Zawieszony prezes GPW: "Musiałem komuś nadepnąć na odcisk"

- Nawet minister skarbu nie będzie mi mówić, co mogę robić w czasie, kiedy nie pracuję dla rozwoju giełdy - powiedział w TVN24 Ludwik Sobolewski, zawieszony za niejasne działania z pozyskiwaniem funduszy na film "Klątwa Faraona" prezes Giełdy Papierów Wartościowych. Dodał, że znalazł się w obecnej sytuacji, bo "nadepnął komuś na odcisk".

Minister skarbu Mikołaj Budzanowski w bardzo ostrych słowach skrytykował Sobolewskiego za jego działalność związaną z poszukiwaniem inwestorów dla filmu, w którym zagrała jego życiowa partnerka Anna Szarek. Budzanowski mówił o haniebnym zachowaniu Sobolewskiego i złożył doniesienie w tej sprawie do CBA . Zawieszonego prezesa GPW skrytykował także premier Donald Tusk .

- Giełda to jest moje życie, ale w moim życiu jest jeszcze kilka innych rzeczy niż giełda. I w czasie, kiedy nie pracuję dla rozwoju giełdy, mogę czytać takie książki, jakie chcę, i mogę być może nawet kręcić filmy, czego nie robię zresztą, ale mógłbym - powiedział w TVN24 Sobolewski.

Dodał również, że nie bardzo nadaje się do "stania na postumencie jako wzorzec cnót etycznych czy moralnych". - Nie do tego powinna sprowadzać się rola prezesa giełdy. Jeżeli ma być ona czymś ważnym, to trzeba być skoncentrowanym na działaniu, na popychaniu wielu spraw do przodu, podczas których w sposób nieunikniony naciska się ludziom na odcisk. Reperkusje tego naciskania wyczuwam w przebiegu tej historii, która się obecnie odbywa.

"Nie namawiałem, nie nalegałem"

Według przeprowadzonego przez GPW audytu Sobolewski prosił swojego współpracownika Emila Stępnia o znalezienie inwestorów dla filmu "Klątwa Faraona", w którym zagrała partnerka życiowa Sobolewskiego. Według ustaleń audytorów Stępień wysyłał e-maile do kilkudziesięciu firm, a osobiste zaangażowanie Sobolewskiego w proces pozyskiwania inwestorów nie ulega wątpliwości. E-maile dotyczące finansowania filmu były rozsyłane ze służbowego adresu Stępnia.

- Nie namawiałem, nie nalegałem, nie nakłaniałem, nie zachęcałem prezesów spółek czy spółek, żeby zainwestowały w produkcję filmową - powiedział Sobolewski. - Nie jest prawdą, że zainicjowałem pozyskiwanie funduszy wśród spółek notowanych na rynku NewConnect. Prawdą jest, że zwróciłem się do mojego współpracownika o to, aby - korzystając ze swojej wiedzy i kontaktów - zorientował się, czy wśród inwestorów byliby tacy, którzy byliby zainteresowani sfinansowaniem tego typu produkcji - wyjaśniał Sobolewski. Używanie przez swojego współpracownika służbowego e-maila nazwał "niefortunnością". Dodał, że sam nie wysyłał żadnych e-maili. Sobolewski powtórzył, że nie zamierza podać się do dymisji i czeka, co postanowi w tej sprawie 17 stycznia walne zgromadzenie akcjonariuszy.

Sobolewski tak wyjaśniał swoje zaangażowanie w sprawę filmu. - Nie ukrywałem, od kiedy ta historia uzyskała wymiar medialny, że mój przyjaciel Patryk Vega, reżyser filmowy podzielił się ze mną w ramach normalnych rozmów kwestią, w jaki sposób uczciwy, transparentny i efektywny można by pozyskiwać pieniądze w Polsce dla finansowania filmów, czyli ryzykownych z punktu widzenia zwrotu dla inwestorów przedsięwzięcia - tłumaczył Sobolewski.

DOSTĘP PREMIUM