Po cichu ruszyły przygotowania do wywózki stada dzikich krów. Aktywiści zwierają szyki. Będzie blokada?

Stado dzikich krów z Deszczna ma już w poniedziałek zostać wywiezione. Decyzja o wywózce zaskoczyła ekologów. Choć minister rolnictwa zapowiedział, że zwierzęta nie będą zabite i trafią do jednego z państwowych ośrodków, to aktywiście prowadzili rozmowy z Inspekcją Weterynaryjną, by znaleźć inne rozwiązanie. Skoro przygotowania do wywiezienia krów się zaczęły zapowiadają akcję protestacyjną.
Zobacz wideo

Od soboty trwa budowa specjalnej zagrody i leja, za pomocą którego krowy z Deszczna mają zostać zapędzone do ciężarówek i wywiezione w nieznane miejsce. Ekolodzy, jak relacjonuje dziennikarka TOK FM Małgorzata Wołczyńska, są zaskoczeni całą sytuacją.

Nic nie wiedzieli o wywózce i cały czas prowadzili rozmowy z Inspekcją Weterynaryjną. Nie podoba im się pomysł ministra rolnictwa Krzysztofa Ardanowskiego, by krowy trafiły do jednego z państwowych gospodarstw.

Zwierzęta mają być wywożone od jutra (poniedziałku 10 czerwca), czyli od dnia, kiedy część ekologów pilnujących na miejscu, co dzieje się ze zwierzętami, miała wrócić do domów. Teraz wszyscy zmieniają plany, zwierają szyki. Jak informuje dziennikarka TOK FM, część aktywistów zapowiada, że będzie blokować wywóz zwierząt.

Gdzie krowom będzie najlepiej?

Przeciwnicy wywożenia krów, które od wielu lat żyją na wolności, do jednego z gospodarstw państwowych, przekonują, że mogą nie mieć tam zapewnionych dobrych warunków. Przypominają o ujawnionym niedawno przypadku niehumanitarnego przetrzymywania zwierząt w jednym z państwowych gospodarstw. W Instytucie Technologiczno-Przyrodniczego w Falentach zwierzęta przebywały w bardzo złych warunkach. W wyniku zaniedbań kilka cielaków padło, a kilka kolejnych było ciężko chorych.

Aktywiście w rozmowach z Inspekcją Weterynaryjną przekonywali, by znaleźć inne rozwiązanie. Tym bardziej, że cały czas aktualna jest oferta, jaką złożył Witold Bieschke. Rolnik chce, by zwierzęta trafiły na teren chroniony w Czarnocinie w Zachodniopomorskiem. Jak mówił dwa tygodnie temu w TOK FM, jest gotów ponieść koszty związane z transportem, badaniem weterynaryjnym krów i kolczykowaniem zwierząt.

Do Czarnocina pojechała Małgorzata Wołczyńska. Witold Bieschke jest właścicielem 600 hektarów łąk i blisko 500 sztuk bydła, wszystkie specjalnych ras, przystosowanych do życia na dworze przez cały rok. Po całym terenie porozrzucane są zagrody dla krów, łącznie jest ich ok. 20. W jednych trzymane są cielaki z matkami, w innych jedynie byki, by nie dopuścić do niekontrolowanego rozmnożenia stada. - Jak stado liczące sobie blisko 200 sztuk miałoby być razem, skoro pan trzyma swoje krowy po kilkadziesiąt egzemplarzy w jednej zagrodzie? - pytała dziennikarka TOK FM.  - To nie problem, miejsca tutaj wystarczy - odpowiedział rolnik, wskazując ręką duże połacie terenu.

Krowy przydałyby się mu w gospodarstwie, bo to tereny objęte jest programem Natura 2000, który ma chronić gatunki i miejsca szczególnie cenne przyrodniczo. W wypadku Czarnocina to ptaki brodzące. Na przykład czajki. Ptaki żyją na łąkach wśród traw, które trzeba kosić, choćby dlatego, by ptaki mogły ustrzec się przed drapieżnikami. Najlepiej w roli "kosiarek" sprawdzają się na takich terenach zwierzęta. I takie zadanie miałyby krowy z Deszczna. Jako "żywe kosiarki".

DOSTĘP PREMIUM