"Pilot uważał, że sam da sobie radę. Pomylił się"

Fragmenty rozmów z kokpitu, z których wynika, że załoga obawiała się opóźnienia przybycia prezydenta na uroczystości katyńskie - to jedyna nowość w stenogramach - mówi w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej" płk Piotr Łukaszewicz, b. szefem oddziału szkolenia lotniczego dowództwa sił powietrznych.

- "Potwierdzona z kolejnego wiarygodnego źródła informacja o bardzo trudnych warunkach atmosferycznych, znacznie gorszych od minimum załogi i lotniska, nie wpłynęła na zmianę decyzji podjętej przez dowódcę statku powietrznego [o podejściu do lądowania] ani właściwą reakcję pozostałych członków załogi, co może wskazywać, że piloci podejmowali tę bardzo ważną decyzję pilotażową, kierując się nie tyle przesłankami lotniczymi, ile faktem, kogo i w jakim celu przewozili na pokładzie" - cytuje fragmenty raportu Komisji Agnieszka Kublik.

Według Piotra Łukaszewicza to dowód, że załoga wzięła na siebie odpowiedzialność za wagę tego lotu, a nie za podejmowanie decyzji na podstawie warunków atmosferycznych. - To nie powinno mieć miejsca - podkreślił pułkownik.

Jego zdaniem takie zachowanie świadczy o tym, że dowódca nie konsultował się z załogą. - Chodzi o decyzje samego pilota. Uważał, że sam da sobie radę. Pomylił się - mówił Łukaszewicz.

Z fragmentów stenogramów wynika też, że dowódca czekał, aż to prezydent wybierze miejsce awaryjnego lądowania. - Idealna sytuacja powinna wyglądać tak, że dowódca informuje przedstawiciela prezydenta, że pod Smoleńskiem nie da się wylądować, i proponuje jako zapasowe lotniska A, B i C. I po trzech minutach dostaje odpowiedź, które wybiera prezydent - powiedział pułkownik i dodał, że decyzja o wyborze lotniska zapasowego powinna być wspólna: - Bo przecież trzeba też brać pod uwagę, na którym lotnisku na głowę państwa może czekać specjalna kolumna samochodowa.

Cały wywiad w dzisiejszej "Gazecie Wyborczej" .

DOSTĘP PREMIUM