Szpital. Odsyłali ją przez 4 godziny, a córka miała sepsę

Kobieta przez prawie 4 godziny błąkała się w nocy po szpitalu, bo lekarze nie zorientowali się, że jej 6-letnia córka ma sepsę.

Noc z 6 na 7 lipca pani Marzanna zapamięta do końca życia. Nigdy wcześniej tak się nie bała o życie swojej córki. 6-letnią Martynę w czwartek zaczęło boleć ucho. Dostała środki przeciwbólowe i przeszło. Wieczorem bolała ją noga. Kolejna tabletka i ból minął. W nocy zaczęła gorączkować. Pani Marzanna zadzwoniła na pogotowie. Tam lekarz poradził, by jeszcze raz podała środek uśmierzający ból, potem już tylko do szpitala. Dwie godziny później mama z córką siedziały w karetce.

Nocne wędrówki po szpitalu

Na pediatrycznej Izbie Przyjęć Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 w Bydgoszczy lekarz w wywiadzie z matką zlecił USG jamy brzusznej i stawu biodrowego, a także konsultację laryngologiczną i ortopedyczną:

- Pielęgniarka wręczyła mi dokumentację medyczną, odprowadziła do rejestracji i mówi do mnie: - Teraz to już pani sama będzie musiała zrobić badania z dzieckiem - wspomina pani Marzanna. - Więc ja z moimi manelami pod pachą, dzieckiem wsadzonym na wózek inwalidzki, dokumentacją medyczną i workiem z wymiocinami ruszyłam w drogę, nie wiedząc co mnie czeka. I zaczęła się droga przez mękę - wspomina ze smutkiem i irytacją w głosie pani Marzanna. - Błąkałyśmy się między piętrami, bo USG na dole, laryngolog na górze, dzwonek, dzwoniłam raz drugi, nic. Nikt nie otwiera, pukam, no, ale ile można pukać. Pani doktor otworzyła i z pretensją w głosie powiedziała, że zaraz obudzę cały szpital.

Dziecko zaczęło sinąć i słabnąć, a lekarza nie ma

Martynka cały czas była bardzo słaba, zaczęła sinieć i tracić czucie w kończynach. Na ortopedę czekałyśmy 45 minut z zegarkiem w ręku! - Płakać mi się chciało. Widziałam jak moje dziecko z minuty na minutę słabnie, zaczyna się na ciele pojawiać wysypka, a tu żywej duszy. Byłam bezradna - ze łzami w oczach wspomina pani Marzanna. - W końcu lekarz ortopeda przyszedł. Kiedy zobaczył Martynkę przestraszył się, zadzwonił po pediatrę, przyszła pani doktor i bez żadnych badań stwierdziła, że to prawdopodobnie jest posocznica. Byłam w szoku. Od kiedy przyjechałyśmy na izbę przyjęć minęły dokładnie 3 godziny 45 minut. Strach pomyśleć co mogło się zdarzyć. Od razu wtedy zorganizowano nam transport do szpitala zakaźnego, tam już wszystko było gotowe - czekała na nas ekipa lekarzy i zaczęło się tak naprawdę ratowanie życia mojej córki.

Matka składa skargę do NFZ

To nie może być tak, żeby z ciężko chorym dzieckiem jeździć po szpitalu, żeby dziecko nie miało żadnej opieki lekarskiej - żali się pani Marzanna. Dlatego złożyła skargę w bydgoskim oddziale Narodowego Funduszu Zdrowia: - Jeżeli w szpitalu powinno coś w nocy działać i trafia tam chory pacjent, to nie powinien czekać nie wiadomo ile, a pracownik nie może odchodzić od miejsca pracy - mówi.

Dyrekcja nie komentuje, najpierw chce sprawę zbadać

- Dyrekcja szpitala nie chce komentować tej sprawy dopóki nie zbada jej dogłębnie - wyjaśnia reporterce TOK FM rzecznik Szpitala Uniwersyteckiego nr 1 Marta Laska.

- Dokumenty już zostały przekazane dyrektorowi szpitala - mówi z kolei dyrektor bydgoskiego NFZ Wiesław Kiełbasiński. - My możemy nałożyć maksymalną karę do dwóch procent wartości kontraktu na lekarza, jeśli okazałoby się, że dopuścił się uchybienia. To jest ogromna kwota. Ale myślę, że już sam fakt, że ta sytuacja została nagłośniona, to już jest pewien efekt dla szpitala, bo przecież ten szpital także musi dbać o swoje dobre imię. Trzeba wyczulić dyrektora, aby zmienił organizację, żeby w przyszłości tego typu zdarzenia nie miały miejsca - kwituje Kiełbasiński.

Odpowiedź poznamy po 20 sierpnia.

DOSTĘP PREMIUM