Polska w centrum uwagi. Romney przywozi do nas amerykańską kampanię prezydencką

Teraz Polska. Romney chce pokazać, że jako prezydent będzie pamiętać o sojusznikach USA. I dlatego już za kilka godzin Polska stanie się centrum najważniejszej amerykańskiej politycznej rozgrywki. Mitt Romney, kandydat Partii Republikańskiej na prezydenta, przylatuje dziś do naszego kraju.

Jak przebiegał pierwszy dzień wizyty Romney'a w Polsce [RELACJA MINUTA PO MINUCIE]

Zagraniczne wizyty kandydatów na prezydenta to zabieg służący pokazaniu, że radzą sobie oni na arenie światowej. To wizyty kurtuazyjno-zapoznawcze, okazje do uściśnięcia ręki światowym politykom i pozowania do wspólnych zdjęć. Powoli stają się punktem obowiązkowym kampanii, szczególnie jeśli kandydat jest mało znany lub nie ma doświadczenia związanego z polityką międzynarodową.

Przed czterema laty Barack Obama podbił Europę szturmem. Kilka miesięcy temu François Hollande także ruszył w tour po krajach europejskich i choć nie wszyscy politycy chcieli się z nim spotkać, nie zaszkodziło mu to we francuskich wyborach. I Obama, i Hollande piastują urząd prezydencki, ale czy Mitt Romney zamieszka w Białym Domu?

Kampania prezydencka to gra, w której liczy się każda sekunda, każda decyzja, każdy wydany dolar. Najmniejsze potknięcie może mieć fatalne konsekwencje. I teraz, w środku najważniejszej politycznej rozgrywki swojego życia, Romney zatrzyma się na dwa dni w Polsce. Jeszcze nigdy żaden polityk walczący o prezydenturę USA nie odwiedził nas w czasie kampanii.

Co go do tego skłoniło? Czy jesteśmy w jego wizji polityki zagranicznej sojusznikiem USA tej miary co Izrael i Wielka Brytania, dwa kraje, które odwiedził wcześniej?

Gafy Obamy szansą Romneya?

Choć z pewnością usłyszymy o wyjątkowej roli stosunków polsko-amerykańskich i pochwały na nasz temat, słowa te nie zmienią faktu, że wizyta to tylko część amerykańskiej kampanii wyborczej. A Polska na liście odwiedzanych krajów znalazła się nie dzięki własnej wadze lub zasługom - wizytę Romneya w Warszawie i Gdańsku zafundowała nam administracja prezydenta Baracka Obamy. To jego gafy umieściły nasz kraj na radarze sztabu republikańskiego kandydata na prezydenta.

Polska jako wygodne narzędzie

Dlaczego Polska? Bo prezydent Obama wycofał się z projektu tarczy antyrakietowej i ogłosił to 17 września. Bo Obama powiedział o "polskim obozie śmierci". Sztabowcy Romneya uznali, że to właśnie Polska będzie dobra, by podkreślić, że Obama ignoruje swoich sojuszników i zapomina o nich. Polska jest do tego idealnym i bardzo wygodnym narzędziem.

Wizyta w naszym kraju ma pokazać, że w przeciwieństwie do urzędującego prezydenta Romney jako lokator Białego Domu będzie dbał o kraje sprzymierzone, nawet małej rangi - jak Polska. To, że dziś przylatuje, nie powinno być odczytywane jako sygnał, że dla hipotetycznej administracji Romneya będziemy znaczyć tyle samo co Izrael czy Wielka Brytania - kraje, które wcześniej odwiedził.

Romney skuteczniejszy od Obamy?

Drugi cel, który realizuje Romney w czasie tej podróży, jest ściśle powiązany z jesiennymi debatami prezydenckimi. W USA odbywają się trzy, a jedna z nich będzie poświęcona sprawom międzynarodowym, w których Romney ma minimalne doświadczenie. Jego sztabowcy uznali, że podróż zagraniczna jest konieczna, by pokazać kandydata jako gracza na globalnej scenie.

Romney, były gubernator Massachusetts i wieloletni szef firmy inwestycyjnej Bain Capital, stawia w swojej kampanii na pokazanie, że będzie skuteczniej od Obamy walczył ze złą sytuacją gospodarczą w USA. Sprawy zagraniczne są w tej kampanii tylko tłem. Ale liczy się każdy głos, także tych ludzi, którzy uważają sprawy zagraniczne za istotniejsze od gospodarczych.

Walka o głosy Amerykanów polskiego pochodzenia

Trzeci cel - najmniej istotny - to próba zawalczenia o choćby część głosów Amerykanów polskiego pochodzenia. W 2008 roku - według różnych szacunków - 53 do 56 proc. z nich głosowało na Obamę. Amerykanie z polskimi korzeniami mieszkają jednak w kilku stanach, które mogą okazać się kluczowe dla losów kampanii. Są to stany obrotowe jak Wisconsin, Michigan, Pensylwania czy Ohio.

Prezydent USA wybierany jest przez Kolegium Elektorskie, więc o zwycięstwie decyduje nie liczba głosów w skali kraju, a liczba elektorów zdobytych w poszczególnych stanach. W większości z nich można zdobyć określoną ich liczbę na zasadzie "zwycięzca bierze wszystko". Do zwycięstwa potrzeba w sumie 270. Być może sztab Romneya, który metodycznie analizuje dane demograficzne i trendy, uznał, że taką podróżą może zdobyć niewielką liczbę głosów Amerykanów polskiego pochodzenia, którzy tradycyjnie głosują na Demokratów. W przypadku bardzo zaciętej i wyrównanej kampanii taka gra może być warta świeczki.

Ryzyko potknięcia

Na razie żadna ze stron nie uzyskała w kampanii dużej przewagi w sondażach. Romney i Obama idą dosłownie łeb w łeb. I to powoduje, że walka jest tak bardzo zaciekła. Romney i jego metodyczny sztab wyznaczyli sobie trzy konkretne cele związane z polską częścią podroży i będą je bardzo skrupulatnie realizować - temu ma służyć jutrzejsze przemówienie, spotkanie z Lechem Wałęsą, wizyty w miejscach historycznych.

Ale wizyta niesie ze sobą także ryzyko. Amerykańscy dziennikarze podróżujący z Romneyem czyhają na każde jego potkniecie. Po nieudanej wizycie w Londynie, w czasie której Romney popełnił szereg gaf i niezręczności, kandydat Republikanów tym bardziej potrzebuje dyplomatycznego i wizerunkowego sukcesu w Polsce.

Na chwilę Polska stanie się centrum politycznego świata dla Ameryki i punktem zero najbardziej zaciekłej, najdroższej i najważniejszej kampanii politycznej w tym roku na świecie. Wszystko, co się wydarzy, może wpłynąć na wynik listopadowych wyborów. I chociażby dlatego warto zwrócić uwagę na to, co przez najbliższe kilkanaście godzin powie i zrobi kandydat Republikanów.

Wizyta Romneya w Polsce. Relację na żywo w Gazeta.pl prowadzą Michał Kolanko i Paulina Kozłowska, 300polityka . Zapraszamy!

DOSTĘP PREMIUM