Franciszek - "samotny wśród wilków" - kończy 80 lat. Zmienił postrzeganie papieża, ale czy zmienił Watykan i kościół powszechny?

Niewesołe urodziny papieża i czas podsumowań. - Indywidualnie wycisnął olbrzymie piętno na wizerunku sprawowanego przez siebie urzędu. W mniejszym już stopniu udało mu się zreformować centralę Kościoła katolickiego - Kurię Rzymską. A w najmniejszym już stopniu kościół powszechny - pisze w analizie prof. Arkadiusz Stempin.
Mam poczucie, że mój pontyfikat będzie krótki. Cztery albo pięć lat. Nie wiem, może dwa lub trzy. Cóż, dwa już minęły. To jest jakby przeczucie, dość niewyraźne. (…) Mam wrażenie, że Bóg umieścił mnie tutaj na krótko, nic więcej... Ale jest to wrażenie. Dlatego zawsze pozostawiam otwartą możliwość.

To słowa papieża Franciszka wypowiedziane półtora roku temu w wywiadzie dla watykanistki Valentinie Alazraki z meksykańskiej stacji telewizyjnej.

Owa „otwarta możliwość” przesądza o tym, że trudno precyzyjnie wyznaczyć końcową datę pontyfikatu. Tym bardziej, że Franciszek opowiedział się jednocześnie przeciwko granicy 80 lat jako twardej cezurze dla złożenia urzędu. Niewykluczone też, że przed przejściem na emeryturę, powstrzymuje go jeszcze jedna okoliczność.

Chęć zmian i... koniec

Nie ulega wątpliwości, że zainicjowane przez niego zmiany zawisły nieco w próżni. Indywidualnie wycisnął olbrzymie piętno na wizerunku sprawowanego przez siebie urzędu. W mniejszym już stopniu udało mu się zreformować centralę Kościoła katolickiego - Kurię Rzymską. A w najmniejszym już stopniu kościół powszechny.

Wiele z zapoczątkowanych zmian mogłoby zostać niedoprowadzonych do końca, gdyby Franciszek teraz oddał wolne pole. Obecny skład kolegium kardynalskiego nie daje bowiem gwarancji, że następca poszedłby jego śladami. By tak się stało, Franciszek musi przynajmniej podczas dwóch kolejnych konsystorzy nadać purpurę znaczącej grupie podobnie jak on myślącym hierarchom.

O silnym wietrze, wiejącym Franciszkowi w Watykanie w twarz, zaświadczają dwa
wydarzenia z ostatnich tygodni. Najpierw czwórka prominentnych kardynałów, de facto
liderów konserwatywnego skrzydła, Amerykanin Leo Burke, były arcybiskup Bolonii Carlo Caffarra, oraz dwaj Niemcy - Joachim Meisner, były abp Kolonii, i kurialny kardynał Walter Brandmüller, opublikowała w mediach list, pierwotnie poufnie skierowany do papieża. Skoro Franciszek na list nie odpowiedział, kardynałowie epistołę upublicznili.

Hierarchom nie spodobała się adhortacja o rozwodnikach

Wskazywali w niej na „spore zaniepokojenie wielu wierzących i jedno wielkie zamieszanie”, w tym także wśród duchownych, jakie wywołała ostatnia papieska adhortacja „Amoris leatitia”.

Poświęcony małżeństwie i rodzinie papieski dokument dopuszczał sprzeczną interpretację kontrowersyjnego zjawiska, nad którym ostro się spierano na ostatnich dwóch synodach w Rzymie (2014, 2015): Czy rozwodnicy mogą przystępować do komunii.

Do tej pory mogli oni korzystać z tego dobrodziejstwa pod jednym warunkiem, że w nowym związku małżeńskim rezygnowali z seksu.

Stanowczy ton listu kardynalskiego kwartetu, w istocie żądanie od papieża jasnego sformułowania swojego stanowiska, nie należy do standardów w komunikacji między Głową Kościoła a kardynałami.

W ocenie przewodniczącego konferencji biskupów Grecji Frangiskosa Papamanolisa czwórka eminencji dopuściła się nawet grzechu herezji, gdyż zakwestionowała autorytet najwyższego urzędu nauczycielskiego w Kościele, jaki posiada papież. Niezależnie od interpretacji teologicznej, w wymiarze „realpolitik” kardynałowie przyparli Franciszka do ściany.

Fakt sam w sobie nie tyle nienadzwyczajny, gdyż występujący nie od dziś znany za watykańskimi murami. Bezprecedensowe jest natomiast upublicznienie listu, spychające papieża do defensywy w świetle jupiterów.

Kanclerz (niespodziewanie) odchodzi

Drugim przejawem walki na szczytach w Watykanie jest nagła dymisja wielkiego kanclerza Zakonu Maltańskiego, Albrechta Freiherr von Boeselagera. 67-letni Niemiec, trzeci w hierarchii zakonu, swój urząd powinien sprawować do 2019 roku. Sam zainteresowany oświadczył, że dymisja stanowi naruszenie ordynacji zakonu, pozostaje nieważna, stąd on (Boeselager) niezmiennie pełni swój urząd.
Zakon Szpitalników św. Jana Chrzciciela założyli w okresie wypraw krzyżowych (1048) w Jerozolimie włoscy kupcy. Opiekował się pielgrzymami z Europy, zapewniając im ochronę przed osmańskimi Turkami. Po upadku państwa krzyżowców w Palestynie zakon przeniósł się na Rodos, a gdy Turcy podbili także i tę wyspę - na Maltę. Słoneczne miejsce, od którego wywodzi się popularna nazwa zakonu, podarował katolickim rycerzom niemiecki cesarz Karol V. Stanowiła ona ich siedzibę aż do wojen napoleońskich. Po odebraniu wyspy przez cesarza Francuzów Zakon Maltański swoją siedzibę przeniósł do Rzymu.

Od średniowiecza aż do dnia dzisiejszego posiada on status podmiotu międzynarodowego i utrzymuje stosunki dyplomatyczne z ponad 80 państwami. Ma własny eksterytorialny obszar w Rzymie, (na wzgórzu awentyńskim), odrębne od watykańskich i włoskich tablice rejestracyjne, ponadto znaczki pocztowe, własną walutę, a także status obserwatora przy ONZ, Radzie Europy i Komisji Europejskiej. Szczyty cel zakonu polega na działalności charytatywnej, prowadzonej
na całym globie, w oparciu o siec szpitali, klinik, domów seniora i ośrodków opieki socjalnej.

Liberał, bo rozdawał prezerwatywy?

Liczba członków zakonu wynosi 13,5 tys.. Na jego czele stoi wielki mistrz, a kolejne prominentne godności piastują wielki komandor i wielki kanclerz - do niedawna Freiherr von Boeselager.
Powód dymisji Niemca? W mailu do przyjaciół wielki kanclerz ujawnił, że zarzuca się mu zbyt liberalną postawę, która nie koresponduje z nauką Kościoła. W czasach kiedy pełnił funkcję koordynatora pomocy humanitarnej w Afryce, doszło do rozdawania prezerwatyw miejscowej ludności. Pikanterii sprawie nadaje jednak jedna okoliczność. Zagadnienie rozdawania prezerwatyw było już wałkowane przed trzema laty i zostało odłożone ad acta.

Skoro powrócono do niego, to najprawdopodobniej w wyniku wywarcia świeżej presji na wielkiego mistrza ze strony koterii zakonnych, które widzą się jako narzędzie w rękach kardynała-patrona Zakonu Maltańskiego. A jest nim dobry znajomy z kardynalskiego kwartetu, właściwie lider antyfranciszkowej opozycji, Raymond Leo Burke. Papież Franciszek zaraz po wstąpieniu na Tron Piotrowy pozbawił go funkcji prefekta Trybunału Sygnatury Apostolskiej, najwyższego sądu kościelnego, i ku niezadowoleniu sporej liczby członków zakonu powołał na jego duchowego protektora. Wydaje się, że kardynał Burke, konserwatysta do szpiku kości, który zajmuje skrajne stanowiska teologiczne, w tym m. in. domaga się przywrócenia na zasadzie wyłączności mszy trydenckiej sprzed Soboru Watykańskiego II, chciałby z Zakonu Maltańskiego uczynić forpocztę, ostrzem zwróconą przeciwko papieżowi Franciszkowi. Konflikt między wielkim mistrzem a wielkim kanclerzem przybiera więc charakter rozgrywki między papieżem a jego prominentnym opozycjonistą. I jest papierkiem lakmusowym jego pontyfikatu, który najwybitniejszy włoski watykanista, Marco Politi, zamyka w tytule swojej książki: „Samotny wśród wilków”. 

DOSTĘP PREMIUM