Poznań: zakażenie włośnicą - siedem osób w szpitalu

7 osób trafiło do szpitala, po spotkaniu integracyjnym w leśniczówce pod Poznaniem, gdzie serwowano kiełbasą skażoną włośnicą. Ich stan lekarze określają jako średniociężki. Zdaniem Sanepidu mięso było badane.

- Trudno jednak powiedzieć jaką metodą. Właściwą dla tego typu mięsa jest tzw. wytrawianie. Bada to Inspekcja Weterynaryjna - mówi TOK FM Andrzej Trybusz, Wielkopolski Inspektor Sanitarny. W sumie wyprodukowano 15 kg tego "produktu", a kilogram został zjedzony. Dziczyznę jadło 14 osób, z czego siedem trafiło do szpitala, a siedem jest pod obserwacją Sanepidu - nie mają jeszcze objawów zatrucia. A te mogą być dość mylne...

- Mogą przypominać grypę, zmęczenie, bóle głowy, nudności, ogólne rozbicie. Takim najbardziej charakterystycznym objawem jest obrzęk powiek i tkanek oczodołowych - dodaje Andrzej Trybusz.

Podejrzenie alergii albo zapalenia spojówek

Pacjentka, z którą rozmawiał reporter TOK FM, przyznaje, że skażone mięso rzeczywiście pochodziło z leśniczówki. - Mięso do pracy przyniosła koleżanka i poczęstowała mnie oraz innych znajomych. Jedliśmy je bez żadnych obaw, bo koleżanka od lat zaopatrywała się u tego samego leśniczego. Dopiero półtora tygodnia później zaczęłam mieć objawy podobne do grypowych. Zresztą na to mnie leczono, było też podejrzenie alergii, zapalenia spojówek. Mimo leków mój stan zdrowia się nie poprawiał, więc w końcu mąż zawiózł mnie do szpitala w Nowym Tomyślu(stamtąd pochodzi pacjentka, przyp. red.).

Tam zdiagnozowano włośnicę i zawieziono chorą do Kliniki Chorób Tropikalnych i Pasożytniczych w Poznaniu.

- Gdy dowiedziałam się co mi dolega, obdzwoniłam znajomych, zaczęliśmy kojarzyć fakty. I powiadomiliśmy pozostałe osoby, które wiemy że mogły spożywać tą skażoną dziczyznę.

Zdaniem lekarzy rokowania co do poprawy stanu zdrowia chorych są dobre.

DOSTĘP PREMIUM