Protest osób niepełnosprawnych. "Nie ma pieluszek ani cewników. Więcej dopłaca się teraz do wózków inwalidzkich"

Alicja Jochymek, która w zeszłym roku protestowała na sejmowych korytarzach podkreśla, w rozmowie z TOK FM, że od tego czasu nie widzi poprawy sytuacji osób niepełnosprawnych. - Nie ma bezpłatnych środków medycznych, a pieluszki są dużo droższe - tłumaczy. W czwartek w Warszawie protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów.
Zobacz wideo

Ubiegłoroczny protest osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w Sejmie trwał 40 dni. Był wydarzeniem bez precedensu. Nie tylko dlatego, że wcześniej żadna grupa nie zdecydowała się na tak długą akcję protestacyjną. Także zachowanie niektórych czołowych polityków PiS wobec protestujących odbiegało od oczekiwanego.

Wicepremier ds. społecznych Beata Szydło nie spotkała się z nimi ani razu. Z kolei na zorganizowany przez rząd okrągły stół w sprawie sytuacji osób niepełnosprawnych, rodzice, którzy zorganizowali sejmowy protest, nie zostali zaproszeni. 

Protestujący byli przedstawiani - przez polityków rządzącej koalicji oraz media publiczne - jako grupa zmanipulowana, a całe wydarzenie komentowano jako akcję polityczną. Przypomnijmy, że do budynku Sejmu nie wpuszczano osób, które chciały spotkać się z protestującymi. Była to m.in. 91-letnia Wanda Traczyk-Stawska, uczestniczka Powstania Warszawskiego.

Osoby protestujące w Sejmie domagały się m.in. comiesięcznego dodatku w wysokości 500 zł w gotówce dla dorosłych osób niepełnosprawnych. Pieniądze miały być przeznaczone po prostu "na życie". Rząd nie chciał jednak spełnić tego postulatu, a w zamian zaproponował ustawę, która miała umożliwić łatwiejszy dostęp m.in. do świadczeń rehabilitacyjnych.

Jak podkreśla w rozmowie z TOK FM Alicja Jochymek, mama niepełnosprawnej Kingi, tzw. "Ustawa 520" nie działa. Pani Alicja razem z córką brały udział w ubiegłorocznym proteście w Sejmie.

- Od zeszłego roku nic się nie zmieniło. Wszystko wygląda tak jak rok temu - zaznaczyła. I przypomniała, że spełniono tylko jeden postulat protestujących: zrównanie renty socjalnej z minimalną rentą z tytułu niezdolności do pracy.

Natomiast wprowadzona przez rząd ustawa, która miała zapewnić osobom niepełnosprawnym oszczędności w wysokości 520 zł miesięcznie, nie zdała egzaminu. - Została zrealizowana tylko w 30 proc. Lekarze są dostępni, ale nie ma bezpłatnych środków medycznych, pieluszek, rurek, cewników. Więcej dopłaca się teraz do wózków inwalidzkich. Pieluszki są teraz dużo droższe niż były rok temu. Ośrodki rehabilitacyjne NFZ nie są dostępne, ponieważ są przepełnione i brakuje w nich fizjoterapeutów. Rzeczone 520 zł w ogóle nie jest zauważane w gospodarstwach rodzin osób niepełnosprawnych - wyjaśniała Alicja Jochymek.

Dlatego właśnie opiekunowie osób niepełnosprawnych i osoby niepełnosprawne w czwartek 23 maja znów przyjadą do Warszawy. Będą protestować przed Pałacem Prezydenckim, pod Kancelarią Premiera oraz pod Sejmem. 

Rząd zmienia kurs tuż przed wyborami. Chce zdelegitymizować protest niepełnosprawnych?

Protest się odbędzie mimo tego, że tydzień przed wyborami rząd Mateusza Morawieckiego zmienił kurs. Podczas niedzielnej (19 maja) konwencji PiS premier zapowiedział comiesięczny dodatek dla osób niepełnosprawnych, w wysokości najprawdopodobniej 500 zł. Dzień później rzeczniczka rządu Joanna Kopcińska doprecyzowała, że z dodatku, będzie mogło skorzystać około pół miliona osób. Ma on jednak przysługiwać tylko osobom o znacznym stopniu niepełnosprawności, które pobierają rentę socjalną i nie mają żadnego innego stałego źródła dochodu. 

W środę (22 maja) wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Krzysztof Michałkiewicz tłumaczył, że wsparciem zostaną objęte także osoby ze znacznym stopniem niepełnosprawności, "którym niepełnosprawność nie pozwoliła wypracować w normalnym trybie świadczeń z ubezpieczenia społecznego".

- Pan premier z rządem przypomnieli sobie o osobach niepełnosprawnych cztery dni przed protestem i tydzień przed wyborami do Parlamentu Europejskiego - komentowała Alicja Jochymek. - Myślał pewnie, że to przyniesie jakiś głos wyborczy, ale się mylił - zaznaczyła, dodając, że być może rząd chce wprowadzić zamęt w społeczeństwie, aby wydawało się, że postulaty osób niepełnosprawnych i ich opiekunów zostały spełnione. - Myślę jednak, że rząd nie wprowadzi w błąd społeczeństwa, ponieważ ono  jest już uświadomione, że osoby z niepełnosprawnościami są najsłabszą grupą społeczną. A na każdym kroku są pomijane. Teraz też są pominięte, bo propozycja o dodatku padła na szarym końcu. Gdy protestowaliśmy rok temu, rząd nie chciał przystać na żadne kompromisy - dodała.

Stwierdziła, że nawet jeśli szef rządu przedstawiłby dzisiaj projekt ustawy, nie ma możliwości, aby opiekunowie osób niepełnosprawnych i niepełnosprawni zrezygnowali z czwartkowego protestu.

Nasza rozmówczyni zwróciła uwagę na to, że tak naprawdę nie wiadomo, dla kogo przeznaczone ma być nowe świadczenie, bo ze słów ekipy rządzącej wyniki, że trafi ono tylko do części osób niepełnosprawnych. 

Problem z finansowaniem

Mateusz Morawiecki przekonuje, że propozycja dodatku w gotówce dla niepełnosprawnych padła akurat teraz, ponieważ pojawiły się nowe źródła finansowania. Ma nim być ogłoszona po proteście danina solidarnościowa, czyli podatek, płacony przez osoby fizyczne, których dochody w danym roku podatkowym przekroczą 1 mln zł. Wysokość daniny to 4 proc. nadwyżki tej kwoty. Po raz pierwszy jednak najbogatsi podatnicy zapłacą daninę w 2020 roku od dochodów uzyskanych w tym roku.

Drugim głównym źródłem finansowania ma być podatek od handlu. Miał on obowiązywać w Polsce już od września 2016 roku, ale Komisja Europejska wszczęła w związku z jego wprowadzeniem postępowanie o naruszenie przez Polskę prawa unijnego. Argumentowano, że jego konstrukcja może faworyzować mniejsze sklepy, co może być uznane za pomoc publiczną. Zgodnie z ustawą o podatku od sprzedaży detalicznej miały obowiązywać dwie stawki: 0,8 proc. od przychodu między 17 mln zł a 170 mln zł miesięcznie i 1,4 proc. od przychodu powyżej 170 mln zł miesięcznie.

16 maja sąd Unii Europejskiej stwierdził nieważność decyzji Komisji Europejskiej dotyczących podatku od sprzedaży detalicznej w Polsce. - Komisja popełniła błąd, uznając sporny środek za pomoc państwa - wskazano. Ale wyrok nie oznacza, że sprawa wprowadzenia w Polsce podatku jest przesądzona.Choćby dlatego, że od wyroku przysługuje odwołanie, a KE może z tej możliwości skorzystać.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM