Plemniki zniknęły z kliniki leczenia niepłodności? Nic nie można zrobić...

Latami starali się o dziecko. Nagle klinika poinformowała ich: waszych zamrożonych plemników nie ma. Tak swoją historię przedstawia kobieta, która zgłosiła się z prośbą o pomoc m.in. do organizacji pozarządowych. - Ani małżeństwo ani klinika nie mają jak udowodnić swoich racji - komentuje ekspertka. Powód? W Polsce nadal nie obowiązują żadne procedury. Polska nie tylko nie wprowadziła dyrektyw regulujących te kwestie, ale wprowadziła w błąd Komisję Europejską

Małżeństwo poddało się leczeniu bezpłodności, a teraz boi się, że straciło ostatnią szansę na posiadanie własnego dziecka. Kilka lat temu u mężczyzny stwierdzono schorzenie, nie mógł mieć dzieci. Po terapii hormonalnej udało się pobrać dwie porcje nasienia, które - jak relacjonuje para - prywatna klinika zamroziła. Po kilkunastu miesiącach małżeństwo zebrało pieniądze na zabieg in vitro, między innymi zadłużając się w banku. Pierwsza próba się nie powiodła.

- Kiedy zgłosili się na drugi zabieg, okazało się, że słomki z nasieniem nie ma. Co dziwne, zapłacili za zamrożenie dwóch słomek i za przechowywanie ich w klinice - mówi posłanka Halina Szymiec-Raczyńska, która śledzi losy małżeństwa. Para chce zachować anonimowość. Potwierdzeniem tego, że istniały dwie słomki, są dwie faktury za zamrożenie nasienia wystawione w odstępie kilku miesięcy.

Sprawa dla sądu, tylko na jakiej podstawie?

Małżeństwo próbowało dochodzić swoich praw od kliniki. Pisali pisma, w których domagali się odszkodowania. - Domagali się sfinansowania leczenia męża i zabiegu in vitro, ale klinika nie poczuwała się do obowiązku zadośćuczynienia w tej sprawie - mówi Szymiec-Raczyńska. I dodaje, że do dziś nie wiadomo, co stało się z plemnikami.

Jak dowiedział się reporter TOK FM, klinika twierdzi, że do zamrożenia drugiej porcji nasienia nie doszło. Placówka zwróciła małżeństwu pieniądze za zamrożenie drugiej słomki. Ale dopiero wtedy, gdy ci chcieli ten materiał wykorzystać do zapłodnienia. Nie zdecydowali się skierować sprawy do sądu. - Podejrzewam, że chodzi o koszty postępowania i o to, że ci ludzie nie chcą latami chodzić po sądach - mówi Szymiec-Raczyńska i dodaje, że nie ma przepisów, którymi można by jakąś klinikę zmusić do stosowania procedur, dlatego udowodnienie czegokolwiek może być niesłychanie trudne.

Brak prawa uderza i w pacjentów, i w kliniki

- Brak prawa jest mieczem obosiecznym. Gdybym zarzuciła klinice, że zgubiła mój zarodek, nie miałabym jak udowodnić, że to się stało. A klinika nie ma jak udowodnić, że tego nie zrobiła - mówi w TOK FM Anna Krawczak, prezes Stowarzyszenia "Nasz Bocian".

Zagrożeń jest dużo więcej. - Wyobraźmy sobie taki przypadek: mamy parę, która podchodzi do in vitro z nasieniem dawcy. Mamy klinikę, która przestrzega wysokiej jakości procedur. Klinika bada dawcę, monitoruje liczbę potomstwa, jaka urodzi się z próbki jego nasienia. By nie doszło do sytuacji, w której jeden dawca ma 40 dzieci. Ale ten dawca bez problemu może pójść do kolejnych klinik w Polsce... W krajach Unii, gdzie regulacje obowiązują, taka sytuacja jest niemożliwa. Dawca jest zarejestrowany w centralnym rejestrze. Można sprawdzić, czy był już dawcą, czy ma już dzieci - dodaje Katarzyna Sabiłło z Fundacji LEGE PHARMACIAE.

W Polsce natomiast nie ma jednego systemu zbierającego dane o zarodkach, dawcach, dzieciach z in vitro.

Kto na tym korzysta?

Pomyłki mogą się zdarzyć wszędzie, ale konieczne jest wprowadzenie systemu, który umożliwi ich wyłapanie i monitorowanie - podkreślają eksperci. Kto jest beneficjentem braku uregulowań? - Nieuczciwe kliniki oraz pacjenci, którym brak prawa jest na rękę. Np. w UE kobieta mająca 50 lat nie może podejść do zabiegu in vitro, bo nie zostanie do niego zakwalifikowana. W Polsce może to zrobić - dodaje Anna Krawczak.

Polska wprowadza w błąd Komisję Europejską

Dyrektywy w sprawie m.in. dawstwa, przetrzymywania i pozaustrojowego zapładniania, w tym także in vitro, Polska powinna wprowadzić już sześć lat temu. Pierwszy raz Komisja Europejska upomniała nas w 2008 roku. Później robiła to regularnie w latach 2009, 2010, 2011 i 2012.

TOK FM dotarło do odpowiedzi polskiego rządu z kwietnia 2012 roku, w której czytamy, że "w najbliższych dniach projekt ustawy zostanie przekazany do konsultacji międzyresortowych i społecznych". Oczywiście nic takiego się nie stało, a rząd zobowiązał się też, że ustawa oraz akty wykonawcze do niej wejdą w życie na przełomie listopada i grudnia 2012 roku.

Pod pismem podpisała się ówczesna wiceminister zdrowia, a dziś prezes NFZ Agnieszka Pachciarz. Okazuje się, że projekt założeń do ustawy nie trafił też jeszcze do rządowego centrum legislacji. Premier jednak uspokaja - to nie jest kwestia, że my nie potrafimy. Po prostu wiemy, jakie emocje budzą te przepisy. Być może jeszcze kilka miesięcy będziemy ucierać te stanowiska - mówił Donald Tusk na konferencji prasowej i dodawał, że Polsce na razie nie grożą kary finansowe za niewdrożenie tych przepisów.

Nie dla pieniędzy, tylko dla bezpieczeństwa

Prawdą jest, że procedura karania za niewdrażanie unijnych dyrektyw jest długa. - Brak tych regulacji ma jednak wpływ na to, co dzieje się w polskich klinikach - mówi Szymiec-Raczyńska i dodaje, że przykład małżeństwa, które nie mogło skorzystać ze swoich plemników, to sprawa, o której wiemy, ale to może być wierzchołek góry lodowej.

DOSTĘP PREMIUM