Bierni, kiepscy, samotni. Wstrząsający obraz pracy prokuratorów od Olewnika

Prokurator dyżurny z Sierpca, dwóch prowadzących śledztwo po porwaniu Krzysztofa Olewnika i czworo prokuratorów z nadzoru mogliby dostać zarzuty za zaniechania w głośnej sprawie. Ale nie dostaną, bo się przedawniły. Do wstrząsającego uzasadnienia decyzji o umorzeniu śledztwa dotarła ?Gazeta Wyborcza?.

Na 150 stronach obnaża gorzką prawdę. Czytamy o szeregowych prokuratorach, którzy nie mają kwalifikacji zawodowych. O ich szefach, którzy zza biurek nie widzą ani ludzkiego dramatu (rodziny Olewników), ani złego funkcjonowania swojej instytucji. O władzy, która nie robi nic, by prawnie czy organizacyjnie zbudować efektywną prokuraturę ścigającą przestępców.

To obraz z pierwszej połowy minionej dekady. Czy coś się zmieniło? Może tak, skoro dziś prokuratura wypuszcza tak krytyczny dokument. A może jest to tylko kwestia indywidualnego podejścia do pracy. Nad sprawą porwania Olewnika pracowali także prokuratorzy zasługujący na uznanie (uzasadnienie wymienia m.in. Radosława Wasilewskiego i Macieja Florkiewicza).

Prok. Michał Węglowski wylicza, kto - gdyby nie przedawnienie - powinien stanąć przed sądem z zarzutem niedopełnienia obowiązków (podkreślając, że dopiero sąd przesądza o winie). Najpierw Andrzej Nowakowski - w dniu zniknięcia Krzysztofa w 2001 r. miał dyżur w sierpeckiej prokuraturze. Pojechał na miejsce. Obszedł dom dookoła, zajrzał przez okno. Dopuścił do chaosu. Złego zabezpieczenia lub pominięcia ważnych śladów. Te uchybienia - podkreśla Węglowski - do dziś utrudniają wyjaśnienie sprawy Olewnika.

Cały tekst w "Gazecie Wyborczej".

DOSTĘP PREMIUM