"Latka lecą i już coraz mniej czasu. Zaczęliśmy marzyć o choćby jednym dziecku" [30-LATKOWIE]

"Obojgu nam jakiś czas temu stuknęła trzydziestka, byliśmy coraz starsi i czuliśmy, że mamy coraz mniej czasu na upragnione dziecko. W ośrodku adopcyjnym jest wymóg 5 lat stażu, a my nie mieliśmy jeszcze 4 lat. Zaczęliśmy marzyć już choćby o jednym dziecku" - pisze Aleksandra. Przedstawiamy kolejny głos w dyskusji o bezdzietności Polaków.

"Oboje z mężem jesteśmy po trzydziestce, choć w sumie to już nam bliżej czterdziestki. Pobraliśmy się tuż przed trzydziestką i od razu po ślubie pragnęliśmy mieć swoje dzieci, najlepiej dwoje lub troje. Wtedy wydawało nam się, że damy sobie radę, byliśmy zakochani, pełni energii, góry moglibyśmy przenosić. No i zaczęło się staranie o dziecko... na początku z radością, zapałem, w końcu to czysta przyjemność. Minął pierwszy miesiąc, drugi, trzeci, pół roku, rok, a upragniona ciąża się nie pojawiała.

Zaczęliśmy szukać przyczyny tego stanu, udaliśmy się do specjalistów. Zaczęły się badania, monitorowanie cyklu, leki hormonalne, współżycie na godzinę. Starania o potomka już nie wydawały nam się takie przyjemne, ale nie odpuszczaliśmy, nadal bardzo pragnęliśmy zostać rodzicami, a może nawet bardziej, wiadomo, kiedy coś staje się nie osiągalne, to tym bardziej się tego pragnie.

Wokół masę par z dziećmi, kobiety w ciąży, a my ciągle sami i sami. Na leczenie niepłodności szła większość naszych pensji. W końcu po 3 latach nieskutecznych starań zdecydowaliśmy się na zapłodnienie in vitro. Koszt zabiegu nas przerażał, ale uciułaliśmy pieniądze i z wielką nadzieją pojechaliśmy do kliniki leczenia niepłodności. Znów powróciła nadzieja, że wreszcie doczekamy się upragnionego dziecka.

Po wszelkich badaniach i oczywiście uiszczeniu horrendalnej sumy przystąpiliśmy do zapłodnienia in vitro. Za dwa tygodnie miałam wykonać test. No i cóż, znów megarozczarowanie - nie udało się. Wiedzieliśmy, że mamy zaledwie 25% szansy na powodzenie za pierwszym razem przy zapłodnieniu in vitro, ale wciąż mieliśmy nadzieję, że będziemy tymi szczęśliwcami, którzy znajdują się w tych 25%.

Na naszym koncie bankowym były pustki, nie mieliśmy ani więcej kasy, ani chęci na walkę o dziecko, popadliśmy w przygnębienie, szczególnie ja, mąż wciąż miał nadzieję. Po kilku miesiącach pomyśleliśmy o adopcji, w końcu żeby zostać rodzicami, niekoniecznie trzeba począć i urodzić dziecko. Udaliśmy się do ośrodka adopcyjnego, a tam kolejne kłody pod nogi.

Ośrodek adopcyjny ma wymóg, aby pary starające się o adopcję dziecka posiadały minimum 5 lat stażu małżeńskiego, a my nie mieliśmy nawet jeszcze 4 lat (kolejne miesiące czekania, aż uzyskamy odpowiedni staż małżeński, a latka lecą) Obojgu nam jakiś czas temu stuknęła trzydziestka, byliśmy coraz starsi i czuliśmy, że mamy coraz mniej czasu na upragnione dziecko. Nasze marzenia o licznej rodzinie skurczyły się do marzenia choćby o jednym dziecku.

W końcu doczekaliśmy, aż stuknęło nam 5 lat po ślubie, i mogliśmy zacząć kompletować potrzebne dokumenty do ośrodka adopcyjnego. Później były badania psychologiczne, wywiad środowiskowy, w końcu warsztaty dla rodziców adopcyjnych. Mieliśmy szczęście, w niecałe półtora roku od złożenia dokumentów do ośrodka spotkaliśmy się z naszym Synkiem. To był najcudowniejszy dzień w naszym życiu i miłość od pierwszego wejrzenia. Synek miał niecały rok, wreszcie się doczekaliśmy, byliśmy rodzicami!

Nie zapomnę dumy, z jaką wyszłam pierwszy raz na spacer z moim Synkiem w wózku, byłam najszczęśliwszą mamą pod słońcem. W tym roku minie nam 4 lata razem z naszym Synkiem. Jeszcze jakieś 2 lata temu marzyliśmy o drugim dziecku, o rodzeństwie dla Synka, jednak wtedy nasza sytuacja finansowa zaczęła się pogarszać, ja po wychowawczym nie mogłam znaleźć pracy, mąż od kilku lat nie dostał podwyżki, a do tego doszedł kredyt hipoteczny i drastyczny wzrost cen.

Daliśmy sobie spokój, cieszymy się, że mamy chociaż jedno dziecko, ale czasami nachodzi mnie żal, że nasz Synek wychowuje się bez rodzeństwa. Oboje z mężem pochodzimy z wielodzietnych rodzin i wiem, jak fajnie jest mieć rodzeństwo, niestety nasze dziecko tego nie doświadczy.

Aleksandra"

Tekstami o młodych bezdzietnych zaczęliśmy cykl materiałów poświęconych 30-latkom. O jakich sprawach pokolenia wyżu chcielibyście jeszcze przeczytać? Co jest dla nas ważne? Jakich tematów dotyczących młodych brakuje Wam w mediach? Piszcie do autorek na adresy: agnieszka.wadolowska@agora.pl, anna.pawlowska@agora.pl

DOSTĘP PREMIUM