Bartoś: Polscy księżą nie mogą się oburzać, bo to mogłoby być niebezpieczne dla ich losu

W Polsce, jeśli są oburzeni księża, to są oburzeni na piwku, przed telewizorkiem. Część księży jest bardzo krytyczna. To nie są ludzie ślepi i głusi. Ale są w sytuacji, w której nic nie mogą zrobić, bo to mogłoby być niebezpieczne dla ich losu - mówił w TOK FM prof. Tadeusz Bartoś - teolog i filozof.

Tomasz Kwaśniewski: Czy wewnątrz Kościoła istnieje coś takiego jak ruch oburzonych?

Prof. Tadeusz Bartoś: W Polsce tego nie ma. Jest to zjawisko, które występuje w Kościele w Europie Zachodniej i Ameryce Południowej. Kościół w Europie Zachodniej liczył na zmiany, które miały zajść po Soborze Watykańskim II. Kościół miał się otworzyć na świat. Ideą Jana XXIII, który zwoływał Sobór, było, żeby nie patrzeć na cały świat z podejrzliwością. Nie patrzeć z oskarżeniem. Nie patrzeć na wszystko, co się dzieje, z obrzuceniem, wstrząsem i oskarżeniem moralnym. Lecz żeby spojrzeć na świat z zaufaniem, uczyć się od niego. Kościół miał przestać przemawiać językiem potępień i oskarżeń, ale raczej wsłuchiwać się. Założenie było takie, że w tym świecie jest wiele dobrych rzeczy, które miano poznawać.

Otwarcie Kościoła na świat szybko jednak zostało uznane za niebezpieczne, jako rodzaj zagrożenia, utraty własnej tożsamości. Że się całkowicie rozpłynie w świecie, i to wzbudziło silny opór. W latach 70. niektórych rzeczy w ogóle nie wprowadzono, z innych się wycofano. Duchowny miał być na służbie świeckich. A to się w ogóle nie zmieniło. Nie została zdemontowana kasta duchownych, tych właścicieli zarządzających Kościołem. Teologowie liczyli, że Sobór jest początkiem pracy, że będzie możliwa wolność poszukiwań teologicznych w Kościele. To się szybko stało rozczarowaniem. W 975 roku międzynarodowa komisja teologiczna została podporządkowana Kongregacji Doktryny Wiary, uzależniona od instytucji. Stopniowo zaczęto upominać, a potem zakazywać przemawiania teologom, którzy byli zaangażowani w ten proces przemiany mentalności w Kościele. Zaczęto spisywać listy podejrzanych teologów w Watykanie.

Jeszcze w latach 80. istniał system donosów. Nuncjusz w Niemczech pisał list do zaprzyjaźnionych osób, żeby mu donosiły, który teolog co mówi do studentów na uniwersytecie. To stworzyło atmosferę zastraszenia, braku zaufania, napaści na tych teologów. Do dziś w Polsce jest taki klimat, "co nam mogą powiedzieć teologowie zachodni. Tylko przynoszą nowinki i mącą w głowach". Sto procent duchownych tak w Polsce powie. Teologowie zachodni są zobrzydzeni, zohydzeni. Ostatnim podrygiem był list kilkudziesięciu lub kilkuset niemieckojęzycznych teologów przeciwko ograniczeniu swobody badań teologicznych.

Co robi ruch oburzonych?

- Piszą listy z apelami do Watykanu. W Ameryce Południowej była teologia wyzwolenia. W latach 60. ideą było to, że nie sposób mówić kazań o panu Jezusie, który kocha, czyli używać retoryki religijnej odklejonej od sytuacji tych ludzi. Ci ludzie nie tylko że byli biedni, ale byli eksploatowani przez wielkich latyfundystów. Jeśli ktoś się postawił, to był zabijany przez szwadrony śmierci. Do tego kłopot był taki, że ci wielcy latyfundyści używający niewolniczej pracy Indian byli kolegami duchownych i hierarchów od whisky, kolacyjek. To było coś, co teologia wyzwolenia chciała przerwać. Jezuici byli bardzo aktywni. Stwierdzili, że oni wyjdą z tego wyizolowanego świata duchownych i zejdą w dół. Zaczną mieszkać z tymi ludźmi. Żyć tak jak oni i pomagać im. To były tzw. wspólnoty bazowe. Żyli z nimi, uczyli ich. Wychodzili z założenia, że trzeba ludziom pomóc w podstawowych rzeczach, bo to jest Ewangelia, a nie celebracje, Kościoły itd.

Teologia wyzwolenia została oskarżona, że mówi językiem marksistowskim, chce prowadzić do rewolucji. Że Chrystus ma być z karabinem, że trzeba bronić biednych nawet przez walkę zbrojną. Było kilku księży, którzy się zaangażowali politycznie, więc był pretekst, żeby to zwalczać. Przegapiono jedną rzecz - pomoc tym ludziom.

Czemu w Polsce nigdy się tak nie zadziało?

- W Polsce, jeśli są oburzeni księża, to są oburzeni na piwku, przed telewizorkiem. Pomstujemy sobie w domku. Nie ma tego publicznie. Część księży jest bardzo krytyczna, to nie są ludzie, którzy by byli ślepi i głusi. Ale są w sytuacji, w której nic nie mogą zrobić, bo to mogłoby być niebezpieczne dla ich losu. Kondycja księdza jest taka, że biskup może z nim zrobić to, co uważa. Z dnia na dzień może go przenieść gdzie indziej. To jedna z przyczyn oportunizmu. Społeczność jest tak represywna, że trzeba by heroizmu, żeby się wyrwać z tego układu społecznościowego.

Podam przykład. W pewnym mieście doszło do oskarżenia jednego z księży o molestowanie seksualne nieletniego. Rodzice poszli do biskupa. Biskup był oburzony, jak można tak źle mówić na temat tego księdza. Rodzice jednak nie odpuścili i zrobił się proces. Ale do procesu potrzebni są świadkowie. Wikary odmówił udziału, wyjaśniając: "Ja mieszkam w tym mieście, tu mieszka moja matka, ona jest chora, muszę się nią zajmować. Jeśli pójdę do sądu zeznawać, natychmiast zostanę przeniesiony na najdalszą wieś. No to nie mogę sobie pozwolić".

Inny przykład. Był zjazd teologów. Istnieje opinia, że teologia w Polsce jest na poziomie miernym. Teologowie w Polsce to najczęściej księża, którzy kończą jakieś studia, zostają wysłani na studnia do Rzymu, bo tam jest bezpieczna teologia, bardziej bezpieczna niż w Niemczech, głupstw się nie dowiedzą. Tacy księża będą wykładać w seminariach lub na wydziałach teologicznych uniwersytetów. To są zawodowi teologowie. Na tym zjeździe nikt z nich nie chciał mówić, ale anonimowo wypowiadali się dla "Tygodnika Powszechnego", że "teologia w Polsce jest bardzo mierna". Gdyby to powiedzieli publicznie, mieliby kłopoty we własnej diecezji. Zostaliby wywaleni na zbity pysk. Na jakimś poziomie to zastraszenie staje się jego drugą naturą.

Ksiądz z piwkiem przed telewizorem na co się oburza? Co pana wygnało z Kościoła?

- Oburzają się na biskupa, na proboszcza. To jest środowisko, które jest kompletnie zblokowane. Nie można się w żaden sposób wychylić. Jeśli ksiądz-teolog boi się powiedzieć publicznie, że teologia jest słaba, to w tym środowisku nie można nic powiedzieć. Ja jako duchowny pisałem artykuły, za które byłem dość mocno szykanowany. To była jedna z przyczyn, dla których, żeby zachować zdrowie psychiczne, musiałem uciekać. Takim szaleńcem jest teraz ks. Isakowicz-Zaleski, który postanowił powiedzieć rzeczy, o których się nie mówi, np. o grupach homoseksualnych w Kościele. Ale on się kompletnie wyrywa. Jest jakby spuszczony ze smyczy. I sobie bryka. Zobaczymy, jak to się skończy.

Kościół oburza się na wszystko, co się dzieje w świecie.

- Kościół ma problem z tożsamością. Tożsamość ustala nie na podstawie tego, kim się jest, czy co by się samemu ceniło, ale na podstawie relacji do innej osoby. "Nie jestem taki jak on", "nie chcę być taki jak on". Tożsamość relatywna mówi: nie jesteśmy tacy, jak ten zepsuty świat, jak ta kultura konsumpcyjna, jak ta cywilizacja śmierci. To jest jeden z poważniejszych problemów Kościoła. To jest tożsamość relatywna, niedojrzała. Pasożytuje na negatywnym ocenianiu innych. Macie być inni, niż jesteście. To jest tragedia dla Kościoła, nie potrafi się odnaleźć.

W rozmowie prof. Bartoś mówił m.in. nauce religii w szkołach, komisji majątkowej, finansach Kościoła, 23 latach Kościoła w wolnej Polsce czy współpracy polityków z Kościołem.

Prof. Tadeusz Bartoś, Akademia Humanistyczna im. Aleksandra Gieysztora w Pułtusku, dyrektor programowy Warszawskiego Studium Filozofii i Teologii, przez 20 lat był dominikaninem.

Birma: Historyczne wybory: pozwolili wystartować opozycji. Komu to się opłaci?>>

DOSTĘP PREMIUM