Klasa integracyjna? Rodzice zdrowych dzieci nie chcą o tym słyszeć. Boją się autyzmu. ''To zaraźliwe''

W Lublinie od września zabraknie kilku klas integracyjnych, w których razem z dziećmi zdrowymi uczą się te z orzeczeniami o niepełnosprawności. Rodzice dzieci zdrowych nie chcą, by ich pociechy uczęszczały na lekcje z niepełnosprawnymi.

Stanowczy opór rodziców dzieci zdrowych to w dobie reformy edukacji niemały problem. Bo jeśli klasa integracyjna w danej szkole nie powstanie, to będzie o jeden oddział mniej, a to oznacza mniej godzin dla nauczycieli. Przede wszystkim jednak, duży kłopot mogą mieć sami rodzice - dzieci niepełnosprawne wobec braku klas integracyjnych trafią do tych masowych, w których jest więcej uczniów i w których nie będzie dla nich nauczyciela wspomagającego.

W lubelskim gimnazjum nr 15 klasy integracyjne funkcjonowały od wielu lat. Od września gimnazjum przekształca się w podstawówkę. Miało zgodę Wydziału Oświaty, by utworzyć trzy klasy pierwsze, w tym jedną integracyjną. Zgłosiło się trzech uczniów z orzeczeniami o niepełnosprawności, ale klasa nie powstanie.

Bo rodzice zdrowych dzieci odmówili zapisania syna czy córki do klasy integracyjnej, w której - oprócz uczniów niepełnosprawnych - musi być około 15 uczniów bez orzeczeń.

- Trudno powiedzieć co jest tego przyczyną, ale jest bardzo duży opór rodziców przed wyrażeniem zgody na to, by dziecko uczęszczało do klasy integracyjnej - przyznaje dyrektor szkoły, Adam Szymala. - Gdy pojawiała się z naszej strony propozycja, by zapisać dziecko do tej klasy, od razu słyszeliśmy od rodziców stanowcze "nie". Nie chcieli nawet rozmawiać na ten temat czy wysłuchać naszych argumentów - dodaje dyrektor.

Co zatem z dziećmi niepełnosprawnymi? Trafią do klas masowych

Rodzice w ogóle nie biorą pod uwagę, że jeśli klasa integracyjna nie powstanie, to dzieci niepełnosprawne, w tym z autyzmem, i tak będą się w tej szkole uczyć. Bo jest to dla nich szkoła rejonowa i musi ich przyjąć.

Tyle, że zamiast do małej, kameralnej klasy z dodatkowym nauczycielem - trafią do dużej klasy masowej, gdzie nauczyciela wspomagającego nie będzie. - I to naprawdę nie będzie dobre ani dla dzieci z orzeczeniami, ani dla tych bez orzeczeń. Szkoda, że do rodziców to nie trafia - mówią nauczyciele.

''Brakuje'' zdrowych dzieci

Podobny problem jest w Szkole Podstawowej nr 32, która ma już ponad 20-letnie doświadczenie w integracji. W tym roku miasto dało zgodę na utworzenie tu dwóch klas integracyjnych. Ale prawdopodobnie powstanie tylko jedna, bo do drugiej wciąż brakuje ośmiu uczniów bez orzeczeń.

Ludzie nie znają i boją się autystyków

Jak mówi nam wicedyrektor szkoły Bożena Kulesza, rodzice dzieci zdrowych niejednokrotnie mówią wprost, że nie chcą zapisać swojej pociechy do klasy integracyjnej, bo boją się autyzmu u innych dzieci i ich trudnych zachowań na lekcjach.

- Rodzice słyszą gdzieś na osiedlu, w sklepie czy w innym miejscu o trudnych zachowaniach dzieci z autyzmem. I stąd ten lęk. Faktycznie, zachowania bywają trudne - przyznaje B.Kulesza, ale zaraz dodaje, że każde dziecko jest inne, a szkoła jest po to, by mu pomóc.

- Mamy dzieci z autyzmem, które są o wiele grzeczniejsze od dzieci zdrowych, ale są oczywiście i takie, które wymagają dużej opieki ze strony nauczyciela, bo dla nich jest to sytuacja trudna. Chcę jednak podkreślić, że są odpowiednie metody pracy i różne złe nawyki można zniwelować - mówi pani dyrektor. Podkreśla, że dzieci z autyzmem w szkole nabywają umiejętności społecznych, dzięki czemu razem z klasą chodzą na wystawy, do kina czy do teatru, biorą udział w konkursach.

"Kilka lat temu było zupełnie odwrotnie"

- Przed laty do klas integracyjnych było więcej chętnych zdrowych dzieci niż miejsc, a brakowało uczniów niepełnosprawnych. Teraz jest, niestety, inaczej - mówi dyrektor Kulesza.

Przekonuje, że klasa integracyjna jest dobra nie tylko dla dzieci z autyzmem, porażeniem czy jeżdżących na wózkach. - W takiej klasie dzieci pełnosprawne uczą się tolerancji. Nie są zdziwione, gdy potem mają kontakt z osobą niepełnosprawną, nie boją się podejść czy pomóc takiej osobie. Pamiętajmy, że dzieci zdrowe też mają różne trudne zachowania, ale w klasach integracyjnych są traktowane jako wzorzec do naśladowania dla dzieci z problemami społecznymi - mówi Kulesza.

"Bo zespołem Downa można się zarazić"

Okazuje się jednak, że nietolerancja wobec inności pokazuje się coraz częściej również już w przedszkolach, w tym w integracyjnych czy specjalnych.

Pani Bożena, terapeutka, ma u siebie w przedszkolu przypadki, gdy rodzice dziecka z jedną niepełnosprawnością nie chcą, by ich syn czy córka był w grupie np. z dzieckiem z autyzmem.

- Coraz częściej zdarza się, że rodzice dziecka na przykład z zespołem Downa nie chcą, by ich maluch przebywał w grupie z dziećmi z mózgowym porażeniem dziecięcym czy z autyzmem. To samo dotyczy rodziców dzieci autystycznych, którzy nie chcą, by ich pociecha przebywała z dzieckiem z zespołem Downa - mówi pani Bożena. Nie kryje, że już kilkakrotnie usłyszała od rodziców absurdalne twierdzenia, że ich syn czy córka mogą się zespołem Downa czy autyzmem zarazić, a tego chcą uniknąć. 

Kiedyś było lepiej

Pani Bożena pracuje z dziećmi niepełnosprawnymi już od wielu lat. Jak ocenia zmianę podejścia i nastawienia rodziców?

- Kiedyś była większa tolerancja i większe zrozumienie niż obecnie. Może to wynikać z tego, że rodzice mają teraz większe możliwości wyboru przedszkola dla swojego dziecka. I szukają idealnej placówki. Trudno im zrozumieć, że tak naprawdę wszystko zależy od ich dziecka, od jego potencjału i możliwości - dodaje nasza rozmówczyni.

DOSTĘP PREMIUM