami Tyskim i Warszawskim.

Wspominałeś kiedyś, że czarny terier rosyjski to rasa stworzona przez naukowców, a nie hodowców. Brzmi groźnie.

To jedyna taka rasa na świecie. Stworzyli ją naukowcy z hodowli, która nazywa się Krasnaja Zwiezda - Czerwona Gwiazda. Hodowla znajduje się w Moskwie, a rasę stworzono na polecenie Stalina, który kiedyś się oburzył, że Związek Radziecki, tak wielkie mocarstwo, nie ma swojej własnej rasy psów. Tyle jest ras na świecie, a oni nie mogą się tu niczym pochwalić. A więc naukowcy dostali zadanie od samego Stalina. Ale zanim przystąpili do działania, to zadali decydentom pytanie: jaki to ma być pies. I tu padła odpowiedź: dla wojska, czyli taki, który będzie potrafił złapać człowieka, poradzi sobie z partyzantami i pilnowaniem ludzi w gułagach. I, jakkolwiek to dzisiaj brzmi, stworzono psa o dokładnie takich walorach fizycznych i umysłowych. To zwierz, który bez problemu powali człowieka na ziemię. Rozpędzony Wasyl jest nie do zatrzymania. Jestem przekonany, że i Pudzianowski nie dałby rady. Widziałem filmy, na których pozorant próbuje powstrzymać rozpędzonego czarnego teriera, ale to po prostu niemożliwe.

Posłanka Jolanta Szczypińska optuje za prawami zwierząt, przeznacza pewne sumy na schroniska. Robert Biedroń ją bardzo za to chwali, choć przecież światopoglądowo są rozjechani kompletnie. A z kim Tobie najlepiej się gadało w Sejmie w kwestii praw zwierząt?

Z Andrzejem Halickim właśnie. Rewelacja, on wszystko wie i rozumie. Robert Biedroń - prawdziwy bojownik o prawa zwierząt. Marek Suski z PiSu, też bardzo zorientowany. Walczyliśmy wspólnie w sprawie zwierząt futerkowych. Na chwilę udało się nam nawet zablokować ubój rytualny. A potem 'wielki obrońca demokracji', profesor Rzepliński zniszczył wszystko, co z takim trudem wypracowaliśmy. Dlaczego pastwić się nad zwierzakami, w imię religii? Fundamentalnie się z tym nie zgadzam, nie tylko jako ateista, ale po prostu dlatego, że te zwierzęta potwornie cierpią. Bo przecież ubój rytualny polega na tym, że zwierzę musi się wykrwawiać. Im dłużej, tym lepiej. Im bardziej przytomne, tym lepiej. To dla zwierząt tortury. Zablokowaliśmy to prawo, ale, niestety, Trybunał Konstytucyjny wywalił naszą pracę do kosza. Kto jeszcze? Paradoksalnie wiele osób z PSL rozumie kwestię zwierząt.

Pamiętam rozmowy z politykami PSL przy okazji kwestii psów łańcuchowych. Przychodzili do studia telewizyjnego, na czele z posłem Kłopotkiem, i tłumaczyli, że te psy po prostu kochają być na łańcuchu.

W PSL są dwie frakcje. Jest część bardzo światłych polityków, którzy rozumieją prawa zwierząt. No, ale są też tacy, którzy postrzegają je jako przedmioty i z tymi jakoś nie potrafię się zaprzyjaźnić. Ale ten podział idzie w poprzek większości partii. Wszędzie są tacy, którzy uważają, że zwierzę to rzecz i nie ma się nad czym rozczulać.



Na zdjęciu: Robert Biedroń Na zdjęciu: Robert Biedroń materiały prasowe

Robert Biedroń: Posłanka Szczypińska z PiS napisała mi smsa, że to był bardzo dobry ruch

Robert Biedroń - polityk, prezydent Słupska. Poseł na Sejm VII kadencji. Mandat uzyskał startując z list Ruchu Palikota. Był pierwszym posłem, który wszedł do parlamentu, otwarcie deklarując orientację homoseksualną. Twórca i pierwszy prezes Kampanii Przeciw Homofobii, czyli organizacji pozarządowej walczącej z dyskryminacją. Kawaler francuskiego Narodowego Orderu Zasługi. W rankingu tygodnika Polityka w 2014 roku wymieniony jako jedem z dziesięciu najlepszych posłów.

Zacząłeś akcję z cyrkiem. Ogłosiłeś: Słupsk jest zamknięty dla cyrków ze zwierzętami. Obserwowałam reakcje ludzi. Było mnóstwo pozytywnych - 'Wreszcie!', ale i negatywne - 'Robi sobie PR na nieistniejącym problemie, coś sobie ubzdurał, bo te cyrki mają certyfikaty, to kolejna promocja jego i miasta'. Albo - 'Słupsk ma problemy finansowe, więc on je przykrywa akcją z cyrkiem'.

Być może jestem ekoterrorystą, ale w mojej hierarchii ważności spraw są rzeczy, wobec których nie można przejść obojętnie. Nawet jeśli mam w mieście dziurawy chodnik, niedokończony aquapark, niewybudowaną szkołę, to nie mogę przejść obojętnie obok krzywdy jakiejkolwiek istoty. To jest fundamentalne. Po prostu szkoła, aquapark, dziura w drodze, zawsze będą podrzędne wobec tej wartości. Czyli: jeśli jest w moim mieście miejsce, w którym źle traktuje się jakąś istotę: człowieka, zwierzę, to po prostu muszę zareagować. I patrząc z tej perspektywy niewpuszczenie do miasta cyrku, w którym tresuje się zwierzęta - co dla mnie jest bestialstwem - jest po prostu rzeczą fundamentalną. 

A nie przychodzili mieszkańcy i nie mówili 'Panie Biedroń, przegina pan, bo w niedzielę to my chcielibyśmy iść z dziećmi do cyrku. Rozrywkę pan nam odbiera'?

Nie, przeciwnie. Za to takie argumenty polityków, jak przytaczasz, to widziałem w telewizji i nawet się nie dziwię, bo oni mają to nieprzemyślane - zgodnie z tym, o czym mówiliśmy. Ale na przykład posłanka Szczypińska z PiS napisała mi smsa, że to był bardzo dobry ruch. Wiesz, wielu osobom cyrki ze zwierzętami wydają się zabawne. Jeśli brakuje ci wiedzy i wrażliwości, to będziesz chodziła do cyrku ze zwierzętami. Są na świecie kraje, gdzie ludzie nadal przychodzą na egzekucje, kamienowanie kobiet i biją brawo, cieszą się. To dla wielu spektakl i rozrywka. Ale coraz więcej ludzi widzi, że cyrk z dzikimi zwierzętami po prostu nie jest zabawny.

Ekolodzy walczą o likwidację ferm futrzarskich, o zakaz hodowania zwierząt na futra. Jednocześnie działa bardzo silne lobby na rzecz istnienia tego biznesu. Przedstawiciele ferm twierdzą, że zwierzętom nie dzieje się u nich krzywda, a ekolodzy ich terroryzują. Co powiedziałbyś ludziom, którzy z tego żyją?

Nie od biznesu oczekiwałbym decyzji, lecz od polityków, którzy zostali powołani do tego, żeby odpowiadać na wyzwania współczesności. Naprawdę możemy dziś zastąpić skórę zdartą ze zwierzęcia produktem etycznym, który nie jest okupiony tak wielkim cierpieniem. I w takiej produkcji sztucznych futer też można się na rynku odnaleźć. Lobby jest w każdym przemyśle, trzeba więc pokazać alternatywę, drogę wyjścia z problemu. Trzeba iść krok dalej. Ale jestem jak najbardziej za likwidacją ferm futrzarskich.

Na zdjęciu: Szymon Majewski Na zdjęciu: Szymon Majewski TOK FM

Szymon Majewski: Lusia to pies, który śpi najpiękniej na świecie

Szymon Majewski - dziennikarz, prezenter radiowy i telewizyjny, satyryk i aktor. Osobowość telewizyjna. Autor i prowadzący wielu telewizyjnych programów: Słów cięcie gięcie, Mamy Cię czy Szymon Majewski Show. Od wielu lat związany z Radiem Zet, znany z takich programów jak Sponton czy Nieporadnik małżeński. Autor felietonów. W warszawskim Och-Teatrze występuje z monologiem One Mąż Show. Czterokrotnie nagrodzony Telekamerą i dwukrotnie Wiktorem (w kategorii "debiut" i "twórca najlepszego programu telewizyjnego").

Czy u Majewskich rzeczywiście zwierzę ma status członka rodziny?

Lusia jest absolutnie równolegle albo chyba nawet wyżej od ludzi w hierarchii naszej rodziny. Na przykład ja dostosowuję do niej różne swoje czynności. Takie codzienne, jak praca, sen, słuchanie muzyki. Nawet kichanie! Bo uwielbiam sobie porządnie kichnąć. Głośno, powiedziałbym: przedwojennie. To takie fajne uwolnienie energii. Ale chowam się po domu, żeby nie obudzić Lusi. Ona przecież nie wie, co to za odgłos, może wystrzał?

Boi się, podskakuje. Więc używam specjalnych tłumików do kichania, czyli poduszek. Muszę wytrzymać, podbiec, schować nos w poduszkę i dopiero kicham. Dostosowuję też do Lusi repertuar muzyczny. Co tu dużo mówić, lubię hard rocka, lubię posłuchać sobie starych Zeppelinów. Na 'pięćdziesiątkę' dostałem adapter. Ale na przykład 'Whole Lotta Love' nie mogę już przy Luśce słuchać, bo basy się ciągną po ziemi i ona zaczyna nerwowo dyszeć. Na dodatek ja mówię głośno, więc też są awantury, bo Lusię to niepokoi i może się obudzić. Choć jest już dość stara, więc trochę gorzej słyszy i to oczywiście jest smutne, ale ma jednak pewne plusy. Na przykład odszedł jej stres fajerwerków w Sylwestra.

Widziałam na Twoim Instagramie przepiękną fotkę Lusi śpiącej na trawce. 

Napisałem, i z pełną mocą podtrzymuję, że Lusia to pies, który śpi najpiękniej na świecie. Wiesz, ćwiczyłem jogę i do tej pory czasami chodzę na zajęcia. Mój nauczyciel jogi mówi, że patrzenie na wypoczywającego psa ma działanie głęboko relaksacyjne. Zresztą dużo pozycji w jodze jest zaczerpniętych od tego zwierzaka. Pies z głową dół, pies taki, śmaki. I to mi się sprawdza podczas codziennej pracy w domu. Siedzę sobie, piszę i widzę, jak ona nagle układa się gdzieś obok. I wtedy z niej na mnie w jakiś sposób spływa spokój. To jest jedyny w swoim rodzaju relaks bezpiecznego psa. Kojarzy mi się z domem, domową atmosferą. Łączy się z moim wyobrażeniem idealnego domu. Od zawsze moim marzeniem był taki trochę włoski dom. Jak z 'Ojca Chrzestnego'. To mój ukochany film, mógłbym go oglądać co tydzień. I swój idealny dom wyobrażam sobie tak: u wrót strażnicy z bronią (śmiech), cała rodzina zebrana za murem, bezpiecznie, jest żona, córka, syn, narzeczona syna albo żona syna, ja schodzący na kawę z miodem - bo taką właśnie piję - i rozmawiający z synową, wkoło chodzą sobie psy. Oczywiście odrzucam taki model, że spokój mojej rodziny byłby - jak w 'Ojcu Chrzestnym' - okupiony tragedią innych, którzy wąchaliby kwiatki od spodu, ale sam model domu wielopokoleniowego to moje marzenie. I ta wizja mi bardzo pasuje: leżę sobie, wnuki - za jakiś czas - biegają wkoło. Ja umieram gdzieś pośród winogron - wszyscy znają tę słynną scenę śmierci Vita Corleone - i nikt tego nie zauważa. Tyle że moja żona od razu tyle że moja żona od razu sprowadza mnie na ziemię: 'Błagam, Szymon, o czym ty mówisz? Przecież dzieci mają się wyprowadzić!'. Ale teraz trochę tak u nas jest, bo przyjeżdża córka, przychodzą koledzy do syna, wszyscy razem oglądamy mecz. Jest też u nas dziadek, przyjechał właśnie z USA. Miał być tydzień, został półtora miesiąca, bo ma coś z nogą. I nawet konflikty polityczne nie przeszkadzają. Dziadek głosował na Trumpa, pochodzi z Podkarpacia. Spierają się z bratem, który głosował z kolei na Hillary Clinton. Ale to też jest fajne. Możemy tak siedzieć, wszyscy razem, pies, kominek, a ja pośrodku tego wszystkiego jestem w stanie pracować. Rewelacja! Cholera wie, czy to są jakieś tendencje dworsko-sielskie, ale uwielbiam to, po prostu uwielbiam. Moja żona ma nieco inną wizję, bo uważa, że po to tyle pracowaliśmy, żeby teraz móc się wyalienować, odseparować i czasem wyjechać. Nie to, żeby się wypiąć na rodzinę, ale jednak mieć swój azyl.

Na zdjęciu: Leszek Stanek i Vader Na zdjęciu: Leszek Stanek i Vader materiały prasowe

Leszek Stanek: "Przyjdź z Vaderkiem, naszą gwiazdą"

Leszek Stanek: wokalista, aktor, choreograf. Współpracował m.in. z Gliwickim Teatrem Muzycznym oraz Śląskim Teatrem Tańca. Zagrał w kilkunastu serialach telewizyjnych m.in. Tancerze w TVP2 oraz Pierwsza miłość w Polsacie. Prowadził m.in. program Godzina na Poddaszu. Był koproducentem filmu "W sypialni", który zdobył wiele nagród. Uczestnik telewizyjnych programów Przygarnij mnie, promującym adopcję psów oraz Azja Express.

Czy to, że masz takiego właśnie psa, stało się jakimś rodzajem misji? Oswajasz innych z niepełnosprawnością zwierząt?

Nie myślałem o tym w ten sposób. Ale wiesz co? Wiele osób zarzucało mi, że wziąłem takiego właśnie, 'innego' psa, żeby się na nim lansować w mediach. I stąd wzięło się to moje stwierdzenie, że robię na Vaderku karierę. No bo fakt, swego czasu Vader miał na Instagramie więcej obserwujących niż ja. I mówiłem, że jestem tylko jego smyczą. To on był zapraszany do telewizji, a ja miałem go tylko przyprowadzić. Do dziś jest zapraszany. 'Przyjdź z Vaderkiem, naszą gwiazdą'. Tak jest w TVP, TVN, ja jestem wtedy po prostu smyczą.

Wy, znani ludzie, jesteście w stanie szybko zebrać spore pieniądze, a przy tym możecie odegrać wielką rolę edukacyjną.

Kiedy apeluję o pieniądze do moich znajomych - bliższych czy dalszych, to oni często proszą mnie o anonimowość. Bo efekt jest taki: gdy rozejdzie się wieść, że ta
i ta osoba dała sporą sumę, zostanie zarzucona prośbami. Będą pytania w stylu: 'A dlaczego ktoś dał na to, a na coś innego już nie, skoro jest taki nadziany?'. A prawda jest
taka, że te osoby nie są w stanie dać każdemu i na wszystko. I, niestety, nie każdy jest w stanie to zrozumieć. Powiem ci, jak to działa w Fundacji Rycerze i Księżniczki.
Wymyśliłem akcję Charity Red, czyli 'Dobroczynność na czerwonym dywanie'. Postanowiłem wykorzystać swoją obecność w takich miejscach, żeby zrobić coś fajnego dla dzieciaków, podopiecznych fundacji. Biorę kamerę, profesjonalnego fotografa, idziemy na czerwony dywan i pierwsze pół godziny czy godzinę poświęcam na to, by złapać dziesięć znanych i lubianych osób. Wręczam im karteczkę z hasztagiem, na przykład '#Kajetan', i dziś zbieramy na jego leczenie.

* Więcej w książce "Męskie zwierzenia", wyd. OFICYNA 4eM, Agnieszka Gozdyra rozmawia również z Tytusem i Zbigniewem Hołdysem i Januszem Chabiorem. 

DOSTĘP PREMIUM