"Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii" [FRAGMENT KSIĄŻKI]

Prof. Brian Porter-Szucs, autor książki "Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii" był gościem Grzegorza Sroczyńskiego. Gospodarz audycji Świat się chwieje, pytał m.in., czy profesorowi znane jest popularne w Polsce określenie - "symetryzm".

Prezentujemy fragment książki "Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii”, której autorem jest prof. Brian Porter-Szucs, autor książki "Całkiem zwyczajny kraj. Historia Polski bez martyrologii" był gościem Grzegorza Sroczyńskiego. Gospodarz audycji Świat się chwieje, pytał m.in., czy profesorowi znane jest popularne w Polsce określenie - "symetryzm".. Książka w tłumaczeniu Anny Dzierzgowskiej i Jana Dzierzgowskiego ukazała się nakładem wydawnictwa Filtry.

Między rokiem 1795 a 1918 oddzielna, niepodległa Polska nie istniała na mapach świata. To zdanie może brzmieć, jak gdyby opisywało prosty fakt historyczny, w rzeczywistości jednak kryje się za nim wiele problemów, które sprawiają, że tak trudno opowiada się dzieje północno-wschodniej Europy w XIX wieku. Po pierwsze i przede wszystkim, musimy sobie zadać pytanie, co to naprawdę znaczy, że „Polska nie istniała”.

Ani rozbiory, które położyły kres pierwszej Rzeczypospolitej, ani wcześniejszy długi okres ograniczonej suwerenności, trwający przez cały niemal wiek XVIII, nie były wydarzeniami nadzwyczajnymi. W epoce nowożytnej dość powszechnym zjawiskiem było to, że elity jednego państwa mieszały się w wewnętrzne sprawy innego. W latach 1740–1748 chociażby mocarstwa europejskie stoczyły wojnę, której przedmiotem było następstwo tronu w Austrii, przy czym większość dyplomatów uważała, że walczące strony mają uzasadnione powody, by się w tę wojnę angażować. Rzeczpospolita była przedmiotem różnego rodzaju ingerencji na długo przed rozbiorami. W latach 1733–1735 w tak zwanej wojnie sukcesyjnej polskiej Francja i Hiszpania stanęły naprzeciw Rosji, Austrii, Saksonii i Prus, przy czym każda koalicja walczyła o umieszczenie na polskim tronie swojego kandydata. Podobne przykłady można by mnożyć, cofając się o kolejne stulecia. Zasada nieingerencji nigdy nie istniała.

Nie było także niczym niespotykanym to, że jakieś państwo znika z mapy. Właściwie w dowolnym momencie historii Europy możemy wskazać dziesiątki bytów politycznych, które dziś już nie istnieją; niemal żadna z dzisiejszych granic nie przebiega tak samo jak w przeszłości. W świecie przednowoczesnym państwa pojawiały się, znikały, łączyły, rozdzielały i zmieniały kształt z oszałamiającą częstotliwością. Niewiele znajdzie się dziś osób, które by żałowały utraty niepodległości przez (na przykład) Burgundię, Aragonię czy Gwynedd, a przecież każde z nich przez stulecia było niepodległym państwem, dopóki nie zostało podbite i wchłonięte przez silniejszego sąsiada. Przykłady spoza samej Europy są jeszcze wymowniejsze. Zanim doszło do rozbiorów Polski, potęgom kolonialnym już udało się zniszczyć skutecznie wszystkie wspólnoty polityczne na półkuli zachodniej, a w XIX wieku te same potęgi miały podzielić między siebie cały kontynent afrykański. Nawet sformalizowane traktaty zatwierdzające dokonane rozbiory nie były niczym niezwykłym: od traktatu z Tordesillas z 1494 roku, poprzez konferencję berlińską z 1885 i podział Afryki, po układy jałtańskie z 1945, ci, którzy mieli władzę, radośnie rozgrywali między sobą kartografię, rysując i przerysowując mapę polityczną. Innymi słowy, rozbiory Polski nie stanowiły ani aberracji, ani aktu bezprecedensowej niesprawiedliwości: były jedynie większym i nieco bardziej dramatycznym przykładem zwykłego obrotu spraw w wielkiej polityce międzynarodowej. Stanowiły, jeśli można tak powiedzieć, akt precedensowej niesprawiedliwości.

Skoro jednak rozbiory pierwszej Rzeczypospolitej były zwyczajnym wydarzeniem, czemu wciąż o nich pamiętamy? Przy czym „my” nie znaczy tutaj „my, historycy zainteresowani dziejami Europy Wschodniej”. W praktycznie każdym poważniejszym anglojęzycznym podręczniku uniwersyteckim poświęconym historii Europy (a także w całkiem licznych podręcznikach licealnych) omawia się rozbiory Polski. Jeśli historia rozbiorów nabrała znaczenia, to znaczenie to tylko po części daje się wytłumaczyć wydarzeniami lat 90. XVIII wieku. W większym stopniu chodzi o coś, co rozwijało się powoli w ciągu kolejnego stulecia: o powstanie polskiego ruchu narodowego i, w praktyce, stworzenie polskiego narodu.

Wiele czytelniczek i czytelników może uznać za dziwaczne twierdzenie, że naród polski narodził się po rozbiorach. Czyż nie jest rzeczą powszechnie wiadomą, że historia Polski zaczyna się wraz z chrztem Mieszka w 966 roku? No cóż, tak, z X wieku pochodzą najstarsze zachowane świadectwa istnienia czegoś z grubsza przypominającego późniejsze państwo polskie, wiemy też, że lud posługujący się prasłowiańskim narzeczem, które przypominało późniejszy język staropolski, żył w tym miejscu już od pewnego czasu. Nawet jednak jeśli odłożymy na bok anachroniczność nazywania domeny Mieszka „Polską” i nawet jeśli zignorujemy przeskoki, konieczne, by wytyczyć prostą linię między światem średniowiecznym a epoką nowożytną (nie mówiąc już o czasach współczesnych), wciąż pozostaje kwestia podstawowa: bytem, który został zniszczony w 1795 roku, nie była Polska, ale Rzeczpospolita szlachecka, państwo polsko-litewskie. Chodzi tu o coś więcej niż o różnicę w technicznym nazewnictwie. Pierwsza Rzeczpospolita ma się do dzisiejszej Polski tak jak my do australopiteków: bez wątpienia jest z nią związana pochodzeniem i kilkoma wspólnymi cechami, zarazem jednak jest jaskrawo odmienna pod każdym istotnym względem. Mamy skłonność do traktowania Rzeczypospolitej sprzed 1795 roku, jak gdyby była zaledwie wcześniejszym wcieleniem ponadhistorycznego bytu zwanego „Polską”. Mówimy na przykład, że w 1918 roku doszło do „odzyskania” niepodległości, a państwo, które w wyniku tego powstało, nazywamy Drugą Rzecząpospolitą. Nawet zawodowi historycy zapominają się czasem i mówią o „rozbiorach Polski” zamiast (choć przyznaję, że brzmi to gorzej) o rozbiorach Rzeczypospolitej, państwa polsko-litewskiego. Gdybyśmy chcieli być precyzyjni, powiedzielibyśmy, że Rzeczpospolita została zniszczona w 1795 roku, 123 lata później zaś powstało kilka nowych państw – wśród nich Polska. „Druga Rzeczpospolita” odwoływała się do pamięci i symboliki Pierwszej, była jednak państwem zupełnie innego rodzaju.

Żeby dobrze zrozumieć niniejszy wywód, powinniśmy zrobić krok wstecz i zastanowić się nad znaczeniem słowa, które bardzo często traktujemy jako coś oczywistego: naród. Nie ma jednej, zawsze niezawodnej definicji tego pojęcia, ponieważ różni ludzie w różnych czasach i miejscach rozumieli je w odmienny sposób. Czy wspólnotę narodową definiuje wspólny język? Wspólna religia? Dziedzictwo biologiczne? Historia związków politycznych? Czy wspólnota narodowa może być wewnętrznie zróżnicowana i podlegać nieustającym zmianom w miarę upływu czasu, czy też wymaga kulturowej jednorodności i ciągłości, przynajmniej do pewnego stopnia? Czy wspólnota narodowa może istnieć bez państwa albo przynajmniej bez żywego ruchu dążącego do politycznej niepodległości? Wszystkie te kwestie były i są przedmiotem dociekań, wszystkie jednak omijają to, co najistotniejsze, ponieważ opierają się na założeniu, że naród jest jakąś rzeczą, która istnieje gdzieś tam w realnym świecie i czeka, aż zostanie dostrzeżona, opisana, zdefiniowana i wyjaśniona. Tak jednak nie jest. Podobnie jak w przypadku innych głównych haseł naszego politycznego słownika (klasa, kasta, stan, rasa i tak dalej), naród można najlepiej zrozumieć, wyobrażając go sobie jako skrzynkę, do której różni ludzie nieustająco starają się wkładać różne rzeczy, bez końca walcząc o to, co ma się w niej znajdować, jak powinno zostać ułożone oraz czy pokrywkę należy pozostawić otwartą, czy zamkniętą. Te podstawowe pojęcia zawsze są przedmiotem walk i sporów: są retorycznymi tworami, których ludzie używają, kiedy chcą mówić o sile, przynależności, władzy, dyscyplinie, wspólnocie czy zaangażowaniu. Naród z pewnością istnieje, ale tylko tak, jak istnieją inne pojęcia polityczne i społeczne: jako narzędzia językowe, których ludzie używają, żeby nadać światu znaczenie, żeby świat zmieniać i żeby świat kontrolować.

Co za tym idzie, „naród” – podobnie jak inne kategorie związane z tożsamością – nigdy nie jest czymś statycznym. Mamy skłonność do wyobrażania sobie tożsamości jako zestawu cech, które określają, kim jesteśmy, i determinują nasze zachowania. W praktyce jednak każde z nas ma bardzo wiele tożsamości, które przyjmujemy i odkładamy zależnie od okoliczności. Żydowski sklepikarz w Krakowie około 1900 roku, rozmawiając z sąsiadem katolikiem, prawdopodobnie jego nazwałby „Polakiem”, a siebie – „Żydem”. Gdyby jednak ten sam sklepikarz udał się do Budapesztu odwiedzić kuzyna, odkryłby, że pod wieloma względami jego polskość odróżnia go od węgierskich krewnych. Żeby rzecz jeszcze bardziej skomplikować, nasz sklepikarz miałby zapewne często do czynienia z władzami miejskimi, wobec których występowałby jako kupiec, a jego interesy i potrzeby wchodziłyby niekiedy w konflikt z interesami i potrzebami dostawców oraz klientów, niezależnie od ich języka i wyznania. Po powrocie do domu rozsądzałby spory między dziećmi, przy czym w tym momencie najważniejsza byłaby jego rola ojca. Jego kontakty z żoną kształtowałyby się pod wpływem norm określających role płciowe, bardzo podobnych jak w przypadku jego nieżydowskich sąsiadów. Działacze nacjonalistyczni zawsze chcieli (i chcą nadal) móc poukładać wszystkich w eleganckich, schludnych przegródkach, w których każda osoba otrzyma jedną i tylko jedną dominująca tożsamość, pozostającą niezależnie od okoliczności podstawowym narzędziem samookreślenia. Inne tożsamości, o ile istnieją, traktowane są jako wtórne wobec tożsamości narodowej.

Tyle że w prawdziwym życiu to tak nie działa. Należałoby raczej powiedzieć, że tożsamość jest czymś, co robimy, a nie czymś, czym jesteśmy. Żadna pojedyncza tożsamość ani przez cały czas, ani nawet przez większość czasu nie opisuje tego, kim jesteśmy. Być może brzmi to jak banał. Kiedy jednak już rzeczywiście uwewnętrznimy naszą wiedzę o tym, że jesteśmy istotami wielowymiarowymi, nieustannie podlegającymi zmianom, wówczas czeka nas gruntowna rewizja sposobu, w jaki opowiadamy sobie o przeszłości.

DOSTĘP PREMIUM