Zaatakował mężczyzn, bo mieli tęczowe flagi. Jednemu z nich złamał nos

Ofiarami pobicia są dwaj niedoszli uczestnicy lubelskiego Marszu Równości. Chcieli wsiąść do autobusu, by podjechać na marsz, ale jeden z pasażerów nie chciał ich wpuścić. Szarpał, popychał, uderzał pięściami po twarzy i głowie. Nieprawomocnym wyrokiem skazano go na prace społeczne.

Marsz Równości przeszedł przez Lublin 13 października ubiegłego roku, po raz pierwszy w historii. Próbowali go zakłócić lubelscy narodowcy – było rzucanie petardami i pomidorami i próba blokady marszu i wulgarne okrzyki. Uczestników parady skutecznie broniła policja.

Z informacji policji i służb miejskich przekazywanych już po wydarzeniu wynikało, że nikt z uczestników Marszu Równości nie ucierpiał. To były oficjalne informacje, które dostał również główny organizator marszu, Bartosz Staszewski.

Dziś wiemy, że było inaczej. Jeszcze przed zgromadzeniem doszło do pobicia  w centrum Lublina. Pan Jakub i pan Mateusz przyjechali do Lublina z Warszawy, specjalnie na marsz. Są małżeństwem, przed rokiem w Berlinie wzięli ślub.

Zamierzali podjechać autobusem na Plac Zamkowy, skąd marsz miał wyruszyć.  - Mieliśmy na sobie koszulki z napisem "konstytucja" na tęczowym tle, a w rękach trzymaliśmy tęczowe flagi. Jeden z pasażerów autobusu powiedział, że my na pewno nie wsiądziemy - opowiada 41-letni pan Mateusz, na co dzień pracujący w wydawnictwie naukowym. Mężczyźni postanowili, że nie odpuszczą. Udało im się wsiąść do autobusu, ale wywiązała się szarpanina, napastnik zaczął ich bić. - Dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że Kuba ma złamany nos - opowiada nasz rozmówca. Pan Jakub ma 35 lat, jest doktorantem Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej.

Złapano sprawcę pobicia w Lublinie

Napastnikowi udało się wyrwać i wybiec z autobusu. Na przystanku został zatrzymany przez policję. - W centrum Lublina było tego dnia bardzo dużo policji, również nieumundurowani funkcjonariusze, także bardzo szybko go zatrzymali – mówi pan Mateusz.

Sprawa trafiła do sądu, ale z aktu oskarżenia nie wynika, że miała cokolwiek wspólnego z Marszem Równości. Jest mowa o występku chuligańskim i pobiciu. - To, że całe zajście miało związek z marszem wynika wprost z naszych zeznań, jak też z zeznań oskarżonego. My jechaliśmy na marsz, ale on też jechał na marsz, tylko jakby po drugiej stronie. Miał na sobie koszulkę z napisem „Wiktoria Wiedeńska” - mówi jeden z pokrzywdzonych.

25-latek, mieszkaniec Lublina, został skazany na karę ograniczenia wolności polegającą na wykonywaniu nieodpłatnej, kontrolowanej pracy na cele społeczne w wymiarze 20 godzin miesięcznie przez półtora roku. Do tego ma zapłacić po tysiąc złotych nawiązki na rzecz pobitych mężczyzn.

Nasz rozmówca podkreśla, że zajście w autobusie w Lublinie było nieprzyjemne, ale nie spowodowało w nich traumy. - Żal nam tylko było, że nie mogliśmy ostatecznie pójść na Marsz Równości, bo ten czas musieliśmy spędzić na komisariacie - opowiada. Pan Mateusz w tym roku razem z mężem znów wybierze się do Lublina na marsz. - Czujemy po prostu, że tak trzeba – mówi.

Wyrok jest nieprawomocny.

DOSTĘP PREMIUM