"Konie na drodze do Morskiego Oka potykają się, tak jak ludzie". Dyrektor TPN kontra aktywistka

Kolejny koń pracujący na trasie do Morskiego Oka upadł. Dyrektor Tatrzańskiego Parku Narodowego zapewnia w TOK FM, że zwierzęta tam pracujące są regularnie badane, a likwidacja tego typu transportu "nie jest prosta". Innego zdania jest przedstawicielka organizacji Viva! Akcja Dla Zwierząt.
Zobacz wideo

Wraz z upadkiem konia pracującego na drodze do Morskiego Oka wróciła dyskusja o zasadności wożenia turystów w Tatrach właśnie w ten sposób. Do zdarzenia - przypomnijmy - doszło w czwartkowe popołudnie. Koń upadł i - jak relacjonowali świadkowie - nie wstawał przez kilkanaście minut.  

W czwartek przedstawiciele Tatrzańskiego Parku Narodowego wydali oświadczenie, w którym odnieśli się do tej do sprawy.

Dyrektor parku na antenie TOK FM przekonywał, że fakt, iż koń nie mógł się podnieść nie jest niczym nadzwyczajnym, wprost przeciwnie. - Koń, który jest w zaprzęgu, nie jest w stanie się sam podnieść. Trzeba mu poluzować wszystkie urządzenia, jakimi jest przypięty do zaprzęgu - stwierdził Szymon Ziobrowski. I dodał, że w momencie, gdy ten konkretny koń został uwolniony z lin - podniósł się.

- Konie na drodze do Morskiego Oka potykają się od czasu do czasu. Robią dokładnie tak, jak ludzie. Ludzie się potykają, konie też. Odnotowujemy takich sytuacji kilka w ciągu roku - wskazał rozmówca Agaty Kowalskiej. Podkreślił jednocześnie, że w dniu wypadku [czwartek] warunki atmosferyczne były trudne, padał deszcz, a droga była śliska.

Dyrektor TPN: "Konie są poddawane regularnym badaniom"

Problem dotyczący pracy koni przewożących turystów w Tatrach wraca do debaty publicznej co jakiś czas. Przedstawiciele organizacji pozarządowych przekonują, że zwierzęta są zamęczane z powodu przeciążenia i apelują o rezygnacje z tego środka transportu. Tygodnik "Polityka" - powołując się na dane z Polskiego Związku Hodowców Koni - pisał jakiś czas temu, że "od stycznia 2012 roku do połowy czerwca roku 2013 do rzeźni trafiły 44 konie pracujące na trasie do Morskiego Oka, w tym zwierzęta 4- i 5-letnie, czasami po zaledwie kilku miesiącach pracy na trasie".

Dyrektor Ziobrowski - w rozmowie z red. Kowalską - przekonywał, że konie pracujące na trasie do Morskiego Oka "są poddawane regularnym badaniom" z udziałem lekarza weterynarii. Zaznaczał, że zwierzęta są wycofywane z pracy z różnych powodów - niekoniecznie dotyczących przeciążenia, ale na przykład z racji tego, że nie dogadują się w zaprzęgu (konie pracują parami).

Całej rozmowy z dyrektorem Ziobrowskim w Aplikacji TOK FM możesz posłuchać na telefonie

Wspomniany koń, który w czwartek uległ wypadkowi - jak informował Ziobrowski - pracuje na trasie do Morskiego Oka od 2017 roku. Miał przejść wszelkie badania, które nie wskazywałyby, że dzieje się z nim coś niepokojącego.

- Transport na drodze do Morskiego Oka jest poddany silnemu nadzorowi społecznemu i bardzo dobrze. Cieszymy się z tego i w związku z tym, w zasadzie niczego, co się tam dzieje nie można zamieść pod dywan - powiedział gość Analiz.

Zlikwidować transport konny? "To nie jest takie proste"

Pytany przez redaktor Agatę Kowalską o możliwość zlikwidowania transportu konnego, Szymon Ziobrowski przekonywał, że jest to "nie jest taka prosta sprawa". - Z tego powodu, że droga która prowadzi z Palenicy Białczańskiej do Włosienicy nie jest drogą Tatrzańskiego Parku Narodowego. Decyzje o tym, kto tą drogą jeździ podejmuje właściwy starosta - powiedział dyrektor TPN.

- Ale to wy podpisujecie umowę na użyczenie placów postojowych i macie wpływ na tę sytuację - skontrowała redaktor Kowalska.

- Mamy wpływ na to, co dzieje się na placach postojowych, a nie na to, co dzieje się na drodze do Morskiego Oka - odparł Ziobrowski.

"Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze"

Przeciwnego zdania była Anna Plaszczyk z fundacji Viva! Akcja Dla Zwierząt, która także gościła we wtorkowych Analizach.

- Gdyby nie Tatrzański Park Narodowy, to tego transportu by nie było. To Park dzierżawi plac, na którym konie są rozprzęgane i na którym stoją wozy oraz dzierżawi na górze pętlę na Włosienicy, gdzie konie czekają na turystów. Gdyby tego nie robili, transport byłby niemożliwy do zrealizowania – przekonywała aktywistka.

- Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. TPN rocznie z tego transportu ma zyski czy też przychody na poziomie prawie miliona złotych. To są pieniądze za licencje, które furmani z Morskiego Oka muszą wykupywać co miesiąc - dopowiedziała.

Posłuchaj całej rozmowy z Anną Plaszczyk w Aplikacji TOK FM

Anna Plaszczyk zarzuciła dyrektorowi TPN mijanie się z prawdą również w innych kwestiach. - Pan dyrektor mówił, że koń, który się potknie to leży. Widziałam wiele razy, jak koń, który się potknął natychmiast wstawał. W tym konkretnym przypadku zwierzę leżało prawie 15 minut - mówiła.

Aktywistka przekonywała też, że badania zwierząt wożących turystów w Tatrach nie zawsze są wykonywanie rzetelnie. Jak mówiła, niektóre konie są badane podczas przewożenia pustych wozów, a w normalnych warunkach pracy - na wozach mają kilka, a nawet kilkanaście osób. Ładunek, z którym mają do czynienia - zdaniem Plaszyczyk - często nie odpowiada ich sile.

 - Badania weterynaryjne, które są przeprowadzane pokazują zdrowie konia tylko w dniu badania. Już dwa dni później koń może okuleć lub zachorować. Więc to, że konie są badane raz w roku (…) uniemożliwia poznanie indywidualnego stanu zdrowia tych zwierząt - mówiła rozmówczyni Agaty Kowalskiej.

Plaszczyk wskazała też (opierając się na informacjach od furmanów), że choć liczba turystów do Morskiego Oka rokrocznie wzrasta, to furmani przyznają, że coraz mniej osób korzysta z ich usług, a więcej wybiera spacer. - Większość ludzi już jednak się wstydzi i nie chce się zobaczyć na tych zdjęciach, które potem krążą w sieci - powiedziała aktywistka.

Pobierz Aplikację TOK FM, słuchaj i testuj przez dwa tygodnie za darmo

DOSTĘP PREMIUM