Po tragedii w Tatrach. "Nikt nie wiedział, co się dzieje ani co robić. A wystarczyło zejść do przełęczy, to jest 5 do 7 minut drogi"

- Kiedyś gdzieś w okolicach Wołowca, Dziurawej Przełęczy, biło piorunami jakieś 10 metrów przede mną, podbijało kamienie. Nie zapomnę tego do końca życia. Jestem przewodnikiem tatrzańskim, jak prowadzę grupę w góry i tylko pojawiają się jakieś ostrzeżenia, zapala mi się czerwona lampka i przypomina tamten moment - mówił na antenie TOK FM Przemysław Sobczyk, biegacz górski, który był wczoraj wysoko w Tatrach.
Zobacz wideo

W wyniku wczorajszych burz, jakie przeszły nad Tatrami, zmarły cztery osoby, w tym dwoje dzieci. Trzy osoby nadal są poszukiwane. Poszkodowanych zostało niemal 160 osób, troje dzieci w stanie ciężkim leży na oddziale intensywnej terapii w szpitalu w Krakowie Prokocimiu. 

Burza w Tatrach. "Mamy 10-15 minut, by zejść z kopuły"

Przemysław Sobczyk był wczoraj rano na Giewoncie. Kilka minut po godzinie 8 nagrał film, na którym widać szczyt spowity chmurami. - Już wtedy było wiadomo, że coś będzie się działo, coś w powietrzu będzie wisiało. To nie jest tak, że nikt nie wiedział, nikt nie ostrzegał. Nawet jak burza przychodzi nagle, zawsze mamy 10-15 minut, żeby się wycofać, zejść z kopuły - mówił. A to właśnie na kopule Giewontu burza poczyniła największe spustoszenie. 

Jak mówił zakopiańczyk, na około godziny przed burzą były wyraźne symptomy, że coś będzie się działo. - Rozmawiałem z kilkoma osobami, które się wycofywały spod szczytu i spod przełęczy około południa. Już coś mruczało, już nadciągały chmury, już to nie wyglądało fajnie - nagle się zrobiło ciepło i cicho. Były sygnały, żeby się wycofywać - relacjonował. Jak mówił, wiele osób zaczęło z Giewontu uciekać, kiedy pioruny już biły. - Ja rozumiem, że trzeba było się szybko przemieścić, ale nie wolno biegać, nie wolno uciekać, nie wolno szybko chodzić w czasie burzy. Ludzie spanikowali, nie potrafili się zachować tak, jak należało się zachować - uziemić się, usiąść, złączyć nogi - tłumaczył Sobczyk. 

Pobierz Aplikację TOK FM i słuchaj sprytnie:

Giewont jest miejscem o tyle specyficznym, że jednokierunkowy szlak prowadzący na szczyt jest trochę jak pułapka. Panika może się skończyć upadkiem z dużej wysokości. - Wystarczyło zejść do przełęczy, to jest 5 do 7 minut lekkim spacerem, a już człowiek byłby bardziej bezpieczny. Odejść od łańcuchów, usiąść i spokojnie zachować zimną głowę. Burzę trzeba przeczekać - tłumaczył gość Przemysława Iwańczyka. Choć, jak podkreślił, nie może powiedzieć, że zastosowanie się do tych zasad da nam 100 proc. bezpieczeństwa. 

On sam, jak wspominał, również znalazł się kiedyś w burzy, został przez nią zaskoczony. - Nie dalej jak miesiąc temu o godzinie 6 rano burza złapała mnie pod Kościelcem, razem z dwoma turystami. Na szczęście nie była tak groźna, przeszła szybko. To naprawdę robi wrażenie i na długo w głowie zostaje ślad - mówił.

- Kiedyś gdzieś w okolicach Wołowca, Dziurawej Przełęczy, biło piorunami jakieś 10 metrów przede mną, podbijało kamienie. Tego do końca życia nie zapomnę. Jestem przewodnikiem tatrzańskim, zabieram w góry dzieci i dorosłych, jak prowadzę grupę i tylko pojawiają się jakieś ostrzeżenia, zapala mi się czerwona lampka i przypomina tamten moment - przyznawał. 

Burza w górach jest najstraszniejsza

Burza i towarzyszące jej wyładowania atmosferyczne zawsze są groźne, ale w górach sytuacja jest szczególna. - Często jesteśmy na otwartym terenie, wystawieni na jakieś pojedyncze drzewo. Mamy krzyż na Giewoncie, który ściąga pioruny, mamy łańcuchy, które ściągają. Na Kościelcu są też nabite ułatwienia dla wspinaczy. Mamy cieki wodne, duże otwarte przestrzenie. Uderzenie pioruna może objąć swoim zasięgiem ponad tysiąc metrów kwadratowych - wyliczał Przemysław Sobczyk. Jak dodał, prąd przewodzi nie tylko krzyż i metalowe łańcuchy, ale także same skały, które zawierają w sobie żelazo. Dziś szlak na Giewont wygląda jak po uderzeniu bomby - wszędzie są porozrzucane rzeczy, skały są pokruszone, część trasy nie nadaje się do przejścia. 

Zdaniem Sobczyka, problemem, który wiąże się z wyjściem w góry, jest często bagatelizowanie sytuacji, brak pokory i elementarnej wiedzy, a przede wszystkim pycha. Dlatego, zdaniem gościa TOK FM, należałoby w górach zlikwidować wszystkie ułatwienia, jak łańcuchy czy podkucie stopni. - Gdyby nie było sztucznych ułatwień, to tych ludzi byłoby mniej - tłumaczył. Jak dodał, szlak na Giewont miał być remontowany, bo są tam osuwiska, skały są pokruszone. 15 sierpnia trasa miała zostać zamknięta, ale TPN przesunął termin prac na wrzesień ze względu na trwający sezon turystyczny. 

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo:

DOSTĘP PREMIUM