Wydrukuj sobie śmierć. "Nie zdziwiłbym się, jeśli to akcja społeczno-artystyczna radykalnych przeciwników legalizacji eutanazji"

Mam wrażenie, że Sarco, ta osobliwa kapsuła eutanazyjna, jest w prostej linii produktem kultury wyparcia. Kultury od skończoności i śmiertelności panicznie się odwracającej. Kultury zamieniającej tragizm w efektowny banał.

Jest elegancka, błyszcząca i smukła, niczym najnowszy model Ferrari. Składa się z dwóch elementów: niewielkiego akumulatora oraz spoczywającej na nim futurystycznej, przeszklonej kabiny. Nie waży wiele. Bez trudu można ją przetransportować w ulubione miejsce, ustawić w ogrodzie, nad jeziorem albo naprzeciw jakiegoś urokliwego górskiego pejzażu. W środku jest wygodna i przytulna. Po zamknięciu automatycznej pokrywy wystarczy nacisnąć przycisk. Zanim wnętrze wypełni się azotem, a poziom tlenu spadnie do zera, miękki i łagodny głos poinformuje nas, że za moment stracimy przytomność.

Gdybyśmy wszakże w ostatniej chwili zmienili zdanie i uznali, że jednak chcemy jeszcze trochę pożyć, możemy przed utratą przytomności wcisnąć drugi przycisk, który zatrzyma cały proces. Albo też – po prostu – lekko pchnąć wieko kapsuły i wydostać się na zewnątrz. Jeśli się na to jednak nie zdecydujemy, śmierć nadejdzie błyskawicznie i – jak zapewniają konstruktorzy oraz pomysłodawca, pochodzący z Australii dr Philip Nitschke – spokojnie oraz całkowicie bezboleśnie.

Urządzenie, o którym mowa, nazywa się Sarco i docelowo ma być dostępne dla każdego, na zasadzie wolnej licencji, do samodzielnej domowej produkcji za pośrednictwem nowoczesnych drukarek 3D. Żeby móc je uruchomić, potrzebny będzie kod, dostępny dopiero po wykonaniu w internecie specjalnego testu. Ma on bezspornie zweryfikować czy osoba zainteresowana jest wystarczająco zdrowa na umyśle, to znaczy czy świadomie i racjonalnie chce własnej śmierci. Jeśli wyniki okażą się pozytywne, kod wyświetli się na ekranie. Po jego wpisaniu kapsuła będzie gotowa do użycia.

Choć mówiło się o jej powstaniu już od dawna, a w sieci krążyły od pewnego czasu liczne zdjęcia poszczególnych prototypów, pierwszy model wyszedł z drukarki 3D w Holandii dopiero teraz.
I właśnie zademonstrowano go na tegorocznym... Biennale w Wenecji.

Dlaczego akurat tam?

Oficjalnym wyjaśnieniem jest wyjątkowo nowoczesny i atrakcyjny design. Trzeba bowiem przyznać, że Sarco prezentuje się nader imponująco. Czy jednak konstruktorzy i pomysłodawca naprawdę nie pomyśleli, że szeroko rozumiana przestrzeń galeryjna, nie jest – by tak rzec – naturalnym środowiskiem dla urządzenia służącego do eutanazji? Dla maszyny, której jedynym, zasadniczym zadaniem jest uśmiercenie tego, kto się w niej znajdzie?

Ta zastanawiająca dezynwoltura na coś być może jednak wskazuje. Odsłania coś istotnego na temat naszego stosunku do śmierci i kwestii legalizacji eutanazji, która od lat już stanowi fundamentalną oś niezgody w konflikcie kulturowym pomiędzy, mówiąc z grubsza, kulturą chrześcijańską a kulturą świecką.

Zanim jednak powiem kilka słów o tym, czego symptomem może być Sarco, zrekonstruujmy zręby tego sporu. Publiczne dyskusje o legalności eutanazji grzęzną bowiem często w emocjonalnej erystyce, unikając istoty sprawy.

Problem filozoficzny

Nie czytałem bodaj w tej materii nic lepszego niż dwa eseje zmarłego w 2017 roku Bogusława Wolniewicza – "Eutanazja w świetle filozofii" i "Perspektywy eutanazji" – pochodzące, odpowiednio, z drugiego i trzeciego tomu jego "Filozofii i Wartości".  Wolniewicz był człowiekiem oryginalnym i ekscentrycznym, który miał – w moim przekonaniu – co najmniej kilka osobowości i twarzy. Pod koniec życia głosił wiele poglądów skrajnych albo po prostu skandalicznych; niemniej, był to także jeden z najciekawszych i najwybitniejszych polskich filozofów drugiej połowy XX wieku.

O eutanazji pisał zaś i wypowiadał się wielokrotnie, wprowadzając istotny ład pojęciowy w pełne emocji i epitetów polskie spory na ten temat. Sprawę stawiał następująco. Kwestia legalizacji eutanazji to nie jest ani problem medyczny, ani problem prawny – a właśnie w te rejony osuwają się często wspomniane dyskusje. Nie chodzi tutaj ani o to, jaką zastosować substancję, albo procedurę medyczną, ani też o to, jak sformułować zapisy w ustawie, żeby, na przykład, zminimalizować ryzyko wystąpienia jakichś nadużyć czy nieprawidłowości.

Kwestia legalizacji eutanazji – mówimy tutaj oczywiście cały czas o eutanazji na wyraźne, świadome życzenie zainteresowanego (kapsuła Sarco, nawiasem mówiąc, przewidziana została właśnie do tego rodzaju interwencji) – jest natomiast problemem par excellence filozoficznym.

Streszcza się w fundamentalnym pytaniu: czy człowiek może zadecydować o momencie swojej śmierci?
Zwolennicy legalizacji eutanazji nie mają wątpliwości, że tak – choć, oczywiście, pod pewnymi warunkami. Przeciwnicy uważają, że nie, bo ludzkie życie jest "własnością" kogoś albo czegoś innego. Społeczeństwa, rodziny, albo – ostatecznie – domniemanego transcendentnego bytu, o którym zakłada się wszakże, że śmierć może sprowadzać na ludzi wyłącznie za pośrednictwem chorób albo wypadków, ale nigdy intencjonalnego impulsu, płynącego z ich własnego "ja".

Ta różnica jest zasadnicza i na dobrą sprawę nienegocjowalna. Wypływa z rdzenia danego światopoglądu, z samych fundamentów wizji świata i człowieka. Dlatego można w zasadzie powiedzieć, że ma ona charakter religijny – dotyka spraw przekraczających empirię. Spraw, których nie sposób rozstrzygnąć, postawa wobec nich bierze się bowiem z czegoś poza czy raczej przedracjonalnego.

Nieusuwalne cierpienie

Ruch na rzecz legalizacji eutanazji stanowi zatem przejaw głębokiej kulturowej i cywilizacyjnej transformacji, polegającej na zmianie naszego stosunku do śmierci. Niegdyś postrzeganej jako kompletnie niepodległa wobec ludzkich chęci czy pragnień i zawsze przychodząca z zewnątrz; dzisiaj widzianej jako kolejny obszar, który dzięki rozwojowi technologii medycznej i przeobrażeniom światopoglądowym, może podlegać suwerennej decyzji samego zainteresowanego. Rzecz jasna – pod pewnymi warunkami. Najważniejszym i koniecznym jest nieusuwalne cierpienie, które nie rokuje poprawy, z którego nic już poza nim samym nie wynika: żadna pozytywna wartość, żadna nadzieja na wyleczenie albo chociaż drobną zmianę.

Legalizacja eutanazji – a to znaczy po prostu gwarancja, że kiedy nasze życie stanie się już tylko cierpieniem nie do wytrzymania i bez szans na cokolwiek, otrzymamy pomoc w odejściu z tego świata w sposób maksymalnie bezpieczny i bezbolesny – jest więc wyrazem z jednej strony odwagi uznania skończoności ludzkiego życia, z drugiej natomiast sprzeciwem wobec wyparcia tej skończoności, udawania, że nas ona nie cechuje, że żyć będziemy wiecznie: młodzi, piękni, szczęśliwi i sprawni.

Produkt kultury wyparcia

Jak w tym kontekście rozumieć medialno-artystyczną promocję tej wymuskanej, supermodnej kapsuły eutanazyjnej? Urządzenia kojarzącego się raczej z lotami w kosmos, niż ze śmiercią. A zatem czymś, co w najściślejszym znaczeniu tego słowa metafizyczne; co wprowadza w nasze doświadczenie – z posępną nieodwracalnością – wymiar mityczny; co gruntownie relatywizuje całą tę pozornie oswojoną, znaną i regularną codzienność, w której nieświadomie czujemy się zadomowieni. Aż do momentu, w którym wiadomość o czyjejś śmierci, albo o naszej własnej śmiertelnej chorobie, wyrwie nas z tego słodkiego snu, z tego stanu słodkiej niedojrzałości – i w jednej chwili skonfrontuje z tragicznym, okrutnym obliczem życia.

Jak więc ma się do tego Sarco? Otóż wbrew, momentami bardzo rozsądnym, wypowiedziom pomysłodawcy całego tego przedsięwzięcia, wspomnianego dr. Philipa Nietschke, mam wrażenie, że ta osobliwa kapsuła jest jednak w prostej linii produktem kultury wyparcia. Kultury od skończoności i śmiertelności panicznie się odwracającej.

Kultury zamieniającej tragizm w efektowny banał; ubierającej najbardziej ekstremalny aspekt ludzkiej kondycji w kostium nowoczesnego gadżetu; niwelującej problematyczność i dramat wyboru nieistnienia; redukującej ten wybór do rangi kliknięcia. A także pokładającej naiwną wiarę w internetowych testach, które mają jakoby mierzyć „racjonalność” i „poczytalność” – co już samo w sobie jest symptomatyczne, ktokolwiek bowiem rozumie czym jest doświadczenie graniczne, ten nigdy nie uzna, że najbardziej nawet wysublimowany internetowy test będzie w stanie odzwierciedlić stan umysłu kogoś, kto u progu takiego doświadczenia stanął.

Abstrahując od tego, że każdy człowiek w stanie samobójczego kryzysu – zachowujący, co się bardzo często zdarza, wszelkie funkcje poznawcze – będzie mógł otrzymać z komputera śmiertelny kod, a następnie sprawić sobie taką kapsułę. I umrzeć, nieniepokojony przez nikogo; niewidziany, niewysłuchany i niezrozumiany.

Zaś beztroska i ekscytacja, z jakimi umieszcza się tę maszynę pośrodku weneckiego pawilonu – do podziwiania przez złaknioną nowoczesnej sztuki publiczność – nie tylko dewaluuje powagę sprawy, ale także po prostu jej szkodzi.

Daje bowiem amunicję wprost do rąk przeciwnikom legalizacji eutanazji, którzy obawiają się, że otwiera to furtkę do jakichś potężnych nadużyć, do masowego odbierania sobie życia przez ludzi pogrążonych w depresji, rozpaczy czy poczuciu skrajnego osamotnienia, beznadziei i cierpienia.

Dlatego wcale bym się nie zdziwił, jeśliby się na koniec okazało, że całe to przedsięwzięcie jest po prostu jakąś akcją społeczno-artystyczną sprokurowaną przez radykalnych przeciwników legalizacji eutanazji.
Naprawdę – ani trochę bym się nie zdziwił.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM

Serwis informacyjny

Komentarze (3)
Tomasz Stawiszyński o eutanazji i kapsule Sarco. Kwadrans Filozofa
Zaloguj się
  • 2bxornot2b

    Oceniono 3 razy -1

    Coz samobojstwo jest pogarda wyrazona Bogu, pogarda wobec daru zycia. Nie przypadkiem motyw smierci przewija sie w narracji lewactwa i to wmawianie wszystkim jakim koszmarnym cierpieniem jest zycie.
    Zreszta nie tylko te wartosci probuja sprowadzic do poziomu obligacji smieciowych, glowne uderzenie wymierzone jest w mezczyzne i meskosc i nie przypadkowe sa te alianse z lgbtqs.
    Wspomne tu o Hollywood, ktore pozbylo sie ostatnich bialych mezczyzn ze swojego srodowiska ostatnich tworcow madrych filmow dzis kreca niestrawny mial weglowy, a w Europie kazdego kto stworzy jak Delon cos madrego wdeptuja w ziemie plus ostracyzm srodowiskowy.

Aby ocenić zaloguj się lub zarejestrujX