Sprawa opolanki punkt po punkcie. Prof. Kruszyński: "Być może sama jest sobie winna"

Historia zatrzymania w nocy kobiety i przekazania jej dzieci do pogotowia opiekuńczego wywołała burzę. Okazuje się, że całą sprawę można było zamknąć w skazaniu na wykonanie prac społecznych. Do tego potrzebna jest jednak wola zainteresowanej osoby.

Sąd twierdzi, że kobieta została o takiej możliwości pouczona, pani Joanna zaprzecza. - Jeżeli jest prawdą, że kobieta otrzymała wezwanie z sądu i pouczono ją , że kara może być zamieniona na ograniczenie o wolności, to sama jest sobie winna - komentuje dla TOK FM prof. Piotr Kruszyński z wydziału prawa UW.

A było tak: 17 października sąd wydał nakaz doprowadzenia kobiety do aresztu. Policjanci przyszli ok. godziny 22, a ok. północy pani Joanna została odwieziona do izby zatrzymań. Jej dzieci w piżamach policjanci zawieźli do pogotowia opiekuńczego. Sprawa zelektryzowała media. Pierwsza napisała na ten temat "Nowa Trybuna Opolska" .

Politycy w głos

Niemal wszystkie strony sceny politycznej podłączyły się pod masowe oburzenie. Wypowiedział się Donald Tusk, zapowiadając, że " sprawa będzie wyjaśniona, nie odpuścimy ", wypowiedział się Leszek Miller: " Pani Joanna nie jest bandytą. Rodzina przeżyła koszmar ", swoją opinię dorzucił też Jarosław Kaczyński (" Państwo jest bezwzględne wobec kobiety z Opola, a "Pruszków" zwalnia "). Minister Jarosław Gowin czeka na wyjaśnienia tej sprawy od prezesa sądu okręgowego w Opolu.

Kobieta jest już na wolności.

Gdy usłyszałam, że zabierają mi dzieci, straciłam dech. Czytaj cały wywiad "GW">>

Była kara, nie było pieniędzy

Kilka lat temu pani Joanna dostała karę od Urzędu Kontroli Skarbowej w wysokości 2,3 tys. zł. - Prowadziłam kwiaciarnię. UKS dopatrzył się, że wystawiłam klientowi rachunek, a nie - jak powinnam - fakturę. I mnie ukarał - opowiada kobieta. Jak mówi, chciała zapłacić dług, ale sprawy się skomplikowały, gdy mąż przejął kwiaciarnię, narobił długów, a potem wyjechał za granicę, zostawiając samą z dwójką dzieci bez środków do życia.

Kara nie została więc zapłacona.

Komornik umorzył, "ale to coś zupełnie innego"

W czerwcu 2011 r. pani Joanna dostała pismo od komornika o odstąpieniu od egzekucji pieniędzy. - Bo ja nie pracuję, nie mam żadnego majątku, który można by zlicytować, więc komornik nie ma jak tego długu ściągnąć. Myślałam, że na tym sprawa się zakończyła - opowiada.

- [Odstąpienie od egzekucji przez komornika] to coś całkowicie innego niż umorzenie postępowania sądowego. Dopiero sąd może wydać taką decyzję - tłumaczy w rozmowie z TOK FM sędzia Waldemar Krawczyk z sądu rejonowego w Opolu.

Wezwanie jednocześnie (nie)odebrane

Sąd zmienił jej więc karę grzywny na 25 dni aresztu. Kobieta twierdzi, że o tym nie wiedziała, mówi, że pisma do niej nie dochodziły. Zdaniem sądu jednak pani Joanna odebrała pismo informujące, że ma stawić się na rozprawie w sprawie wydania kary zastępczej. - Jest krótka adnotacja doręczyciela, że odebrała pismo osobiście. Nie stawiła się jednak na rozprawie, wyrok zapadł, a następnie się uprawomocnił - tłumaczyła dla TVN 24 rzecznika opolskiego sądu Ewa Kosowska-Korniak. Sędzia Krawczyk dopowiada w rozmowie z TOK FM, że jest to nie parafka, a podpis z imienia i nazwiska.

- Nie mam pojęcia, skąd w aktach mój podpis, pierwsze słyszę! Też dziwi mnie to, że nieodebrane przesyłki uznaje się za doręczone - odpowiada z kolei pani Joanna w rozmowie z opolską "Gazetą Wyborczą".

"Ta pani nic w tej sprawie nie zrobiła"

Na podstawie Kodeksu karnego wykonawczego sąd mógł zaproponować zamianę kary grzywny na karę ograniczenia wolności, co sprowadza się prac społecznych. Dlaczego sąd nie wykorzystał takiej możliwości?

Jak mówi nam sędzia Krawczyk, aby sąd mógł dokonać takiej zamiany, potrzebna jest zgoda zainteresowanej osoby. - W wezwaniu na rozprawę była informacja, że kara może być zamieniona na prace społeczne, ale przepis wymaga obligatoryjnej zgody - podkreśla. Jak mówi, taką zgodę można też wysłać do sądu pocztą. - [Pani Joanna] nie stawiła się na posiedzenie. Kiedy nie ma takiej zgody, sąd nie ma możliwości [zamienić kary] - wyjaśnia.

- Ta pani nic w tej sprawie nie zrobiła, całkowity brak zainteresowania - ocenia sędzia Krawczyk. Czy sąd miał możliwość całkowitego umorzenia kary? - Sąd może umorzyć koszty sądowe, ale samej umorzyć kary nie może - zaznacza nasz rozmówca.

- Jeżeli jest prawdą, że kobieta otrzymała wezwanie z sądu i pouczono ją, że kara może być zamieniona na ograniczenie o wolności, to sama jest sobie winna - komentuje dla TOK FM prof. Piotr Kruszyński z wydziału prawa UW.

Nie było zawiadomień?

Wygląda na to, że głównym problemem w sprawie pani Joanny był brak komunikacji między nią a sądem. Kobieta w międzyczasie zmieniła miejsce zamieszkania, o czym - jak mówi nam sędzia Krawczyk - powinna sąd poinformować. Jednak pierwsze wezwanie na rozprawę (zawierające też informację o możliwości zamienienia kary grzywny na ograniczenie wolności) było wysłane na stary - wtedy jeszcze aktualny adres.

Kolejne wezwania do zapłaty, a potem wezwania do dobrowolnego odbycia kary nie były odbierane. Były wysyłane na, jak się okazuje, nieaktualny adres. Według przepisów, jeśli pismo jest dwukrotnie awizowane, uznaje się je za doręczone. - Pani się nie stawiała [do dobrowolnego odbycia kary]. W takiej sytuacji sąd ma obowiązek zlecić zatrzymanie - tłumaczy sędzia Krawczyk.

Policjanci działali zgodnie z prawem. "Ale z ludzkiego punktu widzenia..."

- To, co zrobili policjanci, mieści się w ramach przepisów - dodaje sędzia, zaznacza jednak, że mogli zwrócić uwagę na sytuację pani Joanny. - Popisali się brakiem wyobraźni - uważa Ewa Kosowska-Korniak, rzeczniczka Sądu Rejonowego w Opolu. - Nie musieli wyciągać dzieci w piżamach z domu. Skoro pojawiły się wątpliwości, można było wyjaśnić sprawę następnego dnia. W świetle przepisów wszystko było w porządku, ale z ludzkiego punktu widzenia - nie.

- Tak jak w każdym przypadku należy się wykazać wyczuciem i zdrowym rozsądkiem i brać pod uwagę to, że kobieta jest matką dwójki małych dzieci, której opieki nie ma komu powierzyć. Można było się skontaktować się z sądem opiekuńczym czy pomocą społeczną. Zanim podejmie się jakiekolwiek decyzje - mówiła w TVN24 rzeczniczka Ministerstwa Sprawiedliwości Patrycja Loose.

Podinsp. Milewski odpiera te zarzuty. Tłumaczy, że policjanci kontaktowali się z sądem już dzień po zatrzymaniu. - Próbowali pomóc, pytali sędziego, czy nie można odroczyć terminu wykonania kary, tak, by kobieta miała czas zebrać pieniądze. Sędzia jednak nie miał wątpliwości, postąpiliśmy prawidłowo.

Sąd nowego adresu nie znał - skąd znała policja?

Skoro listy szły na adres nieaktualny, skąd zatem policjanci znali rzeczywiste miejsce zamieszkania pani Joanny? - Policja przeprowadziła wywiad. [Były] mąż tej pani ma kuratora. Policjanci od pani kurator dowiedzieli się, że ta mieszka pod innym adresem i tam dokonali zatrzymania - opowiada sędzia Krawczyk.

Karę za panią Joannę zebrali i zapłacili sąsiedzi. Jest już wolna.

DOSTĘP PREMIUM