"Bywa, że przez 12 godzin nie ma kiedy wyjść do toalety". SOR widziany od zaplecza jest zmęczony, czasem śmierdzący, zawsze zajęty

Informacje o śmierci czy wielogodzinnym cierpieniu pacjentów czekających na pomoc na szpitalnych oddziałach ratunkowych elektryzują opinię publiczną. Wszyscy podskórnie czują, że z działaniem SOR-ów coś jest nie tak. Zobaczyć to na własne oczy postanowiła reporterka TOK FM, Małgorzata Waszkiewicz, która obserwowała noc z życia jednego z wrocławskich SOR-ów.

Dzisiaj mieliśmy pacjenta ze stłuczeniem palca po upadku na basenie, z przeziębieniem, z bólem kręgosłupa - wylicza Janusz Sokołowski ze Szpitalnego Oddziału Ratunkowego Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu. To właśnie tam na nocny dyżur wybrała się reporterka TOK FM Małgorzata Waszkiewicz. Przez wiele godzin towarzyszyła lekarzom, pielęgniarkom, ale również pacjentom siedzącym w poczekalni i czekającym na pomoc. Obserwowała pracę m.in. Justyny Pawłowskiej, ratowniczki medycznej, która tej nocy miała dyżur. Jeden z nawet 24, które przypadają jej w ciągu miesiąca. A wcale nie jest w tym zakresie rekordzistką. 

Małgorzata Waszkiewicz, uzbrojona w mikrofon, zbierała głosy, obserwacje, relacje, pomysły na to, co można poprawić. Pytała o śmierć na SORze, o kontakt z cierpieniem, o fizyczne zmęczenie personelu, o rozżalenie pacjentów siedzących na szpitalnym korytarzu. Usłyszała o kilometrach przemierzanych w czasie dyżuru (niektórzy mierzą je aplikacjami w telefonach) i śniadaniu zjadanym dopiero o 2 w nocy (albo nietkniętym i przynoszonym po dyżurze do domu). O stanie, w jakim na SOR trafiają pacjenci, o larwach w starych ranach, o smrodzie... Posłuchaj jej reportażu: 

SOR - co to jest i jak działa?

- SOR-y działają zgodnie z ustawą o państwowym ratownictwie medycznym i ustawą o działalności leczniczej. Gdyby spojrzeć na to z punktu widzenia tylko formalnoprawnego - działają tak, jak powinny. Ale widzimy, że nie tak, jak byśmy tego oczekiwali - tłumaczy w rozmowie z Małgorzatą Waszkiewicz Piotr Karniej, prodziekan Wydziału Nauk o Zdrowiu Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, członek Polskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego i Stowarzyszenia Menedżerów Opieki Zdrowotnej. 

Piotr Karniej bez trudu wskazał ważną przyczynę przeciążenia SOR-ów, która sprawia, że wizyta w szpitalu w nagłym przypadku wielu osobom kojarzy się wyłącznie z wielogodzinnym oczekiwaniem. - Głównym problemem było włączenie nocnej opieki lekarskiej do działalności szpitali sieciowych. A tak naprawdę skupienie w rękach szpitali zarówno szpitalnych oddziałów ratunkowych, jak i nocnej opieki lekarskiej. To spowodowało bardzo często trudności lokalowe, kadrowe i bardzo często przesuwanie pracowników z SOR-ów do oddziałów nocnej opieki lekarskiej, osłabiając często możliwości udzielania świadczeń na SOR-ach - wylicza. Efekt jest taki, że pacjenci nie odróżniają nocnej pomocy lekarskiej od oddziału ratunkowego, a liczba pacjentów SOR-ów, zamiast spaść, wzrosła nawet o 20-30 proc. Tymczasem to właśnie kontraktowanie nocnej opieki lekarskiej w szpitalu, w którym działa SOR, zalecała w 2013 roku Najwyższa Izba Kontroli. NIK w swoim raporcie wskazywała też na potrzebę segregowania pacjentów i wyłuskiwania tych, którzy na pomoc nie mogą czekać. 

- Na SOR-ach spotykają się cztery problemy. Pierwszy to brak kadr, bo lekarze nie chcą tam pracować ze względu na bardzo dużą odpowiedzialność, dużą roszczeniowość pacjentów, wysokie wymagania dotyczące wykonywania pewnych świadczeń czy cech psychicznych. Drugi problem to fundusze - NFZ płaci za SOR-y, ale nie tyle, ile byśmy chcieli. Trzecia kwestia to niefrasobliwość pacjentów, którzy nie korzystają z SOR-ów zgodnie z przeznaczeniem, traktując je jak nocną przychodnię. Ostatni problem to niedostosowanie struktury SOR-ów do potrzeb lokalnych - w jednym przeładowanie pacjentów i kartek, w innych - spokój, cisza i nic się nie dzieje - wyliczał Piotr Karniej. Podkreślał, że czekanie w poczekalni szpitalnego oddziału ratunkowego nie jest tylko polską domeną - czeka się również we Francji czy Niemczech. - Błędy wynikają z przepracowania, z braku pracowników, z pewnej nonszalancji zawodowej, która pojawia się wraz ze wzrostem wypalenia zawodowego - wyliczał. 

Zobacz wideo
Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM