Eksperci lecą do Smoleńska... "Siedziałem przy kokpicie i pamiętam dobrze: drzwi były otwarte"

W swojej najnowszej książce "Moja czarna skrzynka" Edmund Klich wspomina swój lot do Smoleńska po katastrofie - jak mówi, wtedy też załoga nie przestrzegała zasad bezpieczeństwa. "Siedziałem w salonce, a więc blisko kokpitu, i pamiętam to dobrze. Były otwarte". Wywiad-rzeka z byłym szefem Państwowej Komisji Badania Wypadków Lotniczych, pisany na gorąco od 10 kwietnia 2010 r. właśnie trafił do księgarń.

"Budziłem się o trzeciej, czwartej rano i pisałem. (...) Odprawy, rozmowy z Rosjanami, przesłuchania, telefony do ministrów, emocje, to, że bałem się zawału. Wszystko" - mówi pułkownik Klich w pierwszych zdaniach wywiadu, jakiego udzielił dziennikarzowi tygodnika "Wprost" Michałowi Krzymowskiemu.

Przedstawiciel Polski akredytowany przy rosyjskim Międzypaństwowym Komitecie Lotniczym (MAK) opowiada, o czym myślał w drodze na lotnisko, dlaczego lecąc do Smoleńska, płacił z własnej kieszeni i dlaczego nawet podczas lotu na miejsce tragedii drzwi do kokpitu były otwarte.

W Siłach Powietrznych bez zmian? "Byłem tym przerażony"

W drodze na lotnisko, zaledwie trzy godziny po tragedii, Klich przyznaje, że już wtedy był zdania, że katastrofa prezydenckiego samolotu to efekt niewprowadzonych zaleceń po katastrofie CASY.

"Wcześniej słyszałem o złej pogodzie i mgle, więc od razu skojarzyły mi się dwie katastrofy: Su-22 [miała miejsce podczas lądowania w Powidzu w nocy 13 czerwca 2001 r.; zginęło dwóch pilotów - przyp.red.] i CASY C-295M (podczas podchodzenia do lądowania w bazie wojskowej w Mirosławcu 23 stycznia 2008 r.; śmierć na miejscu poniosło czterech członków załogi i szesnastu pasażerów - wysokich rangą oficerów polskiego lotnictwa - przyp.red.]. Obie skończyły się częściowym zamieceniem zaleceń pod dywan, ich wykonanie w niektórych obszarach było fikcją. Nie poprawiono niczego, co dotyczy współpracy w załodze, oceny ryzyka i umiejętności podejmowania decyzji w trudnych sytuacjach" - opowiada Edmund Klich.

Przypomina sobie, jak trzy tygodnie wcześniej był na konferencji w Dowództwie Sił Powietrznych dotyczącej bezpieczeństwa w lotnictwie. Byli na niej szef Sztabu Generalnego gen. Franciszek Gągor, gen. Andrzej Błasik, dowódcy wszystkich rodzajów sił zbrojnych: "Powiało tam optymizmem, wszyscy się cieszyli, że przez rok w Siłach Powietrznych nie doszło do żadnej katastrofy. Natomiast miał miejsce wypadek śmigłowca Mi-24 w lotnictwie wojsk lądowych [28 lutego 2009 r. pod Toruniem; zginął jeden pilot - przyp. red.] i Bryzy-2RF w Marynarce Wojennej [31 marca 2009 r. na lotnisku w Babich Dołach w Gdyni; zginęło czterech członków załogi - przyp. red.]. Obydwie związane z poziomem wyszkolenia załóg. A w Siłach Powietrznych - pomimo niedawnej katastrofy CASY - okazało się, że jest super. Byłem tym przerażony".

Kto leci do Smoleńska? Jaki sprzęt zabrać?

Pułkownik Klich postanowił, że do Smoleńska poleci z nim dwóch członków komisji: były pilot specpułku, który latał na tupolewach Waldemar Targalski i Bogdan Fydrych, inżynier, specjalista od ruchu lotniczego.

Wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Były szef PKBWL wspomina, że paszport podrzucił mu w drodze na lotnisko syn, a on sam jechał w garniturze: "Dopiero w samolocie przebrałem się w kombinezon i starą kurtkę lotniczą. Samego sprzętu komisja ma niewiele: trzy aparaty fotograficzne, kamera, GPS, kółka do mierzenia odległości, kamizelki, kombinezony".

Komisja nie ma służbowej karty kredytowej, a pieniądze znikły

Paszport, sprzęt to jednak nie największe zmartwienie. "Przy takich nagłych wyjazdach największy problem jest jednak z pieniędzmi" - mówi w wywiadzie Klich i wyjaśnia, że nikt z członków komisji, nawet on, nie miał służbowej karty kredytowej.

"Kiedyś w sejfie mieliśmy kopertę z trzema tysiącami złotych. Jadąc na wypadek, można było je pobrać, opłacić hotel, kupić obiad i na końcu ze wszystkiego się rozliczyć. Ale potem ktoś wymyślił, że możemy te trzy tysiące odłożyć sobie na procent i zarobić kosztem państwa, więc koperta zniknęła. Śmiechu warte. Dziś każdy musi liczyć na siebie albo na kolegę. Kilka lat temu pojechałem z jednym z członków komisji na wypadek, w którym zginął gen. Jacek Bartoszcze [katastrofa samolotu turystycznego RV-6, 20 sierpnia 2005 r. w Nadrybiu Dworze - przyp. red.]. Idziemy do hotelu, a on mówi: >>Słuchaj, głupia sprawa, mam puste konto, nie założyłbyś za mnie?<< Założyłem. Do Smoleńska także pojechałem z prywatną kartą debetową" - relacjonuje były szef PKBWL.

Bezpieczeństwo? Klich: Siedziałem blisko, drzwi były otwarte

W swoich wspomnieniach Klich przyznaje, że wtedy, w drodze do Smoleńska, zakładał, że akredytowanym zostanie Mirosław Grochowski. Dlaczego Grochowski? "Bo tupolew był wojskowy, a Grochowski to szef Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów w MON-ie" - wyjaśnia Edmund Klich i dodaje, że Grochowski nie zdążył wtedy na pierwszy samolot, bo urzęduje w Poznaniu.

Przy okazji lotu do Smoleńska wyszło na jaw, że eksperci złamali jedną z podstawowych zasad bezpieczeństwa: hermetyczność kabiny. "Siedziałem w salonce, a więc blisko kokpitu, i pamiętam to dobrze. Były otwarte" - zdradza pułkownik, ale zaraz dodaje, że on się w życiu nalatał i nigdzie nie wchodził. "Po co miałbym się do kokpitu pakować?" - pyta retorycznie Edmund Klich.

Katastrofa to był wypadek? Klich: Tylko się w tym upewniłem

Były szef PKBWL opowiada też, jak następnego dnia po przylocie do Smoleńska wrócili razem z ekspertami na lotnisko Siewiernyj: "Poszedłem w rejon bliższej radiolatarni, gdzie nastąpiło pierwsze zderzenie z drzewem. W tym czasie Ryszard Szczepanik (specjalista od napędów odrzutowych - red.) poszedł do wraku obejrzeć silniki. Potem mówił mi, że po stanie łopatek ocenił, iż do końca pracowały na pełnych obrotach. Wrak oglądał również Antoni Milkiewicz (były główny inżynier wojsk lotniczych, rzeczoznawca MON - red.), który również nie zauważył niczego, co wskazywałoby na działania z zewnątrz. Przeszedłem sobie cały tor ostatniej fazy lotu".

Po oględzinach na miejscu katastrofy Klich miał już pewność, że 10 kwietnia doszło do wypadku: "Tylko się w tym upewniłem. Szedłem po śladach i po kolei wszystko oglądałem: pościnane czubki drzew, brzozę, zerwaną linię energetyczną, obłamane gałęzie, ślady na ziemi i wreszcie wrak. Nie miałem pojęcia, że ta brzoza urośnie później do takiej rangi. Do głowy mi nie przyszło, że ludzie zaczną tworzyć w związku z nią tak zwariowane teorie".

Największy cywilny satelita Ziemi zamilkł. Nie wiadomo, dlaczego [ZDJĘCIA] >>

DOSTĘP PREMIUM