Policyjne rejestratory źle mierzą prędkość? Czekamy na orzeczenie sądu II instancji

Chodzi o zatrzymanie kierowcy z Lublina, który miał przekroczyć prędkość o 43 km/ godzinę. W tej sprawie w zapadł precedensowy wyrok w I instancji, bowiem sąd orzekł, że nie można precyzyjnie odpowiedzieć na pytanie, czy kierowca jechał za szybko, bo zastosowano zawodny system pomiaru prędkości.

Sąd w uzasadnieniu decyzji z I instancji napisał wprost, że  zgodnie z instrukcją wideorejestratora, wykonuje on prawidłowe pomiary prędkości tylko w sytuacji, gdy utrzymywana jest taka sama prędkość samochodu kierowcy i radiowozu oraz gdy jest między nimi taka sama odległość. A tu tak nie było. Zresztą, najczęściej tak jednak nie jest.

„W  XXI wieku, przy aktualnym poziomie rozwoju technologicznego, musi zastanawiać wykorzystywanie przez organy państwa do pomiarów prędkości w ruchu drogowym urządzenia, które nie jest w stanie ustalić prędkości pojazdu poddawanego kontroli, a dla ustalenia prędkości tego pojazdu wykorzystuje  zawodny i podatny na zakwestionowanie system pomiaru prędkości radiowozu”
– czytamy w uzasadnieniu.

Czytaj też: Obywatel RP o policji podczas zatrzymania: To, co działo się w radiowozie, było straszne

Od tego orzeczenia odwołała się policja. Co ciekawe, policja apelowała m.in. o coś, o czym w ogóle nie mogło być mowy. Policyjni prawnicy domagali się bowiem orzeczenia kary wobec kierowcy – tyle, że zgodnie z kodeksem i na co zwróciła uwagę sędzia Anna Samulak, jeśli w I instancji zapadło uniewinnienie, to w II nie może być mowy o wymierzeniu kary. Sprawa może tylko zostać skierowana do ponownego rozpoznania.

Opinia biegłego nieuprawniona?

Sąd II instancji orzeczenia nie wydał – chce nowej opinii. I jest problem. Sąd odwoławczy zdecydował, że do wydania rozstrzygnięcia w tej sprawie potrzebne jest mu – z urzędu – dopuszczenie dowodu z pisemnej opinii biegłego, Jarosława Teterycza. Przeciwko tej decyzji protestował pełnomocnik obwinionego kierowcy, dr Michał Skwarzyński. W jego ocenie, z góry wiadomo, jaka będzie opinia tego konkretnego biegłego, bo występował w jednym z programów telewizyjnych. – Biegły w programie telewizyjnym już się wypowiedział, de facto – też o tej metodzie. Dlatego w mojej ocenie, wyda opinię taką, jaką wydaje zawsze w tego typu sprawach w sposób absolutnie nieuprawniony, bo robi to w oparciu o nagranie wideo – mówi Skwarzyński.

Mecenas tłumaczy, że cała rzecz w tym, że na nagraniu jedno ujęcie to kilka klatek. – A więc nie można nigdy umiejscowić pojazdu w jednym miejscu – skoro jedno ujęcie jest złożone z ośmiu klatek, to nie wiemy, czy samochód w tym momencie stoi 3 metry z przodu czy 3 metry z tyłu, a przy obliczeniach na takich odległościach to są różnice rzędu już kilkunastu kilometrów na godzinę. Po drugie, biegli z Politechniki Lubelskiej przyznali też, że nie da się zweryfikować, czy odległość między poszczególnymi klatkami wynosi faktycznie zero cztery setne sekundy, dlatego, że ta kamera nie jest parametryzowana przez Główny Urząd Miar – mówi pełnomocnik kierowcy.

Jest też inna wątpliwość

Zdaniem prawników, sąd nie powinien dopuszczać dowodu na niekorzyść kierowcy w sytuacji, gdy w I instancji doszło do uniewinnienia. – Sąd nie miał prawa powoływać nowego biegłego, nie wykazując nierzetelności poprzedniej opinii. To jest jednolite i oczywiste orzecznictwo Sądu Najwyższego. Batalia się zaczyna na nowo i pod tą salą 5 kwietnia powinny stać setki ludzi i manifestować z transparentami przeciwko temu sądowi – mówił po rozprawie prof. Artur Mezglewski, prezes Stowarzyszenia „Na drodze”.

Sąd nie wziął pod uwagę argumentów pełnomocnika kierowcy. Zarządził dopuszczenie dowodu z pisemnej opinii biegłego, Jarosława Teterycza. Kolejna rozprawa w kwietniu.
Adwokat zwraca tymczasem uwagę – i mówił to na sali sądowej – że ten konkretny biegły jest osobą, która lobbuje na rzecz jednego z producentów. Informacja o tym - na co powoływał się prawnik – znajduje się na stronie Inspekcji Transportu Drogowego. Rzeczywiście, znaleźliśmy taką informacje z 2013 roku.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM