Co wydarzyło się w ośrodku dla cudzoziemców w Białej Podlaskiej? ''Czeczeni mają ślady pobicia''

Dziś po raz pierwszy poznaliśmy relację cudzoziemców, bo wczoraj zostali wypuszczeni z aresztu w Przemyślu, dokąd trafili po wydarzeniach w Białej Podlaskiej. W nocy 6 kwietnia doszło do incydentu w ośrodku. Użyto gazu.

Chodzi o zajścia, do których doszło w nocy 6 kwietnia, z udziałem pięcioosobowej czeczeńskiej rodziny. Rodziny, która w swoim kraju doświadczyła tortur, co potwierdził na piśmie Urząd do Spraw Cudzoziemców. Straż Graniczna w swoim komunikacie informowała, że to mężczyźni zaatakowali funkcjonariuszy, dlatego użyto gazu i kajdanek. 

Spotkanie z czeczeńską rodziną zorganizowano w Lublinie, w siedzibie Fundacji „Instytut na rzecz państwa prawa”. Fundacja pomaga cudzoziemcom w procedurze uchodźczej i ich reprezentuje. To ona zapewniła też dla nich adwokata.

W sali, w której ma się odbyć spotkanie, widzę pięć osób: dwóch bardzo młodych mężczyzn – mają 20 i 22 lata, jest ich 43-letni ojciec, 39-letnia matka i 7-letnia siostra. Dziewczynka cały czas coś rysuje, co kilka chwil pyta o coś mamę.

Umar*, ojciec rodziny: W strzeżonym ośrodku w Białej Podlaskiej zostaliśmy umieszczeni na dwa miesiące - tak wynikało z postanowienia, które dostaliśmy. Nie znaliśmy procedur ani zasad, myśleliśmy, że po tych dwóch miesiącach wyjdziemy, ale otrzymaliśmy informację, że przedłużono nam pobyt o kolejne cztery miesiące. Spędziliśmy więc tam w sumie prawie sześć miesięcy. Nie chcieliśmy, by ponownie nam ten pobyt przedłużono.  

Przed wydarzeniami z 6 kwietnia w naszym ośrodku miał miejsce protest. Była głodówka przeciwko praktyce przedłużania pobytu w zamkniętym ośrodku o kolejne miesiące. Chcieliśmy spotkania z komendantem, który nie reagował. Baliśmy się, że nasz pobyt też przedłużą. Nie chcieliśmy cały czas dalej żyć w zamkniętym pomieszczeniu, bez możliwości wychodzenia. Tam nawet na posiłki byliśmy prowadzeni w eskorcie Straży Granicznej - jakbyśmy byli przestępcami.

Po tych trzech dniach głodówki powiedzieliśmy, że nie wejdziemy z powrotem do naszych pokoi, dopóki komendant się z nami nie spotka. Reakcją na nasze zachowanie było to, że podszedł do mnie kierownik ochrony i zagroził, że jeśli nie wejdziemy do środka, to wezwą oddział specjalny, który stosując siłę, zaprowadzą nas do pokoi.

Tomasz Sieniow, prezes Fundacji „Instytut na rzecz państwa prawa”, która pomaga cudzoziemcom: Dowodem na to jest wiadomość, wysłana za pośrednictwem telefonu na 6 godzin przed nocnym zajściem w ośrodku. Jeden z cudzoziemców napisał do swojej pani psycholog, Polki, że grożono im, iż tej nocy zostanie z nimi zrobiony porządek. Treść wiadomości: „Dzień dobry, przepraszam, że niepokoję. Przed chwilą wezwali jakiś oddział, który nam groził, że nas pobiją. Jednej dziewczynce przycięto palec drzwiami w trakcie ich zamykania. Tutaj panuje totalny chaos. Czy możecie nam pomóc? Nie wiemy, co robić. Proszę, pomóżcie nam”.

Umar: Poszliśmy do swoich pokoi i położyliśmy się spać. Około 3 w nocy obudziło nas uderzanie w nasze drzwi. Obudziłem się i ze strachu bardzo szybko wstałem z łóżka. Słyszałem krzyk, pisk kobiety. Nie wiedziałem, co się dzieje, chciałem otworzyć drzwi, ale były zamknięte. Córka krzyczała, żona też.

Bałem się, że może ktoś kogoś chce zabić, że komuś trzeba pomóc, a wcześniej był przypadek, że na terenie ośrodka jedna osoba miała zawał i potrzebowała pomocy. Dlatego też zaczęliśmy mocno uderzać w nasze drzwi, by ktoś je otworzył.

Krzyknąłem po rosyjsku do synów „Wezwijcie policję”, ale i tak nie znaliśmy numeru. W tym momencie ktoś otworzył drzwi, przestraszyłem się, bo ludzie byli w maskach,  kaskach, kamizelkach kuloodpornych. Byłem w szoku tym bardziej, że widziałem taki obraz nie po raz pierwszy – między innymi ze względu na to uciekłem z rodziną z kraju pochodzenia i ubiegam się o status uchodźcy.

Funkcjonariusze z tego specjalnego oddziału złapali mnie i zastosowali gaz - na nos, usta, oczy, na całą twarz. Wyciągnęli mnie z pokoju i rzucili na podłogę. Podobnie było z synami. Leżąc na podłodze krzyczałem, że nie chcę stawiać oporu, nic nie będę robił. Złożyłem ręce z tyłu, mówiłem, aby mnie skuli. Szkoda, że monitoring nie nagrywał dźwięku i tego nie słychać. Miałem przeświadczenie i czułem, że funkcjonariusz specjalnie dodatkowo wykręca mi ręce, by sprawić ból. Gdy leżałem, już w kajdankach, położono na mojej głowie kolano i uderzano mnie. Miałem problemy z oddychaniem.

Tomasz Sieniow pokazuje w tym momencie rysunki małej Alisy*. 7-letnia córka Umara narysowała tatę i braci tuż po wydarzeniach. Jednemu leci krew z ucha, drugi ma krew na koszulce, widać agresję.

Umar: Funkcjonariusz cały czas dociskał na mnie swoją nogę, coś mi powiedział na ucho, nie zrozumiałem co, ale ewidentnie śmiał się ze mnie. Jeden z mężczyzn stanął na moje gołe stopy. W tym momencie krzyczałem, żeby przestali. Potem wszystkich nas podnieśli i zaczęli prowadzić do izolatki. Po drodze były schody – tam nie ma monitoringu i tam nas bili, kopali. Widziała to moja żona. Zaprowadzono nas do różnych izolatek. Nie dali nam wody ani niczego, a mnie przez kilka godzin nie zdjęto kajdanek.

Czy był lekarz? Tak, zajrzał do mojej izolatki, mówiłem, że zostałem potraktowany gazem, miałem zaślinioną całą twarz, wydzielina leciała mi z nosa, miałem problem z oddychaniem, nie mogłem nawet nosa wytrzeć. Krzyknąłem „Proszę, dajcie mi wody” – on się popatrzył, uśmiechnął się i wyszedł z pomieszczenia. Nawet do mnie nie podszedł. Synowie też nie byli zbadani.

Wodę podał mi w końcu jeden z funkcjonariuszy, polał mi też twarz wodą. Chcę podkreślić, że przez te wszystkie miesiące w ośrodku zdecydowana większość Straży Granicznej traktowała nas dobrze, nie można mieć zastrzeżeń. Naprawdę. Może 3-4 osoby były takie, które zachowywały się inaczej, nie były do nas przyjaźnie nastawione.

Dokumentacja medyczna już z aresztu nie pozostawia złudzeń

Cała rodzina z ośrodka w Białej została przewieziona do Przemyśla – mężczyźni trafili do aresztu, matka z córką do pokoju. Na miejscu wszystkich zbadał lekarz. Jak wynika z dokumentacji medycznej z Przemyśla, wszyscy panowie mieli ślady pobicia. M.in. urazy wielomiejscowe głowy i klatki piersiowej, stłuczenie barku, krwawienie z ucha bezpośrednio po urazie. – Wszystkie te akta potwierdzają, że wysuwane wobec cudzoziemców oskarżenia o zaatakowanie Straży Granicznej to grube nieporozumienie. Nie atakowaliby grupy dwudziestu uzbrojonych funkcjonariuszy. Oskarżenia o atak na funkcjonariuszy to chyba próba przykrycia pewnego nieprofesjonalnego, mówiąc najdelikatniej, działania Straży Granicznej – mówi Tomasz Sieniow. 

Prawnicy z fundacji pokazali dziennikarzom, jak wygląda korytarz w ośrodku w Białej Podlaskiej. Miejsce, z którego w nocy wyprowadzano młodą kobietę z dwójką małych dzieci do deportacji – jest w zupełnie innej części korytarza niż pokój 5-osobowej rodziny. Obie części są oddzielone ciężkimi, masywnymi drzwiami. – Budzi nasze wątpliwości potrzeba ulokowania o trzeciej w nocy kilkunastu czy kilkudziesięciu funkcjonariuszy w tym korytarzu, gdzie nie było żadnej deportacji. Według nas, wokół tego pokoju zebrała się Grupa funkcjonariuszy, którzy chcieli, aby doszło do tych zdarzeń, do których doszło – mówi Tomasz Sieniow.

Sprawę zajść w ośrodku wyjaśnia prokuratura, ale tylko pod kątem czynnej napaści na funkcjonariuszy i gróźb. Śledczy nie badają wątku dotyczącego przekroczenia uprawnień przez Straż Graniczną, choć tego nie wykluczają. Cały czas trwa również postępowanie w biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Z pierwszych ustaleń RPO wynika, że wiele wskazuje na to, że było tak, jak opowiadają cudzoziemcy.

*Imiona – ze względu na bezpieczeństwo rodziny - zostały zmienione. Nie możemy również opublikować ich wizerunków, ponieważ cały czas są w procedurze uchodźczej i są chronieni.

DOSTĘP PREMIUM