Bialacki z zarzutami. Ekspert: Polska nie ma procedur

Białoruska prokuratura przedstawiła Alesiowi Bialackiemu - z organizacji obrony praw człowieka "Wiasna" - oficjalne zarzuty. Jest on oskarżony o zatajenie wysokich dochodów i niezapłacenie od nich podatków. Grozi mu do 7 lat więzienia. Do przedstawienia zarzutów mogła przyczynić się polska prokuratura, która przekazała stronie białoruskiej informacje dotyczące jego bankowych kont.

Białoruskiego opozycjonistę zatrzymano w zeszłym tygodniu na podstawie danych, jakie reżim na mocy oficjalnej bilateralnej umowy między naszymi państwami otrzymał od polskiej prokuratury. Dane ujawnione przez Litwę dały reżimowi możliwość zatrzymania 400 osób. Z polskiej strony na razie wiadomo tylko o Aleksandrze Bialackim.

Oficjalnie ujawnienie informacji o stanie kont Alesia Bieleckiego odbyło się lege artis - na mocy umów międzynarodowych. - Z punktu widzenia białoruskiego rządu cała sytuacja jest jak najbardziej zgodna z prawem - mówił Paweł Kazanecki ze Wschodnioeuropejskiego Centrum Demokratycznego. Zwrócił uwagę na fakt, że polskie władze nie skorzystały z prawa odmowy. -

W umowie między Polską a Białorusią zawarte są warunki, na mocy których strona Polska może odmówić wydawania informacji. Organizacja "Wiesna" znajdowała się w prywatnym mieszkaniu Bieleckiego, wiadomo było, że grozi mu również utrata całego majątku. W ogóle jest to świetny sposób na zlikwidowanie działalności "Wiesny" - mówi Kazanecki z rozmowie z Grzegorzem Chlastą.

Na Białorusi większość organizacji utraciła swój legalny status na początku 2000 r., a "Wiesna" - jak ponad 300 innych - działa jako prywatna grupa inicjatywna pozbawione jakiegokolwiek legalnego statusu.

- Nie wyobrażam sobie, by rząd jakiegokolwiek państwa zachodniego postąpił w podobny sposób z działaczami walczącymi o prawa człowieka - mówił Kazanecki w TOK FM.

Z uwagi na brak możliwości posiadania oficjalnego statutu przez organizacje pozarządowe ich środki finansowe nie mogą być trzymane na kontach na Białorusi. Już 10 lat temu, gdy wiele organizacji działało jeszcze legalnie, musiały one płacić nie tylko podatki od otrzymywanych grantów i darowizn, ale również kary przewyższające niekiedy otrzymywane sumy - tłumaczy ekspert WCD. - Co więcej, na Białorusi istnieją specjalne paragrafy, na mocy których osoba przyjmująca wsparcie finansowe z zagranicy może zostać posądzona o działalność szpiegowską - dodał.

- Boję się, że jest to sytuacja, która może doprowadzić do pełnego paraliżu, nie tylko dla opozycji białoruskiej, ale również dla polskich organizacji współpracującymi z Białorusinami. Przekazując pieniądze np. na stypendia naukowe naszym partnerom na Białorusi narażamy ich na więzienie - stwierdził Kazanecki.

Ekspert był zaskoczony pierwszym oświadczeniem prokuratury, w którym nie poczuwa się ona do winy. Co więcej, jak podkreślił ekspert, prokurator, który podpisał dokument ma wieloletnie doświadczenie ze współpracą z Białorusią i dobrze zna specyfikę tego kraju. - Nie mogę sobie wyobrazić by nie słyszał on nazwiska Bielacki ani o organizacji Wiesna, która zajmuje się również problematyką handlu ludźmi - powiedział.

Zdaniem Kazaneckiego cała sytuacja pokazuje brak procedur w funkcjonowaniu państwa. - Jak można jednocześnie prowadzić aktywną politykę wsparcia opozycji na Białorusi, gdy z drugiej strony mamy do czynienia z tego typu sytuacją? Jeden organ przeczy drugiemu. - mówił.

Kazanecki wypomniał również brak koordynacji w działaniach międzynarodowych pomiędzy ministerstwem spraw zagranicznych a innymi organami państwowymi. - Na dzień dzisiejszy najważniejszą lekcją jest profesjonalizacja państwa. Wszędzie na zachodzie istnieją wypracowane od wielu lat struktury i procedury, które pozwalają na rozdawanie grantów organizacjom danego kraju z zapewnieniem specjalnego bezpieczeństwa dla dokumentacji finansowej.

"Nie przyjmuję wyjaśnień prokuratury" Opozycjonista zatrzymany z polskiej winy.

DOSTĘP PREMIUM