Dlaczego prezydent Gniezna chciał zakazać Marszu Równości? Budka: Po prostu się wystraszył

Z informacji, które do mnie docierały wynikało, że prezydent Tomasz Budasz po prostu się wystraszył. Bał się, że dojdzie do eskalacji przemocy - mówił o zakazie marszu równości w Gnieźnie Borys Budka, wiceprzewodniczący Platformy Obywatelskiej, który był gościem Analiz w TOK FM.
Zobacz wideo

W sobotę w Gnieźnie ma się odbyć pierwszy w historii tego miasta marsz równości, który przejdzie pod hasłem: "Gniezno, pierwsza stolica wolności". Na drodze zgromadzenia próbował stanąć prezydent tego miasta Tomasz Budasz z Platformy Obywatelskiej, który zakazał marszu i 16 innych zaplanowanych na ten dzień kontrdemonstracji. Nieskutecznie - w czwartek Sąd Okręgowy w Poznaniu uchylił ten zakaz. Marsz prawdopodobnie się więc odbędzie, choć Tomasz Budasz może się jeszcze odwołać od decyzji sądu.

Prezydent unika mediów

Prowadząca Analizy w TOK FM Agata Kowalska podkreśliła, że prezydent miasta - od wydania zakazu - konsekwentnie unika mediów i nie chce udzielać wywiadów. - Niestety, nie powiem dlaczego pan prezydent nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, nie jestem jego rzecznikiem. Mogę tylko domyślać się ewentualnych motywów takiego działania. Po pierwsze, prezydent miasta nie jest politykiem tylko gospodarzem określonego miejsca i z informacji, które do mnie docierały wynikało, że po prostu się wystraszył. Bał się, że dojdzie do eskalacji przemocy - mówił Borys Budka, wiceprzewodniczący PO. Wskazał jednak, że nie wiedział o tym, iż prezydent nie rozmawia z mediami i nie pochwalił takiego działania. - Moim zdaniem, powinno się zawsze decyzje wytłumaczyć - stwierdził.

Prezydent Budasz zakazując marszu wskazał m.in. że samo Gniezno jest zbyt małym miastem na tak liczne demonstracje, bo ma za wąskie uliczki i za mało policji. Dodatkowo w Poznaniu odbywa się wtedy mecz (co także będzie wymagało dodatkowej obstawy funkcjonariuszy).

- Dzisiaj te argumenty zweryfikował sąd i okazały się nietrafne - przyznał Budka. - Natomiast zawsze staram się wczuć w rolę osoby, która wydaje takie decyzje. Gdybym był prezydentem miasta to w pierwszej kolejności patrzyłbym na to, jakie zagrożenie niesie za sobą dane zgromadzenie publiczne - dodał.

Budka: zgadzam się z argumentacją sądu

Przypomnijmy, sąd w Poznaniu ocenił, że prezydent Budasz nie wykazał, że istnieje realne zagrożenie, więc nie zgodził się na zakazanie zagwarantowanego w Konstytucji prawa do wolności zgromadzeń. - Absolutnie nie jestem adwokatem prezydenta i zgadzam się z argumentacją sadu - zarzekał się poseł PO. - Podzielam to, że nie wystarczy opisać jakiś problem, tylko trzeba mieć konkretne argumenty - dopowiedział.

Jak sam wskazał, dobrze się stało, że decyzja, która budziła wątpliwości została poddana ocenie sądu. - To kolejny argument, że warto mieć niezależne sądownictwo, bo decyzje polityków, obojętnie z której strony sceny, mogą być błędne - oznajmił Budka. Z drugiej strony, gość TOK FM  podkreślił, że prezydent miasta "nie jest zwierzchnikiem policji". - Gdybym jako prezydent miasta miał zaufać Brudzińskiemu [Joachimowi, szefowi MSWiA - red.] jako szefowi policji, to też miałbym wątpliwości - mówił.

Agata Kowalska zauważyła, że w sprawie marszu równości nie ma informacji - przynajmniej w dokumentacji - aby prezydent Gniezna użył wszystkich swoich sił, aby sprowadzić do miasta dodatkowe posiłki policji. Między innymi to wytknął Budaszowi sąd. - Dlatego decyzja ta była wadliwa i została przez sąd uchylona. Zgadzam się, że w tym przypadku pan prezydent nie wykazał tego, co było w decyzji - potwierdził Budka.

"Prawo do zgromadzeń to nie luksus"

Gniezno to nie pierwszy przypadek, w którym prezydent miasta wywodzący się z Platformy Obywatelskiej zakazuje zgromadzenia. W październiku ubiegłego roku marszu równości zakazał w Lublinie Krzysztof Żuk, a w listopadzie w Warszawie marszu narodowców na 11 listopada zabroniła ówczesna prezydent Hanna Gronkiewicz-Waltz. W obu tych przypadkach sądy uchylały decyzje włodarzy wskazując, że nieodpowiednio uzasadnili swoje stanowisko.

- Przede wszystkim prezydent miasta nie ma narzędzi, by odpowiednio zagwarantować bezpieczeństwo swoim mieszkańcom jeżeli jest jakieś zagrożenie. Od tego jest policja, która podlega ministrowi, a więc rządowi - tłumaczył Borys Budka. - W ostatnim czasie obserwujemy bardzo dużą eskalację przemocy ze strony środowisk skrajnych. Mam wrażenie, że obecny rząd ten flirt ze środowiskami skrajnymi przekształcił w długotrwały romans, czego przykładem jest nominacja dla pana Andruszkiewicza do rządu Morawieckiego - mówił dalej.

Prowadząca wskazała jednak, że gdyby teza posła była prawdziwa, to policja nie radziłaby sobie z ochroną marszu równości w Lublinie. - Ja tam byłam i widziałam, że policja działała błyskawicznie i super profesjonalnie - wskazywała. W odpowiedzi poseł Budka podkreślił ponownie że nie jest reprezentantem prezydentów miast i zgadza się, że wolność zgromadzeń "to podstawowe prawo konstytucyjne, a nie żaden luksus".

Jak dodał, nie widzi innego wytłumaczenia dla decyzji Tomasza Budasza (czy wcześniej Krzysztofa Żuka i Hanny Gronkiewicz-Waltz) jak dbanie o bezpieczeństwo mieszkańców miasta. - Każdy ponosi odpowiedzialność za swoje decyzje. Mam nadzieję, że jeżeli prezydent takiego czy innego miasta przeanalizuje orzeczenia sądu i dowie się, że postępuje niewłaściwie, bo nie wystarczy jego obiektywna obawa, to już więcej takiej decyzji nie podejmie - mówił wiceprzewodniczący PO.

Prezydenci mówią "nie"

Przypomnijmy, była prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz uzasadniając swoją decyzję o zakazie marszu niepodległości w 2018 roku powoływała się m.in. na rezolucję Parlamentu Europejskiego w sprawie wzrostu liczby neofaszystowskich aktów przemocy wzywa państwa członkowskie do podjęcia kroków przeciwko mowie nienawiści i przemocy. - Warszawa dość już wycierpiała przez agresywny nacjonalizm - stwierdziła prezydent stolicy. - Nie tak powinno wyglądać stulecie niepodległości, stąd moja decyzja o zakazie marszu - mówiła. Tłumaczyła się też brakiem wystarczającej liczby policjantów do ochrony zgromadzenia, którzy w tym czasie strajkowali (masowo przebywali na tzw. L4).

W Lublinie natomiast prezydent Krzysztof Żuk przekonywał, że jego zdaniem, marsz równości może nieść za sobą realne zagrożenie dla zdrowia i życia mieszkańców. - Na forach internetowych pojawiły się wpisy nawołujące do stawiania się na kontrmanifestacji, nawołujące do przemocy wobec uczestników zgromadzenia oraz wpis grożący wprost śmiercią uczestnikom marszu - tłumaczył. Ostatecznie nie obyło się bez zamieszek, choć policjanci szybko pacyfikowali kontrdemonstrantów.

DOSTĘP PREMIUM