Ludzie i potwory. Tomasz Stawiszyński o zatrzymaniu Jakuba A., nagonce na Adama Bodnara i mediach publicznych

Widok zapiętego w łączone kajdanki człowieka, prowadzonego przez umundurowanych i uzbrojonych po zęby mężczyzn, nie schodzi od kilku dni z ekranów naszych komputerów i telewizorów.
Zobacz wideo

Trwa wyjątkowo intensywna dyskusja wokół aresztowania Jakuba A. Jednym z jej najbardziej zaangażowanych architektów stały się media publiczne, a więc instytucja w szczególny sposób powołana, jak każde media zresztą, nie tylko do propagowania informacji, ale także do odpowiedzialnej obsługi społecznych emocji. Do umiejętnego ich nazywania, a zarazem ukierunkowywania. Do utrzymywania chłodnego dystansu tam, gdzie dominują gorące i skracające dystans odruchy. Do refleksji nad najbardziej oczywistymi mechanizmami kierującymi zbiorowością. Refleksji potrzebnej wszędzie tam, gdzie tworzące tę zbiorowość jednostki czują się albo niedostatecznie zindywidualizowane i niesione jakimiś powszechnymi wyobrażeniami czy instynktami, albo przeciwnie: zindywidualizowane w sposób nadmiarowy, samotne, wyalienowane i odcięte od reszty.

Odpowiedzialność telewizji publicznej

Bez wątpienia o polskich mediach publicznych nie da się powiedzieć, że choćby w minimalny sposób wypełniają taką rolę.

Żeby było jasne - nigdy po 1989 roku nie wypełniały jej w sposób wzorcowy, od początku transformacji stały się bowiem dyspozycyjnym narzędziem w dłoniach rządzącego w danym momencie obozu politycznego. A że polska polityka od zarania rozdarta jest radykalnym sporem, który niczym czarna dziura wciąga wszystko, co znajduje się w polu jego oddziaływania - wciąga i nie wypuszcza - cóż, także media publiczne zostały przezeń już dawno temu wciągnięte i specyficznie przetransformowane.

Niemniej, po 2015 roku, po wygranej Prawa i Sprawiedliwości, wszelkie procesy nie tyle nawet jawnego upolitycznienia, ile radykalnego uprzedmiotowienia mediów publicznych i zredukowania ich do jeszcze jednego instrumentu sprawowania władzy przez rządzących, nabrały niebywałego przyspieszenia. Czy raczej należałoby powiedzieć: nastąpiła w tym zakresie istotna zmiana jakościowa.

Jej szczególnym objawem, szczególnym wykwitem jest właśnie to, co się dzieje, odkąd aresztowano Jakuba A., człowieka oskarżonego o przerażającą i brutalną zbrodnię, o morderstwo z premedytacją popełnione na 10-letnim dziecku.

I nie chodzi tutaj wyłącznie o prowadzoną od dłuższego czasu na antenie Telewizji Polskiej obronę zastosowania wobec tego człowieka radykalnych środków prewencji. Ostatecznie tego rodzaju emocje można zrozumieć. W społeczeństwie, w którym i tak niewielkie jest poczucie sprawczości i sprawiedliwości, oczekiwanie, że działający z wyjątkowym okrucieństwem przestępcy będą traktowani w sposób obcesowy, a w każdym razie bez szczególnej dbałości o ich dobrostan, jest z pewnością czymś naturalnym.

Rzecz jasna, naturalne nie oznacza dobre czy raczej: naturalne nie oznacza społecznie pożyteczne. Praca instytucji państwa czy instytucji kultury polegać ma przecież między innymi właśnie na odwracaniu porządku naturalnych reakcji i procesów, i nadawaniu mu struktury zgoła odmiennej - po to właśnie, żeby się chronić przed destrukcyjnym potencjałem wmontowanych w nas mechanizmów biologicznego przetrwania.

Ale w tej sprawie nie chodzi wyłącznie o to, chociaż rozniecanie paniki moralnej - mechanizmu opisanego w latach 70. przez brytyjskiego socjologa Stanley'a Cohena, polegającego z grubsza rzecz ujmując, na niekontrolowanym rozprzestrzenianiu się silnie emocjonalnych reakcji dezaprobaty wobec jakiegoś "dewianta" czy "degenerata" - samo w sobie jest niebezpieczne. Niebezpieczne w sensie pośrednim - wzmacnia bowiem iluzję, że pomiędzy tak zwanymi porządnymi obywatelami a przestępcami, czy raczej pomiędzy ludźmi a potworami, zieje jakaś nieprzekraczalna, ontologiczna przepaść. W takim uniwersum po jednej stronie jesteśmy my - obywatele pozbawieni agresywnych impulsów i odruchów, wiodący życia przykładne, stateczne i moralnie nieskazitelne; po drugiej stronie zaś oni - istoty utkane z mroku, okrutne, poza złudną aparycją pozbawione niemal bez wyjątku cech ludzkich, zdolne do najstraszliwszych zbrodni i tak fundamentalnie od nas różne, że nie sposób bodaj odnaleźć pomiędzy nimi a nami żadnej najdrobniejszej nawet łączności. Tymczasem - o czym zaświadcza bogata wiedza z zakresu socjologii, psychologii, antropologii, politologii i psychiatrii - fakty mają się zgoła inaczej. Nie istnieje ontologiczna przepaści, jest continuum. Oczywiście, występują jednostki szczególnie predysponowane do bezwzględnego okrucieństwa, niemniej w szerokiej skali każdy z nas ma określony potencjał do przemocy. Granica pomiędzy normą a patologią, pomiędzy brakiem przemocy i przemocą, pomiędzy działaniem zgodnym z prawem a przestępstwem, pomiędzy dobrem a złem, jest więc granicą płynną i najczęściej nie zdajemy sobie nawet sprawy z momentu, w którym ją przekraczamy. Orientujemy się dopiero kiedy jest już za późno, kiedy nieodwracalnie znaleźliśmy się po drugiej stronie.

I niebezpieczne w sensie bezpośrednim - bo tego rodzaju procesy wzmagają społeczne napięcia i mogą prowadzić do zwiększenia liczby aktów przemocy.

Powtórzę jednak - nie tylko w tym rzecz.

Uruchamiane są siły, nad którymi nie da się zapanować

Najważniejsze jest bowiem to, że mechanizm działania mediów publicznych jest skrajnie bezrefleksyjny i zautomatyzowany. Nie ma w nim miejsca na żadne niuanse. Nie ma miejsca na jakiekolwiek uznanie, że my albo nasi zwolennicy możemy się w czymkolwiek mylić. Nie ma miejsca na żadną realną dyskusję z kimkolwiek, kto posiada poglądy odmienne od naszych - z osobami natomiast, które żywią poglądy tożsame, na mocy definicji dyskutować nie sposób, można co najwyżej basować sobie nawzajem.

Kondycja obozu rządzącego już od dawna przypomina kondycję podmiotu narcystycznego. Pozbawionego świadomości, że rzeczywistość może stawiać opór; że ekspansja ma swoje granice; że wreszcie inni ludzie są autonomicznymi bytami posiadającymi świadomość, działającymi wedle określonych intencji, wyposażonymi we wrażliwość i emocje, bytami, z którymi trzeba negocjować kształt wspólnie zamieszkiwanego świata, nie zaś wszelkimi możliwymi sposobami - od subtelnej manipulacji do bezpośredniej przemocy - skłaniać ich do realizowania własnej woli i własnych wyobrażeń.

Jeśli media publiczne stanowią już tylko i wyłącznie narzędzie sprawowania władzy przez rządzących - jest dość oczywiste, że zachowują się zgodnie z powyżej nakreśloną logiką. Nie zdają sobie przy tym jednak sprawy, że stoją w pozycji ucznia czarnoksiężnika, archetypowej figury kogoś, kto, przekonany o swojej racji i kontroli, uruchamia siły, nad którymi nie jest później już w stanie zapanować.

Klasyczna nagonka

Nagonka na Adama Bodnara, Rzecznika Praw Obywatelskich, który zwrócił uwagę na nadużycia przy aresztowaniu Jakuba A. - inaczej bowiem niż klasyczną nagonką nie da się określić materiałów, które na jego temat w Telewizji Polskiej się pojawiły - to kolejna tego rodzaju akcja organizowana przez media publiczne. Ktokolwiek w jakikolwiek sposób ośmieli się wystąpić z narracją niewpisującą się w przekaz oficjalny, ktokolwiek postrzegany jest jako polityczny albo światopoglądowy przeciwnik - ten natychmiast zostaje w mediach publicznych wzięty pod lupę, prześwietlony, a następnie wystawiony na działanie metodycznego i precyzyjnego procesu zohydzania i napiętnowania.

Funkcja takiego przekazu jest klarowna. Chodzi o to, żeby przedstawić wszystkich niezgadzających się z władzą jako ludzi złych i moralnie upadłych. W tym celu można sięgnąć po dowolne, najbardziej nawet brudne środki, których zastosowanie wobec ludzi z własnego obozu  piętnuje się zarazem w sposób skrajnie histeryczny i skwapliwy.

Nie ma przy tym hamulców, nie ma litości. Przekaz trzeba powtarzać jak najczęściej, opinie i fakty dobierać skrajnie selektywnie, wszelkie niedomówienia przedstawiać jako przemawiające na korzyść lansowanej tezy, materiał nasycać emocjami, a emocje starannie podsycać.

"Prędzej czy później niepostrzeżenie zacznie się pomiędzy nami rozprzestrzeniać przemoc"

Dlaczego jednak twierdzę, że ta pozycja przypomina ucznia czarnoksiężnika? Dlatego, że - co doskonale wiedział między innymi zmarły niedawno francuski antropolog Rene Girard - przemoc jest zjawiskiem zakaźnym. I często zaczyna się nie od realnych, materialnych działań, tylko od wyobraźni.

Zwłaszcza tej na zmianę operującej figurami wyidealizowanymi i monstrualnymi. Rozsmakowanej we własnej świetlistości i dobroci, a zarazem z egzaltacją wzdragającej się przed gargantuizmem tego, co jej niemiłe. W pełnym uniesienia samouwielbieniu, przeżywającej siebie jako herosa walczącego ze smokiem, bohatera w starciu z oślizgłymi siłami chaosu.

Pół biedy, jeśli tego rodzaju praktyki imaginacyjne rozpowszechniają się w jakiejś relatywnie niewielkiej grupie społecznej - choć historia pokazuje, że często nawet bardzo niewielkie grupy potrafiły skutecznie skolonizować zbiorową wyobraźnię. Jeśli jednak centralny ośrodek medialny w państwie w sposób skrajnie bezrefleksyjny i zautomatyzowany reprodukuje tego rodzaju myślenie - sytuacja staje się naprawdę niepokojąca.

Skoro bowiem naprawdę uwierzymy, że polskie społeczeństwo dzieli się na złych i dobrych, porządnych i nieporządnych, zdegenerowanych i normalnych, fałszywych i prawdziwych, zdrajców i patriotów, ciemnych i nowoczesnych, słowem na ludzi i potwory - prędzej czy później niepostrzeżenie zacznie się pomiędzy nami rozprzestrzeniać przemoc. I po chwili nie będziemy już w stanie jej zatrzymać.

Mimetyzm

Żeby nie było, ostrzeżenie przed dostaniem się w sidła tych wszystkich wyobrażeń dotyczy także strony opozycyjnej. Wspominany już tutaj Rene Girard podkreślał wielokrotnie, że mechanizmem napędzającym przemoc jest w społecznościach ludzkich mimetyzm, czyli skłonność do naśladownictwa. Pracuje ona wewnątrz każdego bez wyjątku konfliktu. Zasada jest prosta - gdzie jest konflikt, tam jego strony zaczynają nieświadomie się do siebie upodabniać. Jakkolwiek by temu zaprzeczały, jakkolwiek przekonane by były o dosłownej prawdziwości poruszających nimi wyobrażeń, jakkolwiek każda z nich nie identyfikowałaby się z dobrem i światłem, jakkolwiek nie dostrzegałyby, że jakaś siła bezwiednie konfiguruje ich sposób myślenia i zachowywania się wedle tego samego wzorca. Jakkolwiek więc absurdalna wydawałaby się im taka perspektywa - proces upodabniania się i tak w nich metodycznie pracuje.

I nigdy nie należy o tym zapominać.

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM