Skazany za jazdę na rowerze po pijanemu. Był chory, nie przeżył kary

Ciężko chory mężczyzna został zamknięty w celi, by odsiedzieć pięć miesięcy za jazdę po pijanemu na rowerze. Rodzina twierdzi, że nie dostał przepisanych leków. W szpitalu lekarze nie zdołali go już uratować - pisze ?Gazeta Wyborcza?.

36-letni Tomasz spod Tarnowa miał odsiedzieć wyrok, bo już raz był karany za to samo. W więzieniu się nie stawił, pojechał do USA. Na pięć lat. W ostatnich miesiącach czuł się coraz gorzej, miał bóle brzucha, ale do lekarza nie poszedł, bo nie miał ubezpieczenia - pracował na czarno. Wreszcie siostra zaprowadziła go do szpitala na Brooklynie. Diagnoza: marskość wątroby.

"Nie śpi, je tylko chleb, jest żółty"

Po dwóch tygodniach w nowojorskim szpitalu matka zabiera go do Polski, gdzie miał kontynuować leczenie. Przy wypisie amerykańscy lekarze dali mu za darmo zestaw drogich leków, m.in. zmniejszające opuchliznę, pobudzające krążenie, antybiotyki. W Polsce nie trafił do szpitala. Zjawili się policjanci z nakazem zatrzymania do odbycia kary. - Prosiłam, że jest chory, że musi do szpitala, nic nie pomogło. (...) Na widzeniu Tomek mówi, że nie śpi, je tylko chleb, jest żółty - wspomina matka.

"Dlaczego musiał tak cierpieć?"

7 kwietnia lekarze z Montelupich piszą, że w warunkach więziennych nie są w stanie dalej pomóc Tomaszowi. Następnego dnia krakowski sąd zgadza się, by przerwać wykonanie kary i leczyć więźnia w cywilnych warunkach. Tomasz zostaje przewieziony do Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie, najpierw na gastroenterologię, potem toksykologię. Mimo wysiłków lekarzy umiera po dwóch tygodniach. - Jakby leczono go od początku w otwartej placówce, może by jeszcze pożył. Dlaczego musiał tak cierpieć? - pyta Elżbieta Bober. Śledztwo w sprawie okoliczności śmierci Tomasza wszczęła prokuratura w Dąbrowie Tarnowskiej.

Więcej o tej sprawie - w "Gazecie Wyborczej"

DOSTĘP PREMIUM