"Zgłaszałem szkodę na policji. Następnego dnia dzwoni Pan Dyżurny. Pyta, gdzie moi koledzy z TV" [LIST OD CZYTELNIKA]

"W słuchawce słyszę znajomy głos. Wywołuje mnie z nazwiska i pyta, gdzie są moi koledzy z telewizji. To Pan Dyżurny*. Pyta, czy on nie ma przypadkiem podesłać kogoś z wizytą do mnie do domu. Cytuje adres. Po prostu sprawdził sobie moje dane w aktach, żeby mnie zastraszyć" - pisze pan Tomasz**. Tak skończyła się banalna sprawa stłuczki w centrum handlowym. - Obywatelu, nie zgłaszaj, bo pożałujesz - kończy gorzko nasz czytelnik. Oto jego list.

"Coraz więcej fotoradarów, spektakularne wpadki organów ścigania, opieszałość wymiaru sprawiedliwości i rozdmuchana administracja publiczna. To wszystko sprawia, że niechęć społeczeństwa do funkcjonariuszy publicznych rośnie z dnia na dzień. Możemy to potraktować jako ogólniki, dopóki nie przyjdzie nam samym doświadczyć, jak realizowane są obowiązki policji, która przejada nasze podatki.

Miałem takie doświadczenie 7 stycznia 2013 roku. Dzięki niemu dowiedziałem się, że policja jest w stanie zrobić wszystko, od zaniechań, przez wprowadzanie w błąd, a na próbach zastraszenia skończywszy, byle tylko nie zajmować się sprawą. Miało to miejsce na parkingu podziemnym Centrum Handlowego "Arkadia", gdzie udałem się z trzyletnim synem. Po powrocie powitał mnie uszkodzony przód auta. Zdarza się każdemu, ale sprawca nie zostawił kartki. Cóż, jest przecież monitoring...

Policja: Sprawcy nie da się wykryć

Ochrona nie przejrzy nagrań bez prośby policji. OK. Zatem dzwonię pod 112. Pani z numeru alarmowego twierdzi, że wystarczy, że podjedzie załoga patrolowa i ochrona pokaże im nagranie. Jednak załoga patrolowa, zanim cokolwiek sprawdziła, stwierdziła, że sprawcy nie da się wykryć.

Załoga patrolowa nie ma również w zwyczaju się przedstawić - najlepiej nie zostawiać po sobie żadnych śladów. Mniejsza o to. Stwierdzają, że na pewno się nie nagrało, a jeśli nawet, to ochrona na pewno nie odtworzy nagrania. Na nic zdają się argumenty, że szef ochrony zaprasza do siebie. Policjanci stwierdzają, że oni nic nie mogą i muszę jechać na ul. Wilczą zgłosić szkodę.

Dyżurny: Dokumenty! Kim pan w ogóle jest?!

Na Wilczej rządzi Pan Dyżurny. I stwierdza, że na pewno nic się nie nagrało. I tak sprawcy nie da się wykryć.

Straciłem już dwie godziny, więc upieram się przy złożeniu zawiadomienia. Zatem? - To będzie baaaaaaardzo długo trwało - stwierdza Pan Dyżurny. Pan Dyżurny po dłuższej dyskusji odmawia również przyjęcia dokumentu z opisem zdarzenia i zeznaniami na piśmie. Robi się niemiło i z ust dyżurnego pada komenda: "Dokumenty! Kim pan w ogóle jest?!". Nie zwykłem legitymować się przed obcymi, więc pytam Pana Dyżurnego, czy i on mógłby się przedstawić.

Na próbę wpłynięcia na jego postawę argumentem wizyty ekipy newsowej Pan Dyżurny stwierdza, że ze mną już zakończył rozmowę. Próbuję rejestrować rozmowę z nim, ale informuje mnie, że potrzebuję do tego specjalnych uprawnień (!). Bez odpowiedzi pozostawia pytanie, czy nie zna przepisów, czy świadomie wprowadza mnie w błąd. Jest w końcu anonimowy, więc może, prawda?

Następnego dnia... niemiły telefon od dyżurnego

Ale obywatel nie jest anonimowy. Przekonuję się o tym już następnego poranka, gdy odbieram telefon z numeru 502****** o 10:21. W słuchawce słyszę znajomy głos, który oczywiście się nie przedstawia, wywołuje mnie z nazwiska i pyta się, gdzie są moi koledzy z telewizji. To Pan Dyżurny. Pyta się, czy on nie ma przypadkiem podesłać kogoś z wizytą do mnie na adres, który cytuje. Po prostu sprawdził sobie moje dane w aktach, żeby mnie zastraszyć. Po tej rozmowie już powinienem wiedzieć, kto tu rządzi. Cała rozmowa odbywa się przy czterech świadkach w trybie głośnomówiącym...

Obywatelu, nie zgłaszaj, bo pożałujesz - taki smutny wniosek rysuje się z opowiedzianej historii. Chciałem tylko odnaleźć sprawcę zdarzenia. Kilka godzin prób, zniechęcenia, kilka spotkań z funkcjonariuszami, którzy nie przestrzegali żadnych norm i standardów, łamali moje prawa, wprowadzali mnie w błąd. Gotowi byli zrobić wszystko, byle tylko nie zająć się sprawą, bo jak nie ma sprawy, to nie ma sprawy i już. Poranny telefon z groźbami od dyżurnego przelał czarę goryczy.

Na takim podejściu tracimy wszyscy

Czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie wiedział. Mój syn był świadkiem tych wszystkich zdarzeń. Cóż za piękne doświadczenie dla młodego obywatela. Dziecko w wieku trzech lat nieustannie zadaje pytania dlaczego. Wszyscy rodzice to znają. Mój system to udzielanie wyczerpujących odpowiedzi na każde z tych pytań. O godzinie 22.30 aż głupio mi było, jak mu tłumaczyłem, dlaczego nadal nie wiemy, kto nam zniszczył autko.

Na takim podejściu tracimy wszyscy. Tracę ja, tracą uczciwi policjanci, których koledzy i koleżanki nie szanują munduru z orłem w koronie. Tracą obywatele, których pieniądze są wydawane na wieczne przesyłanie dokumentów i wypalanie paliwa w radiowozach, które jeżdżą po mieście bez sensu, czy na telefony z groźbami do obywateli, aby ich przekonać, że najlepiej nic nie robić. Najbardziej jednak jestem zbulwersowany faktem, że pisząc ten list, poświęcam czas, który miałem zaplanowany na pracę, projekt kampanii społecznej, które często w naszej firmie realizujemy... dla policji.

Sprawca nie zostanie wykryty

Czy to należy zgłosić? Nie. Panowie policjanci przekonali mnie skutecznie, że choćbym zgłosił wszystkie ich naruszenia, groźby, zaniechania, to sprawy zostaną umorzone z prostego powodu - niewykrycie sprawcy.

Takiego efektu spodziewam się też w przypadku źródła doświadczeń, czyli uszkodzonego auta. Owe zgłoszenie przyjął bardzo miły Pan, ale wytłumaczył mi, że w ogóle tego nie powinienem zgłaszać u niego, tylko w WRD, bo on do nich musi przesłać akta. Zatem akta pójdą z Wilczej na Waliców, a zanim to się stanie, to monitoring zostanie skasowany, bo miną pewnie jakieś 3 miesiące - sprawca nie zostanie wykryty".

Policja: Wyjaśniamy sprawę, sprawdzamy billingi

W sprawie pana Tomasza skontaktowaliśmy się z policją i poprosiliśmy o wyjaśnienia. - Komendant rejonowy policji Warszawa I z siedzibą przy ulicy Wilczej nakazał podjęcie czynności wyjaśniających w tej sprawie. Po ich zakończeniu będę mógł odnieść się do kwestii potwierdzenia zarzutów stawianych przez państwa czytelnika. W tym momencie sprawdzamy numer telefonu, z którego dzwoniono, oraz billingi - powiedział nam Mariusz Mrozek, rzecznik Komendy Stołecznej Policji.

Jak dodał, postępowanie wyjaśniające może trwać do 30 dni. - Ale może też zakończyć się jutro, za dwa dni czy za tydzień - zaznacza.

*Pisownia oryginalna

**Nazwisko do wiadomości redakcji

DOSTĘP PREMIUM