"Ucho Łukasza było purpurowe, naderwane...". Wychowawczyni: Nie uważam tego za incydent

12-letni Łukasz, wychowanek domu dziecka, miał zostać poturbowany przez wychowawczynię, której się postawił. Według relacji świadków wylała mu na głowę sok po truskawkach i tak go szarpała i ciągnęła za ucho, że je naderwała. Dyrektorka placówki miała powiadomić odpowiednie służby, zgłosić sprawę do prokuratury i wyciągnąć konsekwencje. Okazuje się jednak, że nigdzie sprawy nie zgłosiła, a wychowawczynię awansowała.

Incydent z Łukaszem wydarzył się w czerwcu zeszłego roku. Próba jego "zamiecenia pod dywan" wyszła na jaw dopiero teraz. W zeszłym tygodniu, opublikowaliśmy bulwersującą historię Kamili , która po kuracji gripexem, jaką zafundował jej dom dziecka, trafiła do szpitala. Obie historie zdarzyły się w tej samej placówce - domu dziecka nr 4 na ul. Łukowskiej w Warszawie.

Dzieci: Założyła mu talerz na głowę i za ucho do kuchni

Placówkowe życie 12-letniego Łukasza zaczęło się niespełna dwa lata temu w pogotowiu opiekuńczym przy ul. Bonifacego w Warszawie, skąd po kilku miesiącach chłopiec trafił do bidula na Łukowską.

Łukasz to dziecko nie wyróżniające się niczym szczególnym, przeciętnej postury. Znajomi opisują go jako "odważnego, rogatego, niepokornego" chłopca, który ma własne zdanie i potrafi się postawić.

16 czerwca zeszłego roku, około południa, Łukasz wszedł do pokoju wychowawców, w którym była J., wychowawczyni na tzw. dyżurze wychowawczym. W pobliżu było również kilkoro innych, kręcących się po placówce dzieci.

Afera, która miała zakończyć się pobiciem chłopca, zaczęła się od tego, że Łukasz poczęstował się truskawkami i nie chciał umyć talerza, mimo że wychowawczyni go o to poprosiła. Według relacji świadka, z którym rozmawiałam, między wychowawczynią a chłopcem doszło do kłótni. Łukasz wyszedł z pokoju. Były wychowanek placówki, który widział zajście, tak je relacjonuje: - Łukasz nie chciał pozmywać naczynia po truskawkach, zaczęli się kłócić i pani J. założyła mu talerz na głowę. Wylał się na niego sok po truskawkach. On rzucił talerzem, ona za ucho prowadziła go do kuchenki, krzyczała, że jest gówniarzem, on też ją nawyzywał. Potem Łukasz uciekł do swojego pokoju.

Poszła za nim wychowawczyni, która - jak relacjonował chłopiec - złapała go za włosy i w ten sposób ściągnęła z fotela na podłogę. Później "akcja" przeniosła się do siłowni w placówce, gdzie podsłuchujące pod drzwiami dzieci usłyszały słowa wychowawczyni: "Nie z takimi chłopakami się biłam".

Wreszcie Łukasz uciekł z budynku i schował się gdzieś na ogrodzonym terenie placówki, gdzie doczekał do końca dyżuru J.

Psycholog ustala przebieg wydarzeń i sporządza notatkę

Łukasz trafił do pielęgniarki (to inna pielęgniarka, niż ta, która zajmowała się Kamilą), gdzie znalazła go psycholożka, zatrudniona w bidulu. Opowiada, że widziała Łukasza i rozmawiała z nim krótko po zajściu. - Chłopiec był roztrzęsiony. Zresztą tak jak i inne dzieci, które to widziały. - Ucho było purpurowe, naderwane, widziałam to na własne oczy, to charakterystyczny rodzaj urazu. Tego dnia miał jasną koszulkę, było widać na niej ślady soku z truskawek. Dowiedziałam się, że "pani J. pobiła Łukasza". Pielęgniarka również stwierdziła, że ucho jest naderwane - taka notatka znalazła się w zeszycie, gdzie zapisywane są wszystkie interwencje medyczne w placówce. To był czwartek, później jeszcze rozmawiałam z innymi dziećmi, ustalałam, jak przebiegał dzień w domu dziecka, a po weekendzie, 20 czerwca, sporządziłam notatkę służbową w arkuszu obserwacji dziecka.

Notatka brzmi: "Dnia 16.06.2011 wychowankowie zgłosili mi, że Łukasz został "pobity" przez wychowawczynię J. Zapytany o zajście sam Łukasz potwierdził ten fakt i opowiedział o przebiegu całej sytuacji. Objaśnienia dziecka wydają się wiarygodne. Łukasz po zajściu miał naderwane prawe ucho, co osobiście stwierdziłam, i liczne zadrapania, siniaki i plamy na ubraniu po soku z truskawek, który został wylany na głowę dziecka przez wychowawczynię".

Pod notatką widnieje odręczny dopisek [kierowany do psycholożki - red.] z parafką Cecylii Wojdygi, dyrektorki placówki i datą 24.06.2011 r.: "Proszę o wnikliwe wyjaśnienie sytuacji i osobiste zgłoszenie do dyr. placówki".

Dyrektorka: dla dobra sprawy proszę o zachowanie tajemnicy

W gabinecie dyrektorki odbywa się spotkanie dyrektorki z psycholożką. - W pierwszym momencie pani dyrektor zareagowała prawidłowo. Powiedziała, że to poważna sprawa, do zgłoszenia w prokuraturze. Dodała, że następnym razem prosi, bym natychmiast meldowała o takich zajściach. Wyjaśniłam, że chciałam dokładnie odtworzyć przebieg tego zdarzenia, porozmawiać ze świadkami. Pani dyrektor zażądała dodatkowego, bardziej szczegółowego pisma, które dla niej sporządziłam. Drugą notatkę pani dyrektor otrzymała 27 czerwca i potwierdziła jej odbiór podpisem.

- Pani dyrektor zapewniła mnie wtedy, że właściwe służby zostaną poinformowane i że w stosunku do winnych będą wyciągnięte konsekwencje. Padło słowo "prokuratura" - opowiada psycholożka. - Zostałam zobligowana do zachowania dyskrecji o podejmowanych przez nią krokach i poproszona o wyciszenie tematu w placówce. Miałam zachować tajemnicę "dla dobra sprawy".

- Czas mijał, ale nie działo się nic, a w każdym razie nic, o czym byłabym w jakikolwiek sposób informowana. Kilka razy w rozmowach z dyrektor Wojdygą wracałam do pytania - jak przebiega wyjaśnianie tej sytuacji? Za każdym razem słyszałam to samo: że właściwe służby wiedzą o sprawie i się nią zajmują. Raz nawet usłyszałam, że wiadomo, jak pracuje prokuratura w Polsce. Powoli.

- Dlaczego pani sama nie powiadomiła prokuratury? - pytam psycholożkę.

- Pracowałam tam krótko i nie miałam powodów nie wierzyć w zapewnienia pani dyrektor, że zawiadomiła, kogo trzeba.

Wychowawczyni: - Nie uważam tego za incydent. Dyrektorka: - Nie będę rozmawiać

Dzwonię do wychowawczyni - J. Chcę porozmawiać na temat incydentu, do którego miało dość pomiędzy nią a Łukaszem: - Ja nie czuję teraz potrzeby rozmawiania na ten temat - słyszę w odpowiedzi. - No i ja tego nie uważam za incydent.

- Czego pani nie uważa za incydent? - pytam.

Wychowawczyni rozłącza się.

Dzwonię ponownie, tym razem słyszę, że wychowawczyni nie będzie ze mną rozmawiać, bo dzwonię na prywatny numer i odsyła mnie do biura prasowego Biura Polityki Społecznej miasta.

Próbuję porozmawiać również z dyrektorką placówki Cecylią Wojdygą. Chcę zweryfikować informacje, zapytać o podejmowane przez nią decyzje. - Nie będę z panią rozmawiać, proszę dzwonić do biura prasowego Biura Polityki Społecznej miasta.

Łukasz przeniesiony. Dla J. - awans

Po wakacjach, we wrześniu 2011 r., Łukasz został przeniesiony do filii domu dziecka nr 4 na Kontuszowej, rzekomo bez związku z czerwcowymi zajściami. Jest tam do dziś.

W styczniu tego roku wychowawczyni J., ta która miała poturbować Łukasza i naderwać mu ucho, dostaje awans: ma być koordynatorką drugiej filii placówki nr 4., na Wiśniowej w Warszawie. Kieruje tam zespołem, który ma pod opieką młodsze dzieci.

Psycholog: - Zastanawiałam się, czy to możliwe, żeby pani dyrektor naprawdę nic ze sprawą nie zrobiła. Wierzyłam jej, że zgłosiła to tam gdzie powinna. Zaczęłam podejrzewać, że sprawa jest "posprzątana". W kwietniu skierowałam do prokuratury zapytanie: Czy jest w ogóle prowadzone takie postępowanie, bo z moich informacji wynika, że powinno, a nikt z zewnątrz tego do tej pory nie badał.

Prokuratura: nic do nas nie wpłynęło

Rzecznik Prokuratury Okręgowej Warszawa Praga Renata Mazur informuje mnie, że żadne zawiadomienie ze strony dyrekcji domu dziecka przy Łukowskiej nie wpłynęło. Natomiast prokurator wszczął postępowanie w tej sprawie, ale dopiero po otrzymaniu zapytania skierowanego przez psychologa placówki w kwietniu tego roku. - Sprawa jest bardzo świeża, dziś mogę tylko powiedzieć, że jest prowadzone postępowanie sprawdzające w kierunku naruszenia nietykalności cielesnej jednego z wychowanków. Ta sprawa jest nowością dla prokuratury - mówi mi prokurator Mazur. - Gdyby takie zawiadomienie było, na pewno prokuratura podjęłaby kroki sprawdzające w tej sprawie. Czy to zostanie potwierdzone, rozszerzone, czy kierunek postępowania będzie zmieniony - okaże się gdy zakończymy wstępne czynności.

Prokuratura nie wyklucza połączenia sprawy Kamili i Łukasza w jedno postępowanie.

Rzecznik Praw Dziecka: potwierdziliśmy, że przemoc wobec dziecka była

Jednostka bezpośrednio odpowiedzialna za domy dziecka w Warszawie - Warszawskie Centrum Pomocy Rodzinie - jest zaskoczone sprawą. Pierwszy raz słyszy o niej ode mnie. Następnego dnia WCPR dysponuje już dokumentami, o które poprosiło placówkę. To dokumenty sporządzone przez pracowników domu dziecka, z których wynika, że do przemocy nie doszło.

Pytam, jak to możliwe, żeby wyjaśnianiem sprawy domniemanej przemocy wobec dziecka zajmowała się wyłącznie jedna ze stron konfliktu, czyli osoby dorosłe zatrudnione w placówce? Dlaczego nie zostały wezwane z zewnątrz odpowiednie służby - prokuratura, policja, Rzecznik Praw Dziecka lub wojewoda mazowiecki?

- Dyrektor skorzystał z informacji uzyskanych od innych pracowników placówki. Z raportów uzyskanych wynika, że kilka innych osób miało przekonanie o tym, że nie doszło do przemocy osoby dorosłej w stosunku do wychowanka - mówi dyrektorka WCPR-u. Jolanta Sobczak. Dodaje, że nie wie, by placówkę kontrolował Rzecznik Praw Dziecka, ale zapewnia, że jeśli RPD potwierdzi naruszenie nietykalności cielesnej Łukasza, zgłosi sprawę do prokuratury.

Również Rzecznik Praw Dziecka Marek Michalak o incydencie dowiedział się od nas, tydzień temu. Zarządził natychmiastową kontrolę. - Kontrola trwa, i choć dopiero się zaczęła, to ten najbardziej drastyczny szczegół, czyli przemoc wobec dziecka i naderwane ucho, już potwierdziliśmy - słyszę w biurze RPD.

Tyszkiewicz, Polska Wenus, kura domowa... Niezwykła wystawa o kobietach"Uwikłane w płeć" >>

Praca do 67. roku życia? Sprawdź, kiedy przejdziesz na emeryturę [TABELA]>>

DOSTĘP PREMIUM

DOSTĘP PREMIUM