Pracownicy sądów planują masowe L4. Przełożeni mają raportować ministerstwu, ile osób jest na zwolnieniach

Pracownicy sądowych sekretariatów walczą o podwyżki płac. Zapowiadają, że w ramach protestu masowego pójdą na L4. Przełożeni szukają sposobu, by sądy nie zostały sparaliżowane.

Prenumerata cyfrowa TOK FM i Wyborcza.pl - pierwszy taki dwupak! Do kupienia prosto i wygodnie, a do tego 50% taniej. Sprawdź szczegóły >>>

Oficjalnie ma to być protest oddolny, nie stoi za nim żaden związek zawodowy, choć związkowcy o nim wiedzą. Wiedzą też przełożeni i Ministerstwo Sprawiedliwości, bo - jak słyszymy - przyszły nawet wytyczne, by raportować, ile osób jest na zwolnieniu lekarskim.

Akcja ma rozpocząć od najbliższego poniedziałku. Z naszych informacji wynika, że w sądach odbywają się zebrania z pracownikami. Osoby na stażu i umowach na zastępstwo słyszą, że protest im się nie opłaca, bo mogą potem nie dostać umów na stałe.

- Od pani dyrektor usłyszeliśmy, że ona sobie nie wyobraża, by kogoś z nas w poniedziałek nie było w pracy - mówi nam jeden ze stażystów (chce pozostać anonimowy). - Spotkanie z nią miało ewidentnie wywołać w nas efekt mrożący, abyśmy się przestraszyli - dodaje.

Krzysztof Oleksik (Związek Zawodowy Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości) z Sądu Rejonowego Lublin Wschód z siedzibą w Świdniku mówi nam, że wśród pracowników, po wielu latach bez podwyżki płac, jest ogromna desperacja. Niejednokrotnie zarabiają najniższą krajową. Mimo wyższego wykształcenia i wielu lat pracy. Mówią o tym, że pracy przybywa, ceny żywności w sklepach idą w górę, a oni dostają tyle, ile kilka lat temu. Żalą się, że nikt o nich nie pamięta. Żyją na pożyczkach i kredytach, a bywa, że jest nawet gorzej.

- Słyszy się nawet, że dochodzi do zajęć komorniczych, jeśli chodzi o pobory niektórych pracowników sądów - mówi Paweł Dąbrowski, szef Związku Zawodowego Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości w Sądzie Okręgowym w Lublinie.

- Są rozmowy w Ministerstwie Sprawiedliwości, ale to jest tylko "bicie piany". Nie ma określonych warunków podnoszenia płac. Jest to tylko "spychologia". Słyszymy, że podwyżki będą, a to za rok, a to za dwa. W tej chwili ludzie deklarują, że podejmą społeczną inicjatywę i zagotuje się w sądownictwie - dodaje kolei Krzysztof Oleksik.

Protokołowanie rozpraw? Może być kłopot

Jeśli do pracy nie przyjdzie połowa pracowników, a być może nawet więcej, bo takie są przewidywania, nie będzie miał kto protokołować rozpraw.

- Protokołowanie nie jest prostą sprawą. To musi robić fachowiec. Część sędziów chce pracować tylko z przypisanym im protokolantem, którego znają i z którym się dogadują - słyszymy od pracowników. Nie mają wątpliwości, że stażyści czy informatycy protokolantów nie są w stanie ich nagle zastąpić.

Zbyt małe zarobki

Pracownicy żalą się, że zarabiają 2500-3000 zł brutto.

- Idąc do dyskontu, widzimy ogłoszenia, że poszukuje się pracowników. I że proponuje się im więcej, niż my zarabiamy. Z naszym wyższym wykształceniem i niejednokrotnie latami pracy - dodają nasi rozmówcy. - Dokłada nam się obowiązków, niejednokrotnie pracujemy w ramach nadgodzin, za które nikt nie płaci. Możemy sobie odebrać te godziny, tylko kiedy? Skoro i tak nie ma kto pracować i ludzie chorzy, z gorączką przychodzą do pracy – alarmują związkowcy.

Paweł Dąbrowski aktualnie choruje, w ciągu miesiąca już po raz kolejny sięga po antybiotyk. Na zwolnienie nie poszedł. Tłumaczy, nie może, bo nie ma kto go zastąpić, a po powrocie z chorobowego miałby dwa razy tyle pracy. Pójście na L4 ma być tym samym, co zrobili policjanci, walcząc o podwyżki dla siebie.

- Nasi pracownicy oglądają telewizję, słuchają radia i doskonale wiedzą, jak to wygląda wśród innych grup zawodowych. Nie twierdzimy, że one zarabiają za dużo. Nie, to my zarabiamy za mało – dodaje Dąbrowski.

Kropla w morzu

Do pracowników wymiaru sprawiedliwości pod koniec listopada trafił list od ministra Zbigniewa Ziobry. Znalazły się w nim „wyrazy wdzięczności i uznania za ciężką pracę i wysiłek wkładany w wykonywanie powierzonych obowiązków”. Jest też zapowiedź nagród w wysokości 700 zł brutto.

- List mówi samą prawdę. Ministerstwo, od 2016, przekazuje nam w końcu jakieś pieniądze. Niestety, jest to kropla w morzu potrzeb. Te pieniądze nie są zupełnie adekwatne do inflacji, wzrostu cen, kosztów życia - mówi Maciej Mazurek, informatyk – związkowiec z Sądu Okręgowego w Lublinie. - Ten list może zostać odebrany pozytywnie tylko i wyłącznie przez osobę, która nie pracuje w sądownictwie i która nie zna szczegółów - dodaje.

Tysiąc zł podwyżki 

Protestujący domagają się tysiąca złotych podwyżki. - Byłaby to kwota wyrównująca nasze zarobki, biorąc pod uwagę początek 2010 roku, kiedy wszelkie podwyżki zostały zamrożone - słyszymy od pana Macieja.

Pracownicy tłumaczą, że grudzień w sądownictwie to miesiąc szczególny – wszystkim zależy, by "powypychać" jak najwięcej spraw, by wydać jak najwięcej wyroków itd. Wszystko dlatego, że liczą się roczne statystyki i wyniki poszczególnych sędziów i poszczególnych sądów.

- Dlatego akcja związana z L4 może być w tym czasie bardzo uciążliwa i dotkliwa. Ma pokazać rządzącym, że jesteśmy w sądownictwie niezbędni i że sędziowie to nie wszystko - tłumaczy pani Anna, protokolantka.

Jak mówi nam rzeczniczka Sądu Apelacyjnego w Lublinie  Barbara Du Château, 4 grudnia odbyła się wideokonferencja przedstawiciela Ministerstwa Sprawiedliwości z dyrektorami sądów apelacyjnych. Zostali zobowiązani, by zorientowali się, czy na ich terenie będzie prowadzony protest, a jeśli tak, to w jakiej skali. Dostali też wytyczne, by zrobili wszystko, co w ich mocy, by przeciwdziałać negatywnym skutkom akcji, czyli mówiąc wprost, by nie trzeba było odwoływać rozpraw i posiedzeń.

Dyrektor lubelskiego Sądu Apelacyjnego rozesłała pismo do sądów okręgowych i rejonowych, by codziennie zbierać informacje, ile osób jest na zwolnieniach lekarskich i jak wygląda sytuacja.

DOSTĘP PREMIUM