"Parafia jak skrzyżowanie dworku myśliwskiego z Luwrem". Książka o życiu ks. Jankowskiego

- Ci, którzy go znali, wiedzieli, że to jest prymitywny gość. Mieli poczucie obciachu wynikającego z tych złotych pierścieni, łańcuchów - mówił w TOK FM Piotr Głuchowski, współautor książki o prałacie Henryku Jankowskim.
Zobacz wideo

Do sprzedaży trafiła właśnie książka "Uzurpator. Podwójne życie prałata Jankowskiego" autorstwa Piotra Głuchowskiego i Bożeny Aksamit. To za sprawą reportażu autorstwa Aksamit, opublikowanego w "Gazecie Wyborczej" pod koniec 2018 roku, o zmarłym 8 lat wcześniej Jankowskim znowu zrobiło się głośno. Dziennikarka opisała w nim relacje osób, które twierdziły, że Jankowski wykorzystywał seksualnie dzieci.

W marcu tego roku gdańscy radni odebrali ks. Jankowskiemu tytuł honorowego obywatela miasta. Zdemontowano także jego pomnik. 

Jak mówił w TOK FM Piotr Głuchowski, w Gdańsku panowała zasada "Nie ma bata na prałata". Nie odpowiedział on za antysemickie kazania, a w 2004 roku umorzono sprawę molestowania ministrantów.

- Już w seminarium zaczął tworzyć krąg ludzi, którzy mu coś zawdzięczają, albo którym on coś zawdzięcza. Potrafił zjednywać sobie ludzi. (..) I na tym przejechał całe seminarium. Święceń miał nie dostać, bo nie udało mu się zdać egzaminów. Mimo to został wyświęcony - wyjaśniał współautor książki. 

Przytoczono w niej liczne świadectwa kobiet, które opisują, że były zgwałcone przez Janowskiego. Z zebranych materiałów wynika, że "ekscesy" księdza były znane przełożonym. - Ksiądz Jankowski miał zakaz kontaktów z klerykami. Oficjalnie wydany przez ordynariusza po doniesieniu złożonym przez duchownych, w którym napisali do biskupa, że "Jankowski i klerycy świadczą sobie miłość" - mówił Głuchowski. 

Dodał, że z relacji jednego z funkcjonariuszy SB wynika, że młodymi dziewczynkami Jankowski interesował się w latach 70, a w kolejnych dekadach miał "przestawić się" na chłopców i młodych mężczyzn. 

Pseudonim "Delegat"

Z wypowiedzi Bogdana Borusewicza wynika, że to właśnie wiedza na temat "ekscesów" prałata umożliwiła funkcjonariuszom SB zwerbowanie go. Od początku lat 80. działał pod pseudonimem Delegat. 

- Miał być usunięty z parafii świętej Brygidy i wysłany na jakąś odległą parafię wiejską. Przeszkodził temu strajk sierpniowy w stoczni i wspólna decyzja pierwszego sekretarza Komitetu Wojewódzkiego PZPR, wojewody gdańskiego, biskupa ordynariusza i szefa gdańskiej bezpieki, żeby na ten strajk wydelegować księdza Jankowskiego. Po pierwsze, stocznia leży geograficznie na terenie parafii świętej Brygidy. Po drugie, delegowanie tam księży z Bazyliki Mariackiej, a tym bardziej franciszkanów lub dominikanów, mogłoby spowodować zaostrzenie retoryki na strajku. Mogliby po prostu nie uspokajać, ale jeszcze podgrzać robotników. Po trzecie, wreszcie bezpieka wiedziała, że to jest człowiek, który jest kontaktem operacyjnym i będzie słuchał - wymieniał Piotr Gołuchowski. 

Msza święta odprawiona 17 sierpnia dla strajkujących okazała się początkiem światowej kariery Jankowskiego. Duchowny twierdził, że uratował strajk.

- Było wręcz odwrotnie. Namawiał robotników do powrotu do domu. Msza 17 sierpnia odbyła się, bo robotnicy się jej domagali. W ten sposób został kapelanem "Solidarności". Sam sobie tę nazwę wymyślił. Działał w "Solidarności", a jednocześnie donosił SB - tłumaczył dziennikarz. Bazylika pw. św. Brygidy stała się wtedy centrum opozycyjnej Polski, a Jankowskiemu zaczęły być wdzięczne tysiące osób.

Nie było go stać na taksówkę

Po zmianie ustrojowej nie spełniły się jednak ambicje prałata - Lech Wałęsa nie zabrał go ze sobą do Warszawy

- Ci, którzy go znali, wiedzieli, że to jest prymitywny gość. Mieli poczucie obciachu wynikającego z tych złotych pierścieni, łańcuchów. Przecież ówczesna parafia to było skrzyżowanie dworku myśliwskiego z Luwrem. Poza tym, Wałęsa na pewno wiedział, są na to dowody, że Jankowski miał kontakty z SB - przekonywał w TOK FM autor książki.

Jego zdaniem, krytyka III RP przez Jankowskiego, jako spisku żydowsko-masońsko-liberalno-antypolskiego, jest właśnie skutkiem tego, że Jankowski nie został zabrany do Warszawy. Ostatecznie związał się z LPR i Samoobroną. Umarł w biedzie i zapomnieniu. - Podwójne życie go kosztowało. Zatrudniał ministrantów, kochanków. Kupował im samochody, mieszkania. Oni go okradali. Wydawał huczne obiady, latał samolotami, koniecznie pierwszą klasą, jeździł z ochroniarzami, płacił za wydawanie książek o sobie, inwestował w biznesy, które nie wychodziły - wymieniał dziennikarz. 

- Na koniec nie miał nawet na taksówkę. Do tego demencja i cukrzyca. Koniec nie do pozazdroszczenia. Kiedyś rozdawał w Polsce karty.  Kiedyś odwiedzał go Ronald Reagan i Margaret Thatcher, a Wałęsa był na każde jego zawołanie - dodał.  

Pobierz aplikację i słuchaj na smartfonie

Więcej o:

DOSTĘP PREMIUM