Likwidacja stada dzikich krów ma kosztować 350 tys. złotych. "To aberracja" ocenia rolnik, który chce ocalić zwierzęta

- Warunkiem jest, by te zwierzaki zbadać. Jeśli - nie daj Boże - mają choroby zwalczane z urzędu, to nic ich nie uratuje. Ale jeżeli okaże się, że nic nie ma, a wyglądają na zdrowe, to trzeba je ratować. Humanitaryzm, człowieczeństwo... przecież o to też w życiu chodzi - mówił w TOK FM Witold Bieschke, hodowca bydła, który chce zająć się stadem dzikich krów z gminy Deszczno.
Zobacz wideo

Stada 185 krów, cieląt i byków przed wybiciem bronią aktywiści. Kilkanaście osób zjechało się m.in. z Poznania, Łodzi, Gorzowa. Zapowiadają, że w pobliżu stada będą dzień i noc.

O stadzie z Deszczna już informowaliśmy. Nieoficjalnie słychać, że ponoć na najwyższych szczeblach zapadła już decyzja, by stado wybić. Ale dopiero po wyborach do Parlamentu Europejskiego. Resort rolnictwa wyasygnował na wybicie i utylizację zwierząt, którymi przed laty przestał się opiekować właściciel i krowy zdziczały, 350 tysięcy złotych.

- To jest jakąś aberracją! - komentował na antenie TOK FM Witold Bieschke, rolnik ekologiczny, hodowca bydła, który chce przejąć stado dzikich krów. Jak podkreślił, policzył już koszty. -  Największy koszt to kolczyki. Rozmawiamy z firmą, która je robi, to będzie kosztować 7 zł od sztuki. Plus koszty badania krwi. Nie znam ich, ale na pewno to drastycznie mniej niż utylizacja tych zwierzaków - podkreślił hodowca. I dodał, że wraz ze swoimi pracownikami jest w stanie przewieźć zwierzęta i zapewnić im godziwe warunki życia.

Choć jako rolnik wie, że nie ma mowy, by doić dzikie krowy. Nie chce też ubić stada. Ale jak zapewnił, zwierzęta będą miały prace do wykonania. - Mam łąki leżące w obszarze Natura 2000, na których trzeba zachować populację ptaków brodzących m.in. derkacza. W tym celu należy określone tereny wypasać lub skosić, rozsądniej jest wypasać - mówił. I właśnie na tych terenach mogłyby żyć krowy z województwa lubuskiego.

Stado dzikich krów. Lekarz weterynarii zmieni zdanie?

Witold Bieschke zaproponował powiatowej lekarz weterynarii zbadanie stada. Bo to kluczowy dla sprawy krok. - Pani powiatowa lekarz była początkowo sceptycznie nastawiona do pomysłu, kazała napisać list. Zaproponowałem zbadanie, a potem podjęcie kolejnych działań. Bo teraz jesteśmy w zaklętym kręgu: krowy nie mają paszportów, więc nie mają kolczyków; nie mają kolczyków, bo nie mają paszportów . Zaproponowałem, że bydłu założymy kolczyki z liczbami porządkowymi i wtedy dokonamy zbadania stanu zdrowia zwierząt. I będziemy wiedzieli, jak sprawa wygląda - tłumaczył w rozmowie z Ewą Podolską.

Rolnik otrzymał już odpowiedź na swój list. Jak podkreślił, w piśmie znalazły się nieprawdziwe informacje. - Napisano, że żądam wydania stada, a  ja tylko proponuję. Po drugie, napisano, że to oni (służby weterynaryjne) mają ponieść koszty. A to ja mogę to sfinansować - wyjaśniał i zapowiadał, że z walki o przejęcie zwierząt nie zrezygnuje. I po raz kolejny napisze do powiatowej lekarz weterynarii.

-  Czy jest szansa na szczęśliwy finał? - pytała swojego rozmówcę Ewa Podolska. - Warunkiem jest, żeby te zwierzaki zbadać. Jeśli - nie daj Boże - mają choroby zwalczane z urzędu, to nic ich nie uratuje. Ale jeżeli okaże się, że nic nie ma, a wyglądają na zdrowe, to trzeba je ratować. Humanitaryzm, człowieczeństwo... przecież o to też w życiu chodzi - podsumował Witold Bieschke.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM