Straż miejska zasłania znaki. Bo ma jeden fotoradar na pięć puszek...

Straż miejska w Nowym Tomyślu "ubiera" w niebieskie plandeki znaki "kontrola prędkości" na trasie do Wolsztyna. Powód: przepisy zabraniają stawiania znaku w miejscach, gdzie zamiast fotoradaru jest tylko pusta skrzynka. A miejscowi strażnicy mają tylko jeden fotoradar, który naprzemiennie wkładają do jednej z pięciu puszek.

- Te plandeki z kłódkami kosztowały nas ok. 1600 zł. Gdybyśmy ich nie zakupili, musielibyśmy demontować w sumie 8 znaków ostrzegawczych, za każdym razem, gdy zmieniamy lokalizację fotoradaru. Byłoby to nieekonomiczne. A tak zakładamy plandeki i nie ma problemu - mówi Arkadiusz Wieczorek, komendant straży miejskiej w Nowym Tomyślu.

Ale problem jest, bo z zakrycia znaków wcale nie cieszą się mieszkańcy miejscowości przy trasie na Wolsztyn. - Wcześniej przynajmniej był jakiś straszak na przekraczających prędkość. A tak, hulaj dusza. Tu są szkoły, przedszkola, dzieci. Może dojść do tragedii, zwłaszcza gdy nikt nie będzie respektował ograniczenia do 40 km/godz., skoro będzie wiedział, że nikt go nie skontroluje - mówią.

Ze zdaniem mieszkańców zgadza się komendant: - To jest trasa, którą często wykorzystują samochody ciężarowe, by ominąć system Via Toll. Także osobówki objeżdżają trasą na Wolsztyn płatną autostradą A2. Nasz jedyny fotoradar liczy, ile samochodów przejechało - bywało, że nawet 6 tys. w ciągu kilku godzin. Więc te puste puszki miały swoje uzasadnienie. Były ustawione po konsultacjach z policją i przede wszystkim na wniosek mieszkańców.

- Fotoradary i kontrole są konieczne. Ale absurdem jest konieczność informowania o nich kierowców. Oni powinni respektować zwykłe znaki pojawiające się na trasie - ograniczenia prędkości, obszar zabudowany. Wtedy nie byłoby obawy o mandat - kwituje szef nowotomyskiej straży miejskiej.

DOSTĘP PREMIUM