Błędy na receptach. Czy to powinien być przywilej lekarzy?

Ministerstwo Zdrowia twierdzi, że idzie lekarzom na rękę, ale oni ciągle chcą więcej. Medycy z kolei uważają, że nowe zapisy mają na celu zastraszenie lekarzy, a karanie za literówki na receptach to absurd, który puści ich z torbami. Urzędnicy uspokajają: To nie za błędy dotyczące danych pacjenta chcemy karać. Ale czy możliwość pomyłek przy wypisywaniu tak ważnych dla zdrowia dokumentów powinna być przywilejem lekarzy?

Ogólnopolski protest lekarzy trwa od sześciu dni. Jak na razie, nie jest bardzo widoczny. Większość pacjentów nie ma problemów z uzyskaniem normalnej recepty. W ciągu czterech pierwszych dni, do Biura Rzecznika Praw Pacjenta wpłynęło tylko 91 skarg z całej Polski w związku z protestem.

Ale środowisko lekarskie nie ma zamiaru się poddawać. Protest ma trwać, dopóki nie zostaną zmienione umowy z NFZ. Mimo że, jak zaznacza urząd, większość postulatów lekarzy została zaakceptowana. Spór toczy się teraz tylko o dwa zapisy:

- nałożenie na lekarzy kar umownych w wysokości 200 zł za nieprawidłowo wystawioną receptę,

- nałożenie na lekarzy kar umownych w wysokości 200 zł za błędne ustalenie stopnia refundacji leku na recepcie.

Niechlujstwo na receptach

Lekarskie recepty były już niejednokrotnie krytykowane przez środowisko aptekarskie. Np. w kwietniu 2009 roku śląscy aptekarze w liście wysłanym do premiera Donalda Tuska skarżyli się na niechlujstwo lekarzy. Głównymi zarzutami były niewyraźne pieczątki, błędnie napisane daty, posługiwanie się skrótami nazw miast.

Niektóre z błędów farmaceuci mogą poprawić sami, ale reszta uniemożliwia pacjentowi wykupienie leków. Zgodnie z ówczesnymi przepisami za błędnie wypisane recepty lekarz musiał jedynie pokryć koszty nienależnej refundacji, które wynosiły z reguły 10-35 zł w przypadku pojedynczego leku. Jedynym naprawdę poszkodowanym był pacjent, który np. nie mógł zrealizować recepty, czasem bardzo ważnej dla jego zdrowia.

Nowe przepisy nakładają na lekarzy kary za błędnie wypisane recepty. Za każdą lekarz miałby zapłacić 200 zł. Zdaniem protestujących taki system doprowadzi niektórych nawet do bankructwa. Jak wyliczył Krzysztof Bukiel z OZZL, lekarz, który popełniłby jedną niezawinioną pomyłkę dziennie, musiałby zapłacić co miesiąc 4 tys. zł kary. Wystarczyłaby literówka w nazwisku pacjenta lub zła cyfra w numerze PESEL. A - zdaniem Bukiela - o takie pomyłki przy kilkudziesięciu wypisywanych dziennie receptach wcale nietrudno.

Taki lekarz jest zagrożeniem dla pacjenta

Taka argumentacja nie przemawia do Andrzeja Troszyńskiego, rzecznika NFZ. Jego zdaniem, jeżeli lekarz przy wypisywaniu recept popełnia po kilka pomyłek dziennie, nie świadczy to najlepiej o jego pracy. Jego roztargnienie może mieć bowiem nawet tragiczne skutki. - Jeżeli lekarz przez pomyłkę zapisze dla dziecka lek o gramaturze dla dorosłego człowieka, to może ono takiej kuracji nie przeżyć. Dlatego lekarz ogólnie nie powinien się mylić - zaznacza.

Jak dodaje, obecne przepisy nie są wymierzone w godność lekarzy, nikt nie uważa ich wszystkich za oszustów, którzy będą fałszować recepty. - Kodeks drogowy nie został stworzony tylko dla piratów drogowych. Jest także po to, żeby wszyscy wiedzieli, że jak popełnią wykroczenie, to spotka ich za to kara i będzie ona takiej i takiej wysokości. I tak samo jest z przepisami dotyczącymi wystawiania recept - zaznacza. Zauważa również, że jeżeli chodzi o błędy na receptach dotyczące danych pacjenta, to zawsze może je bez problemu poprawić aptekarz. Jest to zapisane w Rozporządzeniu Ministra Zdrowia ws. recept lekarskich.

Pani Pachciarz jest prawniczką, rozumie, co znaczy prawo pisane

W sprawie niewielkich błędów na receptach uspokaja także prezes Narodowego Funduszu Zdrowia Agnieszka Pachciarz. W wywiadach zapewnia, że kary dla lekarzy za błędy "mają co do zasady służyć wychwyceniu skrajnych przypadków". Ale to nie przekonuje protestujących.

- Przepisy mówią, że prawidłowo wypełniona recepta zawiera m.in. dane pacjenta. A nowa umowa przewiduje karę za jej złe wypełnienie. Czyli, jak mamy to rozumieć? Pani Pachciarz jest prawniczką i na pewno rozumie, co znaczy prawo pisane i jak daleka jest możliwość interpretacji. Albo to trzeba doprecyzować, albo zmienić - uważa Krzysztof Bukiel z OZZL.

I dodaje, że środowisko lekarskie wysłało do prezes NFZ list otwarty w tej sprawie. - Prosimy w nim, aby określiła, jak mamy definiować te przepisy. Bo w wystąpieniach publicznych pani Pachciarz mówi, że mamy się nie bać kar za złą literę w nazwisku, ale w umowie tego nie ma. Niech to zapisze w jakiś sposób, żebyśmy wiedzieli, czego mamy się trzymać. W obecnej formie nigdy tego nie zaakceptujemy - zaznacza Bukiel.

Niech odpowiadają za to aptekarze

Bukiel zapowiada również, że środowisko lekarskie nie ma zamiaru ustąpić ws. kar za błędnie wpisany stopień refundacji danego leku. - Przede wszystkim chodzi o to, żeby lekarz leczył, a ci, którzy się mają zajmować refundowaniem, tym się zajmowali. Żeby nie wciągać lekarza w zadania, które nie są w jego kompetencjach, które mu utrudniają pracę, burzą relacje między lekarzem a pacjentem. Takim zadaniem jest właśnie konieczność zaznaczania stopnia refundacji za dany lek na recepcie - stwierdza.

Jak dodaje, lekarze zostali postawieni w bardzo trudnej sytuacji. - W kółko o tym mówimy, ale mało kto rozumie, że to jest niezwykle skomplikowane, i nie ma czegoś takiego chyba nigdzie na świecie. Lekarz musi sprawdzić bardzo dużo danych, zanim ustali stopień refundacji, to pochłania dużo czasu. Do tego łatwo się pomylić. I niech taki lekarz zrobi dwie pomyłki dziennie i na koniec miesiąca ma ogromna karę - mówi.

Zdaniem Bukiela kary za pomyłki nałożone na lekarzy są tylko po to, aby wystawiali oni wszystkie recepty na 100 procent. I tak będą robili, aby uniknąć błędu. Jego zdaniem odpowiedzialność za określanie stopnia refundacji powinna spaść na aptekarzy, tak jak to było wcześniej.

Chcą zniesienia jakiejkolwiek odpowiedzialności?

Obecny protest lekarzy jest ostro krytykowany przez ministra zdrowia Bartosza Arłukowicza. - Dzisiaj mamy do czynienia z kolejną eskalacji oczekiwań środowiska lekarskiego. Przypomnę, że w grudniu, kiedy rozpoczynaliśmy rozmowy, środowisko lekarskie oczekiwało nowelizacji ustawy refundacyjnej. Ta ustawa została znowelizowana. Potem kolejne oczekiwania dotyczące nowelizacji ustawy o działalności leczniczej. Ustawa została znowelizowana. Potem doszło do zmiany prezesa NFZ-etu i zaproponowaliśmy nowe brzmienie umowy na recepty w gabinetach prywatnych i na recepty wypisywane dla samych lekarzy i członków ich rodzin. Te propozycje zostały przedstawione przez panią prezes NFZ-etu - mówił w niedzielę Arłukowicz na konferencji prasowej w Warszawie.

- Nie jest dopuszczalna sytuacja, w której oczekuje się zniesienia jakiejkolwiek odpowiedzialności. A takie oczekiwania dzisiaj są kierowane w naszą stronę - ocenił.

Wracają słynne pieczątki, wracają problemy pacjentów

Lekarze w ramach protestu od 1 lipca mają wypisywać pacjentom recepty na leki na druku opracowanym przez Naczelną Radę Lekarską. Jest na nim miejsce na nazwę leku oraz dawkowanie, brakuje jednak rubryki na procent refundacji. Zapowiadali też, że - aby dać wyraz swojemu niezadowoleniu z kar nałożonych przez NFZ (200 zł za źle wypisaną receptę) - będą:

- stosować pieczątkę ze styczniowego strajku z napisem "Refundacja do decyzji NFZ"

- używać nazw międzynarodowych leków oraz wypisywać medykamenty spoza listy leków refundowanych

- nie wpisywać kodu NFZ na receptach.

W takich sytuacjach pacjenci mogą mieć problemy z wykupieniem leków z przysługującą im zniżką.

W proteście lekarzy uczestniczą największe organizacje lekarskie: Federacja Porozumienie Zielonogórskie, Ogólnopolski Związek Zawodowy Lekarzy, Stowarzyszenie Lekarzy Praktyków oraz Polska Federacja Pracodawców Ochrony Zdrowia.

Jak Europa traktuje homoseksualistów [RAPORT] >>

DOSTĘP PREMIUM