Adwokaci chcieli pomóc Czeczenom na granicy. Nie dostali na to szansy. ''To przerosło moje najgorsze obawy''

14 adwokatów z Warszawy po 6 rano pojawiło się na kolejowym przejściu granicznym w Terespolu. Mieli pomóc czeczeńskim rodzinom, które od dłuższego czasu próbują złożyć na przejściu wniosek o nadanie statusu uchodźcy. Ale nic z tego nie wyszło.

Cała akcja miała zaskoczyć Straż Graniczną, była dokładnie zaplanowana. Codziennie, kilkanaście minut po 6 rano przyjeżdża pociąg z Brześcia, a w nim duże grupy Czeczenów. To w większości całe, wielodzietne rodziny z małymi dziećmi.

Adwokaci wiedzieli, że muszą być w Terespolu bardzo wcześnie rano, w momencie przyjazdu pociągu. Wytypowane czeczeńskie rodziny (takie, które próbowały wjechać nawet po kilkadziesiąt razy) miały pełnomocnictwa polskich prawników. Adwokaci wiedzieli, kto jest w pociągu, bo jechali nim też przedstawiciele jednej z organizacji pozarządowych z Białorusi. 

Problemy pojawiają się już na wstępie

Pogranicznicy nie chcą wpuścić prawników do budynku, w którym odbywają się odprawy cudzoziemców. W trakcie rozmowy przez domofon jeden z funkcjonariuszy mówi adwokatom, że swoje pełnomocnictwa muszą zawieść do komendanta, którego siedziba zajduje się 2 km dalej. Zapada błyskawiczna decyzja - "Jedziemy". Błyskawiczna, bo tu liczy się czas. Wiemy, że pociąg powrotny na Białoruś ma odjechać tuż po 11. Chodzi o to, by nie było w nim osób, które mają swoich prawników.

Nagle: "Przyjmują pełnomocnictwa. Jednak zmienili zdanie"

Dwie adwokatki razem ze mną wsiadają do samochodu, by jechać do komendanta. W tym momencie dostajemy telefon, że jechać nie musimy. "Przyjmują nasze pełnomocnictwa. Wracajcie".

Na miejscu okazuje się, że rzeczywiście przed budynkiem pojawia się jeden z wyższych rangą funkcjonariuszy. Odbiera pełnomocnictwa. Informuje nas, że trzeba zaczekać. Czekamy i marzniemy, bo jest bardzo zimno.

Czeczeni wierzą, że tym razem się uda. Wysyłają SMS-y

Widzimy przez szybę, jak dzieci bawią się w sali, w której przebywają. I starsi, i młodsi się do nas uśmiechają. Wierzą, że się uda; że tym razem będą mogli wjechać do Polski. To rodziny, które doświadczyły w Czeczenii prześladowań, tortur, agresji ze strony władzy. Nie mogą tam wrócić. Od miesięcy koczują w Brześciu.

Mijają kolejne minuty, nic się nie dzieje. Przed godz. 9 pojawia się informacja, że jednak trzeba pojechać do komendanta - zawieźć wnioski. Jedziemy, obsługa jest bardzo szybka. Jest 9.15 - wracamy.

Dwie adwokatki wchodzą do środka. Ale... tylko one

Po jakimś czasie pojawia się pogranicznik. Woła z nazwiska dwie adwokatki. Mogą wejść do środka, by reprezentować "swoje" rodziny. Wchodzi z nimi pani Maria - psycholog, a jednocześnie tłumacz. Prawniczki są w środku dość długo. Na bieżąco przez telefon relacjonują, co się dzieje. Wiemy więc, że nie jest dobrze; że Czeczeni dostają odmowy wjazdu. Czyli dzieje się tak, jak zwykle wcześniej.

W tym czasie do przedstawicieli organizacji pozarządowych przychodzą SMS-y od osób, które czekają na wjazd do Polski. "Straż Graniczna mówi, że to nie jest sąd. I że nie wpuszczą adwokata".   

W okolicach godz. 12 pociąg odjeżdża

Żaden z cudzoziemców, którzy mieli adwokatów, nie może wjechać do naszego kraju. Wszyscy po raz kolejny dostają odmowę wjazdu. Rekordzista - próbował już ponad 60 razy.

Wyjazd do Terespola zorganizowała Okręgowa Rada Adwokacka w Warszawie, wspólnie z Helsińską Fundacją Praw Człowieka i Stowarzyszeniem Interwencji Prawnej. Wszyscy adwokaci mieli pomagać Czeczenom pro bono. 

Dlaczego zdecydowali się na taką akcję?

Bo od wielu miesięcy organizacje pozarządowe, ale także Rzecznik Praw Obywatelskich alarmują, że na przejściu w Terespolu Straż Graniczna w bardzo wielu przypadkach - bezprawnie - odmawia wjazdu i przyjęcia wniosku o nadanie statusu uchodźcy. Potwierdziła to m.in. kontrola RPO.

Adwokaci przywieźli ze sobą m.in. drukarki, by na miejscu drukować np. odwołania od decyzji o odmowie wjazdu. Tyle tylko, że większość z nich decyzje dostała już po odjeździe pociągu na Białoruś. Czyli nie mieli szans wpłynąć na procedurę i na to, by cudzoziemcy nie zostali odesłani.

- Nie zostałam w ogóle dopuszczona do udziału w żadnej czynności z udziałem moich mocodawców, mimo świadomości funkcjonariuszy, że jesteśmy przy wejściu i czekamy. To pewien rodzaj gry na czas - mówi mecenas Marta Tomkiewicz.

Marta Górczyńska z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka mówi nam, że to co wydarzyło się dziś na przejściu, nie jest dla niej zaskoczeniem, bo Straż Graniczna tak właśnie działa codziennie. - Jest wiele raportów, w których zwraca się uwagę na to, że na polskiej granicy jest łamane prawo, a mimo to, nie ma żadnej reakcji ze strony władz. Co więcej, mam wrażenie, że ta atmosfera jest podsycana przez wypowiedzi niektórych polityków - mówi Górczyńska. Choćby takich jak wpis na TT posła z PiS, Stanisława Pięty: "Żadnych ustępstw wobec prowokacji FSB i pożytecznych"mądrali"z lewackich fundacji. @MSWiA_GOV_PL PL wolna od terroryzmu".

"Nie sądziłam, że to będzie na taką skalę"

- To, co się tu dzisiaj wydarzyło, przerosło moje największe obawy, bo nie sądziłam, że to będzie na taką skalę. Jak wiemy, żadna z rodzin, które miały adwokatów, nie została dopuszczona do złożenia wniosku, mimo, że mamy wiele dowodów na to, że przynajmniej usiłowały deklarować wolę złożenia tego wniosku - mówi Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej.

Co dalej? Adwokaci mają dokumenty, mają zdjęcia, mają dowody. Będą składać odwołania o decyzji o odmowie wjazdu. Jeśli trzeba, pójdą z tym do sądu. Tyle, że to trwa. A sytuacja na granicy się nie zmienia. - Na pewno dalsze kroki będą podejmowane, bo widzimy czarno na białym, że prawo jest tutaj łamane - mówi A.Chrzanowska.

DOSTĘP PREMIUM