Biznes w sanatoriach. Garnki za 5 tysięcy złotych. "Dla kuracjuszy mamy różne rozrywki"

Seniorzy w sanatoriach zapraszani są na pokazy garnków czy pościeli. Słyszą o tym, jaki wspaniały wpływ na zdrowie mają te produkty. Jest loteria, jest parasolka gratis, jest miło. Kupują więc. Komplet "zdrowych" garnków. Za 5 tysięcy. - Pani chodziła po korytarzu i płakała. Myślała, że 150 zł płaci za wszystko. A to była pierwsza rata - opowiada jedna z kuracjuszek. Sanatoria problemu nie widzą. Takie promocje to kolejna atrakcja dla kuracjuszy.

Firmy, które organizują prezentacje (celowo nie podajemy ich nazw, by ich nie promować), działają według podobnych reguł.

Zapraszają na spotkania w większości ludzi starszych, seniorów, czyli takich, dla których najważniejsze są zdrowie i rodzina, i to, by żyć jak najdłużej. Przekonują, że garnki, pościel z wełny wielbłąda czy specjalny masażer mogą im w tym pomóc.

Myślał, że wygrał - a musiał zapłacić

Ofiarą takiej firmy padł tata pani Ewy. Mężczyzna ma 78 lat, dostał zaproszenie na prezentację. Na co dzień siedzi w domu, więc - trochę dla rozrywki - poszedł. Na koniec, już po prezentacji, było zamieszanie, emocje, nerwy. Konkurs, losowanie i wygrana. Pan Edward był pewien, że wygrał. Owszem, podpisał jakieś dokumenty, myślał, że to te o wygranej.

Organizatorzy od razu wzięli go do samochodu i zawieźli do domu, razem z siedmioma "wygranymi" paczkami. - To był jakiś zestaw sanatoryjny, ale nawet nie chciałam zaglądać. Do tego masażer, garnki, walizki - opowiada córka pana Edwarda. Dopiero na miejscu mężczyzna dowiedział się, że ma za to zapłacić. Prawie 5 tysięcy złotych.

A wygrana? Owszem, wygrał, ale jedynie zniżkową, promocyjną cenę.

Starszy pan zapłacił, bo prawdopodobnie było mu wstyd przyznać się przed rodziną, że dał się wpuścić w maliny. Rodzinę zapewniał, że wygrał, ale córka nabrała podejrzeń i postanowiła sprawę wyjaśnić. Dotarła do firmy odpowiedzialnej za prezentację. Udało jej się wszystko odkręcić. - Odesłałam cały towar, dopłaciłam do tego za kuriera i za telefony, ale przynajmniej tata odzyskał pieniądze - mówi pani Ewa.

Po jakimś czasie, gdy emocje opadły, próbowała dociec, dlaczego ojciec zdecydował się za garnki zapłacić. - Zauważyłam, że tata boi się śmierci, a na tych spotkaniach porusza się właśnie kwestie zdrowotne - że to wszystko, co oni tam mają, ma służyć poprawie zdrowia. Że ma chronić przed chorobami, przed rakiem. I myślę, że tu zadziałał podobny mechanizm. Ojciec w to wszedł, myśląc, że kupuje samo zdrowie - mówi pani Ewa.

Jak to się odbywa? Reporterka TOK FM na pokazie

Udało mi się dostać na jeden z takich pokazów. Poszłam specjalnie, by zobaczyć, jak to wygląda. By wejść, trzeba mieć zaproszenie. Ktoś zadzwonił do redakcji i zaproponował udział w pokazie. Pani po drugiej stronie słuchawki zupełnie nie przeszkadzało, że dodzwoniła się do radia.

Na pokazie było około 20-30 osób. W większości po pięćdziesiątce. Na pierwszy rzut oka widać, że pan, który prezentował garnki, jest specjalnie wyszkolony, zna techniki perswazji i sposoby manipulacji. Mówił non stop, bez chwili wytchnienia, przez ponad godzinę, od czasu do czasu rozmawiał z widownią.

Garnki na zdrowie

Przekonywał, że garnki ze stali są znakomite, wielokrotnie przy tym nawiązując do zdrowia. Mówił, że w garnkach gotuje się na parze. - Gotujemy w temperaturach niższych, dzięki czemu (w warzywach, mięsie - przyp. red.) zostają wszystkie wartości odżywcze - mówił. Przekonywał, że gotuje się bez użycia soli. - A sól? Zatrzymuje wodę w organizmie, powoduje nadciśnienie tętnicze. To pierwszy krok, bo nadciśnienie doprowadza do zawałów, wylewów, udarów - można było usłyszeć.

Na pokazie dowiedziałam się też, że w naczyniach można również smażyć. - Mięso jest dodatkowo odtłuszczane, dzięki czemu nie mamy tego zabójczego cholesterolu w żyłach - przekonywał.

Nie chcesz mieć alzheimera? Kup garnek

"Prezenter" tłumaczył, że garnki aluminiowe czy miedziane, z których część z nas korzysta, to zabójstwo. - Jeśli chodzi o garnki aluminiowe, to w trakcie gotowania aluminium się wypłukuje i przedostaje do wody, a aluminium jest główną przyczyną choroby Alzheimera. Pod wpływem temperatury, ciepła tworzą się mikropęknięcia emalii, garnek zaczyna rdzewieć. I oprócz tych pierwiastków, które z emalii przedostają się do kotła, przedostaje się także tlenek żelaza - mówił "komiwojażer". - A tlenek żelaza u osób, które nie mają genotypu nowotworu, jest jego główną przyczyną - przekonywał widownię miły pan w garniturze.

Mówił też, że od garnków aluminiowych psują się zęby: - Każdy dentysta wam to powie, że zęby się sypią.

Na spotkaniu, na którym byłam, nikt nie wspomniał, że z zakupu garnków nawet po podpisaniu umowy można się wycofać (a zawsze jest na to 10 dni). Była za to mowa o możliwości zakupu na raty, na miejscu, od ręki.

Komiwojażer jako atrakcja w sanatorium

Pani Daniela przyjechała do sanatorium w Nałęczowie spod Radomia. Na prezentacji garnków była raz, jak mówi, więcej nie pójdzie. Widziała wiele. - Byłam świadkiem, kiedy jedna ze starszych kuracjuszek kupiła komplet garnków. Uważała, że zapłaci za nie 150 złotych, a to była tylko rata, bo komplet kosztował 5 tysięcy. I później rozczarowanie tej babci, chodziła po korytarzu w sanatorium i płakała - mówi kuracjuszka. - Uważam, że sanatorium powinno być z takich akcji wykluczone, nie powinni w ogóle wpuszczać tych handlarzy - dodaje.

- Zdarzało się, że sprzedawano garnki czy pościel, które w sklepie kosztują kilka razy mniej - mówi pan Aleksander spod Kielc, który też leczy się w Nałęczowie.

Raz dał się nabrać i kupił garnek, ale dziś nawet nie chce do tego wracać. - Powinien być bezwzględny zakaz wstępu do uzdrowiska - mówi.

Żadnych zakazów jednak nie ma. Wszystko odbywa się oficjalnie, bez skrupułów. - Dwa dni temu był pan, który przyszedł przed obiadem i przed stołówką zapraszał na pokaz. Wszystkim dawał zaproszenia, mówił, że po pokazie będą drobne upominki, chyba jakaś książka czy parasol (upominki są niemal zawsze - przyp. red.). Ja nie poszłam, bo mnie to nie interesuje, ale wiem, że jedna pani kupiła garnek, chyba za 3 tysiące - mówi nam pani Zofia spod Lublina (w Nałęczowie kuruje się na serce).

Sanatorium: Mamy różne rozrywki...

W Nałęczowie część spotkań odbywa się w sanatoriach, część w Pałacu Małachowskich na środku sanatoryjnego parku. Dlaczego uzdrowisko się na to zgadza? Rozmawialiśmy o tym z Grzegorzem Łozą, głównym specjalistą do spraw marketingu w Zakładzie Leczniczym "Uzdrowisko Nałęczów" SA.

Powiedział nam, że uzdrowisko organizuje różne formy spędzania wolnego czasu dla kuracjuszy. Są to koncerty, występy, zawody balonowe, przejazdy meleksem po parku. Ale również prezentacje firm - pokazy garnków, pościeli, kremów, maści.

- Przede wszystkim dbamy o to, by to, co jest pokazywane, było prawdziwe, z certyfikatami, żeby to nie było hochsztaplerstwo i żeby to było bezpieczne, jeśli ktoś już z tego korzysta - mówił Łoza.

Na pytanie, jak uzdrowisko jest w stanie to sprawdzić, odpowiedzieć już nie potrafił. - No wie pani... Ale nasza rozmowa sprowadza się... Ja w ogóle niechętnie o tym mówię, bo to nie jest nasza działalność. Dochody z tego są małe. To jest po prostu jedna z form spędzania czasu wolnego dla kuracjuszy - wyjaśnił nam Łoza.

"Może trochę są za drogie"

Na argument, że kuracjuszom w uzdrowiskach takie pokazy przeszkadzają, usłyszeliśmy, że "biznes jest biznes". - Jest rynek, to jest i oferta. Czasami rzeczywiście jest to zbyt drogie. Ale przypuszczam, że gdyby nie było chętnych wśród kuracjuszy, to dystrybutorzy nie przyjechaliby do Nałęczowa - mówił Łoza.

- Nie uważa pan, że oni wykorzystują starszych ludzi? - zapytało TOK FM. - Oczywiście, że tak - odparł Grzegorz Łoza z Uzdrowiska Nałęczów. - Ale to jest biznes. I jest to też jakaś atrakcja, forma spotkania się ze sobą, kuracjusze zastanawiają się: kupić, nie kupić? Taka gra towarzyska, dla wszystkich z pożytkiem, jak sądzę - mówi marketingowiec.

Manipulacja i techniki perswazji. Psycholog nie ma złudzeń

Zdaniem psychologa prof. Wioletty Tuszyńskiej-Boguckiej z Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie handlowcy, którzy prowadzają prezentacje, są doskonale przeszkoleni.

Wiedzą, co mówią i jak trafić do osób starszych. Znają techniki perswazji. - Bardzo często stosowane są elementy analizy transakcyjnej, gdzie oddziałujemy na emocje drugiego człowieka, poruszając takie obszary, które skłonią go do kupna. Te osoby są szkolone na naprawdę bardzo wyspecjalizowanych kursach, opartych na solidnej wiedzy psychologicznej - mówi pani profesor.

Podkreśla, że wszystko dzieje się w majestacie prawa, nikt nikogo do zakupów nie zmusza. - Tylko moralnie, etycznie pozostawia to wiele wątpliwości - dodaje.

Starszych łatwiej oszukać

Psycholog przyznaje, że firmy świadomie i celowo adresują swoją ofertę do seniorów. - Firmy świetnie zdają sobie sprawę, że takie osoby chcą być zdrowe, odczuwają różne dolegliwości bólowe i szukają lekarstwa. I coś jeszcze. Tacy ludzie, nawet w kiepskiej sytuacji finansowej, kupują pewne rzeczy dla swoich bliskich. Wełnianą kołdrę, żeby wnuczkowi było ciepło. Czy właśnie te drogie garnki, żeby córka gotowała na parze, bez soli - mówi psycholog.

Zawsze możesz się rozmyślić. Masz 10 dni

Warto pamiętać, że nawet jeśli na pokazie kupimy garnki czy cokolwiek innego, za gotówkę czy na raty, mamy 10 dni na wycofanie się z umowy, bez konieczności podawania przyczyny. Chodzi o umowy zawierane poza lokalem danego przedsiębiorstwa (czyli np. w hotelu, w domu czy w sanatorium). Wystarczy wypełnić specjalny druk albo po prostu napisać, że odstępujemy od umowy w przewidzianym prawem terminie. Trzeba to odesłać do firmy razem z towarem. - Zgłaszają się do mnie seniorzy, którzy dokonali takiego zakupu. I pomagam im sprawę odwrócić - przyznaje rzecznik konsumentów w Lublinie Lidia Baran-Ćwirta.

DOSTĘP PREMIUM