Po tragicznej śmierci właściciela unikalny magazyn literacki znika z rynku. Czytelnicy się nie poddają

Nagła śmierć jedynego właściciela tytułu Artura Szczecińskiego pociągnęła za sobą kryzys finansowy. Nie wystarczyło pieniędzy na wydrukowanie nowego numeru, ale czytelnicy nie godzą się na klęskę kultowego magazynu kulturalnego ?Bluszcz?. - Tym razem nie będziemy czekać na reaktywację 70 lat! - piszą zgodnie internauci i planują zrzutkę na reanimację pisma.

Problemy finansowe "Bluszcza" były z nim niemal od początku istnienia, czyli od 1865 roku. Znane nazwiska, jak Maria Dąbrowska, Konstanty Ildefons Gałczyński, Eliza Orzeszkowa czy Maria Konopnicka, którzy tworzyli dla pisma, przyciągały grono czytelników wiernych, ale nielicznych.

- To efekt uboczny tworzenia prasy elitarnej nie tylko przez swoją cenę, ale przede wszystkim przez wysoki poziom intelektualny zamieszczanych tam treści - przekonywał w artykule "Prasa polska w latach 1918 - 1939" znany historyk Andrzej Paczkowski . "Bluszcz" bowiem to przede wszystkim teksty literackie, powieści w odcinkach i recenzje kulturalne, a także ilustracje zastępujące zdjęcia - relikt z okresu pozytywizmu.

Pierwszy numer ukazał się, kiedy Polski nie było jeszcze na mapie, i z przerwami wydawano go aż do wybuchu II wojny światowej, jako tygodnik. Na wznowienie tytułu czytelnicy (a właściwie czytelniczki, bo początkowo "Bluszcz" skierowany był do kobiet - miał uświadamiać im ich wielką rolę spełnianą wobec ojczyzny i rodziny) czekali aż 70 lat. Współczesność okazała się jednak dla literatury mało przychylna, bo po zaledwie czterech latach "Bluszcz" ponownie odchodzi do lamusa.

"Nie mówimy: żegnaj, mówimy: do zobaczenia!"

Nakład nowego, wydawanego od 2008 roku "Bluszcza" liczył 10 tys. egzemplarzy i przynosił minimalne zyski. Kiedy 11 maja do redakcji miesięcznika dotarła informacja o wypadku 39-letniego wydawcy, pewne było, że odszedł wizjoner. - Dla Artura "Bluszcz" nie był kolejnym projektem biznesowym czy komercyjnym. To była jego misja i pasja - pisał zespół, żegnając swojego szefa na łamach gazety.

Szybko okazało się, że znalezienie innego inwestora, traktującego zyski ze sprzedaży marginalnie, przerośnie możliwości wydawnictwa. - Trwa postępowanie spadkowe, które ma ustanowić spadkobiercami niepełnoletnie dzieci wydawcy - mówi Iwona Kasica, pełnomocniczka wydawnictwa Elipsa. - Ich opiekunowie nie mają jednak doświadczenia w kierowaniu magazynem, dlatego zapadła decyzja o zawieszeniu działalności i wystawieniu tytułu wraz z całym wydawnictwem na sprzedaż. Zgłaszają się do nas potencjalni kupcy, zarówno osoby prywatne, jak i koncerny - dodaje Iwona Kasica.

- Jesteśmy obecnie w stanie oczekiwania. Dostałem już kilka telefonów od osób zainteresowanych kupnem "Bluszcza" z pytaniem, czy chciałbym dalej pełnić w nim funkcję redaktora naczelnego - komentuje sprawę dziennikarz Rafał Bryndal. Podkreśla, że zgłosiło się do niego wiele osób chcących na różne sposoby wesprzeć pismo, ale on sam niewiele może zrobić. - Wszelkie decyzje należą do obecnych właścicieli pisma. Przekazuję im składane mi oferty i mam nadzieję, że jeszcze będę kierować tym wyjątkowym magazynem - mówi Bryndal.

"Kwota zaproponowana przez ministerstwo jest śmieszna"

Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego zajmuje się w ramach programu Promocji Literatury i Czytelnictwa przyznawaniem dotacji kulturotwórczym magazynom. "Bluszcz" kilkakrotnie nie wpisywał się, w ich ocenie, w tę kategorię i nie otrzymywał finansowego wsparcia.

"Zdaniem Instytutu [mowa o Instytucie Książki, który przyznawał w tym czasie dotacje w imieniu MKiDN- przyp. red.] i kryteriów, których nikt nie zna, "Bluszcz" jest mniej kulturotwórczy od np. "Tygodnika Powszechnego", "Frondy" czy "Wiadomości Konserwatorskich". Bluszcz jest mniej kulturotwórczy od "Midrasza" i Fundacji Shalom. "Bluszcz" jest mniej kulturotwórczy od np. "Lampy" - pisma literackiego, mającego zbliżony charakter do "Bluszcza" i drukującego tych samych autorów" - krytykowała decyzję komisji redakcja na Facebooku w 2010 roku.

Tym razem zespół odwołał się od decyzji ministerstwa. - W procedurze odwoławczej, która przysługiwała "Bluszczowi" z uwagi na liczbę punktów uzyskanych w I etapie, miesięcznikowi przyznano dotację wysokości 50 tys. zł - wyjaśnia Marcin Wieczorek z MKiDN. Miało to miejsce pod koniec lutego. Pieniądze nie dotarły jednak fizycznie do właściciela czasopisma, ponieważ Artur Szczeciński nie zdążył dopełnić związanych z dotacją formalności.

- Wydawnictwo powinno złożyć odpowiednią dokumentację, a na jej podstawie utworzona zostałaby umowa. W zaistniałych okolicznościach nie było to możliwe, a kwestia pełnomocnictwa także budzi wątpliwości. Musimy ustalić, czy jest ono skuteczne. To nietypowa sytuacja i prawdopodobnie konieczne będą konsultacje wewnątrz ministerstwa - tłumaczy Wieczorek.

- Kwota zaproponowana przez MKiDN jest śmieszna i ministerstwo dobrze o tym wie - podsumowuje pełnomocniczka wydawnictwa Elipsa. Problemy finansowe pisma są na tyle poważne, że niemożliwe okazało się wydrukowanie gotowego już numeru lipcowego. - Teksty są napisane i złamane, więc jeśli pojawi się możliwość udostępnienia kolejnego numeru, chętnie to zrobimy - przyznaje były redaktor naczelny. Jak podkreśla Iwona Kasica, nawet wypłacenie zamrożonych w ministerstwie 50 tys. zł nie rozwiązałoby problemu. - Miesięczny koszt prowadzenia takiego pisma to 120 tys. - wyjaśnia.

Zrzutka na Facebooku. "Mamy szansę zastąpić wydawców!"

Pisma chcą bronić jego czytelnicy, którzy skrzykują się na Facebooku. "Nie pozwólmy, żeby ważna pozycja upadła tylko dlatego, że nie ma kto przejąć nad nią opieki po tak tragicznych wydarzeniach. Pokażmy siłę społeczności i spróbujmy uratować "Bluszcz"!" - napisał na Facebooku Karol Król, który w kilka dni po ogłoszeniu zawieszenia wydawania pisma postanowił wykorzystać potencjał czytelników. Stworzył na portalu akcję "Społecznościowy ratunek magazynu Bluszcz" , do której w ciągu 5 dni dołączyło już niemal 700 użytkowników. - Zacząłem od rozesłania zaproszeń do akcji wśród moich znajomych, a oni wysłali kolejne 2 tys.! - cieszy się Król. Szanse na powodzenie są tym większe, że inicjator akcji nie jest amatorem. To założyciel i redaktor naczelny strony crowdfunding.pl.

- Crowdfunding to finansowanie społecznościowe, dziedzina raczkująca w Polsce, ale coraz popularniejsza na świecie. Źródłem kapitału staje się szeroka społeczność wirtualna, która chce wesprzeć kreatywnego pomysłodawcę. Zgromadzone w ten sposób pieniądze dochodzą nawet do sum rzędu kilku milionów złotych - przekonuje Karol Król.

Jednym z najgłośniejszych przykładów crowdfundingu w Polsce jest film Artura Wyrzykowskiego pt. "Wszystko". Młody reżyser przez dwa lata gromadził wpłaty od internautów (każdy, kto wpłacił przynajmniej 10 zł, mógł zobaczyć swoje nazwisko w napisach końcowych), a kolejne dwa szukał dystrybutora. Ostatecznie udało się - taśma w rozmiarze 35 mm, 15 minut zmontowanego materiału, 80 tysięcy zł i na ekrany kin wszedł pierwszy sfinansowany przez internautów film krótkometrażowy.

Przykład Wyrzykowskiego motywuje osoby zrzeszone wokół próby reanimacji kulturalnego miesięcznika. - To nie jest tak, że podam na Facebooku numer mojego konta i powiem "hej, kupmy sobie "Bluszcz"!". Crowdfunding musi się mierzyć z licznymi ograniczeniami prawnymi, społeczną nieufnością co do wykorzystania zebranych w taki sposób pieniędzy i w tym wypadku - z wolą spadkobierców wydawnictwa. Na razie zbieramy chętnych - wyjaśnia Karol Król. Jest jednocześnie szczęśliwy, że do społeczności należy nie tylko większość zespołu redakcyjnego, pracowników wydawnictwa i czytelnicy, ale także osoby, które z "Bluszczem" nie miały wcześniej do czynienia.

Akcja żyje swoim życiem, a jej członkowie poza wsparciem finansowym oferują pomoc w obsłudze technicznej, kolportażu i przerzucają się pomysłami na reaktywację miesięcznika. "Może jakąś akcję/ kampanię społecznościową zróbmy? może flashmob?" - proponuje w komentarzu czytelniczka; "Od dawna zastanawiałam się nad pewną formą reklamy książek, pt. "Polecane przez "Bluszcza". Trochę na zasadzie "nominacja do Nike"" - rzuca inna. Internauci deklarują, że gotowi są płacić więcej niż 10 zł za jeden numer, zamawiać z góry roczną prenumeratę albo nawet kupować e-wydanie.

Ta ostatnia opcja budzi jednak najwięcej kontrowersji, a przeciwko niej przemawia dodatkowo przykład "Machiny", dla której przejście na wersję elektroniczną (a wreszcie tylko stronę internetową) stało się początkiem końca, mimo licznego grona wiernych czytelników. - Rozważamy wiele opcji, w tym także stworzenie wydania internetowego - przyznaje pełnomocniczka Elipsy.

- Jestem wzruszony tym, jak wiele Bluszcz znaczył dla czytelników. Cały zespół redakcyjny z uwagą śledzi społeczne akcje, które mają na celu wsparcie tytułu. Cieszę się, że mogłem go współtworzyć, i mam nadzieję, że będę miał jeszcze okazję robić to w przyszłości - komentuje akcję Rafał Bryndal. Pomysłodawca społecznego sfinansowania "Bluszcza" oraz były redaktor naczelny mają w planach spotkanie. - To piękny gest, ale sam, niestety, niewiele mogę pomóc. Na pewno przekażę jednak władnym osobom wszelkie propozycje wsparcia dla "Bluszcza"- zapewnia Bryndal.

Byle nie równać do średniej

"Życzę Wam, aby to, co robicie, mobilizowało coraz liczniejszych czytelników do podciągania swojego poziomu, tak abyście Wy swojego nie musieli nigdy obniżać!" - pisał w ostatnim wydrukowanym na łamach miesięcznika liście do redakcji czytelnik.

O początkach nowego "Bluszcza" wspomina w czerwcowym numerze jeden z jego felietonistów - Dawid Rosenbaum: "Pewnego dnia Artur [Szczeciński- przyp. red.] wyciągnął mnie na kawę i z wypiekami na twarzy pokazał teczkę wypchaną kolorowymi wydrukami. Powiedział: "Chcę przywrócić do życia "Bluszcz", dawny magazyn literacki". W pierwszej chwili podszedłem do tego pomysłu dość sceptycznie, po godzinie byłem tak samo podekscytowany jak on. Wtedy Artur pokazał mi niezadrukowane cztery strony i powiedział: "A to jest dla ciebie. Chcę, żebyś dla nas pisał".

I tak, z zapału kilku utalentowanych osób, powstał wyjątkowy ilustrowany miesięcznik kulturalny. Po zaledwie czterech latach na rynku, starając się utrzymać poziom wyznaczony dziesiątki lat temu przez pierwszą redaktor naczelną - Marię Ilnicką, pismo zostaje ponownie zawieszone.

DOSTĘP PREMIUM