Passent o nowych ambasadorach: Łapanka na profesorów. Ma pokazać, że inteligencja stoi murem za władzą

"Profesor zamiast odpytywać studentów, musi sam odpowiadać na niestosowne pytania, np. dlaczego katastrofa nie była katastrofą, dlaczego w Sądzie Najwyższym zasiadają 'kolesie', w jaki sposób hodujemy cudowne dzieci w ministerstwach" - pisze o ambasadorach RP Daniel Passent.

"Trwa łapanka na profesorów, których potem wysyła się na cztery lata jako ambasadorów. Do Rosji zesłany zostaje kulturoznawca, do Niemiec - filozof, do Wielkiej Brytanii - politolog, a do USA - literaturoznawca" - pisze w najnowszej "Polityce" Daniel Passent.

Zdaniem publicysty, jeszcze rok czy dwa temu, kiedy Polska była przedstawiana jako "prymus transformacji" czy "lider postkomunistycznej Europy" stanowisko ambasadora było "pasmem rozkoszy". Teraz "nawet przeciętnie rozgarnięty profesor zamiast odpytywać studentów, musi sam odpowiadać na niestosowne pytania, np. dlaczego katastrofa nie była katastrofą, dlaczego w Sądzie Najwyższym zasiadają 'kolesie', w jaki sposób hodujemy cudowne dzieci w ministerstwach" - pisze.

"Nie każdy się kwapi i konieczna jest łapanka"

"Od czasu stanu wojennego polscy ambasadorowie nie musieli przełykać tylu gorzkich pigułek co dzisiaj. Nic dziwnego, że nie każdy się kwapi i konieczna jest łapanka" - uważa Passent. Ma ona pokazać, że "inteligencja stoi murem za władzą".

Passent drwi, że "część profesury, przerażona perspektywą zsyłki na placówkę do Ułan Bator, odsyła dyplomy profesorskie pocztą, inni owijają je w tłuste onuce i zakopują w ziemi". I dodaje, że uczelnie "z powodu braku profesorów nie obronią pozycji w szóstej setce światowego rankingu".

Cały felieton w nowym numerze "Polityki".

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM