Absurd na torach. Odszkodowanie się należy, ale nie dostaniesz nic

Według jednego zapisu odszkodowanie na spóźniony pociąg się należy, ale już z drugiego wynika, że pasażer praktycznie nie ma na nie szans. Jak informuje TOK FM, w ten przedziwny sposób skonstruowany jest regulamin dotyczący warszawskiej Szybkiej Kolei Miejskiej (SKM). Władze przewoźnika winę zrzucają na Brukselę.

Zasady funkcjonowania SKM-ki zostały opisane w regulaminie Zarządu Transportu Miejskiego. W paragrafie szóstym możemy przeczytać, że jeżeli pociąg spóźnił się co najmniej 60 minut, pasażer może domagać się od przewoźnika zwrotu części pieniędzy za bilet. To, jaka to będzie część, zależy od rodzaju biletu, jaki mamy. W przypadku przejazdówek 3-dniowych: 1/6 ceny biletu, w przypadku 30-dniowych: 1/60... itd.

Nie ma szans na zwrot pieniędzy

Problem jednak w tym, że paragraf siódmy wprowadza jedno obostrzenie. Pieniędzy nie zobaczymy, jeżeli zwrot nie przekroczy równowartości 4 euro. Prosty rachunek pokazuje, że nawet w przypadku najbardziej kosztownych biletów tego pułapu nie uda się osiągnąć. Na przykład: za 3-dniowy normalny bilet na dwie strefy (relatywnie najdroższy z katalogu, który obejmuje odszkodowanie) trzeba zapłacić 48 zł. Zwrot w takim przypadku wynosiłby 8 zł, czyli przy dzisiejszym kursie prawie o połowię mniej niż wymagany limit.

W przypadku biletów długookresowych (30- i 90-dniowych) zwroty mogą się kumulować, ale nawet tam, jak przyznają władze Zarządu Transportu Miejskiego, szanse na dostanie jakichkolwiek pieniędzy są minimalne. - Żeby pasażer dostał zwrot, pociąg SKM-ki, którym ta osoba podróżuje, musiałby się spóźniać o ponad godzinę niemal dzień w dzień, co w praktyce się nie zdarza - mówi w rozmowie z TOK FM rzecznik ZTM-u Igor Krajnow.

Zapisy w regulaminie - zostaną, mimo że są martwe

Jak tłumaczy, takie zapisy to jednak nie pomysł ZTM-u, a unijnych urzędników. - Do regulaminu zostały przeniesione wprost zapisy rozporządzenia Parlamentu Europejskiego i Rady, które dotyczą praw i obowiązków pasażerów w ruchu kolejowym - relacjonuje. Z tym że te regulacje powstawały raczej z myślą o podróżach długodystansowych, a nie wewnątrz aglomeracji miejskich. ZTM twierdzi jednak, że nie mógł ich w regulaminie pominąć, bo SKM-ka to jednak transport kolejowy.

- Prawo obowiązuje takie samo dla wszystkich. Nie mogliśmy sobie tego prawa w dowolny sposób interpretować, zmieniać, przystosowywać do naszych realiów, więc te zapisy zostały zacytowane w dosłownym brzmieniu - przekonuje rzecznik. Tak czy i inaczej, zdaniem ZTM-u zapisy w regulaminie - mimo że są martwe - muszą zostać.

DOSTĘP PREMIUM