Lis wyjawia kulisy wyrzucenia z "Wprost". "Właściciel domagał się udziałów w portalu"

- Właściciel "Wprost" w sposób natarczywy zaczął się domagać 25 proc. udziałów w moim nowym projekcie internetowym - mówi Tomasz Lis w wywiadzie dla "Polska the Times". Przedstawia w nim kulisy pozbawienia go funkcji redaktora naczelnego "Wprost". Wyjawia również, że nie pozwolono mu przyjść na uroczystość wręczenia nagrody Człowieka Roku.

- To nie ma nic wspólnego z nowym projektem, bo właściciel "Wprost" sam powiedział, że konfliktu interesów nie ma. Konflikt powstał w zupełnie innym punkcie. Kiedy właściciel w sposób natarczywy zaczął się domagać 25 proc. udziałów w tym projekcie. Domagał się również przejęcia kontroli nad sprzedażą reklam w tym projekcie - oświadczył w wywiadzie Lis . Dodał, że ma na to dowody w postaci e-maili.

Jak twierdzi Lis, wcześniej sam proponował wydawcy "Wprost" zaangażowanie w portal, ale on odmawiał. - Na spotkaniach, przy świadkach, dwukrotnie proponowałem wydawcy "Wprost", żebyśmy wspólnie pracowali nad nowym portalem internetowym. Nie był zainteresowany. Postanowiłem zrobić to sam. Kiedy projekt dojrzewał, okazało się, że udziały są w nim cenniejsze, niż wcześniej można było oszacować, i nagle człowiek wcześniej niezainteresowany zaczął wywierać na mnie presję - opowiada

"Nie byłem zaskoczony wyrzuceniem"

Dziennikarz miał również wcześniej problemy ze współpracą z właścicielem tygodnika "Wprost". - Na dłuższą metę nie jestem w stanie tolerować sytuacji, w której muszę zatrudniać kancelarię prawną po to, żeby ktoś mi wypłacił to, co jest zapisane w kontrakcie. Co w końcu następuje, ale z wielomiesięcznym poślizgiem, gdy grożę procesem - mówi. - Część rzeczy w kontrakcie musiałem egzekwować za pomocą pism wysyłanych z kancelarii prawnej i grożenia procesem - dodaje.

Jednak - jak sam twierdzi - mógł spodziewać się szybkiego końca współpracy. - Nie byłem zaskoczony, że zostałem wyrzucony, bo jeśli idę gdzieś do pracy, to robię solidny research swojego pracodawcy i miejsca pracy. Z researchu wynikało, że praca powyżej roku z tym wydawcą okazać się może nie cudem, ale czymś w tych okolicach. Ja podjechałem prawie pod dwa lata - opowiada.

"Dostałem SMS, bym nie przychodził na galę"

Lis nie przyszedł na rozdanie nagrody Człowieka Roku "Wprost", gdyż dostał zakaz. - W ferworze rozmowy zapomniałem o gali i wysłałem SMS do wydawcy, czy mam przyjść i wygłosić laudację na cześć laureata, tak jak było to przewidziane. Dostałem w SMS-ie zwrotnym, że mam nie przychodzić - wyjawia.

Dziennikarz dodaje, że sprawa w żaden sposób nie dotyczyła konfliktu o to, kto ma zostać Człowiekiem Roku. Pojawiły się głosy, że miał nim być Janusz Palikot i na tym tle doszło do konfliktu Lisa i wydawcy "Wprost" . - To kompletna bzdura. Nawet nie chce mi się tego komentować. Decyzja o tym, kto zostanie Człowiekiem Roku "Wprost", była szalenie prosta. Nie było wątpliwości, że za zeszły rok nagrodę powinien dostać premier Tusk - twierdzi.

Tusk na gali "Wprost" solidaryzuje się ze zwolnionym Lisem [ZDJĘCIA] >>

DOSTĘP PREMIUM